ROBERT SILVERBERG 
 
 
  VALENTINE PONTIFEX 





PRZELOZYL: KRZYSZTOF SOKOLOWSKI 
 
 
SCAN-DAL 
 

 
 
 
KSIEGA KORONALA 

1 
 
Valentine zachwial sie, oparl wolna reka o stl; z wysilkiem utrzymal rwnowage, omal 
nie wylewajac wina. 
Jakie to dziwne, pomys lal, ta slabosc, to zmieszanie. Wypilem za wiele... takie stechle 
powietrze... moze grawitacja jest silniejsza tu, gleboko pod powierzchnia... 
- Wzniescie toast, panie - szepnal Deliamber. - Za zdrowie Pontifexa, potem za jego 
doradcw, a potem... 
- Tak. Tak, wiem. 
Valentine rozgladal sie niepewnie, jak osaczony przez mysliwych stitmoj, wpatrzony w 
otaczajacy go krag wlczni. 
- Przyjaciele... 
- Za zdrowie Pontifexa Tyeverasa - cicho, choc ostro, wtracil Deliamber. 
Przyjaciele? Tak, przyjaciele. Najdrozsi przyjaciele. Sa tu, przy jego boku, niemal 
wszyscy, brak tylko Carabelli i Elidatha; z nia spotka sie na zachodzie - tak, oczywiscie - a 
Elidath pod jego nieobecnosc pelni obowiazki Koronala na Grze Zamkowej. Reszta jest z 
nim: Sleet, Deliamber, Tunigorn, Shanamir, Lisamon i Ernamar, Tisana, Skandar Zalzan 
Kavol, Hjort Asenhart... tak, sa z nim, tak mu drodzy, podpory jego zycia, jego rzadw... 
- Przyjaciele, wzniescie kielichy, wypijcie ze mna jeszcze i ten toast. Wiecie, ze Bogini 
nie darowala mi dlugich lat spokojnych rzadw. Wiecie takze, jaki ciezar dzwigalem na 
barkach, znacie wyzwania, ktrym musialem stawic czolo; zadania, ktre musialem wypelnic, 
powazne problemy, ktre nie znalazly jeszcze rozwiazania... 
- Nie taki, jak mysle, winien byc ten toast - uslyszal slowa kogos za plecami. A 
Deliamber raz jeszcze szepnal: 
- Za Jego Wysokosc Pontifexa, panie. Musisz wzniesc toast za Jego Wysokosc 
Pontifexa! 
Valentine zignorowal go. Wypowiadane wlasnie slowa wyplywaly mu z ust niczym 
obdarzone wlasna wola. 
- Jesli stawilem czolo tym problemom, chocby z niewielkim powodzeniem, to tylko 
dlatego, iz znalazlam oparcie, rade i milosc w grupie takich towarzyszy i drogich przyjacil, 
jakimi los nie obdarzyl jeszcze zadnego wladcy. Z wasza nieoceniona pomoca, mili 
przyjaciele, rozwiazemy wreszcie problemy, z ktrymi boryka sie Majipoor, rozpoczynajac 
ere prawdziwego pokoju, o jakim wszyscy marzymy. A wiec, gotujac sie, by wyruszyc jutro 

w glab naszego krlestwa i z ochota, radosnie rozpoczac wielki objazd, ten ostatni 
dzisiejszego wieczora toast wznosze za was, przyjaciele, za was, ktrzy podtrzymywalis cie 
mnie, pomagaliscie mi przez wszystkie te lata, za was... 
- Jak on dziwnie wyglada - szepnal Ernamar. - Czyzby zachorowal? 
Valentine'a przeszyl spazm okrutnego blu. W glowie slyszal straszny, swidrujacy 
zgrzyt, oddech palil mu krtan, czul, jak zapada sie w noc, tak przerazajaca, ze nie bylo w niej 
ani odrobiny swiatla. Ta noc byla jak czarna krew. Kielich wypadl mu z dloni, roztrzaskal sie 
i bylo tak, jakby roztrzaskal sie caly s wiat, jakby swiat rozpadl sie na drobne kawalki, a jego 
fragmenty ulecialy, wirujac powoli, w najdalsze zakatki kosmosu. Slabosci, ktra go 
ogarnela, nie potrafil pokonac. Byla tez ciemnosc... ciemnosc pozbawiona odrobiny swiatla... 
- Panie! - krzyknal ktos. Czyzby Hissune? 
- Ona ma przeslanie! 
- Przeslanie? Jak? Przeciez nie spi! 
- Panie! Panie! Panie! 
Valentine spojrzal w dl. Tam wszystko bylo czarne; z podlogi unosila sie fala mroku. 
Wydawalo mu sie, ze go przyciaga. Cichy, melodyjny glos powtarzal: Oto s ciezka, ktra 
masz pjsc, oto twoje przeznaczenie; mrok, noc, zaglada. Poddaj sie. Poddaj sie, Lordzie 
Valentinie, ktry byles  Koronalem, a nigdy nie bedziesz Pontifexem". I Valentine poddal sie, 
albowiem w tej chwili slabos ci i paralizu ducha nie mgl zrobic nic innego. Spojrzal na 
zalewajaca go fale mroku i osunal sie w nia bez walki. Nic nie rozumiejac, o nic nie pytajac, 
zanurzyl sie we wszechogarniajaca ciemnosc. 
Umarlem, pomyslal. Plyne teraz z nurtem czarnej rzeki, ktra zaniesie mnie do zrdla; 
wkrtce bede musial wyjsc na brzeg i odnalezc droge prowadzaca do Mostu Pozegnan. 
Przekrocze go i znajde sie tam, gdzie zaczyna sie i konczy wszelkie zycie. 
Nagle jego dusze ogarnal dziwny spokj, uczucie cudownej lekkosci, rozkosznego 
zadowolenia; mial pewnosc, ze oto wszechswiat osiagnal najwyzsza harmonie. Valentine czul 
sie tak, jakby znowu spoczywal w kolysce, otulony, ogrzany, wolny od tortur wladzy. Ach, 
jakiez to wspaniale uczucie, lezec spokojnie wsrd fal niepokoju! Czy to smierc? Jesli tak, 
s mierc jest rozkosza! 
- Oszukano cie panie. Smierc to kres rozkoszy. 
- Kto do mnie przemawia? 
- Znasz mnie, panie. 
- Deliamber? Czyzbys takze umarl? Ach, jakze spokojnym i bezpiecznym miejscem jest 
s mierc, stary przyjacielu! 

- Jestes bezpieczny, owszem, panie. Ale nie martwy. 
- Ale ja czuje, ze naprawde umarlem. 
- Czyzbys poznal smierc wystarczajaco dobrze, by tak pewnie sie o niej wypowiadac, 
panie? 
- A wiec co to jest, jesli nie smierc? 
- Po prostu czas - stwierdzil Deliamber. 
- Czyzbys  rzucil na mnie urok, czarowniku? 
- Nie. Nie ja rzucilem ten czar. Lecz sprawie,  ze przestanie dzialac, jesli mi na to 
pozwolisz. Przebudz sie! Przebudz! 
- Nie, Deliamberze. Daj mi spokj! 
- Musisz sie przebudzic, panie. 
- Musisz! - W glosie Valentine'a brzmiala gorycz. - Musisz! Zawsze tylko musisz"! 
Czyzbym nigdy nie mial zaznac odpoczynku? Pozwl mi zostac tu, gdzie jestem. Tu panuje 
pokj. A ja nie kocham wojny, Deliamberze. 
- Przebudz sie, panie. 
- Zaraz powiesz mi, ze to mj obowiazek. 
- Nie musze mwic ci tego, o czym doskonale wiesz, panie. Przebudz sie. 
Valentine otworzyl oczy i stwierdzil,  ze unosi sie w poteznych ramionach Lisamon 
Hultin. Amazonka niosla go jak dziecko, przytulonego do swych ogromnych piersi. Nic 
dziwnego, ze wyobrazal sobie, ze znajduje sie w kolysce albo ze splywa nurtem czarnej rzeki. 
Na lewym ramieniu wojowniczki siedzial skulony Autifon Deliamber. Valentine zrozumial, 
skad wziela sie magia, ktra wydobyla go z mroku: trzy z licznych macek Vroona dotykaly 
go - jedna czola, jedna policzka, jedna piersi. 
Czujac sie glupio, poprosil: 
- Czy moglabys postawic mnie na ziemi? 
- Jestes bardzo slaby, panie - powiedziala basem Lisamon. 
- Ale chyba nie az tak slaby. Postaw mnie. Delikatnie, jakby miala do czynienia z 
dziewiecsetletnim starcem, Lisamon opuscila go na ziemie. Valentine natychmiast poczul fale 
slabosci. Wyciagnal dlon i oparl sie o olbrzymke, stojaca blisko niego, gotowa pomc, gdyby 
to okazalo sie konieczne. Zeby mu szczekaly. Ciezkie szaty kleily sie do spoconego ciala jak 
calun. Bal sie, ze jes li choc na chwile zamknie oczy, fala mroku podniesie sie i znw go 
zaleje. Wysilkiem woli zmusil sie jednak do zachowania spokoju, choc byl to spokj 
udawany.  C wiczenia osiagnely skutek - nie mgl pozwolic, by zobaczono go 
zdezorientowanego, slabego - i to niezaleznie od irracjonalnego strachu, ktry nadal 

odczuwal. 
Po chwili naprawde zdolal sie uspokoic. Rozejrzal sie dookola. Wyniesli go z wielkiej 
sali; znajdowal sie w jakims  jasno oswietlonym korytarzu o scianach ozdobionych wzorem, w 
ktrym powtarzal sie znak Pontifexa - oszalamiajacym, zdumiewajacym bogactwem 
ornamentem z symboli Labiryntu. Wokl niego zebrala sie cala grupa: Tunigorn, Sleet, 
Hissune, Shanamir, a takze inni ludzie z jego otoczenia, oraz sludzy Pontifexa: Hornkast i 
stary Dilifon, za nimi zas jeszcze kilkanascie twarzy zakrytych zltymi maskami. 
- Gdzie jestem? - spytal. 
- Jeszcze chwila i dotrzemy do twych komnat, panie - powiedzial Sleet. 
- Czy dlugo bylem nieprzytomny? 
- Zaledwie kilka minut. Zemdlales w trakcie przemowy. Zlapal cie Hissune. I Lisamon. 
- Wszystko przez to wino - os wiadczyl Valentine. - Kieliszek tego i kieliszek tamtego... 
- Jestes calkiem trzezwy, panie - zauwazyl Deliamber. - A minelo zaledwie kilka minut. 
- Wiec pozwl mi wierzyc, ze to tylko wino. Chocby przez chwile. 
Korytarz skrecil w lewo i przed oczami Valentine'a pojawily sie rzezbione drzwi do 
jego komnat, ozdobione zlotym wzorem ze znakiem gwiazdy - symbolem Koronala - do 
ktrego dodano trzyliterowy monogram: LVC. 
- Gdzie Tisana? 
- Tu, panie - odpowiedzial mu z oddali glos tlumaczki snw. 
- Doskonale. Chce, zebys  poszla ze mna. Ty, Deliamber i Sleet. Nikt wiecej. Czy to 
jasne? 
- Takze chcialbym wejsc - powiedzial ktos  z grupy urzednikw Pontifexa, chudy 
mezczyzna o cienkich ustach i dziwnej, szarej skrze, w ktrym Valentine po chwili 
zastanowienia rozpoznal Sepulthrova, lekarza Pontifexa Tyeverasa. Przeczaco potrzasnal 
glowa. 
- Jestem ci wdzieczny za troske, ale nie sadze, bys mial tu cos do roboty. 
- Tak nagle zaslabniecie, panie... wymaga badan... 
- On ma racje - wtracil cicho Tunigorn. Valentine wzruszyl ramionami. 
- Dobrze. Pzniej. Najpierw chcialbym porozmawiac z doradcami, Sepulthrove. Pzniej 
bedziesz mgl mi opukac kolana, jesli uwazasz to za konieczne. Idziemy... Tisano, 
Deliamberze... 
Wkroczyl do komnat, ostatkiem sil utrzymujac krlewska postawe. Poczul ogromna 
ulge, gdy ciezkie drzwi zamknely sie, odgradzajac go od panujacego na korytarzu 
zamieszania. Westchnal gleboko i usiadl na obitej brokatem kanapie, drzac w rezultacie 

rozladowania wczesniejszego napiecia. 
- Panie? - odezwal sie cicho Sleet. 
- Zaraz. Zaraz. Pozwl mi zlapac oddech. 
Potarl obolale czolo i opuchniete oczy. Napiecie wynikajace z koniecznosci udawania - 
tam, na korytarzu - ze natychmiast i bezboles nie odzyskal sily po tym, co stalo sie w sali 
bankietowej (cokolwiek sie tam stalo), okazalo sie zbyt wyczerpujace. Lecz powoli powracala 
jego prawdziwa sila. Valentine spojrzal na tlumaczke snw. Tega starsza kobieta, mocna, 
grubokos cista, wydala mu sie nagle zrdlem spokoju. 
- Podejdz, Tisano - poprosil. - Usiadz obok mnie. Posluchala, objela go ramieniem. Tak, 
pomyslal. Och tak, jak dobrze. Cieplo ogrzalo jego zmrozona dusze; ciemnosc powoli 
ustepowala. Podniosla sie w nim fala milosci do Tisany: tak mocnej, pewnej, tak madrej. To 
ona pierwsza pozdrowila go jako Lorda Valentine'a w dniach wygnania, kiedy w pelni 
zadowalalo go to, iz jest Valentine'em Zonglerem. Ilez to razy, od chwili gdy odzyskal tron, 
pila wraz z nim otwierajace umysly wino snw i brala go w ramiona, by wydobyc z niego 
tajemnice gwaltownych obrazw, ktre nawiedzaly go nocami! Ilez to razy pomagala mu 
dzwigac ciezar wladzy! 
- Przerazilo mnie, kiedy dostrzeglam, jak padasz, Lordzie Valentinie - odezwala sie 
Tisana - a wiesz, ze nie naleze do osb, ktre latwo przestraszyc. Twierdzisz, ze to z powodu 
wina? 
- Tak powiedzialem tam, na korytarzu. 
- Moim zdaniem nie bylo to wino. 
- Tak. Deliamber twierdzi, ze ktos  rzucil na mnie czar. 
- Ale kto? - spytala Tisana. Valentine spojrzal na Vroona. 
- No wiec cz? 
Deliamber wydawal sie tak niespokojny, jak sie to bardzo rzadko zdarzalo. Gwaltownie 
poruszal niezliczonymi mackami, zlte oczy blyszczaly mu dziwnym blaskiem, ptasi dzib 
zaciskal sie i otwieral. 
- Nie znam odpowiedzi na to pytanie - powiedzial w koncu. - Nie wszystkie sny sa 
przeslaniami; bywa i tak, ze nie wszystkie czary maja swoich twrcw. 
- Sa czary, ktre rzucaja sie same? O to ci chodzi? - upewnil sie Valentine. 
- Nie calkiem. Niektre pojawiaja sie spontanicznie. Rodza sie w czlowieku, pochodza 
z jalowych miejsc jego duszy. 
- O czym ty mwisz? Czyzbym rzucil czar sam na siebie? 
- Sny, czary - to jedno i to samo, Lordzie Valentinie. - Glos Tisany byl bardzo lagodny. 

- Jedne i drugie przynosza - za twoim posrednictwem - pewne przepowiednie. Znaki staja sie 
coraz czytelniejsze. Nadchodzi burza, a to sa jej zapowiedzi. 
- Juz zdazyliscie wszystko pojac? Czy wiecie, ze mialem dziwny sen, tuz przed 
bankietem? Ten sen byl niewatpliwie pelen przepowiedni, znakw, zwiastunw burzy. 
Przeciez - jesli nie mwie we s nie - nie powinniscie nic o nim wiedziec, bo wam o nim nie 
powiedzialem. Prawda? 
- Moim zdaniem sniles  chaos, panie. Valentine przygladal sie Tisanie, zdumiony. 
- Skad to mozesz wiedziec? 
Tlumaczka snw tylko wzruszyla ramionami. 
- Poniewaz chaos zbliza sie nieuchronnie. Wszyscy doskonale zdajemy sobie z tego 
sprawe. Istnieje cos, co pozostalo nie zalatwione... i co trzeba koniecznie zalatwic. 
- Mys lisz o Zmiennoksztaltnych - szepnal Valentine. 
- Nie osmiele sie doradzac memu panu w sprawach panstwowych... - powiedziala 
Tisana. 
- Oszczedz mi pochlebstw. Po doradcach oczekuje nie taktu, lecz rad. 
- Moim krlestwem jest wylacznie krlestwo snw. 
- Snilem o sniegu na Grze Zamkowej i o wielkim trzesieniu ziemi, ktre zniszczylo 
Majipoor. 
- Czy mam wytlumaczyc ci twj sen, panie? 
- Jak mozesz mi go wytlumaczyc? Nie wypilismy jeszcze wina. 
- Tlumaczenie nie wydaje mi sie teraz najlepszym pomyslem - oswiadczyl stanowczo 
Deliamber. - Jak na jedna noc, Koronalowi wystarczy wizji. Wino snw nie przysluzy sie 
teraz jego zdrowiu. Mys le, ze to moze zaczekac... 
- Tlumaczenie tego snu nie wymaga wina - przerwala mu Tisana. - Dziecko mogloby go 
wyjasnic. Trzesienie ziemi? Zniszczenie swiata? Panie, powinienes przygotowac sie na 
ciezkie czasy. 
- O czym ty mwisz? Odpowiedzial mu Sleet. 
- To oznaki wojny. 
Valentine obrcil sie, rzucajac niskiemu czlowiekowi lodowate spojrzenie. 
- Wojny! - krzyknal. - Czyzbym znw musial stawac do walki? Jako pierwszy Koronal 
od os miu tysiecy lat wyprowadzilem armie w pole. Czyzbym musial uczynic to powtrnie? 
- Z pewnoscia zdajesz sobie sprawe, panie, ze wojna o odzyskanie tronu byla tylko 
pierwsza potyczka w walce, ktra trzeba toczyc nadal, w walce, do ktrej przygotowania 
trwaly od wiekw. Tej walki - z czego z pewnoscia zdajesz sobie sprawe nie uda sie uniknac. 

- Nie ma nieuniknionych wojen - stwierdzil Valentine. 
- Jestes tego pewny, panie? 
Valentine wciaz patrzyl na Sleeta, ale nie odpowiedzial. Mwili mu to, czego domyslil 
sie wczesniej bez ich pomocy, lecz czego nie chcial uslyszec. Gdy juz to uslyszal, poczul w 
duszy nagly niepokj. Po chwili wstal i w milczeniu zaczal chodzic po komnacie. Pod 
przeciwlegla  sciana stala ogromna, niezwykla rzezba, zrobiona z wielkich kosci smoka 
morskiego, wygietych tak, by przypominaly palce dwch splecionych dloni - lub moze 
zacisnietych klw jakiejs gigantycznej, demonicznej paszczy. Przez dluzsza chwile stal obok 
rzezby, machinalnie gladzac kosc. Nie dokonczona sprawa - powiedziala Tisana. 
Metamorfowie, Piurivarzy, Zmiennoksztaltni - obojetnie, jakiej uzyc nazwy - krtko mwiac, 
tubylcy z Majipooru, ktrym przed czternastoma tysiacleciami przybysze z gwiazd ukradli ten 
wspanialy swiat. Od osmiu lat, pomyslal Valentine, prbuje zrozumiec ich potrzeby. I nadal 
nic nie wiem. 
Odwrcil sie, mwiac: 
- Kiedy zaczalem wyglaszac toast, mys lalem o tym, co wlasnie powiedzial Najwyzszy 
Rzecznik Hornkast: Koronal jest swiatem, a s wiat jest Koronalem. I nagle sam stalem sie 
Majipoorem. Moja dusze wypelnilo wszystko, co dzieje sie w kazdym zakatku naszego 
s wiata. 
- Doswiadczales tego wczesniej - przypomniala mu Tisana. - W snach, ktre dla ciebie 
tlumaczylam; kiedy mwiles , ze widziales dwadziescia miliardw zlotych nici wyrastajacych 
z ziemi i ze trzymales je wszystkie w prawej dloni. Miales i inny sen, w ktrym rozlozyles 
ramiona i objales  swiat... 
- Teraz bylo inaczej. Tym razem swiat sie rozpadal. 
- Jak to: rozpadal? 
- Doslownie. Rozpadal na kawalki. Nie pozostalo nic oprcz morza czerni, w ktre 
runalem... 
- Hornkast powiedzial prawde. - Tisana kontynuowala cicho. - To ty jestes swiatem, 
wladco. Mroczna wiedza znajduje droge do twej duszy, pochodzi zas z powietrza calej 
planety. To przeslanie - nie od Pani, nie od Krla, lecz od calego swiata. 
Valentine zerknal na Vroona. 
- Co na to powiesz, Deliamberze? 
- Znam Tisane chyba od piecdziesieciu lat i jeszcze nie slyszalem, by powiedziala 
glupstwo. 
- A wiec bedziemy mieli wojne. 

- Sadze, ze juz sie zaczela - oznajmil czarownik. 
 

2 
 
Hissune dlugo jeszcze nie mgl sobie wybaczyc,  ze spznil sie na uczte. Pierwsza 
oficjalna okazja od czasu, gdy znalazl sie w bezposrednim otoczeniu Lorda Valentine'a, i nie 
potrafil przybyc na czas! 
Czes ciowo byla to wina jego siostry Ailimoor. Kiedy jak najszybciej usilowal ubrac sie 
w piekny, uroczysty strj, biegala wokl niego, strzepujac niewidzialne pylki i wygladzajac 
niewidoczne zmarszczki materialu, poprawiala wiszacy mu na ramionach lancuch, martwila 
sie dlugoscia i krojem tuniki, na wyczyszczonych do polysku butach znajdowala plamki, 
ktrych nie potrafilby znalezc nikt oprcz niej. Ailimoor miala pietnas cie lat: trudny wiek u 
dziewczyny - Hissune mial czasami wrazenie,  ze u dziewczyn kazdy wiek jest trudny - i 
ostatnio starala sie wszystkim rzadzic, na kazdy temat miala wlasne zdanie, w nieskonczonosc 
deliberowala nad niewaznymi, domowymi drobiazgami. 
Tak wiec to Ailimoor, bardzo sie starajac, by na przyjeciu ku czci Koronala jej brat 
pojawil sie doskonaly pod kazdym wzgledem, sprawila,  ze mgl sie na nie spznic. Mial 
wrazenie,  ze przez dobre dwadziescia minut przesuwala emblemat urzedu - maly znak 
gwiazdy, ktry powinien nosic na lewym ramieniu zaczepiony o ogniwo lancucha - milimetr 
w jedna strone, ulamek milimetra w druga, az wreszcie powiedziala: 
- Dobrze. Lepiej nie bedzie. No, jak ci sie podoba? 
Podniosla swoje stare reczne lusterko, zmatowiale, zardzewiale i wytarte, i potrzymala 
je przed nim. Hissune dostrzegl swj niewyrazny, znieksztalcony obraz. Byl zmieniony nie do 
poznania, dostojny, wspanialy, jakby zywcem wyjety z jakiegos historycznego obrazu. Strj 
wydawal mu sie teatralny, maskaradowy, nierzeczywisty, choc - czego byl  s wiadomy - 
napelnil mu dusze nowym poczuciem dostojenstwa i wladzy. Jakie to dziwne, pomys lal, ze 
wykonane w pos piechu dzielo drogiego krawca z Placu Masek potrafi tak natychmiast 
zmienic osobowosc. Nie czul sie juz Hissune'em - obdartym, ale zaradnym ulicznikiem, nie 
czul sie Hissune'em - niepewnym siebie mlodym urzednikiem, byl teraz Hissune'em-sroka, 
Hissune'em-pawiem, Hissune'em - dumnym przyjacielem Koronala. 
A takze Hissune'em-spznialskim. Jesli sie pospiesze, pomyslal, moge jeszcze dotrzec 
do Wielkiej Sali Pontifexa na czas. 
Ale wlas nie wtedy jego matka, Elsinome, powrcila z pracy, co spowodowalo kolejne 
niewielkie opznienie. Weszla do pokoju - drobna, ciemnowlosa kobieta - i spojrzala na niego 
z przestrachem i zdumieniem, jakby dostrzegla schwytana przez kogos i uwolniona w ich 

skromnym mieszkanku komete. Jej oczy plonely, twarz jasniala w sposb, jakiego nigdy nie 
widzial. 
- Jakze wspaniale wygladasz, Hissunie! Jak wspaniale! Us miechnal sie i wykonal 
piruet, by w pelni zademonstrowac jej bogactwo stroju. 
- To niemal absurd, prawda? Wygladam jak rycerz, ktry wlasnie zjechal z Gry 
Zamkowej. 
- Wygladasz jak ksiaze! Wygladasz jak Koronal! 
- A tak, oczywiscie, Lord Hissune! Ale do tego potrzebowalbym raczej futra z 
gronostai, eleganckiego zielonego kubraka i moze jeszcze wielkiego blyszczacego wisiora ze 
znakiem gwiazdy na piersi. Na razie chyba wystarczy to, co juz mam, prawda? 
Rozes miala sie i - mimo zmeczenia - przytulila syna, porwala w objecia, zakrecila w 
rytmie szalonego tanca. A potem uwolnila go ze slowami: 
- Zrobilo sie pzno. Powinienes juz udac sie na uczte. 
- Racja, powinienem. - Hissune ruszyl w strone drzwi. - Jakie to dziwne, prawda, 
mamo? Zasiasc na uczcie przy stole Koronala, siedziec tuz przy Koronalu, odbyc wraz z nim 
wielki objazd, mieszkac na Grze Zamkowej... 
- Tak, to bardzo dziwne - przytaknela cicho Elsinome. Stanely obok siebie: Elsinome, 
Aihmoor i jego najmlodsza siostra Maraune. Hissune uroczyscie ucalowal kazda z nich. 
Usuwal sie, kiedy prbowaly go objac, bojac sie, by nie pogniotly mu szaty. Widzial, jak na 
niego patrzyly: jakby byl jakims pomniejszym bstwem, a juz co najmniej Koronalem. Czul 
sie tak, jakby nie byl czlonkiem tej rodziny, jakby nie byl nim nigdy, jakby dzis po poludniu - 
i to tylko na chwile - spadl z nieba do tego skromnego mieszkania. Czasami sam czul sie tu 
niemal jak przybysz, ktry nie przezyl w tych kilku malych pokojach w zewnetrznym kregu 
Labiryntu osiemnastu lat zycia, lecz zawsze byl Hissune'em z Gry Zamkowej, rycerzem i 
wtajemniczonym, bywalcem na krlewskim dworze, koneserem wszystkich jego rozkoszy. 
Glupota. Szalenstwo. Nie mozesz zapomniec, kim jestes i skad sie wziales, powiedzial 
do siebie. 
Trudno jednak nie zastanawiac sie nad zmianami, ktre nastapily w moim zyciu, 
myslal, schodzac na poziom ulicy nie konczacymi sie, kreconymi schodami. Tyle sie 
zmienilo. Niegdys wraz z matka pracowali na ulicach Labiryntu - ona zbierala korony u 
przechodzacych szlachcicw na glodne dzieci", on narzucal sie turystom jako przewodnik, 
za pl rojala, obiecujac pokazac wszystkie cuda podziemnego miasta. Teraz byl mlodym 
protegowanym Koronala, a ona, dzieki jego nowym kontaktom, opiekowala sie piwniczka w 
kawiarni na Dziedzincu Kul. A wszystko to dzieki szczesciu, dzieki nieprawdopodobnemu 

szczes ciu. 
Lecz czy bylo to tylko szczescie? - pomyslal Hissune. Ilez to lat minelo od dnia, w 
ktrym jako dziesiecioletni chlopiec narzucil swoje uslugi pewnemu wysokiemu 
jasnowlosemu mezczyznie? Rzeczywiscie, udalo mu sie, bo tym mezczyzna byl nikt inny jak 
Koronal Lord Valentine, obalony i wygnany. Przybyl do Labiryntu, szukajac pomocy 
Pontifexa w dzialaniach majacych na celu odzyskanie tronu. 
Samo to moglo jednak doprowadzic go donikad. Hissune czesto zapytywal sam siebie, 
co w nim bylo takiego, ze Koronal zwrcil na niego uwage, zapamietal go, znalazl juz po 
ponownym wstapieniu na tron, zabral z ulicy, dal prace w Domu Kronik, a teraz oferowal 
miejsce w gronie swych najblizszych wsplpracownikw. Byc moze byla to bezczelnosc? 
Dowcip, swoboda zachowania, brak szacunku dla wielkosci, dla Koronalw i Pontifexw 
tego swiata, wyjatkowa, jak na dziesiecioletniego chlopca, zdolnosc troszczenia sie o siebie? 
Wlasnie to musialo wywrzec wrazenie na Lordzie Valentinie. Rycerze z Gry Zamkowej, 
myslal Hissune, sa tacy grzeczni, maja tak dworskie maniery. Musialem wydawac sie mu 
bardziej obcy niz Ghayrog. Ale przeciez w Labiryncie nie brakuje twardych dziesiecioletnich 
chlopakw. Kazdy z nich mgl zlapac Koronala za rekaw. Lecz to ja go zlapalem. Szczescie. 
Szczes cie. 
Hissune wyszedl na maly, brudny placyk przed domem. Przed nim rozciagaly sie 
waskie, krete uliczki Dziedzinca Guadelooma, gdzie przezyl cale swe zycie. Ponad jego 
glowa wznosily sie zrujnowane budynki, tysiacletnie, pochylone ze starosci, formowaly 
zewnetrzny krag tego swiata. W ostrym bialym  swietle, az zbyt jaskrawym, trzeszczacym 
niemal od elektrycznego napiecia (caly ten krag Labiryntu skapany byl w jednakowym 
jaskrawym blasku, jakze rznym od lagodnego, zlotozielonego  swiatla slonca, ktrego nie 
ogladano nigdy w podziemnym mies cie) obdrapane, szare mury starych gmachw emanowaly 
straszliwym zmeczeniem, jakby sam kamien czul wyczerpanie. Hissune zastanawial sie, 
dlaczego nigdy przedtem nie dostrzegl, jak brudne i zaniedbane jest miejsce, w ktrym 
mieszka. 
Przez plac przelewaly sie tlumy. Niewielu mieszkancw Dziedzinca Guadelooma 
spedzalo wieczory w swych mrocznych, malenkich mieszkankach. Ludzie woleli raczej wyjsc 
na plac i krecic sie po nim bez celu w chaotycznej, przypadkowej procesji. Hissune w swym 
lsniacym nowoscia ubraniu przebijal sie przez tlum, majac wrazenie, ze kazdy, z kim spotkal 
sie kiedys w zyciu, zastepuje mu teraz droge, gapi sie na niego, kpi z niego, krzywi sie na 
jego widok. Dostrzegl Vanimoona, ktry byl z nim w jednym wieku z dokladnos cia niemal co 
do godziny. Kiedys wydawal mu sie bliski jak brat. Byla tam takze jego siostra, smukla mala 

dziewczynka o migdalowych oczach, ktra wcale nie wydawala sie juz taka mala, i Heluan, i 
jego trzech poteznych braci, i Nikkilone, i drobniutki, wiecznie skrzywiony Ghinset, i Vroon 
o oczach jak koraliki, sprzedajacy korzenie ghumba w polewie, i Confalume kieszonkowiec, i 
dwie stare siostry Ghayrozki, ktre wszyscy podejrzewali o to, ze sa Metamorfkami, w co 
sam Hissune nigdy nie potrafil uwierzyc. I ten, i w, i jeszcze ktos, a wszyscy gapili sie na 
niego, wszyscy pytali go w milczeniu: Czemu sie tak wystroiles, Hissunie? Skad ta pompa, ta 
s wietnosc? 
Niepewnie szedl przez plac, z rozpacza zdajac sobie sprawe,  ze uczta juz sie 
prawdopodobnie zaczyna, ze czeka go jeszcze bardzo daleka droga w dl i ze wszyscy, 
ktrych kiedykolwiek poznal, stoja przed nim z wytrzeszczonymi oczami. 
Vanimoon pierwszy krzyknal: 
- Dokad sie wybierasz, Hissunie? Na bal kostiumowy? 
- Chyba raczej na Wyspe, zagrac w klipe z Pania! 
- Nie! Zapoluje na smoki morskie z Pontifexem. 
- Przepusccie mnie - poprosil cicho Hissune, bo juz mocno na niego naciskali. 
- Przepusccie go, przepusccie! - powtrzyli radosnym chrem dawni przyjaciele, ale nie 
odsuneli sie. 
- Skad masz to wytworne ubranko? - spytal Ghisnet. 
- Wypozyczyl - stwierdzil Heluan. 
- Chyba raczej ukradl - powiedzial jeden z braci Heluan. 
- Znalazl pijanego rycerza w jednej z alejek i rozebral do gola!  
- Zejdzcie mi z drogi. - Hissune opanowal sie heroicznym wysilkiem woli. - Mam cos  
waznego do zrobienia. 
- Cos waznego! Cos waznego! 
- Ma audiencje u Pontifexa! 
- Pontifex pewnie zrobi z Hissune'a ksiecia! 
- Ksiaze Hissune! Ksiaze Hissune! 
- A czemu nie Lord Hissune? 
- Lord Hissune! Lord Hissune! 
W ich glosach bylo cos wstretnego. Otoczyli go, dziesieciu czy dwunastu, opanowani 
przez zawisc. Jego wspanialy strj, lancuch na ramionach, epolety, buty, plaszcz - tego juz 
bylo im za wiele, zbyt dobitnie swiadczylo to o przepas ci, jaka sie miedzy nimi otwarla. Za 
chwile zlapia go za tunike, zaczna szarpac  lancuch. Hissune poczul pierwsze dotkniecie 
paniki. Glupota jest prbowac wytlumaczyc cos  tlumowi, a jeszcze wieksza glupota jest 

prbowac wyrwac sie sila. Oczywiscie, nie nalezalo sie spodziewac, by policja Pontyfikatu 
patrolowala te dzielnice. 
Vanimoon stal najblizej. Wlasnie siegal ku Hissune'owi, jakby chcial go popchnac. 
Hissune cofnal sie, ale i tak brudne palce zostawily smugi na zielonym materiale plaszcza. 
Nagle poczul przyplyw wscieklosci. 
- Nie waz sie mnie dotykac! - krzyknal, czyniac w zlosci znak smoka morskiego. - 
Niech zaden z was nie wazy sie mnie tknac! 
Vanimoon rozes mial sie kpiaco i znw wyciagnal dlon. Hissune blyskawicznie zlapal 
go za nadgarstek i skrecil go z wielka sila. 
- Hej! Pusc! 
Zamiast puscic, Hissune poderwal ramie Vanimoona, wykrecil je i obrcil przeciwnika. 
Nie lubil bjek - byl na nie za niski, za lekki, polegal raczej na sprycie i szybkos ci, nie na sile 
- lecz rozgniewany potrafil dzialac blyskawicznie. Czul,  ze drzy od naglego przyplywu 
energii. Niskim, napietym glosem powiedzial: 
- Jesli bede musial, Vanimoonie, zlamie ci reke.  Zadnemu z was nie wolno mnie 
dotknac!  
- Boli! 
- Bedziesz trzymal rece przy sobie? 
- Nie znasz sie na zartach... 
Hissune poderwal ramie tak wysoko, jak tylko sie dalo bez zlamania. 
- Wyrwe ci je, jesli bede musial. 
- Pusc... pusc... 
- Bedziesz trzymac sie z dala ode mnie? 
- Tak! Dobrze! 
Pus cil Vanimoona i zlapal oddech. Serce bilo mu mocno, cialo ociekalo potem; nie 
chcial nawet pomyslec, jak teraz wyglada. I to po wszystkich troskliwych zabiegach 
Ailimoor! 
Vanimoon cofnal sie o krok; ponury, rozcieral nadgarstek. 
- Boi sie, ze zabrudze mu to jego ubranko. Nie chce miec na sobie brudu zwyklych ludzi 
- powiedzial. 
- Slusznie. A teraz zejdz mi z drogi. I tak juz sie spznilem. 
- Pewnie na uczte z Koronalem, co? 
- Jakbys zgadl. Spznilem sie na uczte z Koronalem. 
Vanimoon i inni wytrzeszczyli na niego oczy; mialy one wyraz jednoczesnie kpiacy i 

przerazony. Hissune przecisnal sie miedzy nimi i ruszyl przez plac. 
Wieczr zaczal sie bardzo zle, pomyslal. 
 

3 
 
Pewnego dnia pzna wiosna, gdy slonce wydawalo sie wisiec nieruchomo nad Gra 
Zamkowa, Koronal Lord Valentine radosnie galopowal po usianych rozkwitajacymi kwiatami 
lakach przy poludniowym skrzydle Zamku. 
Byl sam, nie zabral ze soba nawet swej towarzyszki zycia, Lady Carabelli. Czlonkowie 
rady protestowali stanowczo za kazdym razem, gdy wyjezdzal gdziekolwiek bez ochrony, 
nawet gdy dzialo sie to w obrebie Zamku, nie mwiac juz o otaczajacych go terenach. Gdy 
tylko pojawial sie ten problem, Elidath uderzal zacisnieta piescia w dlon, a Tunigorn 
prostowal sie na cala wysokosc, jakby mial zamiar zagrodzic Valentine'owi droge wlasnym 
cialem. Z kolei maly Sleet, czerwony z wscieklosci, przypominal Koronalowi, ze wrogowie 
juz raz go pokonali i moga pokonac po raz drugi. 
- Przeciez na Grze Zamkowej bede z pewnoscia bezpieczny - upieral sie Valentine. 
Lecz oni zawsze stawiali na swoim - az do dzis. Twierdzili, ze najwazniejsze jest 
bezpieczenstwo Koronala Majipooru. Gdziekolwiek wiec wyjezdzal Lord Valentine, zawsze 
byli przy nim Elidath albo Tunigorn, albo Stasilane - tak jak wwczas, gdy bawili sie razem, 
bedac dziecmi - a w dodatku, zachowujac pelen szacunku dystans, jechalo za nimi 
bezustannie kilku czlonkw jego osobistej ochrony. 
Tym razem jednak Valentine'owi udalo sie zmylic czujnosc wszystkich. Nie byl calkiem 
pewien, jak tego dokonal, lecz kiedy pznym rankiem opadla go nieodparta chec, by gdzies  
wyjechac, poszedl po prostu do znajdujacych sie w poludniowym skrzydle stajni, bez pomocy 
chlopca stajennego osiodlal wierzchowca, przejechal po wylozonym zielonymi ceramicznymi 
kafelkami, dziwnie pustym Placu Dizimaule'a i dalej, pod lukiem bramy, na wspaniale pola 
lezace po obu stronach gos cinca Grand Calintane. Nikt go nie zatrzymal. Nikt go nawet nie 
zawolal. Czul sie tak, jakby za pomoca jakiejs  czarodziejskiej sztuczki stal sie niewidzialny. 
Nareszcie wolny, chocby tylko na godzine, moze na dwie godziny! Koronal odrzucil 
glowe i rozesmial sie tak, jak nie s mial sie juz od bardzo dawna. Uderzyl pietami 
wierzchowca, pognal przez laki tak szybko, ze kopyta wielkiego fioletowego zwierzecia 
wydawaly sie nie dotykac miliardw kwitnacych wokl kwiatw. 
To jest dopiero zycie! 
Obejrzal sie przez ramie. Fantastycznie wielka, zdumiewajaca i nierzeczywista bryla 
Zamku malala, choc i z tej odleglosci wydawala sie ogromna, zaslaniala pl horyzontu - 
gigantyczna budowla, liczaca jakies  czterdziesci tysiecy sal, wygladala jak potwr, ktry 

rozsiadl sie na szczycie Gry. Valentine nie przypominal sobie, by od czasu ponownego 
objecia wladzy kiedykolwiek wyprawil sie z Zamku bez ochrony, sam. Nie zdarzylo sie to ani 
razu! 
No, przynajmniej udalo mu sie to teraz. Obejrzal sie w lewo - widzial tam 
trzydziestopieciomilowe zbocze Gry, opadajace pod oszalamiajacym katem i blyszczace w 
dole miasto rozkoszy, Morpin Wysoki: siec lekkich zlotych nici. A jakby tam zjechac, 
zabawic sie, chocby przez dzien? Czemu nie? Byl wolny! Moze pojechac i dalej, zrobic sobie 
spacer ogrodami Bariery Tolignara, przechadzac sie miedzy halatyngami, tanigalami i 
sithereelami, moze wrcic z zatknietym za kapelusz, jak piro, kwiatem alabandyny. Czemu 
nie? Ten dzien nalezy do niego! Moze pojechac do Furbile, zdazy akurat na pore karmienia 
kamiennych ptakw, moze pojechac do Stee, napic sie zlotego wina na szczycie Wiezy 
Timina, moze pojechac do Bombifale, do Peritole, do Banglecode... 
Wierzchowiec zdola poniesc go wszedzie. Pedzil przed siebie godzine, i jeszcze 
godzine, bez najmniejszych oznak zmeczenia. Kiedy Valentine dojechal do Morpin 
Wysokiego, zatrzymal sie przy Fontannach Confalume'a, z ktrych strumienie barwionej 
wody, cienkie jak ostrza wlczni, bily w gre na kilkanascie metrw, dzieki magicznym 
sztuczkom starozytnych nie tracac ksztaltw, i ruszyl dalej na piechote, az doszedl do 
lustrzanego s lizgu, na ktrym on i Voriax jako chlopcy tak czesto sprawdzali swa zrecznosc. 
Nikt nie zwrcil na niego uwagi, gdy rozpoczal zjazd, jakby ludzie uwazali za niegrzeczne 
gapienie sie na prbujacego sil w zjezdzie Koronala albo jakby nadal otaczala go dziwna aura 
niewidzialnos ci. Wydawalo mu sie to osobliwe, lecz nie niepokojace. Kiedy skonczyl sie 
s lizgac, pomyslal,  ze moze pjsc do tuneli mocy lub na silownie, lecz nagle doszedl do 
wniosku, ze rwnie milo bedzie kontynuowac wedrwke i w chwile pzniej znw siedzial na 
grzbiecie wierzchowca, jadac do Bombifale. To w Bombifale - starozytnym i jednym z 
najpiekniejszych miast, otoczonym murami z piaskowca o glebokim odcieniu starej 
czerwieni, murami zwienczonymi jasnymi, spiczastymi wiezami, pieciu przyjacil znalazlo 
go kiedys , dawno temu, gdy spedzal samotnie wakacje. Siedzial w gospodzie o onyksowych i 
alabastrowych sklepionych s cianach, a kiedy przywital ich, zaskoczony i rozradowany, 
przyjaciele uklekli, czyniac znak gwiazdy i krzykneli: Valentine! Lord Valentine! Niech zyje 
Lord Valentine!" Najpierw pomyslal, ze kpia sobie z niego, nie byl bowiem wladca, lecz 
mlodszym bratem panujacego. Wiedzial,  ze nigdy nie bedzie rzadzil, i nie pragnal korony. I 
chociaz byl czlowiekiem, ktry trudno wpadal w gniew, rozgniewal sie wwczas, bo nie 
powinni mu przeszkadzac, strojac sobie tak okrutne figle. Lecz potem zauwazyl, jak blade sa 
ich twarze, jaki dziwny maja wyraz ich oczy, i gniew wyparowal z niego, zastapiony przez zal 

i strach. W ten wlas nie sposb dowiedzial sie o s mierci swojego brata Voriaxa i o tym, ze 
zostal wybrany na Koronala na jego miejsce. Teraz w Bombifale, co do dnia dziesiec lat 
pzniej, mial wrazenie,  ze co trzeci mijany mezczyzna ma twarz Voriaxa: czarna brode, 
stanowcze spojrzenie, rumiane policzki. Sprawialo mu to przykrosc, wiec szybko wyjechal z 
miasta. 
Nie zatrzymywal sie wiecej, bo tyle jeszcze zostalo do zobaczenia, tyle setek mil musial 
przejechac. Jechal wiec, mijal miasto za miastem, spokojny, szczesliwy, jakby plynal, jakby 
lecial niczym ptak. Od czasu do czasu rozposcieral sie przed nim wspanialy widok na cala 
Gre, z Piecdziesiecioma Miastami widocznymi jakims  cudem wszystkie razem i kazde z 
osobna, z nielicznymi miejscowosciami polozonymi u stp Gry, z Szescioma Rzekami, z 
szeroka rwnina Alhanroel biegnaca az do Morza Wewnetrznego. Jakiez to wszystko bylo 
wspaniale, jakie ogromne! Majipoor! Bez watpienia najpiekniejszy ze s wiatw zasiedlonych 
przez ludzi w ciagu tych tysiecy lat, odkad zaczeli opuszczac Stara Ziemie. I caly oddany 
jemu w opieke. Byla to odpowiedzialnosc, ktrej nigdy nie mial zrzucic ze swych barkw. 
Lecz gdy tak jechal przed siebie, poczul, jak w jego duszy rodzi sie i narasta cos  
tajemniczego. Powietrze zrobilo sie ciemniejsze i chlodne, co wydalo mu sie dziwne - klimat 
Gry Zamkowej kontrolowano i stale panowala tam cudowna wiosna. Wtem poczul na 
policzku cos jakby zimna plwocine; rozejrzal sie, szukajac napastnika, ale nikogo nie 
dostrzegl, a potem znw jakby ktos splunal mu w twarz, i jeszcze raz... To snieg, zorientowal 
sie w koncu, to s nieg niesiony przez silny, mrozny wiatr. Snieg? Snieg na Grze Zamkowej? 
Mrozny wiatr? 
Dzialo sie cos jeszcze gorszego. Ziemia stekala jak monstrum rodzace innego potwora. 
Wierzchowiec, zawsze tak mu posluszny, teraz stanal deba i chrapnal dziwnie, jakby jeczal; 
powoli potrzasal glowa, jakby byl czyms straszliwie zdziwiony. Valentine uslyszal donos ny, 
choc odlegly grzmot, a potem, blizej, dziwny trzask. Dostrzegl, jak w ziemi pojawiaja sie 
szczeliny. S wiat chwial sie i kolysal. Trzesienie ziemi? Gra chwiala sie niczym maszt statku 
lowcw smokw na suchym, goracym wietrze z poludnia. Samo niebo, ciemne, olowiane, 
jakby nagle nabralo ciezaru. 
Co sie dzieje? Och, dobra Pani, moja matko, co dzieje sie z Gra Zamkowa? 
Valentine czepial sie rozpaczliwie szalejacego, stajacego deba wierzchowca. Wydawalo 
sie, ze caly swiat rozpada sie w proch i pyl, rozlatuje sie, ginie. Jego zadaniem bylo utrzymac 
go w calosci, tulic gigantyczne kontynenty do piersi, pilnowac, by morza nie wystapily z 
brzegw, powstrzymywac rzeki, w bezmyslnej furii zdolne niszczyc miasta... 
A tego w zaden sposb nie mgl dokonac. 

Zbyt wielkie bylo to zadanie dla jednego czlowieka. Potezne sily wyrzucaly w 
powietrze cale prowincje, ktre spadajac, miazdzyly polacie kraju. Wyciagnal reke, by 
przytrzymac lady na ich wlasciwych miejscach. Zalowal,  ze nie ma zelaznych obreczy, 
ktrymi mglby je opasac, umocowac. Lecz tego nie byl w stanie dokonac. Ziemia drzala, 
falowala, rozpadala sie, kleby czarnego pylu zakryly oblicze slonca, a on nie potrafil 
powstrzymac konwulsji swiata. Jeden czlowiek nie mgl pomc gigantycznej planecie, nie 
mgl powstrzymac jej cierpien. Valentine zawolal przyjacil: 
- Elidath! - krzyknal. - Lisamon! 
Cisza. Wzywal ich raz po raz, lecz jego glos nikl w huku i trzasku. 
Swiat stracil swa stabilnosc. Valentine czul sie tak, jakby zjezdzal korytarzem luster w 
Morpin Wysokim. Trzeba w nim poruszac sie szybko i zrecznie, by utrzymac rwnowage na 
s lizgajacych sie, wirujacych i falujacych plytach; teraz zas mial wokl siebie kompletny 
chaos, jakby wyrwano same korzenie swiata. Wstrzasy zwalily go z wierzchowca, toczyl sie i 
przewracal, z calej sily wbijal palce w miekka ziemie, by nie zsunac sie do otwierajacych sie 
nieustannie szczelin, z ktrych dobiegal go straszny s miech i bilo fioletowe swiatlo, jak gdyby 
slonce zostalo pochloniete przez planete Majipoor. Nad nim, w powietrzu, unosily sie 
zagniewane twarze, twarze, ktre niemal rozpoznawal, lecz gdy tylko przygladal sie ktrejs  
uwazniej, natychmiast sie zmieniala - oczy stawaly sie nosami, nosy - uszami. Nagle, za tymi 
koszmarnymi twarzami dostrzegl inna. Te juz znal: ls niace kasztanowate wlosy,  lagodne, 
cieple oczy. Pani Wyspy, jego droga matka. 
- Wystarczy - powiedziala. - Przebudz sie, Valentine. 
- Czyzbym snil? 
- Oczywiscie. 
- A wiec powinienem spac dalej i dowiedziec sie wszystkiego, czego sie da, z tego snu. 
- Moim zdaniem dowiedziales sie juz wszystkiego, czego potrzeba. Przebudz sie. 
To prawda. Mial dosc tej wiedzy. Nie wytrzymalby jej wiecej. Tak jak nauczono go 
dawno temu, wyrwal sie z toni nieoczekiwanego snu i usiadl, mrugajac nieprzytomnie, 
walczac z ospaloscia i zmieszaniem. Nadal mial przed oczyma duszy obrazy gigantycznego 
kataklizmu, choc powoli orientowal sie,  ze wszystko jest w porzadku. Lezal na pieknie 
zdobionej kanapie w pokoju o zielonych i zlotych  scianach. Co powstrzymalo trzesienie 
ziemi? Gdzie jego wierzchowiec? Jakim cudem sie tu znalazl? Ach, to oni! Obok kanapy 
kleczy blady, szczuply, bialowlosy mezczyzna, ktrego policzek zdobi postrzepiona blizna. 
Sleet. A z tylu stoi Tunigorn, zmarszczony; jego ciezkie brwi ukladaja sie w jedna linie. 
- Spokojnie, spokojnie - powiedzial Sleet. - Juz wszystko dobrze. Przebudziles sie, 

panie. 
Przebudzil sie? Czyzby wiec byl to sen, zwykly sen? 
Najwyrazniej tak. Nie znajdowal sie nawet na Grze Zamkowej. Nie bylo sniezycy, 
trzesienia ziemi, klebw kurzu przyslaniajacego slonce. Sen, tak, sen! Lecz jakze straszny, 
przerazajaco rzeczywisty, tak potezny, ze az trudno bylo powrcic do rzeczywistosci. 
- Gdzie jestem? 
- W Labiryncie, panie. 
- Gdzie? W Labiryncie? - Czyzby duchy jakies przeniosly go tu we s nie z Gry 
Zamkowej? Valentine poczul, jak czolo zrasza mu pot. Labirynt? Ach, tak. Poczul, jakby ktos  
chwycil go za gardlo. Labirynt, tak. Juz sobie przypomnial. Oficjalna wizyta, z ktrej, dzieki 
niech beda Bogini, pozostal juz tylko ten ostatni wieczr. Trzeba tylko zniesc jeszcze te 
koszmarna uczte. Nie uda mu sie jej uniknac. Labirynt, Labirynt, straszny Labirynt. Byl w 
Labiryncie, na najnizszym poziomie. Sciany sali, w ktrej spal, ozdobiono pieknymi freskami 
przedstawiajacymi Zamek, Gre, Piecdziesiat Miast. Te sceny, tak urocze, teraz wydawaly 
mu sie kpina. Jakze daleko stad do Gry Zamkowej, jak daleko do slodkiego blasku slonca. 
Jakie to przykre, pomyslal, ze snu zwiastujacego zniszczenie i zaglade przebudzic sie w 
najbardziej ponurym miejscu na swiecie! 
 

4 
 
Siedemset mil na wschd od lsniacego, krystalicznego miasta Dulorn, w podmoklej 
dolinie znanej jako Dolina Prestimio na, gdzie kilkaset rodzin Ghayrogw na rozrzuconych 
daleko od siebie plantacjach uprawialo lusavender i ryz, zblizala sie pora plrocznych zniw. 
Lsniace, grube, czarne straki lusavenderu, niemal calkowicie dojrzale, zwisaly gesto z 
przygietych lodyg, sterczacych z pograzonych pod woda pl. 
Aximaan Threysz, najstarsza i najlepsza sposrd wszystkich, ktrzy w tej okolicy 
uprawiali lusavender, czekala na ten zbir jak na zaden inny w ciagu ostatnich dziesiecioleci. 
Eksperymenty z protoplastycznym powiekszaniem ros lin, rozpoczete przed trzema sezonami 
pod kierunkiem rzadowego agenta rolnego, mialy zaowocowac w tym roku. W tym roku 
wszystkie swe pola poswiecila nowemu gatunkowi lusavenderu; straki, niemal dwukrotnie 
wieksze od normalnych, byly juz w pelni dojrzale. Nikt inny w Dolinie nie odwazyl sie na 
takie ryzyko. Czekano, jak powiedzie sie Aximaan Threysz. Wkrtce bedzie juz wiadomo, jej 
sukces stanie sie oczywisty i inni farmerzy zaplacza rzewnymi lzami, kiedy wejdzie na rynek 
tydzien przed nimi, z niemal dwukrotnie wiekszymi zbiorami! 
Stala w blocie na granicy pola, wpychajac palcowate wyrostki w najblizsze straki, 
prbujac zdecydowac, kiedy rozpoczac zniwa, gdy jeden z synw jej najstarszego potomka 
przybiegl, krzyczac: 
- Tata kazal ci powiedziec, co wlasnie uslyszal w miescie! Agent rzadowy wyruszyl z 
Mazadone. Jest juz w Helkaplod. Jutro rusza do Sijaneel. 
- A wiec dotrze do Doliny Dnia Drugiego - rzekla Aximaan Threysz. - Swietnie, 
doskonale. - Jej rozwidlony jezyk poruszyl sie szybciej. - Biegnij, chlopcze, do ojca. Powiedz 
mu,  ze wyprawimy uczte na czesc agenta w Dzien Morza, a zniwa rozpoczniemy w Dniu 
Czwartym. Chce, zeby cala rodzina zebrala sie w domu na plantacji. No, biegnij, synku. 
Plantacja byla wlasnoscia rodziny Aximaan Threysz od czasw Lorda Confalume'a. 
Miala ksztalt nieregularnego trjkata, przylegajacego jednym, majacym okolo pieciu mil 
bokiem do brzegu Rzeki Havilbove'a. Drugi bok ciagnal sie na poludniowy wschd az do 
granicy Parku Lesnego Mazadonne, trzeci biegl z powrotem w strone rzeki, na plnoc. 
Wewnatrz tych granic Aximaan Threysz rzadzila, niczym wladca absolutny, swymi piecioma 
synami i dziewiecioma crkami, wnukami, ktrych nie potrafila sie juz doliczyc, oraz mniej 
wiecej dwudziestoma Vroonami i Liimenami pracujacymi na polach. Kiedy mwila pora 
sadzic", wszyscy wychodzili na pola i sadzili, a kiedy mwila nadeszly zniwa", wszyscy 

wychodzili w pole i zbierali plony. W wielkim domu, stojacym na granicy androdragmowego 
lasku, kolacje podawano, gdy zasiadala przy stole - niezaleznie od tego, ktra byla godzina. 
Nawet pora snu rodziny zalezala od niej - Ghayrogi hibernuja, lecz cala rodzina nie mogla 
przeciez zasnac naraz. Najstarszy syn wiedzial,  ze nie wolno mu spac przez pierwsze szesc 
tygodni corocznego snu matki; najstarsza crka czuwala przez pozostale szesc. Aximaan 
Threysz rozkazywala innym czlonkom rodziny, kiedy maja spac, a kiedy czuwac, kierujac sie 
tym, co uwazala za wlasciwe dla dobra plantacji. Nikt nigdy nie podwazyl  zadnego jej 
twierdzenia. Nawet gdy byla mloda - nieprawdopodobnie dawno temu, Ossier byl wtedy 
Pontifexem, a mlody Tyeveras Koronalem - zwracano sie do niej o rade w potrzebie. Tak 
postepowal jej ojciec, a nawet jej partner. Przezyla ich obu, przezyla tez niektre ze swych 
dzieci. Koronalowie przychodzili i odchodzili, a Aximaan Threysz trwala. Jej twarda luska 
nie blyszczala juz, stala sie fioletowa ze starosci; wijace sie, grube weze wlosw z czarnych 
zmienily sie w szare; chlodne, nie mrugajace zielone oczy byly zacmione, pokryte bielmem - 
a jednak Aximaan Threysz nadal kierowala zyciem farmy. 
Na jej ziemi nie moglo wyrosnac nic szczeglnie wartosciowego, z trudem udawaly sie 
ryz i lusavender. Przez ogromna Rozpadline gwaltowne deszcze plnocy mialy latwy dostep 
do prowincji Dulorn i choc miasto Dulorn lezalo w suchym rejonie, ziemie na zachodzie, 
odpowiednio nawadniane i drenowane, byly  zyzne, bogate. Lecz wokl Doliny Prestimiona, 
po wschodniej stronie Rozpadliny, wygladalo to zupelnie inaczej. Ciezka, niebieskawa gleba 
byla wilgotna, blotnista. Postepujac bardzo ostroznie, zwracajac wielka uwage na pory roku, 
pod koniec zimy, tuz przed wiosennymi powodziami mozna bylo sadzic ryz, a pzna wiosna i 
jeszcze raz wczesna jesienia, lusavender. Nikt w okolicy nie rozumial rytmu natury lepiej niz 
Aximaan Threysz i tylko najbardziej lekkomyslni farmerzy sadzili, nim ona zaczynala to 
robic. 
Choc taka wladcza, wrecz oniesmielajaca prestizem i autorytetem, Aximaan Threysz 
miala jedna ceche, ktrej ludzie z Doliny nie potrafili zrozumiec: cenila miejscowego agenta 
rolnego, jakby byl zrdlem wszelkiej madrosci, a ona jego skromna uczennica. Dwa lub trzy 
razy w roku agent przybywal ze stolicy prowincji, Mazadonne, objezdzajac blotniste farmy i 
pierwsza noc w Dolinie spedzal zawsze u Aximaan Threysz. Przyjmowala go w swym 
wielkim domu, otwierala flaszki wina z ognistej palmy i najlepszego nyiku, wysylala wnuki 
nad Rzeke Havilbove'a, by nalapaly smakowitych, malych hiktiganw, przemykajacych sie 
miedzy kamieniami w jeziorku, do ktrego spadal wodospad, kazala przyrzadzac zamrozone 
steki z bidlaka na aromatycznym drewnie thwale, a po zakonczeniu uczty odchodzila z 
agentem na bok i cala noc spedzala na rozmowie o nawozach, szczepieniu i maszynach 

zniwnych. Obok nich siedzialy jej crki, Heynok i Jarnok, zapisujac dokladnie kazde 
wypowiedziane slowo. 
Dziwilo wszystkich to, ze Aximaan Threysz, z pewnos cia wiecej wiedzaca o uprawie 
lusavenderu niz jakakolwiek zyjaca na Majipoorze istota, w ogle zwracala uwage na to, co 
ma do powiedzenia jakis drobny rzadowy urzedniczyna. Lecz jej rodzina wiedziala, o co 
chodzi. Mamy swoje sposoby i uzywamy wylacznie ich - powtarzala Threysz. - Robimy, co 
robilis my zawsze, poniewaz to sie nam w przeszlos ci oplacalo. Sadzimy, pielegnujemy 
sadzonki, dogladamy dojrzewajacych roslin, zbieramy plony, a potem zaczynamy wszystko 
od poczatku. Kiedy zbir nie jest mniejszy niz zeszloroczny, uwazamy,  ze sie nam udalo. 
Lecz w rzeczywistosci jest wrecz przeciwnie - ponosimy kleske, jesli tylko dorwnujemy 
temu, co bylo. Na swiecie nic nie jest nieruchome; kiedy stoi sie nieruchomo, tonie sie w 
blocie". 
Tak wiec Aximaan Threysz prenumerowala pisma rolnicze, od czasu do czasu posylala 
ktregos z wnukw na studia i bardzo uwaznie sluchala tego, co mial do powiedzenia agent. 
Co roku wprowadzala na farmie jakies  drobne udoskonalenie, co roku zbierala wiecej 
workw nasion lusavenderu, ktre sprzedawala w Mazadonne; w magazynach na jej farmie 
kopce lsniacych ziaren ryzu wznosily sie coraz wyzej i wyzej. Przeciez zawsze mozna 
nauczyc sie, jak cos robic lepiej, a Aximaan Threysz robila wszystko, by posiasc jak 
najwiecej wiedzy. My jestesmy Majipoorem - powtarzala czesto. - Wielkie miasta 
zbudowano na fundamentach z ziaren zboza. Bez nas Ni-moya, Pidruid i Khyntor bylyby 
pustyniami. Miasta rosna z roku na rok, wiec musimy pracowac coraz ciezej, by je wyzywic, 
prawda? Nie mamy wyboru, taka jest wola Bogini. Nieprawdaz?" 
Przezyla pietnastu, a moze i dwudziestu agentw. Przybywali jako mlodzi ludzie, pelni 
nowych pomyslw, lecz na ogl ogarniala ich niesmialosc w jej obecnosci. 
- Nie wiem, czego mglbym pania nauczyc - mwil niemal kazdy. - To ja powinienem 
uczyc sie od pani, Aximaan Threysz. 
Musiala powtarzac w klko te same slowa, musiala ich osmielac, przekonywac,  ze 
rzeczywiscie interesuje sie nowinkami. 
Kiedy odchodzil stary agent, a na jego miejsce przychodzil nowy, powtarzaly sie 
zawsze te same klopoty. Im bardziej sie starzala, tym trudniej przychodzilo jej nawiazywac 
kontakty z mlodymi; nim wreszcie zdolala je zadzierzgnac, mijaly czasami lata. Lecz nie 
miala zadnych problemw z Calimanem Haynem, kiedy objal stanowisko przed dwoma laty. 
Hayn byl mlody, mial moze trzydziesci, czterdziesci, a moze piecdziesiat lat - wszyscy ludzie 
przed siedemdziesiatka wydawali sie jej teraz mlodzi - i zdumiewajaco bezposredni, nawet 

niedbaly w zachowaniu, co od razu sie jej spodobalo. Nie zdradzal strachu, spotykajac sie z 
nia, i nawet nie prbowal prawic jej grzecznosci. 
- Poinformowano mnie - powiedzial prosto z mostu, nie dluzej niz po dziesieciu 
minutach od chwili, gdy spotkali sie po raz pierwszy - ze jest pani osoba najbardziej sklonna 
do wyprbowywania nowos ci. Co powiedzialaby pani na zabieg, ktry dwukrotnie powieksza 
nasiona lusavenderu, nie pogarszajac ich smaku? 
- Powiedzialabym, ze ktos  prbuje zamieszac mi w glowie. Brzmi to zbyt pieknie, by 
bylo prawdziwe. 
- A jednak taki zabieg jest mozliwy. 
- Doprawdy? 
- Jestes my gotowi do przeprowadzenia doswiadczen w ograniczonym zakresie. Ze 
sprawozdan pozostawionych przez moich poprzednikw dowiedzialem sie, ze nie boi sie pani 
eksperymentw. 
- Nie boje sie - przyznala Aximaan Threysz. - Jaki to zabieg? 
- Nazywa sie to - wyjas nil jej agent - powiekszaniem protoplazmatycznym. Uzywa sie 
enzymw w celu rozpuszczenia blony komrek roslin, a potem wprowadza material 
genetyczny. Materialem tym mozna nastepnie manipulowac, w wyniku czego materia 
komrkowa, protoplazma, umieszczona zostaje w kulturze umozliwiajacej odbudowe blony. 
Z pojedynczej komrki mozna wyhodowac ros line o znacznie lepszej charakterystyce. 
- Mys lalam, ze taka wiedza zostala na Majipoorze zapomniana przed tysiacami lat. 
- Lord Valentine sprzyja odrodzeniu starozytnej nauki. 
- Lord Valentine? 
- Tak, Koronal - powiedzial Caliman Hayn. 
- Ach, Koronal! - Aximaan Threysz opuscila wzrok. Valentine? Valentine? Miala 
wrazenie, iz Koronal nazywa sie Voriax, ale kiedy sie nad tym zastanowila, przypomniala 
sobie, ze Voriax zginal. Tak, na jego miejsce przyszedl Valentine, cos o tym slyszala. Czy to 
nie temu Valentine'owi przydarzylo sie cos  dziwnego, czy to nie on zamienil sie na cialo z 
innym czlowiekiem? Tak, to chyba on. Lecz ludzie tacy jak Koronalowie nie znaczyli wiele 
dla Aximaan Threysz, ktra nie opuscila Doliny Prestimiona od dwudziestu, a moze juz 
trzydziestu lat i ktrej Gra Zamkowa i jej wladcy wydawala sie tak daleka, ze mogla rwnie 
dobrze nalezec do legendy. Aximaan Threysz obchodzila uprawa ryzu i lusayenderu. 
Rzadowe laboratoria botaniczne - wyjasnil jej Caliman Hayn - wyhodowaly 
wzbogacona sklonowana odmiane lusavenderu i teraz trzeba wyprbowac jej przydatnosc w 
praktyce gospodarstwa rolnego. Poprosil Aximaan Threysz, by wsplpracowala z nim przy 

eksperymentach, a w zamian za to zobowiazal sie nie udostepniac odmiany nikomu w 
Dolinie, pki farma Threysz nie przestawi sie na jej produkcje. 
Takiej pokusie nie sposb sie oprzec. Przyjela od agenta worek zaskakujaco wielkich 
nasion, blyszczacych i ogromnych jak oko Skandara, i zasadzila je na odleglym polu, by nie 
skrzyzowaly sie przypadkiem z normalnymi roslinami. Nasiona zakielkowaly doskonale, a 
gdy wyrosly, rznily sie od normalnych ros lin wylacznie tym, ze ich lodygi byly dwu- lub 
nawet trzykrotnie grubsze. Kiedy zakwitly, pofaldowane fioletowe kwiaty okazaly sie 
ogromne, wielkie jak talerze, straki tez byly dlugie. Zebrano z nich wielki plon gigantycznych 
nasion. Aximaan Threysz chciala ich uzyc przy jesiennych siewach, obsadzic wszystkie pola 
nowa odmiana, by na wiosne dysponowac zbiorem wielokrotnie wiekszym od normalnego, 
lecz tego zrobic nie mogla, zgodzila sie bowiem oddac wiekszosc z nich Calimanowi 
Haynowi, celem przeprowadzenia badan laboratoryjnych w Mazadone. Zostalo jej tyle, by 
obsiac moze piata czesc ziemi. Tym razem poproszono ja jednak, by wysiala wieksze nasiona 
wraz z mniejszymi, celem doprowadzenia do krzyzwek; powiekszanie uwazano za ceche 
dominujaca, lecz nigdy nie wyprbowano tego na duza skale. 
Choc Aximaan Threysz zabronila rodzinie rozmawiac o eksperymencie w Dolinie, 
utrzymanie prb w tajemnicy przed innymi farmerami okazalo sie niemozliwoscia. Grubych, 
wysokich roslin drugiej generacji, ktre nagle wyrosly na jej polach, nie udalo sie ukryc i w 
jakis  sposb wiadomosc o tym, co dzieje sie na jej farmie, rozeszla sie po okolicy. Zadziwieni 
sasiedzi wpraszali sie do niej sami, po czym stawali, w zdumieniu gapiac sie na pole. Lecz 
mieli swe podejrzenia. Takie ros liny - mwili niektrzy - wyjalowia ziemie w dwa, trzy lata. 
Jes li Threysz nie przestanie, jej farma zmieni sie w pustynie". Inni byli pewni, ze wielkie 
nasiona okaza sie niesmaczne, gorzkie. Mniejszosc twierdzila, ze jak dotad Aximaan Threysz 
na ogl wiedziala, co robi, ale nawet ci, co tak mwili, z radoscia odstepowali jej zaszczyt 
uczestnictwa w pionierskim eksperymencie. 
Zima zebrano plony: normalne nasiona poszly na sprzedaz, wielkie zapakowano w 
worki i przygotowano do siewu. Trzeci sezon mial byc decydujacy, poniewaz niektre 
wielkie nasiona pochodzily z ros lin klonowanych, a inne, prawdopodobnie wiekszosc, z 
hybryd normalnego i powiekszonego lusavenderu. Nikt tak naprawde nie wiedzial, jaka okaze 
sie wartosc tych hybryd. 
Przy koncu zimy nadszedl czas sadzenia ryzu. Kiedy skonczono z ryzem, wyzsze, 
suchsze ziemie plantacji przyjely nasiona lusavenderu; przez cala wiosne i cale lato Aximaan 
Threysz obserwowala rosnace grube lodygi, rozwijajace sie wielkie kwiaty, pojawiajace sie i 
ciemniejace ogromne straki. Od czasu do czasu otwierala jeden z nich i patrzyla na miekkie, 

zielone nasiona. Bez watpienia beda duze. Ale smak? Co sie stanie, jesli zabraknie im smaku 
lub beda niesmaczne? Zaryzykowala dla nich caloroczne plony. 
Cz, juz wkrtce otrzyma odpowiedz na wszystkie pytania. 
W sobote dostala wiadomosc, ze agent nadjezdza i przybedzie na plantacje, tak jak sie 
spodziewala, Dnia Drugiego. Lecz przy okazji uslyszala takze zaskakujace i niepokojace 
wiesci, gdyz agentem, ktry mial przybyc, nie byl Caliman Hayn, lecz ktos nazywajacy sie 
Verewain Noor. Aximaan Threysz nie potrafila tego zrozumiec. Hayn byl zbyt mlody, by 
odejsc na emeryture. Nie podobalo sie jej, ze znikl akurat teraz, kiedy eksperyment zblizal sie 
do konca. 
Verewain Noor okazal sie mlodszy nawet od Hayna i nuzaco uprzejmy. Natychmiast 
zaczal opowiadac, jakim zaszczytem jest dla niego to spotkanie, uzywajac wszystkich 
zwyczajowych komplementw. 
Przerwala mu. 
- A gdzie ten poprzedni? - spytala. 
Noor wyjasnil,  ze najwyrazniej nikt nie ma o tym pojecia. Niezbyt przekonujaco 
tlumaczyl,  ze Hayn znikl bez uprzedzenia trzy miesiace temu, nic nikomu nie mwiac i 
zwalajac innym na glowe nieprawdopodobny urzedowy balagan. 
- Ciagle staramy sie to rozgryzc - powiedzial. - Najwyrazniej prowadzil jakies  
eksperymenty, ale nie wiemy jakie i z kim... 
- Jeden z jego eksperymentw odbyl sie tu - poinformowala go chlodno Aximaan 
Threysz. - Polowe badania powiekszonego protoplastycznie lusavenderu. 
- Niczego mi nie oszczedzisz, Bogini - jeknal Noor. - Na ile prywatnych badan Hayna 
mam sie jeszcze natknac! Protoplastycznie powiekszony lusavender, mwi pani? 
- Powiedzial pan to tak, jakby nigdy nie slyszal o czyms podobnym. 
- Slyszec slyszalem. Ale wlas ciwie nie wiem, o co chodzi. 
- Wiec prosze za mna - powiedziala i ruszyla przed siebie na pola lusavenderu, mijajac 
tarasy, na ktrych rsl siegajacy juz do pasa ryz. Zla, sadzila wielkimi krokami, a mlody agent 
z trudem za nia nadazal. Idac, opowiadala mu o worku wielkich nasion, ktre przynisl jej 
Hayn, o wysadzeniu sklonowanych roslin na polach, o skrzyzowaniu ich z normalna odmiana, 
o generacji hybryd dojrzewajacych na jej farmie. Po krtkiej chwili byli juz na miejscu. Nagle 
zatrzymala sie, zdumiona, przerazona. - Pani, ustrzez nas! - krzyknela. 
- Co sie stalo? 
- Patrz, czlowieku! Patrz! 
Ten jeden, jedyny raz doskonale wyczucie czasu opus cilo Aximaan Threysz. 

Najzupelniej nieoczekiwanie hybryda lusayenderu zaczela wysiewac sie dwa tygodnie za 
wczesnie. Pod goracym sloncem lata wielkie straki pekaly i otwieraly sie z obrzydliwym 
dzwiekiem przypominajacym chrzest pekajacych kosci. Wielkie nasiona wylatywaly z sila 
karabinowej kuli, lecialy w powietrzu pietnascie, dwadziescia jardw i ginely w blocie 
pokrywajacym zalane pola. Nic nie bylo w stanie zatrzymac tego procesu; w ciagu godziny 
otworza sie wszystkie, zbir bedzie stracony. 
Lecz nie to bylo najgorsze. 
Ze strakw wylatywaly nie tylko nasiona, lecz takze drobny brazowy pyl, ktry 
Aximaan Threysz znala az za dobrze. Rozpaczliwie pobiegla na pole, nie zwracajac uwagi na 
nasiona, bolesnie raniace jej luske. Chwycila strak, ktry sie jeszcze nie otworzyl, i rozerwala 
go; ku jej twarzy uniosla sie chmurka brazowego pylu. Tak! Tak! Sniec lusavenderowa! 
Kazdy strak zawieral co najmniej lyzeczke zarodnikw; pod wplywem ciepla straki rozpadaly 
sie jedne po drugich i brazowe zarodniki unosily sie w powietrzu jak mgielka poruszana 
lekkim wiatrem. 
Verewain Noor takze zorientowal sie, co sie dzieje. 
- Prosze zawolac robotnikw! - krzyknal. - Trzeba spalic to pole. 
- Za pzno - powiedziala grobowym glosem Aximaan Threysz. - To beznadziejne. Za 
pzno, za pzno, za pzno! Co je teraz powstrzyma? 
Jej ziemia zostala bezpowrotnie zarazona. W ciagu godziny to samo czeka cala doline. 
- To juz sie stalo, nie rozumie pan? 
- Przeciez sniec lusavenderowa zwalczono dawno temu. Slowa Noora zabrzmialy wrecz 
idiotycznie. 
Aximaan Threysz skinela glowa. Az za dobrze pamietala te czasy: plomienie pozerajace 
pola, hodowanie odpornych odmian, zabijanie roslinek majacych cechy genetyczne 
sprzyjajace  smiercionosnemu grzybkowi. Siedemdziesiat, osiemdziesiat, dziewiecdziesiat lat 
temu; jakze uporczywie walczyli z ta s miercionosna plaga! A teraz s niec pojawila sie znowu, 
w jej hybrydach. Na calym Majipoorze, pomyslala, tylko moje rosliny nie sa odporne na 
s niec. Jej rosliny, sadzone z miloscia, tak zrecznie pielegnowane. Wlasnymi rekami 
przywrcila swiatu sniec, uwolnila ja, by zaatakowala pola sasiadw. 
- Haynie! - krzyknela. - Haynie, gdzies  jest! Czemu mi to zrobiles! 
Chciala umrzec, tu, teraz, nim zdarzy sie to, co wlasnie sie zdarzylo. Lecz wiedziala, ze 
nie bedzie miala tyle szczescia; dlugie lata zycia, bedace niegdys blogoslawienstwem, teraz 
staly sie jej przeklenstwem. Trzask rozpadajacych sie strakw brzmial w jej uszach jak echo 
strzalw atakujacej armii, niszczacej jej Doline.  Zylam o jeden rok za dlugo, pomyslala. 

Wystarczajaco dlugo, by doczekac konca swiata. 
 

5 
 
Hissune szedl w dl; byl zmeczony, spocony, wystraszony. Podazal przejsciami i jechal 
windami, ktrymi chodzil i jezdzil przez cale zycie. Wkrtce ubogie dystrykty zewnetrznego 
pierscienia Labiryntu zostaly daleko za nim. Mijal poziomy cudw i wspanialosci, na ktre od 
lat nie zwracal juz uwagi: Dziedziniec Kolumn, Sale Wiatrw, Plac Masek, Dziedziniec 
Piramid, Dziedziniec Kul, Arene, Dom Kronik. Przybywali tu ludzie z Gry Zamkowej, z 
Alaisor, ze Stoien, nawet z nieprawdopodobnie dalekiego, podobno wspanialego Ni-moya z 
kontynentu Zimroel, chodzili wokl oszolomieni, oglupiali, pelni podziwu dla pomyslowosci, 
z jaka zaplanowano i wybudowano tak przedziwne, podziemne miasto na pustyni. Dla 
Hissune'a byl to tylko zwykly, szary, brudnawy Labirynt. Nie bylo w nim nic pieknego, nic 
tajemniczego - w koncu mieszkal tu cale zycie. 
Wielki piecioboczny plac przed Domem Kronik byl najnizej polozonym miejscem 
dostepnym dla kazdego obywatela. Na glebsze poziomy wstep mieli tylko urzednicy rzadowi. 
Zstepujac w glebie Labiryntu, Hissune przeszedl pod wielka,  swiecaca zielonym blaskiem 
tablica, osadzona w s cianie Domu Kronik, na ktrej widnialy nazwiska wszystkich 
Pontifexw i Koronalw - dwa rzedy napisw rozciagajacych sie w gre poza zasieg 
najbystrzejszego oka. Gdzies, u samego wierzcholka, widnialy nazwiska Dvorna i Melikanda, 
i Barholda, i Stiamonta, panujacych tysiace lat temu; na dole dostrzegl imiona Kinnikena, i 
Ossiera, i Tyeverasa, i Malibora, i Voriaxa, i Valentine'a. Naprzeciw tablicy ze spisem 
wladcw Hissune przedstawil zaproszenie odzwiernemu, nadetemu Hjortowi w masce, po 
czym zaglebil sie w trzewia Labiryntu. Mijal miejsca, w ktrych okopali sie pomniejsi 
urzednicy, mijal biura ministrw, mijal tunele prowadzace do wielkich szybw 
wentylacyjnych, umozliwiajacych funkcjonowanie tego wszystkiego. Od czasu do czasu 
zatrzymywano go dla sprawdzenia dokumentw. Tu, w sektorze rzadowym, problemy 
bezpieczenstwa traktowano szczeglnie powaznie. Gdzies tam, na samym dole, znajdowala 
sie siedziba Pontifexa. Mwiono, ze to wielka szklana kula, w ktrej szalony stary wladca 
siedzi otoczony siecia urzadzen podtrzymujacych  zycie - zycie, ktre znacznie przekroczylo 
swj normalny czas. Czyzby naprawde bano sie zamachowcw? - pomyslal Hissune. Jesli to, 
co slyszal, bylo prawda, okazaloby sie laska Bogini, gdyby ktos wyciagnal wtyczke i pozwolil 
biednemu Tyeverasowi powrcic wreszcie do Zrdla. Nie potrafil zrozumiec, jaki jest cel 
utrzymywania Pontifexa przy zyciu przez dziesiatki lat, czemu nie daje sie umrzec oszalalemu 
starcowi. 

W koncu, zdyszany, slaniajacy sie na nogach, Hissune dotarl do drzwi Wielkiej Sali, 
lezacej w najglebszej glebi Labiryntu. Spznil sie straszliwie, niemal godzine. 
Trzej olbrzymi Skandarzy w mundurach strazy Koronala zagrodzili mu droge. Hissune, 
kurczac sie pod ciezkimi, podejrzliwymi spojrzeniami gigantycznych czterorekich stworw, 
cala sila woli zwalczyl odruch, ktry kazal mu pasc na kolana i blagac o zmilowanie. Jakims  
cudem udalo mu sie zachowac resztki godnos ci. Robiac wszystko, by odpowiadac na 
spojrzenia straznikw wzrokiem rwnie smialym - a nie bylo to latwe, mieli bowiem niemal 
po trzy metry wzrostu - oznajmil, ze jest czlonkiem  swity Koronala i zostal zaproszony na 
bankiet. Niemal spodziewal sie, ze cos zacharcza i odpedza go jak komara, ale nie: dokladnie 
obejrzeli jego epolety, spojrzeli w jakies trzymane w dloniach papiery, zlozyli mu niezwykle 
uroczysty uklon i pozwolili podejsc do wielkich, okutych mosiadzem wrt. 
Nareszcie! Dotarl na uczte Koronala. 
W bramie stal wspaniale odziany Hjort o wielkich wylupiastych zlotych oczach i 
dziwacznych, pomalowanych na pomaranczowo wasikach, sterczacych z pomarszczonej 
szarej twarzy. Owa niezwykla postacia byl Vinorkis, majordomus Koronala. Oddal 
Hissune'owi formalne honory i wykrzyknal: 
- Aaa! Kandydat Hissune! 
- Nie jestem jeszcze kandydatem - prbowal powiedziec Hissune, lecz Hjort wykonal 
juz w tyl zwrot i ruszyl ku srodkowemu przejsciu, nie ogladajac sie za siebie. Na obolalych 
nogach Hissune podazyl za nim. 
Czul sie straszliwie wystawiony na widok publiczny. W sali, przy okraglych stolach, 
przy ktrych mies cilo sie po kilkanascie osb, siedzialo chyba z piec tysiecy gosci. Wydawalo 
mu sie, ze wszyscy wpatruja sie wylacznie w niego. Nie przeszli nawet dwudziestu krokw, 
kiedy, ku swemu przerazeniu, uslyszal najpierw cichy, a potem narastajacy smiech. Fale tej 
wesolos ci uderzyly go z oszalamiajaca sila. Nigdy w zyciu nie slyszal tak ogluszajacego 
halasu - tak wyobrazal sobie huk fal oceanu bijacych o jakis dziki brzeg na plnocy. 
Hjort szedl przed siebie, zdawalo sie, calymi milami, a Hissune, zacisnawszy zeby, 
podazal za nim wsrd fal smiechu, zalujac, ze nie ma pl cala wzrostu. Lecz po chwili zdal 
sobie sprawe,  ze to nie on wzbudzil wesolosc obecnych, lecz trupa akrobatw-karlw, z 
zamierzona niezrecznoscia prbujacych zbudowac ludzka piramide. Troche sie rozluznil. 
Potem w jego polu widzenia pojawilo sie wzniesione podium; siedzial tam sam Lord 
Valentine, machal do niego reka, usmiechal sie, wskazywal mu wolne miejsce u swego boku. 
Przez chwile Hissune mial ochote rozplakac sie z wielkiej ulgi. A wiec mimo wszystko czeka 
go szczes liwe zakonczenie! 

- Wasza Wy sokosc - huknal Vinorkis - oto kandydat Hissune. 
Z ulga zapadl sie w fotel dokladnie w chwili, gdy akrobatw konczacych swj numer 
pozegnal huczny aplauz. Sluzacy podal mu kielich, po brzeg wypelniony zlotym winem; 
kiedy podnisl go do ust, siedzacy przy stole takze wzniesli swe kielichy w powitalnym 
toascie. Wczoraj rano, podczas krtkiej, niezwyklej rozmowy z Lordem Valentine'em, w 
ktrej Koronal zlozyl mu propozycje pozostania w jego sluzbie na Grze Zamkowej, Hissune 
z daleka widzial kilkoro sposrd nich, nie bylo jednak czasu na formalna prezentacje. A teraz 
oni sami pozdrawiali go - jego, Hissune'a! - i przedstawiali sie mu, choc nie trzeba ich bylo 
przedstawiac, byli bowiem bohaterami slynnej batalii Valentine'a o odzyskanie tronu, 
znanymi kazdemu dziecku na Majipoorze. 
Siedzaca obok potezna wojowniczka to z pewnoscia Lisamon Hultin, osobista 
strazniczka Koronala. Plotka glosila,  ze wyciela go z brzucha smoka morskiego, przez 
ktrego Valentine zostal polkniety na srodku oceanu. Drobny mezczyzna o zdumiewajaco 
bladej cerze, z przecinajaca twarz blizna to - o czym Hissune wiedzial doskonale - slynny 
Sleet, ktry uczyl Koronala zonglerki podczas jego wygnania; mezczyzna o bystrych oczach i 
ciezkich brwiach to niewatpliwie mistrz lucznik Tunigorn z Gry Zamkowej, a drobny Vroon 
z mnstwem macek to oczywiscie Deliamber, czarownik. Z kolei mezczyzna niewiele starszy 
od Hissune'a, o pokrytej tradzikiem twarzy to byly pastuch Shanamir, a ten drobny, dostojny 
Hjort to Wielki Admiral Asenhart... Tak, te osobistosci cieszyly sie wielka slawa i Hissune, 
Hory niegdys  byl pewny, ze nic nie jest w stanie zbic go z tropu, w ich towarzystwie poczul 
sie straszliwie oniesmielony. 
Oniesmielony? On, ktry niegdys podszedl po prostu do Lorda Valentine'a i 
bezwstydnie naciagnal go na pl rojala za oprowadzenie po Labiryncie - plus trzy korony za 
pomoc w znalezieniu kwatery w zewnetrznym pierscieniu - i nie czul sladu oniesmielenia 
Koronalw i Pontifexw uwazal po prostu za ludzi majacych wiecej pieniedzy od innych, 
ludzi, ktrzy znalezli sie na tronie dzieki szczesliwemu przypadkowi, decydujacemu o tym, ze 
urodzili sie wsrd arystokracji Gry Zamkowej, i ktrzy pieli sie w gre dzieki splotowi 
szczes liwych okolicznos ci. Nie trzeba bylo nawet szczeglnej inteligencji, by zostac 
Koronalem, jak zauwazyl dawno temu. W koncu, mniej wiecej w ciagu ostatnich dwudziestu 
lat, Lord Malibor wybral sie na polowanie na smoki morskie i dal sie zjesc jednemu z nich, 
Lord Voriax zginal rwnie idiotycznie, ugodzony przypadkowo wypuszczona strzala podczas 
polowania, a jego brat, Lord Valentine, majacy opinie calkiem inteligentnego, wykazal sie 
konkursowa glupota, pijac z synami Krla Snw i bawiac sie z nimi, co doprowadzilo w 
koncu do tego, ze go uspiono, pozbawiono ciala oraz pamieci i zrzucono z tronu. Tacy ludzie 

mieliby go oniesmielac? Rany, kazdego siedmiolatka z Labiryntu, ktry tak by sie troszczyl o 
swoje zycie, zdrowie i przyszlosc, uznano by za nieuleczalnego kretyna! 
Hissune czul jednak, ze to jego lekcewazenie przez lata nieco oslablo. Kiedy sie jest 
dziesieciolatkiem i od pieciu czy szesciu lat zyje sie na ulicy, liczac tylko na siebie, latwo jest 
grac na nosie Potegom tego swiata. Lecz Hissune nie mial juz dziesieciu lat i jakis czas temu 
opus cil ulice. Zaczal obserwowac  zycie z innej perspektywy. Zrozumial,  ze nielatwo byc 
Koronalem Majipooru - nielatwo i niezbyt przyjemnie. Kiedy wiec patrzyl na zlotowlosego 
mezczyzne o szerokich ramionach, sprawiajacego jednoczesnie wrazenie krlewskie i 
lagodne, ubranego w zielony kubrak i gronostajowy plaszcz, bedacy oznaka drugiego 
najwyzszego urzedu na swiecie, kiedy myslal, ze ten siedzacy trzy jardy od niego czlowiek to 
Koronal Lord Valentine, ktry sposrd wszystkich obywateli Majipooru wybral sobie jako 
towarzysza na dzisiejszy wieczr wlas nie jego - czul, jak po krzyzu przechodza mu ciarki. 
Przyznal wreszcie sam przed soba,  ze sa one skutkiem oniesmielenia pozycja wladcy, sila 
osobowosci Lorda Valentine'a i niezwyklym zbiegiem przypadkw, ktry wprowadzil w to 
wspaniale towarzystwo zwyklego ulicznika z Labiryntu. 
Hissune napil sie wina i jego dusze ogarnelo rozkoszne cieplo. Cz znaczy to wszystko, 
przez co musial przejsc dzis  przed uczta? Dotarl w koncu na miejsce i zostal zaakceptowany. 
Niech Vanimoon, Heluan i Ghisnet skrecaja sie z zazdros ci. Byl tu, wsrd wielkich tego 
s wiata. Rozpoczal wspinaczke na sam szczyt i wkrtce osiagnie wysokosc, z ktrej 
wszystkich Vanimoonw jego dziecinstwa nie da sie w ogle dostrzec. 
Jednak wkrtce uczucie zadowolenia opuscilo go; zastapily je zmieszanie i strach. 
Po pierwsze: popelnil nietakt, drobny i glupi, lecz wybaczalny; prawie nie bylo w tym 
jego winy. Sleet powiedzial cos o zachowaniu urzednikw Pontifexa - jak to spogladaja na 
Valentine'a najwyrazniej przerazeni,  ze nie bawi sie wystarczajaco dobrze. Hissune, 
rozgrzany  swiezo wypitym winem, szczesliwy,  ze znalazl sie na uczcie, stwierdzil bez 
ogrdek: 
- Maja sie czego bac. Wiedza, ze musza albo zrobic dobre wrazenie, albo wyleca na 
zbity pysk, kiedy Lord Valentine zostanie Pontifexem! 
Przy stole rozlegly sie glos ne westchnienia. Wszyscy obecni spojrzeli na niego, jakby 
powiedzial jakies straszne bluznierstwo - wszyscy z wyjatkiem Koronala, ktry mocno 
zacisnal usta, jak ktos , kto znalazl zabe w zupie, i odwrcil wzrok. 
- Powiedzialem cos nie tak? - spytal Hissune. 
- Ciii! - szepnela gwaltownie ogromna Lisamon Hultin, szturchajac go lokciem w zebra. 
- Przeciez to prawda! Pewnego dnia Valentine zostanie Pontifexem. Czyzby nie mial 

zamiaru obsadzic wazniejszych stanowisk swymi ludzmi? Lisamon szturchnela go znowu, 
mocniej, tak ze omal nie wyladowal na podlodze. Sleet wpatrywal sie w niego wojowniczo, a 
Shanamir upomnial go, glosem cichym, lecz ostrym: 
- Dosc. Tylko pogarszasz sprawe. 
Hissune potrzasnal glowa. Byl zmieszany, lecz teraz czul takze i gniew. 
- Nie rozumiem. 
- Wyjasnie ci to pzniej - powiedzial Shanamir. Lecz Hissune powtrzyl uparcie: 
- Co takiego zrobilem? Rzeklem tylko, ze pewnego dnia Lord Valentine zostanie 
Pontifexem i... 
Shanamir wyjasnil lodowatym tonem: 
- Lord Valentine nie chce rozpatrywac koniecznosci zostania Pontifexem w tej wlasnie 
chwili. A. juz szczeglnie nie zyczy sobie rozpatrywania tej koniecznosci podczas uczty. W 
jego obecnosci w ogle nie rozmawia sie na podobne tematy. Czy teraz juz pojales? 
Rozumiesz? 
- Tak. Rozumiem. 
Hissune byl zrozpaczony. Mial ochote wpelznac pod stl i ukryc sie tam. Ale skad mial 
wiedziec, ze Koronal nie ma ochoty rozmawiac o tym, ze pewnego dnia bedzie musial zostac 
Pontifexem? W koncu to zadna tajemnica, prawda? Kiedy umiera Pontifex, Koronal 
automatycznie zajmuje jego miejsce i mianuje nowego Koronala, ktry kiedys bedzie musial 
zamieszkac w Labiryncie. Taki jest system wladzy uksztaltowany przed tysiacami lat. Jesli 
Valentine nie znosi mysli o zamieszkaniu w Labiryncie, najlepiej by zrobil, gdyby w ogle 
nie obejmowal stanowiska Koronala. Hissune mial wrazenie, iz bez sensu jest odpedzac od 
siebie mysl o sukcesji w nadziei, ze cos sie moze kiedys  zmieni. 
Choc Koronal zachowywal chlodne milczenie, nieszczescie z pewnoscia juz sie stalo. 
Hissune najpierw spznil sie, a potem, kiedy w ogle po raz pierwszy otworzyl usta, 
powiedzial to, co mgl najgorszego. Co za nieszczesny poczatek! Czy mozna jakos zaradzic 
zlu? Zastanawial sie nad tym podczas zenujacego pokazu zonglerki, podczas nudnych mw, 
ktre nastapily zaraz po pokazie; cierpialby tak zapewne caly wieczr, gdyby nie zdarzylo sie 
cos jeszcze gorszego. Lord Valentine mial przemawiac, lecz wstajac sprawial wrazenie 
dziwnie nieobecnego, pograzonego w myslach. Wygladal niemal jak lunatyk - wzrok mial 
zamglony, ruchy niepewne. Wsrd siedzacych przy jego wyzej ustawionym stole rozlegly sie 
szepty. Po przerazajacej chwili milczenia Koronal zaczal jednak mwic, lecz najwyrazniej nie 
byla to wlasciwa mowa - trudno bylo w ogle zorientowac sie, o co mu chodzi. Czyzby 
zachorowal? Upil sie? Czy ktos rzucil na niego urok? Hissunowi az przykro bylo patrzec na 

oszolomionego wladce. Stary Hornkast dopiero co powiedzial,  ze Koronal nie tylko rzadzi 
Majipoorem, lecz w pewnym sensie jest Majipoorem - i oto Koronal stoi przed nimi, chwiejac 
sie, i wyglada, jakby za chwile mial sie przewrcic... 
Ktos powinien zlapac go za reke, pomys lal Hissune, i pomc mu usiasc, nim upadnie. 
Lecz nikt sie nie poruszyl. Nikt nie osmielil sie poruszyc. Blagam, myslal Hissune, patrzac na 
Sleeta, na Tunigorna, na Ernamara, niech ktos  mu przerwie. Niech mu ktos pomoze. 
Lecz nikt nie drgnal. 
- Panie - szepnal ochryple jakis  glos. Byl to jego glos. 
Hissune skoczyl i podtrzymal Koronala, ktry upadl jak kloda na lsniaca drewniana 
posadzke. 
 
 

6 
 
Oto sen Pontifexa Tyeverasa: 
 
Tu, w krlestwie, ktre zamieszkuje teraz, nie ma dzwiekw, nie ma kolorw, nie ma 
ruchu. Kwiaty alabandyn sa czarne, ls niace liscie palm semotan sa biale, a ptak, ktry nie lata, 
s piewa nieslyszalnym glosem. Leze na poslaniu z miekkiego mchu, patrzac na krople nie 
spadajacego deszczu. Kiedy dolina wieje wiatr, nie drzy zaden lisc. Krlestwo moje nazywa 
sie s mierc, alabandyny i semotany sa martwe, ptaki sa martwe, wiatr i deszcz sa martwe. I ja 
jestem martwy. 
Przychodza, staja wokl mnie i mwia: 
- Jestes Tyeverasem, ktry byl Koronalem Majipooru i Pontifexem Majipooru. 
A ja odpowiadam: 
- Jestem martwym Tyeverasem, ktry byl waszym krlem, ktry byl waszym wladca. 
Widzicie, nie mam koloru? Widzicie, nie wydaje dzwieku? Nie zyje. 
- Zyjesz. 
- Tu, po mojej prawej rece, jest Lord Malibor, ktry byl mym pierwszym Koronalem. 
Nie  zyje, prawda? Tu, po mojej lewej rece jest Lord Voriax, ktry byl mym drugim 
Koronalem. Czy on zyje? Leze pomiedzy dwoma martwymi mezczyznami. Wiec sam jestem 
martwy. 
- Powstan i chodz, Tyeverasie, ktrys byl Koronalem, Tyeverasie, ktrys jest 
Pontifexem. 
- Nie musze powstac i chodzic. Mam wymwke. Jestem martwy. 
- Posluchaj naszych glosw. 
- Wasze glosy nie maja dzwieku. 
- Slucha j, Tyeverasie, sluchaj, sluchaj, sluchaj! 
- Alabandyny sa czarne. Niebo jest biale. To krlestwo smierci. 
- Powstan i chodz, Tyeverasie, wladco Majipooru! 
- Kim jestes? 
- Jestem Valentine, twj trzeci Koronal. 
- Pozdrawiam cie, Valentine, Pontifeksie Majipooru! 
- To nie mj tytul. Powstan i chodz! A ja powiadam: 
- Nie mozecie tego ode mnie wymagac, poniewaz jestem martwy. Ale oni mwia: Nie 

slyszymy cie, niegdys krlu, teraz wladco", a potem glos twierdzacy,  ze jest glosem 
Valentine'a powtarza: powstan i chodz!" i dlon Valentine'a jest w mojej dloni, w tym 
krlestwie, w ktrym nic sie nie porusza. Jego reka ciagnie mnie w gre i ulatuje, lekki jak 
powietrze unoszace sie w powietrzu, i sune przed siebie, poruszajac sie w bezruchu, 
oddychajac, lecz nie zaczerpujac powietrza. Wsplnie przekraczamy most, niby tecza 
spinajacy  lukiem brzegi otchlani, tak glebokiej jak wielki jest ten swiat. Blyszczaca 
metalicznie powierzchnia mostu dzwoni przy kazdym moim kroku, co przypomina spiew 
mlodych dziewczat. Po drugiej stronie wszystko jest kolorowe: bursztynowe, turkusowe, 
koralowe, fioletowe, szmaragdowe, brazowe, indygo, szkarlatne. Sklepienie niebios jest jak 
jadeit; ostre promienie slonca, ktre przeszywaja powietrze, sa jak miedz. Wszystko unosi sie 
w powietrzu, wszystko sie chwieje, nie ma nic stalego, nie ma rwnowagi. Glosy mwia: 
Oto zycie, Tyeverasie! Oto twe wlas ciwe krlestwo!" Nie odpowiadam im, ostatecznie nie 
zyje i tylko s nie, ze zyje. Zaczynam plakac i moje lzy maja kolor gwiazd. 
 
To takze sen Pontifexa Tyeverasa: 
 
Siedze na tronie, w maszynie, ktra jest czescia maszyny. Otacza mnie sciana 
niebieskiego szkla. Slysze bulgotanie i powolne tykanie skomplikowanego mechanizmu. 
Serce bije mi wolno, jestem s wiadom kazdego uderzenia plynu w jego scianki, lecz sadze, ze 
ten plyn to nie krew. Czymkolwiek jest, przeplywa mi jednak przez zyly, a ja jestem tego 
s wiadomy. A wiec z cala pewnos cia zyje. Jak to mozliwe? Jestem taki stary, czyzbym przezyl 
sama smierc? Jestem Tyeverasem, ktry byt Koronalem pod rzadami Ossiera, dotknalem raz 
dloni Lorda Kinnikena, kiedy Zamek nalezal do niego, gdy Ossier byl tylko ksiazatkiem, a 
drugi Pontifex Thimin zasiadal na tronie w Labiryncie. Jesli to prawda, z pewnoscia jestem 
jedynym zywym czlowiekiem, pamietajacym czasy Thimina... Jesli zyje, a sadze, ze zyje. Ale 
s pie. I snie. Otacza mnie wielki spokj. Ze swiata wycieka kolor. Wszystko jest czarne, 
wszystko jest biale, nic sie nie porusza, nie ma dzwiekw. Tak zawsze wyobrazalem sobie 
krlestwo  smierci. Ach, jest tu Pontifex Confalume, i Prestimion, i Dekkeret! Wszyscy ci 
wielcy wladcy patrza w gre na deszcz, ktry nie pada, i bezdzwiecznymi slowami mwia: 
Witaj, Tyeverasie, witaj zmeczony stary wladco, polz sie przy nas, teraz bowiem jestes  
martwy jak i my. Tak, tak, tak. Ach, jakze tu pieknie! Och, jest tu Lord Malibor, mezczyzna z 
miasta Bombifale, w ktrym pokladalem - jakze nieslusznie - tak wielkie nadzieje, jest tu 
Lord Voriax z czarna broda i rumianymi policzkami, tylko ze jego policzki wcale nie sa 
rumiane. Nareszcie i mnie pozwolono do nich dolaczyc!  Swiat jest cichy. Swiat jest 

nieruchomy. Nareszcie, nareszcie, nareszcie! Nareszcie pozwolili mi umrzec, chocby nawet 
tylko we snie. 
 
Tak wlasnie Pontifex Tyeveras wedruje pomiedzy  swiatami, ani martwy, ani zywy, 
s niac o krlestwie zycia, gdy sadzi, ze umarl, sniac o krlestwie s mierci, gdy pamieta, ze zyje. 
 

7 
 
- Odrobine wina, jesli pozwolisz - powiedzial Valentine. Sleet wlozyl mu w dlon 
puchar, ktry Koronal wychylil do dna. 
- Drzemalem - szepnal. - Krtka drzemka przed bankietem... i ten sen, Sleecie! Ten sen! 
Wezwij Tisane, dobrze? Musi mi go wytlumaczyc. 
- Z calym szacunkiem, panie, na to nie ma teraz czasu - wyjasnil Sleet. 
- Przyszlismy po ciebie - oznajmil Tunigorn. - Uczta zaczyna sie za chwile. Protokl 
wyraznie zaznacza, ze powinienes byc na swoim miejscu, panie, kiedy urzednicy Pontifexa... 
- Protokl? Protokl! Ten sen byl prawie jak przeslanie, czy nie potraficie tego 
zrozumiec? Wizja takiej katastrofy... 
- Koronal nie otrzymuje przeslan - oswiadczyl spokojnie Sleet. - A uczta wlasnie sie 
zaczyna, musimy pomc ci sie ubrac i zaprowadzic cie tam, panie. Dla Tisany i jej mikstur 
bedzie czas po uczcie, jesli takie jest twe zyczenie. Ale teraz... 
- Musze miec wyjas nienie tego snu! 
- Oczywiscie, panie. Ale teraz nie mamy czasu. Wstan, panie. Wiedzial,  ze Sleet i 
Tunigorn maja racje; czy mu sie to podoba, czy nie, musi natychmiast przygotowac sie do 
uczty. 
Uczta byla czyms wiecej niz ceremonia - byla rytualem grzecznos ci: stary monarcha 
wyrazal w ten sposb szacunek dla mlodszego wladcy, ktry byl jego adoptowanym synem i 
nastepca. Chociaz Pontifex mgl byc oglupialy ze starosci, a moze nawet kompletnie szalony, 
Koronalowi nie wolno potraktowac jego uczty lekcewazaco. Musi w niej uczestniczyc. 
Sen wiec musi zaczekac. Zadnego snu tak poteznego, tak pelnego znakw, nie wolno 
bylo po prostu zlekcewazyc. Bedzie konieczne spotkanie z wieszczka, a prawdopodobnie 
takze sesja z czarownikiem Deliamberem - ale to wszystko musi zaczekac do nocy. 
- Wstan, panie - powtrzyl Sleet, wyciagajac reke, w ktrej trzymal gronostajowy 
plaszcz, oznake urzedu. 
Wspomnienie sennej wizji nadal ciazylo na duszy Valentine'a, gdy dziesiec minut 
pzniej wchodzil do Wielkiej Sali Pontifexa. Lecz Koronal Majipooru nie powinien sprawiac 
wrazenia ponurego i nieobecnego duchem na uczcie na swa czesc, wiec idac w kierunku 
stolu, Valentine przybral najpogodniejszy wyraz twarzy, na jaki potrafil sie zdobyc. 
W rzeczywistosci udawal przez caly nieskonczony tydzien oficjalnej wizyty w 
Labiryncie. Sztuczny usmiech, wymuszona wesolosc. Ze wszystkich wielkich metropolii 

Majipooru to podziemne miasto lubil najmniej. Wydawalo mu sie ponure, obmierzle; 
odwiedzal je tylko wtedy, gdy wymagala tego racja stanu. Czul sie naprawde zywy, dopiero 
plawiac sie w slonecznych promieniach lata, pod sklepieniem otwartego nieba, jadac przez las 
pieknych drzew o wielkich lisciach, gdy wiatr rozwiewal jego zlote wlosy. W powaznym, 
mrocznym Labiryncie mial za to wrazenie,  ze zostal za zycia pogrzebany. Nienawidzil 
prowadzacych nieuchronnie w dl korytarzy, bezliku mrocznych poziomw, 
klaustrofobicznej atmosfery tego miejsca. 
Najbardziej ze wszystkiego nienawidzil pewnosci, ze bedzie musial tu zamieszkac, ze 
odziedziczyl tytul Pontifexa, ze stanie kiedys wobec koniecznos ci porzucenia rozkoszy zycia 
na Grze Zamkowej, majac perspektywe pogrzebania sie w tym miescie-grobie. 
Najgorszy ze wszystkich byl ostatni wieczr, uczta w Wielkiej Sali na najnizszym 
poziomie. Jakzez to mu bylo nienawistne! Chocby ta wstretna sala: ostre katy, ostre swiatla, 
rzucajace niesamowite, ruchome cienie, nadeci oficjele Pontyfikatu w tych smiesznych, 
glupawych tradycyjnych maseczkach, nic nie znaczace mowy, nuda, a nade wszystko 
przygniatajacy ciezar kolosalnej masy kamieni. Sama mysl o tym wszystkim przerazala. Byc 
moze jego straszny sen byl tylko przepowiednia cierpien, ktre bedzie musial zniesc na 
dzisiejszej uczcie? 
A jednak, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, Valentine stwierdzil,  ze sie rozluznia, 
uspokaja - nie o to chodzi, by sie dobrze bawil, nie, oczywiscie,  ze nie, ale przynajmniej 
okazalo sie, ze zdola to wszystko zniesc. 
Zmienili wystrj sali. To pomoglo. Rozwieszone na scianach jaskrawe, zloto-zielone 
choragwie, choragwie w kolorach Koronala, kryly niepokojacy, dziwaczny ksztalt wielkiego 
pomieszczenia. Od czasu jego ostatniej wizyty zmieniono takze oswietlenie - w powietrzu 
unosily sie  swiecace milym, stlumionym blaskiem lampy dryfowe. Najwyrazniej takze 
urzednicy Pontyfikatu nie szczedzili kosztw i energii, by tchnac w te uczte odrobine radosci. 
Ze slynnych piwnic Labiryntu poplynely rzeka najlepsze trunki Majipooru: zlote wino z palm 
slonecznych, pochodzace z Pidruid, wytrawne biale wino z Amblemornu, delikatne czerwone 
wino z Ni-moya, a nastepnie mocne ciezkie ciemnoczerwone wino z Muldemar, ktre 
lezakowalo przez lata, od czasu rzadw Lorda Malibora. Do kazdego z nich dobrano 
oczywiscie odpowiednie danie: mrozone owoce thokki, wedzone mieso smokw morskich, 
kalimboty po narabalsku, pieczony udziec bilantoona... Daniom towarzyszyly wystepy 
piesniarzy, mimw, harfistw i zonglerw. 
Od czasu do czasu ktrys ze slug Pontyfikatu rzucal ukradkowe spojrzenie na stl, gdzie 
zasiadal Lord Valentine wraz z towarzyszami, jakby pragnal spytac: Czy to wystarczy? Czy 

jestes  zadowolony, Wasza Wysokosc?" Na kazde z tych spojrzen Valentine odpowiadal 
cieplym usmiechem, przyjacielskim skinieniem glowy, uniesieniem kielicha, jakby 
niepewnym siebie gospodarzom chcial odpowiedziec: Oczywis cie, oczywiscie, wielce mi 
przypadlo do gustu to, co dla mnie przygotowaliscie'3. 
- Ale z nich obrzydliwi karierowicze! - Sleet nie staral sie nawet mwic cicho. - Poca 
sie ze strachu, wyczuwa sie to na kilka krokw! 
To po tych wlas nie slowach Hissune wyrwal sie ze swa glupia uwaga,  ze walcza oni o 
wzgledy Lorda Valentine'a, spodziewajac sie,  ze niedlugo zostanie Pontifexem. To 
niespodziewane i nietaktowne stwierdzenie podzialalo na Valentine'a jak smagniecie biczem; 
jego serce nagle przyspieszylo biegu, w gardle poczul suchosc. Z wysilkiem narzucil sobie 
spokj, usmiechnal sie do Najwyzszego Rzecznika Pontyfikatu Hornkasta, skinal glowa 
pontyfikalnemu majordomusowi, zwracal sie przyjaznie do tego sasiada i owego, slyszac, jak 
za jego plecami Shanamir wyjasnia Hissune'owi nature owego nietaktu. 
Po chwili jego gniew minal. Skad niby chlopiec mial wiedziec,  ze w otoczeniu 
Koronala ten temat pozostaje zakazany? Nie mgl jednak nic uczynic, by oszczedzic mu 
wstydu, bez zdradzania, co czuje - wiec tylko pograzyl sie w rozmowie, jakby nic sie nie 
stalo. 
Pojawila sie piatka  zonglerw: troje ludzi, Skandar i Hjort, na szczescie odwracajac 
uwage Koronala. W powietrzu blysnely noze i sierpy, zaswiecily pochodnie. Valentine glos no 
bil brawo. 
Oczywiscie, numer byl pelen niedoskonalosci, niedopracowan i bledw, wyraznie 
widocznych dla eksperta, jakim niewatpliwie byl Valentine. Nie mialo to jednak 
najmniejszego znaczenia - obserwowanie zonglerki zawsze sprawialo mu wielka 
przyjemnosc, bo nieuchronnie przywodzilo na mysl prostsze, szczes liwsze zycie sprzed wielu 
lat, gdy on sam byl zonglerem, wedrujacym z miasta do miasta z przypadkowo dobrana trupa. 
Byl wwczas niewinny, nie znal ciezaru wladzy - i czul sie naprawde szczesliwy. 
Entuzjazm, ktremu Koronal dawal glos ny wyraz, sprawil,  ze Sleet niechetnie 
zmarszczyl brwi. 
- Panie, czyzbys  rzeczywiscie uwazal, ze oni sobie na to zasluzyli? 
- Zongluja z wielkim zapalem, Sleecie. 
- Z wielkim zapalem bydlo podczas suszy korzysta z wodopoju. Nie przestajac byc 
bydlem. Ci pelni zapalu zonglerzy to zwyczajni amatorzy, panie. 
- Sleet, Sleet, okaz im odrobine milosierdzia! 
- W tym rzemiosle obowiazuja pewne standardy, panie. Powinienes  je jeszcze pamietac. 

Valentine zachichotal. 
- Radosc, ktra sprawiaja mi zonglerzy, niewiele ma wsplnego z ich zrecznos cia. 
Przywodza mi na pamiec minione dni, prostsze zycie, zaginionych towarzyszy. 
- Ach, tak! To inna sprawa, panie. To uczucia. Ja mwie o sztuce. 
- A wiec mwimy o rznych rzeczach. 
Zonglerzy zakonczyli wystep, rzucajac, czym popadlo, i nie zastanawiajac sie, kto 
powinien to wszystko zlapac. Valentine rozparl sie w krzesle usmiechniety, zadowolony. Ale 
pomyslal: Koniec zabawy. Czas na przemwienia". 
Jednak nawet przemwienia okazaly sie niemal znosne. Pierwszy przemawial Shinaam, 
minister spraw wewnetrznych 
Pontyfikatu, Ghayrog o ruchliwym rozwidlonym jezyku, pokryty lsniaca gadzia luska. 
Zrecznie i szybko oficjalnie powital Lorda Valentine'a i jego towarzyszy. W imieniu Koronala 
odpowiedzial mu jego adiutant, Ermanar. Gdy skonczyl, przyszla kolej na starego, 
skurczonego Dilifona, prywatnego sekretarza Pontifexa, ktry przekazal prywatne 
pozdrowienia monarchy dla gosci. Valentine wiedzial, ze jest to zwykle oszustwo - Tyeveras 
me wypowiedzial jednego sensownego i zrozumialego slowa od dziesieciu lat. Przyjal jednak 
fantazje Dilifona z nalezna czcia i wyznaczyl Tunigorna do udzielenia odpowiedzi. Przyszla 
kolej na Hornkasta: grubego, uroczystego i powaznego, prawdziwego wladce Labiryntu w 
czasach starczej niedoleznosci Tyeverasa. 
- Bede mwil - zapowiedzial Hornkast - o Wielkim Objezdzie. 
Valentine natychmiast skupil uwage na jego slowach. Do tej pory uwazal objazd za 
dluga ceremonialna podrz, w trakcie ktrej Koronal musi odwiedzic dalekie zakatki 
Majipooru, pokazac sie ludziom, odebrac ich holdy - dowd poddania i milosci. 
- Niektrym moze sie wydawac - ciagnal Hornkast - ze objazd to tylko rozrywka, 
zwykle, nic nie znaczace wakacje od trudw sprawowania wladzy. Otz nie! Nic bardziej 
mylnego! Gdyz to osoba Koronala: rzeczywista, fizyczna osoba, nie sztandar, nie flaga, nie 
portret, wiaze najdalsze prowincje naszego swiata w calosc spojona jednym uczuciem: 
lojalnoscia. I tylko przez powtarzana od czasu do czasu lacznosc z rzeczywista osoba wladcy 
lojalnosc ta zostaje odnowiona. 
Valentine zmarszczyl brwi i odwrcil wzrok. W glowie na moment pojawil mu sie 
niepokojacy obraz: planeta Majipoor wybuchajaca i rozpadajaca sie na kawalki i jeden 
samotny mezczyzna walczacy o to, by kawalki te znw polaczyc w calosc. 
- Koronal bowiem - mwil dalej Hornkast - jest wcieleniem Majipooru. Koronal to 
Majipoor wcielony. Koronal jest swiatem, a swiat jest Koronalem. Wiec gdy udaje sie na 

objazd, taki jaki wy, Lordzie Valentinie, rozpoczynacie teraz po raz pierwszy od chwalebnego 
odzyskania tronu, nie tylko wychodzi do s wiata, lecz takze odnajduje samego siebie - 
odprawia pielgrzymke w glab wlasnej duszy, odnajduje najglebsze korzenie swej istoty... 
Czyzby to byla prawda? Tak, oczywiscie, Valentine wiedzial,  ze Hornkast operuje 
standardowa retoryka, efektami oratorskimi, ktre on sam musial znosic az nazbyt czesto. A 
jednak tym razem slowa te jakos go poruszyly, otworzyly mu oczy na mroczna tajemnice. 
Ten sen - zimny wiatr wiejacy przez Gre Zamkowa, jeczaca ziemia, otchlan pochlaniajaca 
fragmenty swiata... Koronal to wcielenie Majipooru... Jest swiatem..." 
Juz raz za czasw jego rzadw jednosc ta zostala przerwana. Valentine, zdradziecko 
pozbawiony pamieci, a nawet ciala, skazany zostal na wygnanie. Czyzby mialo sie to zdarzyc 
po raz wtry? Kolejne wygnanie, drugi upadek? A moze chodzi o cos  znacznie 
straszniejszego i bardziej oczywistego, cos majacego o wiele wiekszy wymiar niz los 
pojedynczego czlowieka. 
Poczul nie znany dotychczas smak strachu. Mniejsza o uczte - uznal, ze tlumaczenie snu 
jest konieczne juz, natychmiast. Bez najmniejszej watpliwosci to jakas gorzka wiedza szukala 
sobie drogi do jego swiado mosci. Cos zlego dzieje sie z Koronalem - co oznacza, ze cos  zlego 
dzieje sie ze swiatem... 
- Panie... -Valentine uslyszal glos Autifona Deliambera. Maly czarownik mwil 
wlasnie: - Panie, pora, bys wznisl ostatni toast. 
- Co? Kiedy? 
- Teraz, panie. 
- Ach tak! Oczywiscie! Tak, oczywiscie, ostatni toast. 
Powstal. Popatrzyl po Wielkiej Sali, jego wzrok dotarl nawet w najciemniejsze katy. I 
nagle zdumial sie, stwierdziwszy, ze nie wie, co ma uczynic. Nie wiedzial, co powinien 
powiedziec i do kogo; nie byl nawet pewien, co tu wlasciwie robi. Labirynt? Czyzby 
rzeczywiscie byl w Labiryncie, w tym znienawidzonym miejscu wiecznego mroku i wilgoci? 
Po co przyjechal? Czego chca od niego ci wszyscy ludzie? Byc moze to tylko kolejny sen, 
moze wcale nie opuscil Gry Zamkowej? Nie wiedzial. Nic juz nie rozumial. 
Slowa pojawia sie same, pomyslal. Wystarczy poczekac. Czekal, lecz slowa nie 
pojawily sie, nic sie nie pojawilo oprcz tego uczucia obcos ci. Poczul bl glowy, w uszach 
mu szumialo. A potem z niezwykla sila poczul takze samego siebie, znajdujacego sie tu, w 
Labiryncie - zajmowal dokladnie  srodek  swiata,  srodek wielkiej planety. Jakas potezna sila 
chciala go stad usunac. W jednej chwili jego dusza wydostala sie z ciala i niczym promien 
s wiatla przebila wiele poziomw Labiryntu, przeniknela na powierzchnie i obiegla Majipoor 

w calym jego ogromie, po najdalsze wybrzeza Zimroelu, po spieczony sloncem Suvrael, po i 
poza niezmierzone przestrzenie Morza Zewnetrznego, do najdalszych krancw planety. 
Opasala swiat niczym promiennym welonem. W tym oszalamiajacym momencie Valentine 
czul, ze on i swiat sa jednoscia, ze jest wcieleniem dwudziestu miliardw jego mieszkancw: 
ludzi, Skandarw, Hjortw, Metamorfw i przedstawicieli wszystkich innych ras, ze 
poruszaja sie oni w nim niczym czasteczki jego krwi. Byl wszedzie, byl wszystkim: calym 
smutkiem swiata, cala radoscia swiata, wszystkimi jego pragnieniami i potrzebami. 
Byl wszystkim, byl wrzacym wszechswiatem sprzecznosci i konfliktw. Czul upalne 
slonce pustyni, cieply deszcz tropikw i chld wysokich szczytw gr. S mial sie i plakal, 
umieral i kochal sie, jadl, pil i tanczyl, walczyl, galopowal po jakichs nieznanych wzgrzach, 
ciezko pracowal w polu i wycinal s ciezke w gesto zarosnietej tropikalnej dzungli W oceanach 
jego duszy potezne smoki morskie wyplywaly na powierzchnie wd, wydychaly powietrze z 
grzmiacym rykiem i nurkowaly znowu w niezmierzone glebie. Unosily sie przed nim twarze 
bez oczu, monstrualne, kpiaco usmiechniete. Chude rece z cienia falowaly w powietrzu Chry 
s piewaly piesni, falszujac. Wszystko naraz, rwnoczesnie, w jednej opetanczej chwili. 
Valentine stal w milczeniu, zdumiony, zagubiony, a wokl niego sala wirowala 
szalenczo. Wydawalo mu sie, ze Deliamber powtarza raz za razem: 
- Wznies toast, panie. Najpierw za Pontifexa, potem za jego doradcw, potem za... 
Opanuj sie, nakazal sobie Valentine. Jestes Koronalem Majipooru! Wielkim wysilkiem 
woli uwolnil sie od groteskowych halucynacji. 
- Toast za Pontifexa, panie... 
- Tak, tak, wiem. 
Cienie obrazw, ktre widzial, nadal go przesladowaly. Upiorne, bezcielesne palce 
wciaz grzebaly mu w duszy. Walczyl,  zeby sie od tego uwolnic. Opanuj sie. Opanuj sie. 
Opanuj...! 
Czul sie beznadziejnie zagubiony. 
- Toast, panie. 
Toast? Toast? Co to takiego: toast! Ceremonia? Nalozony na niego obowiazek? Jestes  
Koronalem Majipooru. Tak. Musisz przemwic. Przemw do tych ludzi. 
- Przyjaciele... - rozpoczal, a potem zanurkowal prosto w chaos. 
 
 

8 
 
- Koronal pragnie sie z toba zobaczyc - powiedzial Shanamir. 
Hissune podnisl wzrok, zaskoczony. Od pltorej godziny czekal, spiety, w ponurej sali 
o groteskowym, pecherzykowatym sklepieniu podtrzymywanym przez liczne kolumny, 
myslac o tym, co tez dzieje sie za zamknietymi drzwiami apartamentu Lorda Valentine'a i czy 
powinien tak tu czekac w nieskonczonosc. Plnoc minela juz jakis czas temu, mniej wiecej za 
dziesiec godzin Koronal ze swa swita powinien rozpoczac kolejny etap Wielkiego Objazdu - 
chyba ze dzisiejsze zdumiewajace wydarzenia zmienily ten plan. Hissune nadal mial przed 
soba droge do zewnetrznych dzielnic Labiryntu, musial zabrac bagaz, pozegnac sie z matka i 
siostrami, powrcic tu i dolaczyc do wyruszajacej w droge grupy, a po drodze 
wygospodarowac jeszcze pare godzin na sen. Co za zamieszanie! 
Po tym, jak Lord Valentine upadl, tracac przytomnosc, gdy uprzatnieto juz sale, w 
ktrej odbywala sie uczta, Hissune i kilka osb z najblizszego otoczenia Koronala zebralo sie 
w tym ponurym pomieszczeniu. Po pewnym czasie przyszla wiadomosc, ze Lord Valentine 
szybko powraca do zdrowia i ze wszyscy maja czekac na jego polecenia. Pzniej, jedno po 
drugim, zaczely przychodzic wezwania od Koronala: najpierw do Tunigorna, pzniej do 
Ermanara, Asenharta, Shanamira i reszty, az wreszcie Hissune zostal sam ws rd straznikw i 
urzednikw najnizszego szczebla. Nie mial ochoty pytac ich, co wlasciwie powinien zrobic, 
nie osmielil sie takze wyjsc, wiec czekal i czekal. 
Zamknal oczy, gdy zaczely go dokuczliwie szczypac, ale nie spal. W glowie pozostal 
mu jeden obraz: Koronal pada, a on i Lisamon Hultin w tej samej chwili podrywaja sie; z 
miejsc, by go podtrzymac. Nie potrafil przestac myslec o grozie tego nieoczekiwanego 
zakonczenia uczty. Widzial oszolomionego Koronala, ktry szukal slw i nie potrafil ich 
znalezc, chwial sie, zataczal i wreszcie upadl... 
Oczywiscie Koronal moze upic sie i zachowywac idiotycznie, jak kazdy czlowiek. 
Jedna z wielu rzeczy, ktrych Hissune nauczyl sie podczas swych nielegalnych wypadw do 
Rejestru Dusz, bylo to, ze w ludziach noszacych korone nie ma nic nadludzkiego. Wydawalo 
sie, ze tego wieczoru Lord Valentine, najwyrazniej nie znoszacy Labiryntu, poszukal w winie 
ucieczki przed tym, czego nienawidzil, i kiedy przyszla kolej na jego mowe, okazalo sie, ze 
jest zbyt pijany, by przemawiac. 
Z jakichs powodw Hissune watpil jednak, by Valentine byl po prostu pijany, choc sam 
Koronal zasugerowal taka mozliwosc. Przygladal mu sie uwaznie podczas toastw i wtedy 

wcale nie wydawal sie nietrzezwy, lecz radosny, wesoly, rozluzniony. A pzniej, kiedy ten 
maly Vroon, czarownik, wyrwal go ze stanu odretwienia dotykiem swych macek, Koronal 
wygladal na lekko wstrzasnietego - jak kazdy, komu zdarzylo sie stracic nagle przytomnosc - 
lecz mimo to calkiem przytomnego. Nikt nie zdolalby wytrzezwiec tak szybko. Nie, pomys lal 
Hissune, najprawdopodobniej nie bylo to jednak upicie, lecz cos innego: czary lub niezwykle 
silne przeslanie, ktre zawladnelo dusza Valentine'a w jednej chwili. To go wlasnie 
przerazalo. 
Powstal i kretymi korytarzami udal sie do apartamentw Koronala. Gdy podchodzil do 
pieknie rzezbionych drzwi, ozdobionych blyszczacym znakiem gwiazdy i inicjalami wladcy, 
akurat otworzyly sie one przed wychodzacymi z komnaty Tunigornem i Ernamarem. 
Sprawiali wrazenie zdenerwowanych i ponurych. Obaj kiwneli mu glowami, a Tunigorn 
gestem rozkazal strazy, by przepus cila chlopca. 
Lord Valentine siedzial za ogromnym biurkiem z polerowanego drewna w kolorze krwi. 
Jego potezne dlonie o grubych kostkach spoczywaly plasko na blacie, jakby sie nimi 
podpieral. Twarz mial blada; skupienie wzroku wydawalo sie sprawiac mu 
nieprzezwyciezona trudnosc; siedzial zgarbiony. 
- Panie - powiedzial Hissune i zamilkl. 
Stal w drzwiach. Czul sie bardzo niepewnie, nie na miejscu. Byl zaklopotany. Lord 
Valentine wydawal sie go nie zauwazac. W pokoju znajdowala sie takze stara wieszczka 
tlumaczaca sny, Tisana, oraz Sleet i Vroon, lecz nikt nie odzywal sie ani slowem. Hissune nie 
wiedzial, co poczac, nie mial pojecia, czego wymaga etykieta przy spotkaniu ze zmeczonym i 
najwyrazniej chorym Koronalem. Czy nalezalo zlozyc wyrazy wsplczucia, czy tez moze 
udawac,  ze monarcha cieszy sie doskonalym zdrowiem? Uczynil znak gwiazdy i - nie 
doczekawszy sie zadnej reakcji - powtrzyl go. Czul, jak plona mu policzki. 
Szukal w sobie jakichs sladw swej dziecinnej pewnosci siebie i nie znalazl niczego. 
Dziwne, ale Lord Valentine oniesmielal go ostatnio coraz bardziej; czestsze spotkania raczej 
utrudnialy, niz ulatwialy kontakt z Koronalem. Trudno mu bylo to pojac. 
Uratowal go w koncu Sleet, mwiac glosno: 
- Panie, jest tu kandydat Hissune. 
Koronal podnisl glowe, rzucajac chlopcu przenikliwe spojrzenie. Glebia zmeczenia, 
ktra ujawnialy jego szklane, nieruchome oczy, byla zaiste przerazajaca. A jednak, wobec 
przygladajacego mu sie w zdumieniu Hissune'a, Lord Valentine otrzasnal sie ze zmeczenia - 
tak jak czlowiek, ktry uczepil sie liny, wpadajac w przepasc, wydostaje sie z niej: jednym 
ruchem,  s wiadczacym o sile, ktrej istnienia nie sposb bylo sie wczesniej domys lic. 

Zdumienie ogarnialo, gdy widzialo sie, jak na jego policzkach pojawiaja sie rumience, a oczy 
nabieraja wyrazu. Udalo mu sie nawet okazac cos w rodzaju wlasciwej wladcom 
stanowczosci. Zaskoczony Hissune zastanawial sie przez moment, czy nie jest to czasem 
jakas  sztuczka, ktrej na Grze Zamkowej uczy sie chlopcw, majacych zostac wladcami... 
- Podejdz! - rozkazal Lord Valentine. Hissune zrobil kilka krokw w glab pokoju. 
- Boisz sie mnie? 
- Panie... 
- Nie moge ci pozwolic, bys marnowal czas, bojac sie mnie, Hissunie. Zbyt wiele mam 
do zrobienia. I ty takze. Niegdys wierzylem, ze nie zywisz wobec mnie najmniejszych obaw. 
Czyzbym sie mylil? 
- Panie, chodzi tylko o to, ze sprawiasz wrazenie bardzo zmeczonego... Ja tez jestem 
zmeczony... ta noc byla taka dziwna, dla ciebie, dla mnie, dla wszystkich... 
Koronal przytaknal skinieniem glowy. 
- To byla bardzo dziwna noc, to prawda. Czy juz nadszedl ranek? Kiedy znajduje sie w 
tym miejscu, nigdy nie potrafie powiedziec, ktra jest godzina. 
- Minela plnoc, panie. 
- Zaledwie plnoc? Myslalem,  ze to juz ranek. Jaka dluga jest ta noc! - Valentine 
rozesmial sie cicho. - Jednak w Labiryncie zawsze jest chwila po plnocy, prawda, Hissunie? 
Ma Boginie, gdybys  tylko wiedzial, jak bardzo tesknie za widokiem slonca! 
- Panie - wtracil grzecznie Deliamber - rzeczywiscie robi sie pzno, a mamy jeszcze 
tyle spraw do zalatwienia... 
- To prawda. - Na moment oczy Valentine'a znw zeszklily sie i znieruchomialy. - A 
wiec do rzeczy. Przede wszystkim jestem ci winien podziekowanie. Mglbym sie powaznie 
zranic, gdybys  mnie nie podtrzymal. Musiales zerwac sie z miejsca, nim jeszcze zaczalem 
padac, prawda? Takie to bylo oczywiste, ze strace przytomnosc? 
- Tak, panie. - Hissune zarumienil sie lekko. - Przynajmniej dla mnie. 
- Ach! 
- Ale byc moze obserwowalem cie uwazniej niz ktokolwiek inny. 
- Tak. Sadze, ze to bardzo prawdopodobne. 
- Mam nadzieje, ze Wasza Wysokosc nie odczuje negatywnych skutkw... skutkw... 
Na ustach Koronala pojawil sie slaby usmiech. 
- Nie bylem pijany, Hissunie. 
- Nie mialem zamiaru sugerowac... to znaczy... chcialem tylko powiedziec... 
- Nie bylem pijany. Czar, przeslanie... kto wie? Wino to jedno, czary to co innego; 

sadze,  ze ciagle jeszcze potrafie odrznic jedno od drugiego. Mialem mroczna wizje, 
chlopcze, i to nie pierwsza. Znaki sa zlowrogie. Nadchodzi wojna. 
- Wojna? - wykrztusil Hissune. Slowo to wydalo mu sie nie znane, obce, wstretne; 
wisialo w powietrzu jak jakis  obrzydliwy owad szukajacy ofiary. Wojna? Wojna? W umysle 
chlopca pojawil sie obraz sprzed osmiu tysiecy lat, obraz rodem z tych, ktre, wykradzione z 
Rejestru Dusz, na stale zajely miejsce w jego duszy: suche wzgrza plnocnego wschodu 
stojace w plomieniach, niebo czarne od grubych, wysokich kolumn dymu - ostatnie chwile 
okrutnej wojny wytoczonej Metamorfom przez Lorda Stiamota. Lecz to przeciez byla historia 
starozytna. Przez wszystkie wieki po Stiamocie nie bylo wojny na Majipoorze - oprcz tej, 
ktra stoczyl Lord Valentine, by odzyskac tron. W niej zas zginelo niewielu ludzi - dzieki 
samemu Valentine'owi, ktremu wszelki gwalt wydawal sie obrzydliwy. 
- Jaka wojna? Na Majipoorze nie mamy przeciez wojen! 
- Zbliza sie wojna, chlopcze - stwierdzil glosno Sleet. - A gdy nadejdzie, na Pania, nikt 
sie przed nia nie ukryje! 
- Ale z kim mamy walczyc? Majipoor to najbardziej pokojowa z planet. Nie mamy 
wrogw. 
- Mamy wroga. Czyzbyscie wy, ludzie z Labiryntu, tak malo wiedzieli o zewnetrznym 
s wiecie, ze nawet tego nie potraficie pojac? 
Hissune zmarszczyl brwi. 
- Chodzi o Metamorfw, prawda? 
- A tak, o Metamorfw! - Sleet niemal krzyczal. - Chodzi o tych wstretnych, dzikich 
Zmiennoksztaltnych. Czy sadzisz, ze utrzymamy ich w rezerwatach na zawsze? Na Pania, juz 
wkrtce zaczna sie gwalty i morderstwa. 
Wstrzasniety i zdumiony Hissune gapil sie na malego czlowieczka z blizna na twarzy. 
Oczy Sleeta ls nily. Wydawalo sie, ze z rados cia powitalby spelnienie swej przepowiedni. 
- Z calym szacunkiem, Najwyzszy Doradco - powiedzial Hissune, powoli potrzasajac 
glowa - ale dla mnie nie ma w tym za grosz sensu. Kilka milionw przeciw dwudziestu 
miliardom? Kiedys  Metamorfowie wywolali wojne i przegrali. Niezaleznie od tego, jak 
bardzo nas nienawidza, nie sadze, by mieli sprbowac jeszcze raz. 
Sleet wskazal na Koronala, ktry wydawal sie nie sluchac tej wymiany zdan. 
- A fakt, ze tak niedawno posadzili swa marionetke na tronie Lorda Valentine'a? Co to 
bylo, jesli nie wypowiedzenie wojny? Ach, chlopcze, nic nie wiesz. Zmiennoksztaltni 
spiskuja przeciw nam od wiekw i teraz wreszcie nadszedl czas na urzeczywistnienie ich 
knowan. Przepowiadaja nam to sny samego Koronala! Na Pania, sam Koronal s ni o wojnie! 

- Na te sama Pania, Sleecie - w glosie Koronala brzmialo straszliwe zmeczenie - nie 
bedzie zadnej wojny, jesli tylko zdolam jej zapobiec, i ty o tym doskonale wiesz. 
- A jesli nie zdolasz jej zapobiec, panie? - odparl natychmiast Sleet. 
Kredowobiala twarz drobnego czlowieczka nabiegla krwia, oczy mu blyszczaly, 
poruszal rekami, czyniac gwaltowne, drobne ruchy, jakby zonglowal niewidzialnymi 
maczugami. Hissune'a zaskoczylo to, ze ktos - nawet Najwyzszy Doradca - moze tak 
bezceremonialnie przemawiac do Koronala. Byc moze nie zdarzalo sie to czesto, nagle 
bowiem dostrzegl na twarzy Valentine'a cos bardzo przypominajacego gniew, a przeciez Lord 
Valentine znany byl z tego, ze nie gniewa sie nigdy, ze  lagodnos cia i miloscia prbuje 
podbijac dusze wszystkich - wszak w ostatnich chwilach wojny o odzyskanie tronu prbowal 
tego nawet wobec wroga, uzurpatora Dominina Barjazida. A potem gniew zmienil sie znw w 
to nieskonczone zmeczenie, sprawiajace,  ze Koronal wydawal sie miec siedemdziesiat, 
osiemdziesiat lat, nie zas byc wciaz mlodym, pelnym zycia czlowiekiem okolo czterdziestki, 
ktra - o czym Hissune wiedzial - dopiero co przekroczyl. 
Zapadla przedluzajaca sie w nieskonczonosc, pelna napiecia cisza. W koncu Lord 
Valentine powiedzial powoli wprost do Hissune'a, jakby nikogo innego nie bylo w pokoju: 
- Slowo wiecej nie padnie o wojnie, pki pozostaje nadzieja na pokj. Lecz znaki 
zwiastuja nieszczescie, to prawda; jesli nie wojna, z pewnoscia zdarzy sie jakies inne zlo. Nie 
zignoruje tego rodzaju ostrzezen. Zmienilismy dzis niektre z naszych planw, Hissunie. 
- Czyzbys  odwolal Wielki Objazd, panie? 
- Tego nie wolno mi zrobic. Odkladalem go kilkakrotnie, twierdzac, ze zbyt wiele jest 
pracy na Grze Zamkowej i ze nie mam czasu wlczyc sie po swiecie. Byc moze odkladalem 
go zbyt dlugo. Objazdy powinny odbywac sie co siedem, osiem lat. 
- A teraz przerwa byla dluzsza? 
- Niemal dziesiecioletnia. I poprzedni objazd nie zakonczyl sie zgodnie z planem. Jak 
moze pamietasz, w Tilomon nastapilo drobne zamieszanie, w wyniku ktrego ktos inny, bez 
mej wiedzy, wzial na swe barki ciezar wladzy. 
Ponad ramieniem Hissune'a Koronal patrzyl w jakas niewyobrazalna dal, jakby na 
moment zajrzal w mglista otchlan czasu; byc moze wspominal ten niezwykly zamach, ktry 
przeprowadzili Barjaazidowie, i rozpamietywal miesiace, a moze lata, podczas ktrych 
wedrowal po Majipoorze pozbawiony swiadomosci i swej potegi. W koncu potrzasnal glowa. 
- Nie. Wielki Objazd trzeba przeprowadzic. W rzeczywistosci trzeba go rozciagnac w 
czasie. Myslalem o podrzy tylko przez Alhanroel, ale teraz sadze, ze powinienem odwiedzic 
oba kontynenty. Mieszkancy Zimroelu takze powinni przekonac sie na wlasne oczy, ze maja 

Koronala. A jesli Sleet ma slusznosc i powinnismy obawiac sie wlasnie Metamorfw, to cz -  
musimy udac sie wlas nie na Zimroel, tam bowiem mieszkaja Zmiennoksztaltni. 
Tego Hissune sie nie spodziewal. Poczul nagle, gwaltowne podniecenie. Zimroel! Ten 
niewyobrazalnie daleki kontynent, pelen dzungli i wielkich rzek, wspanialych metropolii, 
bedacych dla niego niemal legenda, czarodziejskich miast o czarodziejskich nazwach... 
- Ach, jesli taki jest twj nowy plan, to wspaniale, panie! - powiedzial, usmiechajac sie 
szeroko. - Myslalem, ze nigdy nie zobacze Zimroelu, no, moze w snach! Czy bedziemy w Ni-
moya? I w Pidruid, i w Tilomon, i w Narabal... 
- Ja najprawdopodobniej bede. - Glos Koronala byl dziwnie bezdzwieczny. Jego slowa 
Hissune odczul jak uderzenie palka. 
- "Ja" panie? - spytal, nagle przestraszony. Lord Valentine powiedzial cicho: 
- Zaszla kolejna zmiana planw. Nie bedziesz towarzyszyl mi w Wielkim Objezdzie. 
Hissune'a przeszyl zimny dreszcz, jakby wiatr wiejacy miedzy gwiazdami spadl na 
Majipoor i dotarl do najglebszej glebi Labiryntu. Zadrzal i dusza skurczyla sie w nim od tego 
chlodu; czul, ze zostaje z niego tylko nedzna lupinka. 
- A wiec zwalniasz mnie ze sluzby, panie? 
- Zwalniam ze sluzby? Alez skad! Z pewnos cia domyslasz sie, ze mam wobec ciebie 
wielkie plany. 
- Mwiles tak, panie, i to nie raz. Lecz Objazd... 
- Nie byloby to odpowiednie przygotowanie do obowiazkw, ktre pewnego dnia 
przyjdzie ci pelnic. Nie, Hissunie, nie stac mnie na to, zebys  zmarnowal rok lub dwa lata, 
wlczac sie przy mym boku. Pojedziesz na Gre Zamkowa tak szybko, jak to tylko mozliwe. 
- Na Gre Zamkowa, panie? 
- Rozpoczniesz nauke; bedziesz uczyl sie wszystkiego, co musi umiec rycerz-kandydat. 
- Panie? - Hissune zdumial sie niepomiernie. 
- Masz lat... ile? Osiemnascie? Wiec w stosunku do innych jestes  i tak strasznie 
spzniony. Ale nie brak ci inteligencji, nadrobisz stracony czas i szybko osiagniesz granice 
swych mozliwosci. Nie masz wyboru, Hissunie. Nie wiemy, co za zlo spadnie wkrtce na 
nasz swiat, lecz ja jestem swiadomy, ze powinienem spodziewac sie najgorszego, i musze byc 
gotowy na jego nadejscie i przygotowac ludzi, ktrzy beda przy mnie, gdy zlo wreszcie sie 
objawi. Dla ciebie wiec, Hissunie, Wielki Objazd skonczyl sie, nim sie zaczal. 
- Rozumiem, panie. 
- Rozumiesz? Tak, chyba rzeczywiscie rozumiesz. Pzniej przyjdzie czas na 
odwiedzenie Piliploku, Ni-moya i Pidruid, prawda? Lecz nie teraz... nie teraz... 

Hissune przytaknal skinieniem glowy, choc w rzeczywistosci nie osmielil sie nawet 
przypuszczac,  ze pojmuje to, co wlas nie powiedzial Lord Valentine. Przez dluga chwile 
Koronal przygladal mu sie kamiennym wzrokiem, a on nie ugial sie pod spojrzeniem 
nieruchomych, zmeczonych niebieskich oczu, choc sam zaczynal czuc zmeczenie wieksze od 
tego, jakie kiedykolwiek dane mu bylo poznac. Zdal sobie sprawe, ze audiencja sie skonczyla, 
choc nie kazano mu jeszcze odejsc. W milczeniu uczynil znak gwiazdy i powoli ruszyl w 
strone wyjscia. 
Nie pragnal teraz niczego oprcz snu, mglby spac tydzien lub miesiac. Ta 
zdumiewajaca noc odebrala mu wszystkie sily. Zaledwie dwa dni temu sam Lord Valentine 
wezwal go do tej wlasnie sali i zapowiedzial,  ze ma szykowac sie do natychmiastowego 
opuszczenia Labiryntu, w jego towarzystwie uda sie bowiem na objazd Alhanroelu; wczoraj 
mianowany zostal doradca Koronala i zaproszony do stolu wladcy na dzisiejsza uczte, a teraz 
uczta skonczyla sie wsrd tajemniczych, niepojetych wydarzen. Widzial Koronala znuzonego 
i jakze ludzkiego w tym znuzeniu, dowiedzial sie, ze Wielki Objazd nie jest juz dla niego, 
gdyz dla niego jest... Gra Zamkowa! Rycerz-kandydat? 
Nadrobic stracony czas? Po co go nadrabiac? Zycie stalo sie snem, pomyslal Hissune. I 
nie ma nikogo, kto dokonalby dla mnie jego tlumaczenia. 
W korytarzu prowadzacym z apartamentw Koronala dopadl go Sleet, zlapal za 
nadgarstek i zatrzymal. Hissune wyczul bijaca od niego moc, doskonale hamowana, gotowa 
wybuchnac energie. 
- Chce ci powiedziec jedno, chlopcze - kiedy przemwilem tak szorstko, nie pragnalem, 
by miedzy nami zapanowala wrogosc. 
- Nawet mi to nie przyszlo do glowy. 
- To dobrze. Doskonale. Nie chce miec w tobie przeciwnika. 
- I ja w tobie. 
- Sadze, ze przyjdzie nam ze soba blisko wsplpr acowac, kiedy nadejdzie wojna. 
- Jesli nadejdzie wojna. 
Sleet usmiechnal sie niewesolo. 
- Co do tego nie ma zadnych watpliwosci. Ale nie mam zamiaru znowu zaczac sie na 
ten temat spierac, tu i teraz. Wkrtce podzielisz mj punkt widzenia. Valentine nie dostrzega 
klopotw, pki nie zacznie sie o nie potykac, taka ma nature. Moim zdaniem, jest zbyt 
poczciwy, zbytnio wierzy w dobra wole innych, ale z toba jest inaczej, prawda, chlopcze? Ty 
masz oczy szeroko otwarte. Sadze,  ze Koronal to ceni w tobie najbardziej. Rozumiesz, o 
czym mwie? - To byla dluga noc, Sleecie. 

- Niewatpliwie. Przespij sie, chlopcze. Jesli potrafisz. 
 

9 
 
Pierwsze promienie wschodzacego slonca padly na postrzepiony, szary, blotnisty brzeg 
morza na poludniowo-wschodnim wybrzezu Zimroelu, oswietlajac go bladozielonymi 
promieniami. Piecioro Liimenw, spiacych w nedznym, wielokrotnie latanym namiocie na 
granicy wydm, kilkaset metrw od linii wody, obudzilo sie natychmiast. Wstali bez slowa, 
zebrali po pare garsci wilgotnego piasku, wtarli go w szaroczarna, pokryta plamami skre 
ramion i piersi, konczac na  tym poranne ablucje. Gdy wyszli z namiotu, obrcili sie na 
zachd, gdzie na jasniejacym niebie swiecilo jeszcze kilka slabych gwiazd, i zlozyli im 
poklon. 
Jedna z tych gwiazd byla byc moze ta, z ktrej przybyli tu ich przodkowie; jesli nawet 
tak bylo, nie mieli pojecia, ktra. Nikt tego nie wiedzial. Od okresu gdy pierwsi liimenscy 
imigranci przybyli na Majipoor, minelo siedem tysiecy lat, w czasie ktrych wiele rzeczy 
pograzylo sie w niepamieci. Wedrujac po wielkiej planecie w poszukiwaniu najprostszej 
pracy fizycznej, Liimeni dawno zapomnieli, skad wziela poczatek ich rasa. Lecz kiedys sie o 
tym dowiedza... 
Najstarszy mezczyzna rozpalil ogien. Najmlodszy przynisl rozen i nabil nan mieso. 
Dwie kobiety w milczeniu wziely je i trzymaly nad ogniem, pki nie uslyszaly skwierczenia 
palonego tluszczu. Bez slowa rozdaly wszystkim po kawalku miesa i w milczeniu Liimeni 
zjedli swj jedyny tego dnia posilek. 
Nadal w milczeniu wyszli szeregiem z namiotu: najstarszy mezczyzna, potem kobiety, 
nastepnie dwch pozostalych mezczyzn: piec delikatnie zbudowanych istot o szerokich 
ramionach, splaszczonych glowach i zywych, blyszczacych oczach, umieszczonych po trzy w 
nieruchomych twarzach. Udali sie nad brzeg morza i usiedli na waskim skrawku ziemi tuz 
poza granica przyplywu - tak jak czynili to co dnia. Potem, w milczeniu, czekali; kazdy z nich 
z nadzieja, ze tego wlas nie dnia przyplyna smoki. 
Poludniowo-wschodnie wybrzeze Zimroelu - wielka prowincja znana jako Gihorna - to 
jeden z najmniej rozwinietych regionw Majipooru, omijana przez wszystkich, pozbawiona 
miast kraina, pokryta cienka warstwa szarej, piaszczystej gleby, kraina wilgotnych, 
porywistych wichrw, ktra w nieregularnych odstepach czasu nawiedzaja niemozliwe do 
przewidzenia, monstrualne, niszczycielskie burze piaskowe. Na tym ponurym ciagnacym sie 
przez setki mil wybrzezu nie ma zadnego naturalnego portu, sa tylko lancuchy niskich nagich 
wzgrz. Ich zbocza opadaja ku wilgotnym plazom, o ktre fale Morza Wewnetrznego bija z 

ponurym, gluchym hukiem. We wczesnym okresie kolonizacji Majipooru wedrowcy z 
zachodniego kontynentu, ktrzy zapuscili sie w te niegos cinna kraine, powrcili z wiesciami, 
ze nie ma w niej nic ciekawego. Na planecie pelnej bogactw i cudw oznaczalo to 
najokrutniejszy wyrok: zapomnienie. 
Tak wiec ludzie osiedlajacy sie na nowym, rozwijajacym sie kontynencie omineli 
Gihorne. Zakladano osade; za osada: najpierw Piliplok w polowie wysokosci wschodniego 
wybrzeza, przy ujsciu wielkiej rzeki Zimr, potem Pidruid na dalekim plnocnym zachodzie, 
potem Ni-moya na luku Zimru. W glebi ladu, i Tilomon, i Narabal, i Velathys, i lsniace 
wlasnym swiatlem miasto Ghayrogw Dulorn, i wiele, wiele innych. Osady zmienialy sie w 
miasteczka, miasteczka w miasta, miasta w metropolie, wysuwajace swe macki poprzez 
ogromne polacie Zimroelu, lecz nadal nie bylo powodu, by zasiedlac Gihorne, wiec nikt jej 
nie zasiedlal. Nawet Zmiennoksztaltni, pokonani wreszcie przez Lorda Stiamota i zeslani do 
rezerwatu w lasach, ktre od zachodniej granicy Gihorny oddzielala tylko rzeka Steiche, nie 
zadali sobie trudu przeprawienia sie przez nia i zajecia tych ziem. 
Znacznie pzniej - tysiace lat pzniej, kiedy niemal caly Zimroel stal sie tak 
cywilizowany jak Alhanroel - grupy osadnikw dotarly wreszcie i tu. Niemal wszyscy byli 
Liimenami, przedstawicielami ludu prostego i niewymagajacego, ktry nigdy nie znalazl 
sobie wlasnego miejsca na Majipoorze. Mozna bylo odniesc wrazenie, ze Liimeni umys lnie 
trzymali sie na uboczu - zarabiali kilka wag, to tu, to tam, jako sprzedawcy smazonych 
kielbasek, rybacy, wedrowni robotnicy. Liimenom, ktrych zycie sprawialo wrazenie szarego 
i pustego, latwo przyszlo osiedlic sie na szarej, pustej Gihornie. Budowali male osady, 
zarzucali sieci tuz przy brzegu, lowiac w nie drobne, srebrzystoszare ryby, kopali pulapki na 
wielkie lsniace kraby o os miokatnych skorupach, wedrujace po plazach stadami liczacymi 
setki sztuk, a przy szczeglnie uroczystych okazjach lapali powolne, zakopujace sie w piasku 
wydm dhumkarty o miekkim miesie. 
Przez wieksza czesc roku Liimeni mieli Gihorne dla siebie. Lecz w lecie bylo inaczej, 
bo latem przyplywaly smoki. 
Gdy tylko konczyla sie wiosna, namioty poszukiwaczy osobliwosci, na przyklad zltych 
kalimbotw, po deszczu wyrastaly wzdluz brzegu Zimroelu, od poludniowych krancw 
Piliploku az po krawedz niemozliwych do przebycia bagien Zimru. Wtedy wlasnie stada 
smokw morskich pojawialy sie w swej corocznej pielgrzymce, przeplywajac wzdluz 
wschodniego wybrzeza kontynentu i kierujac sie na wody miedzy Piliplokiem a Wyspa Snw, 
gdzie przychodzily na swiat mlode. 
Wybrzeze ponizej Piliploku bylo jedynym miejscem na Majipoorze, z ktrego mozna 

bylo obserwowac smoki, nie wyplywajac na ocean, ciezarne samice lubily bowiem 
podplywac blisko brzegu w poszukiwaniu stworzen  zyjacych w gestych pasmach zlotych 
wodorostw, tak powszechnych w tych wodach. Tak wiec kazdego roku w porze migracji 
chetni do jej obserwowania przybywali tysiacami z calego s wiata i tu rozbijali swe namioty. 
Niektre z nich byly wspanialymi, lekkimi konstrukcjami z wysokich, smuklych pali i 
lsniacego materialu - te nalezaly do przedstawicieli szlachty; inne - mocne i praktyczne - byly 
wlasnos cia zamoznych handlarzy i ich rodzin. Natomiast male, szare namioty sluzyly jako 
domy zwyklym ludziom, oszczedzajacym caly rok, by mc odbyc te podrz. 
Arystokraci przybywali tu, uwazali bowiem za rozrywke obserwowanie ogromnych 
smokw morskich, prujacych wody oceanu, a takze dlatego, ze bylo w dobrym tonie spedzic 
wakacje w miejscu tak nieciekawym jak Gihorna. Bogaci handlarze przyjezdzali, poniewaz 
wakacje w miejscu tak modnym i drogim mialy podniesc ich znaczenie w rodzinnych 
miastach i miasteczkach, a ich dzieci mogly sie tu nauczyc czegos o przyrodzie Majipooru, co 
z pewnoscia przyda sie im w szkole. Zwykli ludzie przybywali, wierzac, ze dostrzezenie stada 
smokw przynosi szczescie na cale zycie, choc nikt nie wiedzial, skad wlasciwie szczescie to 
mialoby sie wziac. 
Byli tez Liimeni - dla nich czas smokw oznaczal nie rozrywke, nie prestiz i nie 
nadzieje na usmiech fortuny, lecz: cos znacznie glebszego i wazniejszego: odkupienie, 
zbawienie. 
 
Nikt nie potrafil dokladnie przewidziec, kiedy smoki pojawia sie przy wybrzezach 
Gihorny. Choc zawsze przyplywaly latem, czasami zjawialy sie wczesniej, czasami pzniej. 
Tego roku spznialy sie. Piecioro Liimenw, zajmujacych co rano miejsce na tym samym 
skrawku ladu, dzien w dzien widzialo tylko szare morze, biala piane i masy wodorostw. Nie 
nalezeli jednak do ludu niecierpliwego. Predzej czy pzniej smoki przyplyna. 
Dzien, kiedy wreszcie sie pojawily, byl upalny i duszny. Z zachodu wial goracy, 
wilgotny wiatr. Przez cale przedpoludnie oddzialy, falangi, regimenty krabw wedrowaly 
nieprzerwanie w poprzek plazy, jak gdyby odbywajac  cwiczenia poprzedzajace odparcie 
inwazji. To zawsze oznaczalo zblizanie sie smokw. 
W poludnie pojawil sie kolejny znak: z kolyszacych sie fal wypelzla na piach ropucha 
rwaca: wielkie, tluste zwierze skladajace sie wylacznie z brzucha, paszczy i ostrych jak 
brzytwy zebw. Usiadla dyszac, drzac, mrugajac wielkimi mlecznymi oczami. Druga 
pojawila sie w chwile pzniej, przycupnela niedaleko pierwszej i wpatrywala sie w nia 
nieprzyjaznie. Po nich ruszyla na lad niewielka procesja dlugonogich homarw; kilkanas cie 

jaskrawych, niebieskofioletowych stworw z wielkimi pomaranczowymi odwlokami. Z 
ogromna determinacja homary popelzly w strone wydm i natychmiast zaczely zakopywac sie 
w piasku. Za nimi wyszly na brzeg czerwonookie malze na cienkich, pajeczych nzkach i 
male, kanciaste wegorze sietderkowe, pojawily sie nawet ryby, ktre rzucaly sie bezradnie po 
piasku, gdy spadly na nie zyjace na plazy kraby. 
Liimeni kiwali glowami w rosnacym podnieceniu. Tylko jedna przyczyna mogla 
sklonic  zyjace w przybrzeznych wodach stworzenia do takiej ucieczki na lad. Pizmowy 
zapach smokw zapewne rozszedl sie juz w wodzie. 
- Patrzcie - powiedzial najstarszy mezczyzna. 
Z poludnia naplynela straz przednia stada: dwa lub trzy tuziny gigantycznych bestii o 
rozwinietych wielkich, skrzastych skrzydlach; dlugie wygiete szyje siegaly w niebo 
dumnymi lukami. Smoki spokojnie wplynely w gaszcz wodorostw i zaczely w nich zerowac; 
uderzaly wode skrzydlami, wszczynajac panike wsrd zamieszkujacych ja stworzen, po czym 
z niespodziewana gwaltownoscia zanurzaly paszcze, pozerajac wszystko bez wyjatku: rosliny, 
homary, zaby i co sie tylko dalo. Byly to samce. Za nimi przyplynela mala grupka ciezarnych 
samic, przewalajacych sie w charakterystyczny sposb z boku na bok, demonstrujacych 
wzdete ciala. Po samicach, samotny, pojawil sie przywdca stada, tak wielki, ze przypominal 
przewrcony kadlub statku - a przeciez widoczna byla tylko polowa jego cielska, zad i ogon 
znajdowaly sie w wodzie. 
- Na kolana, oddajmy im czesc - zakomenderowal najstarszy Liimen, klekajac. 
Siedmioma dlugimi, koscistymi palcami wyciagnietej lewej dloni uczynil znak smoka, 
powtarzajac go raz, drugi i trzeci: bijace powietrze skrzydla, gietka szyja. Pochylil sie, trac 
policzkiem o wilgotny piasek, po czym wyprostowal sie, wpatrzony w krla smokw, 
przeplywajacego niecale dwiescie jardw od brzegu. Sila woli staral sie przywabic wielkie 
zwierze na lad. 
- Przybadz do nas... przybadz... przybadz... 
- Nareszcie nadszedl czas. Czekalismy tak dlugo. Przybadz... ocal nas... prowadz nas... 
ocal nas... 
- Przybadz! 
 
 

10 
 
Calkowicie automatycznie polozyl swj wystudiowany podpis pod dokumentem, ktry 
wydawal mu sie dziesieciotysiecznym w tym dniu: Elidath z Moruole, Najwyzszy Doradca i 
regent. Przy nazwisku dopisal date, a jeden z sekretarzy wyjal i polozyl przed nim kolejny 
arkusz papieru. 
W tym dniu podpisywal dokumenty. Najwyrazniej trzeba bylo to robic przynajmniej raz 
na tydzien, wiec od czasu wyjazdu Lorda Valentine'a kazdego Dnia Drugiego po poludniu 
Elidath opuszczal swe biuro we Dworze Pinitora, szedl do gabinetu Valentine'a tu, w sercu 
Zamku, siadal za wspanialym biurkiem Valentine'a zrobionym z jednego pnia czerwonego 
palisandru o wyraznym ziarnie, ukladajacym sie w znak gwiazdy, a zmieniajacy sie 
bezustannie sekretarze calymi godzinami przynosili mu do akceptacji dokumenty pochodzace 
z rznych rzadowych biur. Mimo ze Koronal udal sie na Wielki Objazd, trybiki obracaly sie 
nadal, maszyneria krecila sie, wypluwajac dekrety, rewizje dekretw i uzupelnienia dekretw. 
Kazdy z nich musial byc podpisany przez Koronala lub wyznaczonego przezen regenta - 
Bogini tylko wie, dlaczego. Oto kolejny. Elidath z Morvole, Najwyzszy Doradca i regent. I 
jeszcze data. Zalatwione. 
- Nastepny, prosze - poprosil sekretarza Elidath. 
Na poczatku uparcie prbowal czytac - no, przynajmniej przegladac - kazdy dokument 
przed podpisaniem. Potem ustapil i czytal tylko krtkie podsumowania, osiem, dziesiec 
linijek tekstu, przypiete zawsze do okladki. Juz dawno zrezygnowal i z tego. Czy Valentine 
czyta wszystko? - pytal sam siebie. Niemozliwe. Nawet gdyby czytal tylko podsumowania, 
spedzalby nad nimi cale dni i cale noce, nie spiac i nie jedzac, juz nie mwiac o wypelnianiu 
prawdziwych obowiazkw zwiazanych z piastowanym urzedem. Teraz Elidath podpisywal 
wiekszosc papierw nawet na nie nie spojrzawszy. Nie wiedzial i nie obchodzilo go, co 
podpisuje; mogla to byc proklamacja zakazujaca jedzenia kielbasek w Swieto Zimy, 
stwierdzajaca nielegalnosc opadw deszczu w prowincji Stoinezar lub dekret konfiskujacy 
jego ziemie na rzecz funduszu emerytalnego sekretarzy administracji. Mimo to podpisywal, 
co mu podsuwano. Krl - lub pelniacy obowiazki krla - albo musi zawierzyc kompetencjom 
swych pracownikw, albo na jego barki spadnie praca wiecej niz przytlaczajaca, bo po prostu 
niemozliwa do wykonania. 
Podpisal: Elidath z Morvole, Najwyzszy Doradca... 
- Nastepny! 

Nadal czul sie winny, ze nie czytal podpisywanych papierw, lecz czy Koronal 
rzeczywiscie musi znac szczegly traktatu zawartego miedzy miastami Muldemar i Tidias, 
dotyczacego wsplnego zarzadzania pewnymi winnicami, ktrych tytul wlasnos ci byl sporny 
od sidmego roku pontyfikatu Pontifexa Thimina, za panowania Koronala Lorda Kinnikena? 
Nie. Podpisac i nastepny, pomyslal Elidath, a Muldemar i Tidias niech ciesza sie nawiazana 
przyjaznia, nie zawracajac tym glowy wladcy. 
Elidath z Morvole... 
Siegnal po kolejny dokument i kiedy szukal miejsca na zlozenie podpisu, sekretarz 
oznajmil: 
- Panie, sa tu lordowie Mirigant i Diwis. 
- Prosze ich wprowadzic - powiedzial, nie podnoszac glowy. Lordowie Mirigant i 
Diwis, doradcy wewnetrznego kregu, odpowiednio: kuzyn i bratanek Koronala, spotykali sie 
z nim kazdego dnia mniej wiecej o tej porze. Wraz z nimi biegal zamkowymi alejkami, 
oczyszczajac zmeczone cialo z czes ci napiecia, powstajacego w rezultacie sprawowania 
wladzy. Nie mial ostatnio czasu na inne cwiczenia; bieganie bylo dla niego waznym 
wentylem bezpieczenstwa. 
Zdolal podpisac dwa kolejne dokumenty, gdy tamci wchodzili do Wielkiej Sali, 
wylozonej wspaniala boazeria z bannikopw, semotanw oraz innego rzadkiego drewna i szli 
w jego kierunku, stukajac butami po skomplikowanych intarsjach parkietu. Wzial trzeci, 
obiecujac sobie, ze ten bedzie ostatni; jakos tak sie zlozylo, ze przejrzal go, czekajac, kiedy 
sie zbliza - patent szlachecki, ni mniej, ni wiecej, jakis szczesciarz z ludu zostanie rycerzem-
kandydatem Gry Zamkowej, w uznaniu cnt i nieocenionych uslug i tak dalej, i tak dalej... 
- Co takiego podpisujesz? - spytal Diwis, podchodzac do biurka i stukajac w lezacy 
przed Elidathem dokument. 
Diwis byl wysokim czarnobrodym mezczyzna o szerokich ramionach; wkraczajac w 
wiek sredni, zdumiewajaco upodobnil sie do swego ojca, bylego Koronala. 
- Valentine znowu obniza podatki? A moze zdecydowal, ze urodziny Carabelli powinny 
byc swietem panstwowym? 
Mimo iz dobrze znal humor, w ktrym gustowal Diwis, Elidath nie mial zamiaru go 
znosic, zwlaszcza po dniu glupiej, bezsensownej pracy. Rozgniewal sie nagle. 
- Masz na mys li Lady Carabelle? - warknal. Najwyrazniej zaskoczyl tym Diwisa. 
- Och, jacy dzisiaj jestesmy formalni, Najwyzszy Doradco! 
- Juz sobie wyobrazam, co by sie stalo, gdybym nazwal twego ojca po prostu 
Voriaxem... 

- Mj ojciec byl Koronalem... - glos jego syna byl zimny, napiety - ...zaslugujacym na 
szacunek, jakim darzy sie zmarlych wladcw. Lady Carabella jest tylko... 
- Lady Carabella, kuzynie, jest towarzyszka zycia naszego obecnego wladcy - wtracil 
gwaltownie Mirigant, zwracajac sie do Diwisa z takim gniewem, jakiego Elidath nigdy nie 
spodziewal sie po tym spokojnym, uprzejmym czlowieku. - Przypominam ci takze, ze jest 
zona brata twojego ojca. Z tych dwch powodw... 
- Dobrze juz. - W glosie Elidatha brzmialo zmeczenie. - Dosc tych glupstw. Biegniemy? 
Diwis rozesmial sie. 
- Jesli nie jestes zbyt zmeczony ta cala zabawa w Koronala? 
- O niczym bardziej nie marze niz o biegu stad do rodzinnego Morvole, ktry zajalby mi 
jakies piec miesiecy, i o trzech latach przycinania drzewek w sadach i... och! Tak, pobiegne z 
wami. Tylko podpisze ten ostatni papier. 
- Urodziny Lady Carabelli! - Diwis powiedzial to z usmiechem. 
- Patent szlachecki - wyjasnil mu Elidath. - Jesli przestaniesz gadac, bedziemy mieli 
zaraz nowego rycerza-kandydata, niejakiego Hissune'a, syna Elsinome, jak tu pisza, 
mieszkanca pontyfikalnego Labiryntu, w uznaniu zaslug i... 
- Hissune, syn Elsinome! - krzyknal Diwis. - Wiesz, kto to jest, Elidathu? 
- A skad niby mialbym wiedziec? 
- Przypomnij sobie ceremonie ponownej koronacji Valentine'a, na ktra do sali tronowej 
Confalume'a sprosil tych wszystkich prostakw: zonglerw, kapitana-Skandara bez jednej 
reki, Hjorta z pomaranczowymi wasami i cala reszte. Pamietasz, byl tam chlopiec... 
- Masz na mys li Shanamira? 
- Nie, jeszcze mlodszy. Drobny, chudy chlopiec, dziesiecio-, moze jedenastoletni; 
chlopiec z oczami zlodzieja, krecil sie wszedzie, zadawal zenujace pytania, lazil za goscmi, 
blagajac o medale i wstazki do ubran, ktre przypinal sobie w rznych dziwnych miejscach 
do tuniki, bezustannie przegladal sie w lustrach. Na imie mial Hissune! 
- Dzieciak z Labiryntu - powiedzial Mirigant - ktry zmuszal wszystkich do skladania 
obietnicy, ze kiedy przyjada do Labiryntu, tylko jego najma na przewodnika. Pamietam go, a 
jakze. Sprytny byl z niego maluch! 
- Ten maluch jest dzis rycerzem-kandydatem. Lub bedzie, jesli Elidath nie podrze 
s wistka, w ktry wpatruje sie teraz tak nieprzytomnie. Nie masz zamiaru go podpisac, 
prawda? 
- Alez oczywiscie, ze podpisze. 
- Rycerz-kandydat pochodzacy z Labiryntu? Elidath wzruszyl ramionami. 

- Nie obeszloby mnie, gdyby byl Zmiennoksztaltnym wprost z Ilirivoyne. Nie jestem tu, 
by zmieniac decyzje Koronala. Jesli Valentine twierdzi, ze ktos powinien zostac rycerzem-
kandydatem, ten ktos nim zostanie, chocby niegdys byl  lobuzem, rybakiem, handlarzem 
kielbasek, Metamorfem, zamiataczem ulic... 
Zlozyl podpis na dokumencie. 
- No juz! Zalatwione. Teraz chlopiec jest takim samym szlachcicem jak ty! 
Diwis wyprostowal sie i wyrecytowal pompatycznie: 
- Moim ojcem byl Koronal Lord Voriax. Moim dziadkiem byl Wielki Doradca 
Damidane. Moim pradziadkiem byl... 
- Oczywiscie. Juz to kiedys  slyszelismy. Powtarzam, od dzis  ten chlopiec jest takim 
samym szlachcicem jak ty. Tak mwi ten patent. Podobny papier zaswiadczyl o szlachectwie 
jakiegos twojego przodka. Nie wiem, kiedy go otrzymal, a juz z pewnos cia nie wiem, za co. A 
moze myslisz,  ze szlachcic rodzi sie ze swym szlachectwem, jak Skandar z czterema 
ramionami? 
- Latwo dzis wpadasz w zlosc, Elidathu. 
- Byc moze. Zrb mi wiec te grzecznosc i sprbuj mnie nie draznic. 
- Wybacz - powiedzial Diwis, niezbyt szczerze. 
Elidath wstal, przeciagnal sie i spojrzal przez wielkie lukowate okno, przed ktrym stalo 
biurko Koronala. Z okna roztaczal sie zapierajacy dech w piersiach widok otchlani, ktra 
otwierala sie tuz za murami tej czesci zamkowych zabudowali. 
Dwa ogromne czarne drapiezniki,  swietnie czujace sie na tej wysokosci, zataczaly 
wielkie, smiale kola; oslepiajace promienie slonca odbijaly sie od grzywy lsniacych pir na 
ich zlotych lbach. Elidath, obserwujac, jak smialo i swobodnie fruna, doszedl do wniosku, ze 
zazdros ci im wolnosci, ktra daje tylko nieskrepowany lot. Wykonywana tego dnia praca 
wprawila go w stan lekkiego oszolomienia. Elidath z Moroole, Najwyzszy Doradca i regent... 
W tym tygodniu uplynie szesc miesiecy, pomys lal, od czasu gdy Valentine rozpoczal 
swj objazd. Mial wrazenie,  ze nie byly to miesiace, lecz lata. A wiec tak wyglada  zycie 
Koronala? Taka nuda, taka niewola? Od dziesieciu lat zyl ze swiadomoscia, ze sam moze 
zostac Koronalem, gdyz ponad wszelka, watpliwosc byl nastepny w kolejce do tronu. 
Wydawalo sie to oczywiste od dnia, w ktrym Lord Voriax zginal na polowaniu, a wladze 
odziedziczyl po nim, jakze niespodziewanie, jego brat. Jesli cokolwiek zdarzy sie z 
Valentine'em, korone ofiaruja jemu - Elidath nie mial co do tego najmniejszych watpliwosci. 
Podobnie jesli Pontifex Tyeveras umrze, a Valentine zajmie jego miejsce - to tez uczyni go 
Koronalem. Chyba ze bedzie za stary, Koronal musi byc bowiem czlowiekiem w pelni sil, a 

on sam przekroczyl juz czterdziestke. Poza tym latwo bylo nabrac przekonania, ze Pontifex 
bedzie zyl wiecznie. 
Gdyby ofiarowali mu korone, nie potrafilby, nie mglby jej odtracic. Od mowa byla 
czyms niewyobrazalnym. Lecz kazdego roku modlil sie coraz gorecej, by Pontifex Tyeveras 
pozyl jak najdluzej, a Valentine nadal cieszyl sie doskonalym zdrowiem. Czas, ktry spedzil 
jako regent, tylko dodal  zaru jego modlitwom. Kiedy byl chlopcem, a zamek nazywano 
Zamkiem Lorda Malibora, wydawalo mu sie, ze byc Koronalem to najcudowniejsza rzecz pod 
sloncem. Zazdroscil o osiem lat starszemu Voriaxowi, kiedy tamten zasiadl na tronie po 
s mierci Lorda Malibora. Teraz nie mial juz podobnych zludzen co do wspanialosci 
sprawowania wladzy. Lecz nie odtracilby korony, gdyby wyrok losu padl na niego. Pamietal 
starego Najwyzszego Doradce Damidane'a, ojca Voriaxa i Valentine'a, ktry powiedzial 
kiedys, iz na Koronala najlepiej nadaje sie czlowiek przygotowany do sprawowania wladzy, 
lecz nie pozadajacy jej. Moze wiec, mwil sobie Elidath ponuro, wcale nie bylbym zlym 
Koronalem? No, ale moze nie bede musial nim byc. 
- To co, biegniemy? - spytal z wymuszona wesoloscia. - Cztery mile, a potem kropelka 
jakiegos dobrego zlotego wina? 
- Doskonale - przytaknal Mirigant. 
Kiedy wychodzili z sali, Diwis zatrzymal sie przy wielkiej kuli z brazu i srebra, stojacej 
na podwyzszeniu przy przeciwleglej  scianie. Wyobrazona byla na niej trasa podrzy 
Koronala. 
- Popatrzcie - powiedzial, pokazujac palcem czerwona kulke, swiecaca na powierzchni 
globusa niczym oko grskiej malpy. - Wyjechal z Labiryntu i ruszyl na zachd. Ktra rzeka 
plynie? Glayge? 
- Chyba Trey - poprawil go Mirigant. - Powinien kierowac sie do Treymone. 
Elidath przytaknal skinieniem glowy. Podszedl do globusa i przeciagnal dlonia po jego 
gladkiej, metalicznej powierzchni. 
- Tak - powiedzial. - A stamtad do Stoien; ze Stoien poplynie chyba statkiem przez 
zatoke do Perimor, a potem wzdluz wybrzeza az do Alaisor. 
Nie unisl reki znad globusa. Przeciagnal nia po zarysie kontynentw, jakby Majipoor 
byl kobieta, a Alhanroel i Zimroel jej piersiami. Jakiz piekny jest ten ich swiat i jakie piekne 
jest jego wyobrazenie! Globus mial wlasciwie ksztalt plkuli, nie istniala bowiem potrzeba 
przedstawiania tej polowy planety, ktra zajmowal ocean - ocean niemal nie znany. Na 
zamieszkanej plkuli Majipooru wyobrazono jednak trzy wielkie kontynenty: Alhanroel z 
gigantyczna sterczaca Gra Zamkowa, Zimroel z jego tropikalna dzungla, a ponizej spieczony 

sloncem, pustynny Suvrael, na Morzu Wewnetrznym zas Wyspa Snu, na ktrej mieszka 
blogoslawiona Pani. Szczeglowo przedstawiono wiele miast; byly tu i lancuchy grskie, i 
wieksze jeziora, i rzeki. Jakis  mechanizm, ktrego dzialania Elidath nie rozumial,  sledzil 
bezustannie pozycje Koronala; swiecaca czerwona kulka poruszala sie, gdy podrzowal, 
nigdy nie bylo watpliwosci, gdzie sie znajduje. Niczym w transie Elidath przesunal palcem po 
trasie Wielkiego Objazdu: Stoien, Perimor, Alaisor, Sintalmond, Daniup, przez Szczerbe 
Kinslain do Santhiskion i z powrotem, kreta droga, do stp Gry Zamkowej... 
- Wolalbys byc z nim, prawda? - spytal Diwis. 
- Albo odbywac objazd na jego miejscu? - dorzucil Mirigant. 
Elidath obrcil sie w miejscu, stajac twarza w twarz ze starszym mezczyzna. 
- A co to niby ma znaczyc? Podniecony Mirigant odrzekl: 
- To chyba jasne? 
- Czyzbys  oskarzal mnie o uzurpatorskie ambicje? 
- Tyeveras przezyl swe zycie o dwadziescia lat! Nie umiera wylacznie dzieki jakiejs  
magii... 
- Masz na mys li najtroskliwsza opieke medyczna? Mirigant wzruszyl ramionami. 
- A co to za rznica? Zgodnie z prawami natury powinien umrzec przed laty, robiac 
miejsce dla Valentine'a. Nowy Koronal odbywalby teraz swj pierwszy objazd! 
- Nie do nas nalezy podjecie tej decyzji. 
- Tak, nie do nas, lecz do Valentine'a - powiedzial Diwis. - Lecz on jej nie podejmie. 
- Podejmie, we wlas ciwym czasie. 
- Kiedy? Za piec lat? Za dziesiec? Za czterdziesci? 
- Czyzbys  zamierzal zmusic do czegos Koronala, Diwisie? 
- Zamierzam mu cos doradzic. To nasz obowiazek - mj, twj, Miriganta, Tunigorna, 
wszystkich, ktrzy uczestniczyli w rzadach przed obaleniem Koronala. Musimy mu 
powiedziec, ze nadszedl czas, by przenisl sie do Labiryntu. 
- Nadszedl czas, bysmy sobie troche pobiegali - powiedzial sztywno Elidath. 
- Posluchaj mnie! Nie jestem naiwny. Mj ojciec byl Koronalem, a dziadek zajmowal 
pozycje, ktra ty zajmujesz teraz; cale swe zycie spedzilem w centrum wladzy. Rozumiem ja 
rwnie dobrze jak wiekszosc z was. Nie mamy Pontifexa. Od osmiu czy dziesieciu lat 
Pontifexa udaje cos, co jest bardziej martwe niz zywe, cos, co plywa w stojacej w Labiryncie 
szklanej klatce. Hornkast przekazuje nam jego slowa - albo udaje, ze sa to slowa Pontifexa; 
przekazuje nam jego dekrety - albo udaje, ze sa to dekrety Pontifexa - ale skutek jest jeden: 
nie mamy Pontifexa. Jak dlugo rzad moze funkcjonowac w ten sposb? Sadze, ze Valentine 

prbuje byc rwnoczesnie Koronalem i Pontifexem, co jest ciezarem ponad sily jednego 
czlowieka, wiec struktura wladzy jest wadliwa, rzad sparalizowany, a... 
- Dosc - przerwal mu Mirigant. 
- ...a Valentine nie zajmie przyslugujacego mu miejsca, bo jest mlody i nienawidzi 
Labiryntu, a takze dlatego, ze wrcil z wygnania z nowym dworem zonglerw i pastuchw 
tak oszolomionych wspanialosciami Gry Zamkowej, ze nie pozwalaja mu podjac 
wlasciwych obowiazkw... 
- Dosc! 
- Jeszcze jedno! - tlumaczyl gwaltownie Diwis. - Czyzbys byl  slepcem, Elidathu? 
Zaledwie osiem lat temu doswiadczylismy czegos zupelnie wyjatkowego w naszej historii: 
wybranego Koronala stracono z tronu, a mysmy nic o tym nie wiedzieli; jego miejsce zajal 
uzurpator. Kim byl? Marionetka w rekach Metamorfw! A Krl Snw sam okazal sie 
Metamorfem! Dwie z czterech Poteg Krlestwa znalazly sie w rekach Metamorfw, Zamek 
byl ich pelen... 
- Wszystkich zdemaskowano i zabito. W bohaterskiej walce tron odzyskal nasz 
prawowity krl, Diwisie! 
- Oczywiscie. Oczywiscie. Czy sadzisz,  ze Metamorfowie poslusznie wrcili do 
dzungli? Powiem ci, ze w tej wlasnie chwili snuja plany zniszczenia Majipooru, zagarniecia 
dla siebie tego, co z niego zostanie. Wiemy o tym od czasu, gdy Valentine wrcil na tron... i 
co on wlasciwie z tym zrobil? Co on wlasciwie z tym zrobil, Elidathu? Z miloscia wyciagnal 
do nich rece! Obiecal,  ze naprawi bledy starozytnych, uczyni zadosc dawnym krzywdom. 
Doskonale, tylko ze Zmiennoksztaltni nadal planuja spisek! 
- Pobiegne bez ciebie - zagrozil Diwisowi Elidath. - Zostan tu, usiadz za biurkiem 
Koronala, podpisuj te gry dekretw. Tego pragniesz, prawda, Diwisie? Zasiasc za tym 
biurkiem. 
Obrcil sie i w zlos ci ruszyl w kierunku wyjs cia z sali. 
- Czekaj! - zatrzymal go Diwis. - Idziemy z toba. 
Podbiegl do Elidatha, zrwnal sie z nim i zlapal go za lokiec. Niskim, napietym glosem, 
jakze rznym od tego, jakim zwykle cedzil slowa, oswiadczyl: 
- Nie mwilem o tym, kto ma zastapic Valentine'a, tylko o tym, ze musi on zostac 
Pontifexem. Czy myslisz, ze rzuce ci wyzwanie w walce o wladze? 
- Nie jestem kandydatem do korony! 
- Nikt nigdy nie jest kandydatem do korony. Ale nawet dziecko wie, ze powszechnie 
uwazany jestes za nastepce Valentine'a. Elidathu, Elidathu. 

- Daj mu spokj - odezwal sie Mirigant. - Zdaje sie, ze przyszlismy tu, zeby pobiegac. 
- Dobrze, biegnijmy i wiecej o tym ani slowa. 
- Dzieki niech beda Bogini - mruknal Elidath. 
Pierwszy ruszyl w dl szerokimi kreconymi schodami, wydeptanymi przez stulecia. 
Mineli wartownikw i znalezli sie w zaulku Viidicar - na bulwarze z blokw rzowego 
granitu, laczacym wewnetrzny Zamek, w ktrym miescily sie wszystkie biura Koronala, z 
niepojetym labiryntem budynkw zewnetrznych, zajmujacych wierzcholek Gry. Czul sie 
tak, jakby czolo przepasano mu opaska z goracej stali. Najpierw podpisywanie milionw 
bezsensownych dokumentw, pzniej sluchanie zakrawajacego na zdrade staniu gadania 
Diwisa... 
A jednak wiedzial, ze Diwis ma racje. Swiat nie moze dluzej toczyc sie w ten sposb. 
Gdy trzeba podjac wazne decyzje, Pontifex i Koronal musza sie ze soba konsultowac, by ich 
wsplna madrosc wykluczyla glupie bledy. Lecz Pontifexa we wlasciwym, rzeczywistym 
sensie tego slowa praktycznie nie bylo. Valentine prbowal dzialac samotnie i powoli 
przegrywal. Nawet najwieksi z Koronalw - Confalume, Prestimion, Dekkeret - nie prbowali 
rzadzic Majipoorem samotnie. A wyzwania, ktrym stawili czolo, wydawaly sie niczym przy 
tym, czemu sprostac musial Valentine. Kto w czasach Lorda Confalume'a byl w ogle w 
stanie wyobrazic sobie, ze ponizeni, pokonani Metamorfowie powstana kiedys, szukajac 
zemsty za zabranie im ich s wiata? Jednak z pewnoscia rebelie przygotowano gdzies w 
calkowitej tajemnicy. Elidath byl pewien, ze do konca zycia nie zapomni ostatnich godzin 
wojny o odzyskanie tronu, kiedy na czele zolnierzy dotarl do piwnic, w ktrych trzymano 
maszyny kontrolujace klimat Gry Zamkowej i by je ocalic, musial zabijac ludzi w 
mundurach gwardii Koronala, ktrzy w chwili smierci zmieniali sie w Metamorfw o 
cienkich ustach, skosnych oczach i szczelinie zamiast nosa. Od tamtej chwili minelo osiem lat 
- a Valentine nadal prbowal nawiazac kontakt z ta rasa przegranych i zawiedzionych, 
oferujac im milosc, nadal prbowal znalezc honorowa, pokojowa droge ukojenia ich gniewu. 
Przez te osiem lat nie osiagnal niczego konkretnego, nie mial do zademonstrowania zadnych 
rezultatw swych wysilkw - a kto wie, jakie metody sekretnej walki wynalezli tymczasem 
Metamorfowie. 
Elidath gleboko wciagnal powietrze i ruszyl przed siebie szybkim, ciezkim biegiem. 
Mirigan i Diwis momentalnie zostali z tylu. 
- Hej! - krzyknal Diwis - to sie nazywa pobiegac? 
Nie zwracal na nich najmniejszej uwagi. Bl jego duszy uleczyc mgl tylko inny bl, a 
wiec biegl jak w goraczce, osiagajac i przekraczajac granice zmeczenia. Naprzd, naprzd, 

naprzd, obok delikatnej Wiezy Arioca z piecioma szczytami, obok kaplicy Kinnikena, obok 
domu dla pontyfikalnych gosci. W dl Kaskada Guadelooma, wokl ciezkiej, przysadzistej 
masy kamieni: skarbca Lorda Priankipina, w gre Dziewiecdziesieciu Dziewieciu Schodw. 
Serce zaczelo lomotac mu w piersi - teraz do westybulu Dziedzinca Pinitora: dalej, dalej, 
przez zaulki, ktrymi chodzil codziennie przez trzydzies ci lat, od dnia, gdy jako dziecko 
przybyl tu z Morvole u stp Gry, by uczyc sie sztuki rzadzenia. Ile razy biegal tak z 
Valentine'em, Stasilane'em lub Tunigornem - byli sobie bliscy jak bracia, oni czterej, czterej 
nieokielznani chlopcy szalejacy po calym Zamku Lorda Malibora, jak nazywano go w owych 
dniach. Ach, jakie wspaniale bylo wtedy zycie! Wtedy wydawalo sie im, ze beda doradcami 
Koronala Lorda Voriaxa, kiedy Voriax zostanie Koronalem, czego wszyscy sie spodziewali, 
choc nie tak szybko. Lord Malibor zginal przed czasem, a takze Voriax, ktry rzadzil po nim, 
korona przeszla na Valentine'a i mc juz nie bylo takie jak kiedys. 
A teraz? Czas, zeby Valentine przenisl sie do Labiryntu" - powiedzial Diwis. Tak. 
Jest nieco za mlody, by zostac Pontifexem, ale to juz jego pech, zwiazany z wstapieniem na 
tron w okresie starczego zdziecinnienia Tyeverasa. Stary wladca zasluzyl na wieczny sen w 
grobie, a Valentine musi zamieszkac w Labiryncie, korona gwiazd musi przypasc... 
Mnie? Lord Elidath? Czy bedzie to kiedys  Zamek Lorda Elidatha? 
Sam pomysl przejal go niepokojem, zdumieniem, a takze strachem. Przez te kilka 
ostatnich miesiecy dowiedzial sie, co to znaczy byc Koronalem. 
- Elidathu! Elidathu! Zabijesz sie! Gnasz jak szaleniec! - krzyczal Mirigant; jego glos 
dobiegal z dolu, jak dzwiek przywiany wiatrem z odleglego miasta. Dotarl juz niemal na 
szczyt Dziewiecdziesieciu Dziewieciu Schodw. Czul  lomot w piersiach, wzrok mu sie 
zamglil, lecz zmusil sie do dalszego biegu, na sam szczyt i w waska alejke z zielonego 
krlewskiego kamienia, prowadzaca do biur administracji, mieszczacych sie na Dziedzincu 
Pinitora. Niewiele widzac, skrecil za rg, poczul uderzenie, uslyszal ciezkie siekniecie, a 
potem padl jak dlugi i lezal tak, dyszac ciezko, niemal nieswiadomy otaczajacego go swiata. 
Kiedy usiadl i otworzyl oczy, dostrzegl nieznajomego - mlodego szczuplego mezczyzne 
o ciemnej cerze i gestych czarnych wlosach, ufryzowanych zgodnie z najnowsza, wymyslna 
moda, wstajacego niezgrabnie i zblizajacego sie do niego. 
- Panie? Panie, czy nic ci sie me stalo? 
- Wpadlem na ciebie, prawda? Powinienem... patrzyc przed siebie... 
- Dostrzeglem cie, panie, ale nie bylo juz czasu. Biegles tak szybko... moze pomoge ci 
sie podniesc. 
- Nic mi nie bedzie, chlopcze. Musze tylko zlapac oddech. Nie korzystajac z pomocy 

mlodego czlowieka podnisl sie, otrzepal kubrak - na kolanie dostrzegl wielkie rozdarcie, 
przez ktre zaczela saczyc sie krew - i poprawil ubranie. Serce nadal walilo mu przerazajaco, 
a poza tym czul sie strasznie glupio. Diwis i Mirigant biegli juz schodami. Obracajac sie ku 
mlodziencowi, Elidath zaczal przepraszac, lecz dziwny wyraz jego twarzy kazal mu przerwac 
przeprosiny w pl slowa. 
- Czy cos  sie stalo? - spytal. 
- Panie, czyzbys  byl Elidathem z Moryole? 
- Tak, jestem nim. Chlopiec rozes mial sie. 
- Tak mi sie wlas nie wydawalo, kiedy blizej ci sie przyjrzalem. A wiec to ciebie 
szukam! Powiedziano mi, ze moge cie znalezc na Dziedzincu Pinitora. Mam dla ciebie 
wiadomosc. 
Mirigant i Diwis pojawili sie przy wejsciu do zaulka. Podeszli do Elidatha; z wyrazu ich 
twarzy domyslil sie, ze musi wygladac okropnie: zaczerwieniony, spocony, niczym szaleniec 
po tym wariackim biegu. Sprbowal potraktowac te sytuacje lekko, wskazujac na mlodego 
mezczyzne i mwiac: 
- Mam wrazenie, ze w pospiechu przebieglem po tym oto mlodym poslancu, ktry ma 
dla mnie jakas wiadomosc. Od kogz ta wiadomosc, chlopcze? 
- Od Lorda Valentine'a, panie. Elidath znieruchomial. 
- Czy to jakis zart? Koronal odbywa Wielki Objazd i znajduje sie teraz gdzies na zachd 
od Labiryntu. 
- To prawda, panie. Bylem przy nim w Labiryncie i kiedy wyslal mnie na Gre 
Zamkowa, poprosil, zebym przede wszystkim znalazl ciebie i powiedzial ci... 
- Co takiego? 
Chlopiec obrzucil niepewnym spojrzeniem Diwisa i Miriganta. 
- Panie, wiadomosc ta przeznaczona jest tylko dla ciebie. 
- To Lordowie Mirigant i Diwis, krewni Koronala. Mozesz mwic przy nich. 
- Doskonale, panie. Lord Valentine przykazal mi powiedziec Elidathowi z Morvole - a 
winienem sie przedstawic, panie, jestem rycerz-kandydat Hissune, syn Elsinome - przykazal 
mi powiedziec Elidathowi z Monrole, ze zmienil plany i ze uda sie na Wielki Objazd takze na 
Zimroel; odwiedzi rwniez swa matke, Pania Wyspy - i ze masz, panie, sprawowac 
obowiazki regenta przez caly czas jego nieobecnosci. Czyli, wedlug Koronala... 
- Pani, oszczedz mnie - szepnal Elidath ochryple. 
- ...rok, moze pltora roku poza czas juz zaplanowany - skonczyl Hissune. 
 

11 
 
Druga oznaka zblizajacych sie trudnych dni, ktra dostrzegl Etowan Elacca, bylo 
opadanie lis ci z drzew niyku. Zdarzylo sie to w piec dni po tym, jak spadl fioletowy deszcz. 
Sam fioletowy deszcz nie byl pierwsza oznaka klopotw. Nie bylby on w ogle niczym 
niezwyklym na wschodnim zboczu Rozpadliny Dulorn, pokrytym niemal w calosci lekkim 
niebieskawoczerwonym piaskiem skuwa. Wiejacy regularnie wiatr z plnocy, nazywany 
Zlosnikiem, zwiewal piasek, wyrzucajac go wysoko w powietrze, a zabarwione nim chmury 
utrzymywaly kolor przez szereg dni, z kolei padajacy z nich deszcz byl bladolawendowy. 
Ziemia Etowana Elakki znajdowala sie jednak szescset mil od tego rejonu, na przeciwnym 
zboczu Rozpadliny Dulorn, nieco bardziej w glebi ladu, choc w poblizu Falkynkip, a wiatry 
niosace piasek skuwa nie docieraly na ogl tak daleko. Lecz Etowan Elacca zdawal sobie 
sprawe, ze wiatry sa czyms nieprzewidywalnym, wiec byc moze Zlosnik zdecydowal sie tym 
razem odwiedzic przeciwlegle zbocze Rozpadliny? W kazdym razie nie bylo powodu, by 
Szczeglnie niepokoic sie fioletowym deszczem, ktry pozostawial po sobie wylacznie cienka 
warstwe piasku, tam gdzie spadl, nie sprawiajac  zadnych szczeglnych klopotw; nastepny 
normalny deszcz zmywal piach i wszystko wracalo do normy. Nie, pierwsza oznaka klopotw 
nie byl fioletowy deszcz, lecz kurczenie sie sensitiww rosnacych w ogrodzie Etowana 
Elakki, co zdarzylo sie dwa lub trzy dni przed deszczem. 
Bylo to wydarzenie zagadkowe, lecz nie niezwykle. Niewiele trzeba, by sensitiwy 
zaczely sie kurczyc. Bardzo drobne, psychowrazliwe rosliny o zlotych lis ciach i zwyczajnych 
zielonych kwiatach, rosnace dziko w lasach na zachd od Mazadone, reagowaly na kazde 
psychiczne niezwykle zdarzenie: glosniejszy krzyk, warczenie zwierzat walczacych w dzungli 
lub nawet, jak opowiadano, sama obecnosc czlowieka, ktry popelnil powazna zbrodnie. Byle 
co wystarczylo, by ich liscie zlozyly sie jak rece w modlitwie i sczernialy. Reakcja taka nie 
ma najwyrazniej  zadnego szczeglnego znaczenia biologicznego, myslal czesto Etowan 
Elacca, lecz niewatpliwie tajemnica wyjasni sie w wyniku szczeglowych badan. Ktregos  
dnia zamierzal przeprowadzic takie badania. Tymczasem zasadzil sensitiwy w ogrodzie, 
poniewaz lubil wesoly,  zlty kolor ich lisci. A poniewaz dominium Etowana Elakki bylo 
spokojne, uporzadkowane, ani razu od czasu, gdy pojawily sie w jego ogrodzie, sensitiwy nie 
skurczyly sie... az do dzisiaj. Zdarzylo sie to calkiem niespodziewanie. Czyzby jacys ludzie 
klcili sie na obszarze jego ogrodu? Jakie rozzloszczone stworzenie w tej krainie zwyklych 
udomowionych zwierzat moglo zachwiac spokojem jego posiadlosci? 

Etowan Elacca ponad wszystko cenil wlasnie spokj. Byl klasycznym dzentelmenem-
farmerem, szescdziesiecioletnim, wysokim, wyprostowanym, o gestych siwych wlosach. Jego 
ojciec urodzil sie jako trzeci syn ksiecia Massissa, dwaj bracia pelnili - jeden po drugim - 
urzad burmistrza Falkynkip, lecz jego samego rzadzenie nigdy nie interesowalo. Gdy tylko 
objal i spadek, kupil wielki kawal ziemi na zachodnim zboczu Rozpadliny Dulorn i stworzyl 
na nim Majipoor w miniaturze, malenki wszechswiat, cechujacy sie wielka pieknos cia, 
spokojem i rwnowaga. Uprawial rosliny charakterystyczne dla tego regionu: niyk i glein, 
hingamorty, stajje. Przede wszystkim stajje, zawsze bowiem istnialo zapotrzebowanie na 
ozywczy, slodki chleb wyrabiany z ich bulw i farmerzy z Rozpadliny musieli sie mocno 
napracowac, by wyprodukowac jej wystarczajaco wiele na potrzeby Dulornu, Falkynkip i 
Pidruid, liczacych  lacznie trzydziesci milionw obywateli, oraz dla kilku milionw ludzi 
mieszkajacych w sasiednich miasteczkach. Nieco powyzej pl stajji znajdowaly sie plantacje 
gleinu: rzedy gestych dziesieciostopowych krzakw w ksztalcie kopul, pomiedzy ktrych 
srebrzystymi, wydluzonymi liscmi wyrastaly wielkie grona soczystych, smacznych 
niebieskich owocw. Stajje i glein zawsze uprawiano obok siebie; dawno odkryto, ze 
korzenie krzakw gleinu wydzielaja do ziemi plyn zawierajacy azotany, ktry, zmywany 
przez deszcze, sprzyja rozwojowi bulw stajji. 
Poza granicami plantacji gleinu znajdowal sie sad hingamortw. Soczyste, 
przypominajace grzyby zlte paluchy", wypelnione slodkim sokiem, wynurzaly sie z gleby, 
sprawiajac doprawdy niezwykle wrazenie; byly one s wiatloczulymi organami, 
przekazujacymi energie sloneczna roslinom rosnacym gleboko pod ziemia. Wzdluz granic 
posiadlosci ciagnal sie wspanialy ogrd drzew niyku, zgodnie ze zwyczajem 
uporzadkowanych w grupy po piec drzew, sadzonych w skomplikowane geometryczne 
wzory. Etowan Elacca lubil przechadzac sie miedzy nimi, z miloscia dotykajac dlonmi 
smuklych czarnych pni, nie grubszych niz ramie doroslego mezczyzny i gladkich jak aksamit. 
Drzewa niyku zyly tylko dziesiec lat. W pierwszym roku rosly z nieprawdopodobna 
szybkos cia na zwyczajna dla nich wysokosc trzydziestu pieciu stp, w czwartym kwitly 
zdumiewajacymi zlotymi kielichami o krwistoczerwonych srodkach, a potem co roku 
owocowaly mnstwem cierpkich, przezroczystych bialych owocw w ksztalcie plksiezycw. 
Umieraly blyskawicznie - w ciagu kilku godzin wysychaly tak, ze ich pien zlamaloby z 
latwoscia nawet dziecko. Owoce, trujace w stanie surowym, byly niezbedne jako przyprawa 
do ostrych, gorzkich mies, charakterystycznych dla kuchni Ghayrogw. Niyki rosly naprawde 
dobrze tylko w Rozpadlinie i Etowan Elacca nie mial najmniejszych problemw ze sprzedaza 
zbiorw. 

Dzieki uprawie ziemi czul sie uzyteczny, lecz praca ta nie zaspokajala jego poczucia 
piekna. Poczucie piekna wlasnie sklonilo go do zalozenia na swej ziemi prywatnego, 
wspaniale rozplanowanego ogrodu botanicznego, w ktrym znajdowaly sie rosliny sciagniete 
ze wszystkich zakatkw Majipooru, dobrze rosnace w cieplym, wilgotnym klimacie 
Rozpadliny. 
Rosly tu alabandyny, sprowadzone zarwno z Zimroelu, jak i Alhanroelu; wszystkich 
naturalnych barw, a takze wiele ich odmian hybrydycznych. Byly tez tanigale i thwale, kwiaty 
nocy z lasw nalezacych do Metamorfw, kwitnace - wylacznie w noc Swieta Zimy - 
os lepiajaco jaskrawymi, niezwyklymi kwiatami. Byly sosninki i androdragmy, krzaczki 
balonowe i miekki mech, halatingi wyhodowane z sadzonek otrzymanych wprost z Gry 
Zamkowej i caramangi oraz muorny, pnacza sihornish, sefitongle, eldirony. Etowan Elacca 
eksperymentowal takze z roslinami tak trudnymi w uprawie jak ogniste palmy z Pidruid, ktre 
czasami utrzymywaly sie w jego ogrodzie szesc lub siedem lat, lecz nie chcialy kwitnac tak 
daleko od morza; z drzewami iglowymi z wyzyn, te jednak wiedly szybko pozbawione tak 
potrzebnych im chlodw; z dziwnymi, upiornymi ksiezycowymi kaktusami z Pustyni 
Velalisier, ktre bez powodzenia prbowal oslonic od nadmiaru deszczw. Nie lekcewazyl 
tez roslin, rosnacych dziko w tym regionie Zimr oelu, tylko dlatego, ze byly mniej egzotyczne 
- uprawial dziwne, speczniale drzewa pecherzowe, lekkie niczym balony, kiwajace sie na 
swych grubych lodygach na wietrze i grozne miesozerne rosliny z lasw Mazadone, 
s piewajace krzewy, drzewa kabaczkowe, kilka ogromnych drzew dwikka, kilka 
sprawiajacych wrazenie prehistorycznych drzew krakowych. Poszycie stanowily drobne kepki 
sensitiww, sadzonych tam, gdzie wydawaly sie na miejscu, ich skromnosc bowiem idealnie 
kontrastowala z krzykliwa wspanialoscia ros lin stanowiacych wiekszosc jego kolekcji. 
Dzien, w ktrym odkryl, ze sensitiwy wiedna, byl wrecz nieprawdopodobnie piekny. 
Poprzedniej nocy padal lekki deszcz, lecz chmury odsunely sie, jak to przewidzial, nim o 
s wicie rozpoczal swj zwykly spacer po ogrodzie. Powietrze bylo chlodne i niezwykle czyste, 
wschodzace slonce rozpalilo zdumiewajace, zielone ognie na lsniacych granitowych 
wzgrzach na zachodzie. Kwiaty alabandyn blyszczaly,  zarloczne rosliny,  swiezo 
przebudzone i glodne, niespokojnie zwieraly ostrza, usytuowane w kielichach znajdujacych 
sie w s rodku wielkich rozet, drobne dlugodzioby o karmazynowych skrzydelkach jak iskry 
os lepiajacego swiatla przelatywaly miedzy galeziami androdragmw. Mimo wszystko Etowan 
Elacca przeczuwal nieszczescie. Poprzedniej nocy spal zle, snily mu sie skorpiony, dhiimy i 
inne niszczycielskie stwory buszujace na jego polach. Niemal bez zdziwienia dostrzegl biedne 
sensitiwy, skurczone, wyschle po jakichs okropienstwach mrocznej nocy. 

Przez godzine przed sniadaniem pracowal sam, ze smutkiem wyrywajac z ziemi zwiedle 
ros liny. Ponizej uszkodzonych galazek sensitiwy nadal zyly, lecz nie mozna bylo ich ocalic, 
gdyz zniszczone liscie nie odroslyby, a gdyby zostaly wyciete, szok z tym zwiazany i tak 
zniszczylby cale krzaczki. Wiec wyrywal je, jedne po drugich, drzac, gdy kurczyly mu sie 
pod palcami, i rzucal na stos. Pzniej wezwal do sadu zarzadce wraz z glwnym ogrodnikiem 
i spytal, czy ktrys z nich wie, co moglo tak zaszkodzic sensitiwom. Lecz zaden z nich nie 
potrafil odpowiedziec. 
To zdarzenie zepsulo mu ranek, lecz w naturze Etowana Elakki nie lezalo martwienie 
sie przez dluzszy czas; nim minelo poludnie, mial juz sto paczek nasion sensitiww, 
otrzymanych z miejscowej szklki; nie mgl, oczywiscie, kupic samych roslin, nie 
przetrwalyby przesadzenia. Nastepnego dnia zasadzil je wlasnorecznie. Za szesc, osiem 
tygodni nie pozostanie slad po tym, co sie zdarzylo. Byla to dla niego tylko drobna, malo 
wazna tajemnica, ktra byc moze uda sie rozwiazac pewnego dnia. Szybko przestal sie nad 
nia zastanawiac. 
Kilka dni pzniej znw zdarzylo sie cos dziwnego - spadl fioletowy deszcz. Dziwne to, 
lecz nieszkodliwe. Ludzie powtarzali: Wiatry musialy zmienic kierunek. Ze tez przywialy 
skuwe na zachd!" Plamy pozostaly niespelna jeden dzien, a potem zmyl je kolejny, calkiem 
zwyczajny deszcz. O tym zdarzeniu Etowan Elacca zapomnial rwnie latwo. 
Lecz drzewa niyku... 
W kilka dni po fioletowym deszczu pilnowal zbioru owocw gleinu, kiedy jego starszy 
zarzadca - spokojny Ghayrog imieniem Simoost, wygladajacy jak oprawiony w skre - zblizyl 
sie, opanowany przez cos, co - jak na niego - wydawalo sie niezwyklym podnieceniem: 
wezowe wlosy wily mu sie dziko, rozwidlony jezyk wirowal, jakby chcial wyrwac sie z ust. 
Krzyczal: 
- Niyki! Niyki! 
Bladoszare liscie drzew niyku maja ksztalt waski i wydluzony; stercza pionowo z 
rzadkich pekw na koncu dwucalowych lodyg, jakby zwichrzylo je nagle wyladowanie 
elektryczne. Poniewaz drzewka sa delikatne, o nielicznych galeziach, sterczace liscie 
wygladaja dziwnie i latwo je rozpoznawac, nawet ze sporej odleglosci. Teraz, biegnac wraz z 
Simoostem do ich zagajnika, z odleglosci kilkuset jardw Etowan Elacca dostrzegl,  ze 
zdarzylo sie cos, co uwazal za absolutnie niemozliwe: liscie zwisaly obrcone w dl; drzewa 
nie przypominaly juz niykw, lecz raczej placzace tanigale lub halatingi! 
- Wczoraj wszystko bylo z nimi w porzadku - powiedzial Simoost. - Dzis rano wszystko 
bylo w porzadku. A teraz... 

Etowan Elacca dobiegl do pierwszej grupy pieciu drzew. Polozyl dlon na najblizszym 
pniu. Wydawal sie on dziwnie lekki; popchnal i drzewo zwalilo sie; suche korzenie wyszly z 
ziemi niezwykle latwo. Z drugim i trzecim stalo sie to samo. 
- Sa martwe - powiedzial. 
- Liscie... - wykrztusil Simoost. - Nawet u martwych niykw liscie obrcone sa ku 
grze. Lecz te... Nigdy nie widzialem niczego podobnego. 
- Nie zginely z przyczyn naturalnych - szepnal Etowan Elacca. - To cos nowego, 
Simooscie. 
Biegal od grupy do grupy, przy trzeciej juz szedl, a przy piatej wlkl sie z opuszczona 
glowa. 
- Martwe... wszystkie martwe... moje przepiekne niyki. 
Caly sad byl martwy. Niyki wyschly, jak zwykle, blyskawicznie, cala wilgoc uleciala z 
ich gabczastych pni, lecz zeby zdarzylo sie to z sadem, rozplanowanym z mysla o 
dziesiecioletnim cyklu... To wydawalo sie niemozliwe, a polozenie lisci trudno bylo 
wytlumaczyc. 
- Musimy doniesc o tym agentowi rolnemu - powiedzial Etowan Elacca. - A takze, 
Simooscie, wyslac poslanca na farme Hagidawna i Nismayne'a, i tego, jak mu tam... co 
mieszka przy jeziorze. Trzeba dowiedziec sie, czy oni takze maja problemy z niykami. Czy to 
zaraza? Nie wiem. Lecz niyki nie choruja... Nieznana zaraza, Simooscie? Spadla na nas jak 
przeslanie od Krla Snw. 
- Fioletowy deszcz, panie. 
- Odrobina barwnego piasku? Jak moglaby czemukolwiek zaszkodzic? Po drugiej 
stronie Rozpadliny fioletowe deszcze padaja kilkanas cie razy w roku i nie ma to zadnego 
wplywu na ich zbiory. Och, Simooscie, moje niyki, moje niyki... 
- To przez fioletowy deszcz - stwierdzil z przekonaniem Simoost. - Nie byl naturalny, 
tu, na wschodzie. Zdarzylo sie cos nowego, panie; deszcz przynisl trucizne, ktra zniszczyla 
niyki! 
- A takze sensitiwy, trzy dni przedtem, nim w ogle spadl? 
- Senistiwy sa bardzo delikatne, panie. Byc moze wyczuly trucizne w powietrzu? 
Deszcz zblizal sie wtedy w naszym kierunku. 
Etowan Elacca wzruszyl ramionami. Byc moze. A moze Zmiennoksztaltni przylecieli 
noca z Piurifayne, na miotlach lub magicznych latajacych maszynach, i rzucili na ziemie 
zlowrogi czar. Moze na swiecie wszystko jest mozliwe. 
- Po co tracic czas na zastanawianie sie? - spytal gorzko. - Nie wiemy nic. Tylko tyle, ze 

sensitiwy zginely, ze zgiely niyki. Co sie jeszcze stanie, Simooscie? Co sie jeszcze stanie!? 
 
 

12 
 
Carabella, ktra przez caly dzien wygladala przez okno s lizgacza, jakby sila spojrzenia 
chciala przyspieszyc podrz przez to ponure pustkowie, wykrzyknela z nagla radoscia: 
- Spjrz, Valentinie! Chyba rzeczywiscie opuszczamy juz pustynie. 
- Niemozliwe. Moze za trzy lub cztery dni. Albo za piec, albo za szesc, albo za siedem... 
- Moze raczysz spojrzec! 
Valentine odlozyl plik karteczek z najnowszymi wiadomosciami, ktre przegladal, 
wyprostowal sie i popatrzyl ponad jej ramieniem. Tak! Na Boginie, widzial zielen! I to nie 
szara zielen jakichs  pokreconych, kruchych, uparcie zywotnych, zalosnych pustynnych roslin, 
lecz gleboka, pulsujaca zyciem zielen prawdziwej szaty ros linnej Majipooru, swiadczaca o 
wzros cie, o zywotnosci. A wiec wydostal sie nareszcie z zakletego kregu Labiryntu, nareszcie 
krlewska karawana opuszczala wyschnieta rwnine, na ktrej wybudowano podziemna 
stolice swiata. Zblizali sie do prowincji diuka Nascimonte'a: Jezioro Kosci Sloniowej, gra 
Ebersinul, pola thuyolu i milailw, wielka rezydencja, o ktrej tyle opowiadano... 
Delikatnie oparl reke na karku Carabelli, zacisnal dlon na jej szyi, czujac pod palcami 
twarde miesnie - po czes ci byl to masaz, po czesci pieszczota. Jak dobrze, ze znw jest przy 
nim! Dolaczyla do grupy dokonujacej objazdu przed tygodniem, w rumach Velalisier, i juz 
razem wizytowali wykopaliska archeologiczne w wielkim kamiennym miescie, ktre 
Metamorfowie opus cili pietnas cie, dwadziescia tysiecy lat temu. Pojawienie sie Carabelli 
natychmiast poprawilo jego ponury nastrj. 
- Pani, tak strasznie samotny bylem bez ciebie w Labiryncie - powiedzial cicho. 
- Zaluje, ze nie moglam ci towarzyszyc. Wiem, jak nienawidzisz tego miejsca. A kiedy 
mi jeszcze powiedzieli, ze zaslables, czulam sie taka winna, tak sie wstydzilam, ze jestem 
daleko, gdy ty... gdy ty... - Carabella potrzasnela glowa. - Bylabym przy tobie, gdybym tylko 
mogla. Przeciez wiesz, Valentinie. Ale obiecalam obywatelom Stee, ze wezme udzial w 
otwarciu ich nowego muzeum... 
- Tak, oczywiscie. Malzonka Koronala rwniez ma obowiazki. 
- Nadal wydaje mi sie to takie dziwne. Malzonka Koronala". Mala cyrkwka z 
Tilomon mieszka na Grze Zamkowej, przemawia, otwiera muzea... 
- Nadal cyrkwka z Tilomon?" Po tylu latach? Wzruszyla ramionami i przeciagnela 
dlonia po pieknych, ciemnych, krtko przystrzyzonych wlosach. 
- Moje zycie to lancuch dziwnych zdarzen. Jakze moglabym o tym zapomniec? 

Gdybym nie zamieszkala w tej gospodzie wraz z trupa  zonglerw Zalzana Kavola akurat 
wtedy, kiedy sie pojawiles... gdyby nie okradziono cie z pamieci i nie zostawiono w Pidruid, 
takiego niewinnego jak czarnonosy blave... 
- Lub gdybys urodzila sie w czasach Lorda Havilbove'a albo na jakiejs innej planecie... 
- Nie kpij ze mnie, Valentinie. 
- Przepraszani, kochanie. - Ujal jej mala reke w swe wielkie dlonie. - Tylko jak dlugo 
jeszcze bedziesz ogladala sie za siebie - na to, kim bylas ? Kiedy wreszcie w pelni 
zaakceptujesz zycie, ktre prowadzisz teraz? 
- Chyba nigdy naprawde go nie zaakceptuje - odparla z namyslem. 
- Pani moja, jak mozesz tak mwic...? 
- Wiesz, dlaczego tak mwie, Valentinie. Valentine na moment przymknal oczy. 
- Jeszcze raz powtarzam ci, Carabello: kochaja cie wszyscy rycerze z Gry, wszyscy 
ksiazeta, wszyscy panowie... Sa ci oddani, podziwiaja cie, szanuja i... 
- Elidath, owszem. I Tunigorn, i Stasilane, i inni im podobni. Ci, ktrzy naprawde cie 
kochaja, kochaja takze i mnie. Lecz dla wielu pozostaje parweniuszka, prostaczka, intruzem, 
czyms, co zdarzylo ci sie przypadkiem... krlewska naloznica... 
- Jakich innych? 
- Dla Diwisa - odparla po chwili wahania. - I dla tych paniat i rycerzykw z jego frakcji. 
I nie tylko. Ksiaze Halanx kpil sobie ze mnie w obecnos ci mych dworek! Ksiaze Halanx, 
Valentinie, twego rodzinnego miasta! A ksiaze Manganot z Banglecode? Jest ich o wiele 
wiecej. - Obrcila sie ku niemu, dostrzegl bl w jej ciemnych oczach. - Czyzbym to sobie 
tylko wyobrazala? Czy slysze szepty w szelescie suchych lisci? Och, Valentinie, czasami 
mysle, ze to oni maja racje, ze zle zrobilam, zostajac twa  zona,  ze Koronal nie powinien 
pos lubic kobiety z ludu. Nie pasuje do twego dworu. Nigdy nie bede pasowala. Panie, musze 
przyczyniac ci tyle smutku... 
- Dajesz mi radosc i tylko radosc. Spytaj Sleeta, co czulem tydzien temu, w Labiryncie, 
i jak zmienilem sie, kiedy przyjechalas. Spytaj Shanamira... Tunigorna... spytaj 
kogokolwiek... 
- Wiem, kochanie. Kiedy przyjechalam, byles taki smutny, taki powazny. Niemal cie 
nie poznalam... ta zmarszczka pomiedzy brwiami, to gniewne spojrzenie... 
- Kilka dni z toba leczy mnie z kazdej choroby. 
- A jednak sadze, ze nadal nie w pelni jestes soba. Czyzby dlatego, ze ciagle nosisz w 
duszy wspomnienie Labiryntu? A moze to pustynia przyprawia cie o depresje? Albo ruiny? 
- Nie, chyba nie o to chodzi. 

- A wiec o co? 
Wpatrywal sie w pejzaz za oknem slizgacza. Widzial, jak ziemia coraz mocniej sie 
zieleni, dostrzegal stopniowa inwazje traw i drzew na coraz bardziej pofaldowanym terenie. 
Powinno sprawic mu to wieksza radosc, niz sprawialo - lecz na jego duszy ciazylo brzemie 
przygnebienia, ktrego nie potrafil zrzucic. 
Po chwili namyslu powiedzial: 
 - Ten sen, Carabello... ta wizja, przepowiednia... nie potrafie przestac o niej mys lec. 
Och, co tez historia bedzie miala o mnie do powiedzenia! Koronal, ktry stracil tron, zostal 
zonglerem, a potem odzyskal wladze i rzadzil lekkomyslnie, pozwalajac, by jego swiat 
ogarnal chaos, szalenstwo... Carabello, Carabello, czyzbym tak wlasnie rzadzil? Czy po 
czternastu tysiacach lat mam byc ostatnim Koronalem? Czy bedzie w ogle ktos, kto opisze 
moja historie? Jak sadzisz? 
- Z pewnoscia nie rzadziles  lekkomyslnie. 
- Czy nie jestem zbyt spokojny, zbyt lagodny, zbyt sklonny rozpatrywac kazdy problem 
ze wszystkich stron? 
- To nie sa wady. 
- Sleet jest innego zdania. Sleet sadzi,  ze odraza, ktra  zywie do wojny, do 
jakiegokolwiek gwaltu, prowadzi mnie na manowce. Wyjasnil mi to bardzo dokladnie. 
- Nie bedzie wojny, panie.  
- Ten sen... 
- Sadze, ze tlumaczysz go sobie zbyt doslownie. 
- Nie - powiedzial Valentine. - Takie wyjas nienia zapewniaja tylko falszywy spokj. 
Tisana i Deliamber zgadzaja sie ze mna - znajdujemy sie w przededniu jakiegos wielkiego 
nieszczescia, byc moze wojny. Sleet... Sleet jest tego pewien. Uparl sie, ze Zmiennoksztaltni 
maja zamiar powstac przeciw nam, mwi, ze od siedmiu tysiecy lat planuja swieta wojne. 
- Sleet zbyt jest zadny krwi. I od najwczesniejszej mlodosci  zyje w irracjonalnym 
strachu przed Metamorfami. Przeciez wiesz. 
- Kiedy przed os miu laty odbilismy Zamek i odkrylismy,  ze az roi sie w nim od 
Metamorfw... czy bylo to zludzenie? 
- Prba przejecia wladzy skonczyla sie ich kleska, prawda? 
- Czy wobec tego mozemy miec pewnosc, ze wiecej tego nie sprbuja? 
- Jesli twa polityka odniesie sukces, Valentinie... 
- Moja polityka! Jaka polityka? Wyciagam dlon ku Metamorfom, a oni przeslizguja mi 
sie miedzy palcami. Wiesz, ze spodziewalem sie miec przy boku kilku ich wodzw, kiedy w 

zeszlym tygodniu zwiedzalem ruiny Velalisier? Chcialem, by widzieli, z jaka 
pieczolowitos cia odbudowujemy ich swiete miasto, zeby zobaczyli, jakie znalezlismy skarby, 
zeby - byc moze - zabrali najswietsze ze znalezisk ze soba, do Piurifayne. Lecz nie 
otrzymalem od nich zadnej odpowiedzi, nie raczyli mi nawet odmwic! 
- Przeciez zdawales sobie sprawe,  ze prace w Velalisier moga stac sie przyczyna 
pewnych klopotw. Byc moze nie podoba sie im, ze w ogle tam weszlismy, juz nie 
wspominajac o projekcie rekonstrukcji miasta. Czyz ich legenda nie glosi, ze sami je pewnego 
dnia odbuduja? 
- Masz racje - przyznal Valentine ponuro. - Kiedy odzyskaja wladze nad Majipoorem i 
wszystkich nas stad wygnaja. Ermanar kiedys mi o tym opowiadal. W porzadku, moze 
zaproszenie ich do Velalisier rzeczywiscie bylo bledem. Ale zignorowali wszystkie inne moje 
zabiegi. Pisze do ich krlowej, Danipiur z Ilirivoyne, a ona, jesli w ogle raczy mi 
odpowiedziec, przysyla listy tak krtkie, tak formalne, takie puste... - Wzial gleboki oddech. - 
Skonczmy jednak rozmawiac o nieszczes ciach, Carabello. Nie bedzie  zadnej wojny. Znajde 
sposb, zeby przelamac nienawisc, ktra zywia do nas Zmiennoksztaltni, znajde sposb, zeby 
miec ich po swojej stronie. A jesli chodzi o te panieta z Gry, ktrzy wtykali ci szpileczki, 
jesli je rzeczywiscie wtykali, blagam, nie traktuj ich tak powaznie. Odplac im pieknym za 
nadobne. Kim jest dla ciebie Diwis? Albo ksiaze Halanx? To tylko glupcy! - Valentine 
us miechnal sie. - Wkrtce dam im powazniejsze powody do zmartwienia, kochanie, niz 
spoleczny status mej malzonki! 
- O czym ty mwisz! 
- Jesli nie podoba sie im kobieta z ludu jako zona Koronala - oznajmil Valentine - to co 
sobie pomysla, majac mezczyzne z ludu za Koronala? 
Carabella spojrzala na niego, zdumiona. 
- Nic z tego nie rozumiem, Valentinie. 
- Zrozumiesz. We wlasciwym czasie zrozumiesz wszystko. Zamierzam zmienic nasz 
s wiat tak doglebnie... och, kochanie, kiedy beda pisac historie mego panowania, jesli 
Majipoor przetrwa wystarczajaco dlugo, by historia ta powstala, nie starczy na nia jeden tom, 
obiecuje ci to. Wprowadze takie zmiany... Beda jak trzesienie ziemi... - Rozesmial sie. - I co o 
tym myslisz, Carabello? Tylko posluchaj, jak opowiadam te koszalki opalki. Lagodny Lord 
Valentine, czlowiek z krwi i kosci, dobry, zamierza przewrcic swiat do gry nogami. Czy 
zdola tego dokonac? Czy rzeczywiscie zdola tego dokonac? 
- Panie, nie rozumiem, o czym mwisz. Przemawiasz zagadkami. 
- Byc moze. 

- I nie chcesz podpowiedziec mi rozwiazan. Valentine zamyslil sie. 
- Rozwiazaniem tych zagadek, Carabello, jest Hissune - powiedzial w koncu. 
- Hissune? Ten twj maly lobuziak z Labiryntu? 
- To juz nie maly lobuziak, to bron wymierzona w Zamek. Carabella westchnela. 
- Zagadki. Nic tylko zagadki. 
- Przywilejem wladcy jest mwic zagadkami. - Valentine mrugnal do niej, przytulil i 
przywarl do jej ust. - Nie gniewaj sie, ale sprawia mi to przyjemnosc. I... 
Slizgacz zatrzymal sie nagle. 
- O, patrz! Dojechalismy! - krzyknal Koronal. - Jest tu Nascimonte! I... na Pania, 
przyprowadzil ze soba chyba z polowe mieszkancw prowincji! 
Karawana zatrzymala sie na granicy szerokiej laki poros nietej krtka, gesta trawa, tak 
intensywnie zielona, ze jej zielen sprawiala niemal wrazenie jakiegos  nieopisanego koloru, 
pochodzacego z samego kranca slonecznego spektrum. W jaskrawych promieniach slonca 
uroczystosc powitania juz sie zaczela, chyba z dziesiec tysiecy ludzi bawilo sie jak okiem 
siegnac. Huczaly wystrzaly armatnie, sistirony i dwunastostrunowe galistany wygrywaly 
piskliwe melodie, w powietrze bily dzienne fajerwerki, rysujace ostre, oszalamiajace, czarne i 
fioletowe wzory na czystym, jasnym niebie. Ws rd tlumw przechadzaly sie na szczudlach 
dwudziestostopowe postaci w wielkich maskach klaunw z wypuklymi czerwonymi czolami i 
gigantycznymi nosami. Z wysokich masztw zwisaly sztandary ze znakiem gwiazdy, 
powiewajac wesolo na rzeskim letnim wietrzyku, orkiestry rwnoczesnie z kilku estrad 
wygrywaly hymny, marsze i choraly. Zebrala sie tu prawdziwa armia zonglerw, do ktrej 
najprawdopodobniej zagarnieto kazdego w promieniu tysiaca mil, majacego jakiekolwiek 
pojecie o tej sztuce. Maczugi, noze, maczety, plonace pochodnie, wesole kolorowe pileczki i 
w ogle wszystko, czym tylko dalo sie  zonglowac, doslownie przyslanialy niebo. Tak 
skladano hold ulubionej rozrywce Koronala. Po ponurym mroku Labiryntu bylo to 
najwspanialsze mozliwe uwienczenie objazdu: goraczkowe, oszalamiajace, nieco 
bezsensowne i absolutnie rozkoszne. 
W s rodku calego tego zamieszania, niedaleko miejsca, gdzie zatrzymal sie slizgacz, stal 
wysoki, koscisty mezczyzna w srednim wieku, o oczach blyszczacych niezwyklym napieciem 
i ustach skrzywionych w najbardziej dobrotliwym usmiechu. Byl to Nascimonte, wielki 
posiadacz ziemski, ktry stal sie bandyta, bandyta, ktry na powrt stal sie wielkim 
posiadaczem ziemskim, niegdys z wlasnego nadania diuk Turni Yornek i Bagien Zachodnich, 
teraz, nadaniem Lorda Valentine'a znacznie wlas ciwiej zwany diukiem Ebersinul. 
- Och, popatrz tylko! - krzyknela Carabella, smiejac sie tak, ze ledwie mogla mwic. - 

Zalozyl dla nas swj strj bandyty! 
Us miechniety, Valentine tylko skinal glowa. 
Gdy po raz pierwszy spotkal Nascimonte'a, w zapomnianych, zagubionych na pustyni 
na poludnie od Labiryntu ruinach miasta Metamorfw ksiaze rabusiw ubrany byl w 
przedziwna kamizelke i legginsy z grubego, czerwonego futra jakiegos  pustynnego potwora 
oraz nieprawdopodobna,  zlta futrzana czape. To wtedy, zrujnowany, wyzuty z majatku 
dzieki jednej chwili beztroskie], niszczycielskiej zabawy zwolennikw falszywego Koronala, 
wedrujacych przez jego ziemie, gdy uzurpator odbywal Wielki Objazd, Nascimonte zaczal 
rabowac wedrujacych pustynia podrznikw. Teraz jego ziemie znw nalezaly do niego i 
mgl sie juz ubierac, jes li tylko chcial, w jedwabie i aksamity, mgl obwieszac sie amuletami, 
maskami z pir i drogimi kamieniami wielkimi jak oczy, lecz teraz stal przed nimi w stroju, 
ktry nosil na wygnaniu. Nascimonte mial wyczucie chwili i Valentine pomyslal,  ze tak 
nostalgiczny wybr kostiumu tylko to potwierdza. 
Lata minely od czasu, kiedy widzieli sie po raz ostatni. W odrznieniu od wiekszosci 
ludzi, ktrzy stali u boku Valentine'a w ostatnich chwilach wojny o odzyskanie tronu, 
Nascimon te nie chcial stanowiska doradcy, nie zamieszkal na Grze Zamkowej; pragnal 
tylko wrcic na ziemie ojcw u podnza gry Ebersinul, u brzegw Jeziora Kosci Sloniowej. 
Nielatwo bylo to sprawic, poniewaz ziemie te przejeli inni, po tym, jak jego nielegalnie ich 
pozbawiono, lecz administracja Lorda Valentine'a w pierwszych latach po odzyskaniu przez 
niego tronu wiele wysilku poswiecila rozwiazywaniu takich wlasnie problemw i w koncu 
Nascimonte odzyskal wszystko, co niegdys do niego nalezalo. 
Valentine nie pragnal niczego bardziej, niz wybiec ze slizgacza i ucalowac starego 
towarzysza broni. Protokl mu tego, oczywis cie, zabranial; nie mgl wmieszac sie w 
rozbawione tlumy, jakby byl jednym wiecej wolnym obywatelem Majipooru. Musial czekac, 
gdy tymczasem odbywala sie podniosla ceremonia zbirki jego osobistej gwardii. Wielki, 
potezny, kosmaty Skandar, Zalzan Kavol, ktry byl jej dowdca, gestykulowal uroczys cie 
wszystkimi swymi czterema rekami, podczas gdy mezczyzni i kobiety w robiacych wielkie 
wrazenie zielono-zlotych mundurach wybiegali ze slizgaczy i formowali zywy mur, majacy 
za zadanie powstrzymac ciekawych obywateli. Potem orkiestra odegrala krlewski hymn - i 
nie tylko - az w koncu Sleet i Tunigorn podeszli do krlewskiego slizgacza i otworzyli drzwi, 
umozliwiajac tym samym Koronalowi i jego malzonce wyjscie w zlote cieplo dnia 
Wreszcie, trzymajac Carabelle pod reke, Valentine mgl przejsc miedzy dwoma 
rzedami gwardzistw pl drogi do Nascimonte'a i tam czekac na ksiecia, ktry ruszyl w ich 
kierunku, podszedl do nich, pochylil glowe w poklonie, uczynil znak gwiazdy i jeszcze raz 

uroczyscie sklonil sie Carabelli... 
Valentine rozesmial sie, zrobil krok naprzd i chwycil chudego, starego bandyte w 
objecia, a potem razem przeszli ws rd rozstepujacych sie tlumw w strone trybuny 
honorowej, grujacej nad terenami, na ktrych odbywala sie zabawa. 
Rozpoczela sie wielka defilada, typowa dla wizyt Koronala odbywajacego Wielki 
Objazd, z muzykami, zonglerami, akrobatami, tancerzami, klaunami i najprzerzniejszymi 
dzikimi i przerazajacymi zwierzetami, ktre w rzeczywistosci wcale nie byly dzikie, lecz 
hodowane ze wzgledu na swa lagodnosc. Po artystach nadeszli zwykli obywatele, maszerujac 
wielka nie uporzadkowana fala i krzyczac: Valentine! Valentine! Lord Valentine!" Koronal 
zas usmiechal sie, machal reka, bil brawo i w ogle zachowywal sie tak, jak powinien 
zachowywac sie Koronal podczas Wielkiego Objazdu, czyli promienial wesoloscia i 
przekonaniem,  ze  swiat jest i pozostanie nie naruszony. To ostatnie sprawialo mu jednak 
nieoczekiwane trudnosci, mimo bowiem wrodzonej pogody ducha czarna chmura, ktra w 
Labiryncie rzucila cien na jego dusze, nadal nad nia wisiala, saczac poczucie beznadziejnosci. 
Lecz wyszkolenie przewazylo, wiec Valentine smial sie, machal i bil brawo godzinami. 
Popoludnie minelo, nastrj swieta zaczal ustepowac, jak bowiem ludzie maja sie 
radowac niezmiennie, godzina za godzina, nawet w obecnosci Koronala? Fala podniecenia 
opadla i przyszla chwila, ktra Valentine lubil najmniej, chwila, w ktrej oczy wpatrzonych 
.w niego ludzi wyrazaly juz tylko goraczkowa ciekawosc, przypominajaca mu, ze wladca jest 
pewnym rodzajem dziwolaga, swietym potworem, niezrozumialym, a nawet przerazajacym 
dla tych, ktrzy znaja go wylacznie jako tytul, korone, gronostajowy plaszcz, miejsce w 
historii. To takze znisl, az wreszcie parada sie skonczyla i halasy towarzyszace wesolej 
zabawie zmienily sie w szum wydawany przez zmeczone tlumy, brazowoczerwone cienie 
wydluzyly sie, a powietrze oziebilo. 
- Panie, czy jestes gotw przejsc do mego domu? - spytal Nascimonte. 
- Sadze, ze juz czas - odparl Valentine. 
Rezydencja Nascimonte'a okazala sie przedziwna i cudowna budowla, spoczywajaca na 
tle rzowego granitu jak jakis latajacy, choc pozbawiony skrzydel stwr, ktry na moment 
przysiadl odpoczac, nim znowu wzniesie sie w powietrze. W gruncie rzeczy byl to namiot, 
lecz namiot tak ogromny i przedziwny, jakiego Valentine nie widzial jeszcze nigdy. 
Trzydziesci, moze czterdziesci smuklych masztw podtrzymywalo wielkie, wywiniete na 
zewnatrz plachty gesto tkanego ciemnego pltna, to wznoszace sie nieprawdopodobnie 
wysoko, to znw opadajace do samej ziemi, i znw wznoszace sie, by utworzyc dach 
sasiedniej komnaty. Wygladalo na to, ze caly ten dom mozna bylo zwinac w godzine i 

przeniesc w miejsce u podnzy jakiegos innego wzgrza, ale jednak byla w nim takze sila i 
majestat - paradoksalnie, jego lekkosc i delikatnosc sprawialy jednoczes nie wrazenie 
solidnosci i trwalosci. 
Wnetrze wydawalo sie jeszcze bardziej trwale i solidne. Grube dywany w stylu 
Milimornu, ciemnozielone, przeszywane szkarlatna nicia, naszyto na pltno sufitu, nadajac 
mu  zywa, ciekawa barwe; grube maszty owinieto lsniaca folia, na posadzce lezaly 
bladofioletowe plytki, cienkie i starannie wypolerowane. Meble byly proste - kanapy, dlugie 
masywne stoly, kilka staroswieckich szaf i szafek, niewiele wiecej - lecz na swj sposb 
sprawialo to krlewskie wrazenie. 
- Czy dom twj przypomina ten, ktry spalili ludzie uzurpatora? - spytal Valentine, gdy 
wkrtce po wejs ciu do srodka znalazl sie z Nascimonte'em sam na sam. 
- Pod wzgledem konstrukcji jest identyczny, panie. Oryginalny dom zaprojektowany 
zostal szescset lat temu przez pierwszego, najwybitniejszego Nascimonte'a. Odbudowalismy 
go wedlug dawnych planw, nie zmieniajac niczego. Odkupilem czesc mebli od wierzycieli, 
inne skopiowalem. Plantacja takze wyglada tak jak przedtem, nim tamci przybyli, upili sie i 
zaczeli ja niszczyc. Odbudowalem tame, osuszylem pola, zasadzilem nowe sady: piec lat 
bezustannej pracy i nareszcie oplakane skutki jednego strasznego tygodnia moga pjsc w 
niepamiec. Za to wszystko jestem ci winien wdziecznosc, mj panie. Uczyniles mnie calos cia, 
a takze swiat uczyniles caloscia... 
- I modle sie, by taki pozostal. 
- Pozostanie, panie. 
- Ach, czyzbys byl tego pewien, Nascimonte? Jestes pewien, ze nasze problemy juz sie 
skonczyly? 
- O jakie problemy ci chodzi, panie? - Nascimonte lekko dotknal ramienia Koronala i 
poprowadzil go na szeroki ganek, z ktrego rozciagal sie wspanialy widok na jego ziemie. W 
promieniach zachodzacego slonca i cieplym zltym blasku porozwieszanych wsrd drzew 
lamp Valentine dostrzegl dlugi trawnik, zbiegajacy do wspaniale utrzymanych ogrodw i pl, 
za ktrymi znajdowalo sie Jezioro Kosci Sloniowej; w jego jasnej powierzchni odbijaly sie 
zamazane, liczne szczyty oraz strome zbocza dominujacej nad tym pejzazem gry Ebersinul. 
Z daleka dochodzily niewyrazne dzwieki muzyki, byc moze brzek gardolanw i glosy 
s piewajace spokojna piosenke, konczaca dlugie, spedzone na zabawie popoludnie. Wszystko, 
na co patrzyl Valentine, bylo kwitnace i spokojne. 
- Gdy widzisz to, panie, czy mozesz uwierzyc,  ze gdzies  na s wiecie istnieja jakies 
problemy? 

- Doskonale cie rozumiem, stary przyjacielu. Ale nasz swiat jest wiekszy niz ziemia, 
ktra ogarniasz wzrokiem, siedzac na ganku. 
- To najspokojniejszy ze s wiatw, panie. 
- Taki byl przez tysiace lat. Lecz jak dlugo jeszcze potrwa ten spokj? 
Nascimonte obrzucil Valentine'a zdziwionym spojrzeniem, jakby widzial go po raz 
pierwszy w zyciu. 
- Panie? 
- Czyzby moje slowa zabrzmialy tak strasznie ponuro, Nascimonte? 
- Nigdy nie widzialem cie tak zasepionego, panie. Niemal mglbym uwierzyc, ze znw 
wykonano te sama sztuczke,  ze pod tego, ktrego znalem, podstawiono falszywego 
Valentine'a. 
Koronal odpowiedzial mu ledwie widocznym usmiechem. 
- Jestem prawdziwym Valentine'em. Lecz chyba bardzo zmeczonym. 
- A wiec prosze za mna. Wskaze ci twe pokoje, panie. Kolacje podadza, kiedy bedziesz 
gotowy. Zjemy ja w rodzinnym gronie - bedzie tylko paru gosci z miasta, nie wiecej niz 
dwudziestu, i trzydziesci osb z twego otoczenia... 
- Po Labiryncie to rzeczywiscie rodzinna kolacja - stwierdzil lekko Valentine. 
Ciemnymi, tajemniczymi korytarzami rezydencji poszedl za gospodarzem do osobnego 
skrzydla, stojacego na wysokiej, wschodniej krawedzi zbocza. Tam, strzezone przez grupe 
Skandarw, wsrd ktrych znajdowal sie takze Zalzan Kavol, miescily sie krlewskie 
apartamenty. Valentine pozegnal sie z Nascimonte'em, wszedl do srodka i znalazl sie sam na 
sam z Carabella, rozkosznie wyciagnieta we wpuszczonej w posadzke wannie z delikatnych, 
niebiesko-zlotych plytek z Ni-moya. Jej smukle cialo niemal calkowicie krylo sie w dziwnej, 
wydajacej trzaski mgielce, unoszacej sie znad powierzchni wody. 
- To zdumiewajace! - krzyknela na jego widok. - Powinienes wykapac sie ze mna, 
Valentinie! 
- Nic nie sprawi mi wiekszej przyjemnosci, pani. 
Zdjal buty, zdarl z siebie kubrak, odrzucil tunike i z westchnieniem ulgi wszedl do 
wanny. Woda, w ktrej unosily sie lekkie babelki, sprawiala wrazenie naladowanej 
elektrycznos cia; kiedy sie w niej zanurzyl, dostrzegl, ze z powierzchni bije delikatne s wiatlo. 
Przymknal oczy, wyciagnal sie, oparl glowe na gladkiej krawedzi, przytulil Carabelle i 
przyciagnal ja ku sobie. Pocalowal ja delikatnie w czolo. Kiedy sie ku niemu odwracala, na 
powierzchni na moment ukazal sie czubek jej malej, okraglej piersi. 
- Czym nasycili te wode? - spytal. 

- Pochodzi z naturalnego zrdla. Pokojwka powiedziala, ze to radioaktywnosc". 
- No, chyba sie pomylila. Radioaktywnosc to cos innego, cos bardzo poteznego i 
niebezpiecznego. Zajmowalem sie nia, totez wiem o niej cos niecos. 
- Jaka wiec jest ta radioaktywnosc"? 
- Nie potrafie zgadnac. Dzieki niech beda Bogini, ze nie mamy jej na Majipoorze, 
jakakolwiek by byla. Ale gdybysmy ja mieli, chyba nie uzywalibysmy jej do kapieli. To tutaj 
to z pewnoscia woda z jakiegos  orzezwiajacego mineralnego zrdla. 
- Bardzo orzezwiajacego - potwierdzila Carabella. Przez chwile kapali sie w milczeniu. 
Valentine czul, jak ogarnia go chec do zycia. Czy to dzieki musujacej wodzie? 
A moze dzieki uspokajajacej obecnosci Carabelli, dzieki uwolnieniu sie od ciezaru 
towarzystwa dworakw, zwolennikw, pochlebcw, petentw? Jedno i drugie moglo mu 
tylko pomc odzyskac pogode ducha. Pewnie zadzialala w koncu jego wewnetrzna 
odpornosc, odpedzajac to dziwne, tak do niego nie pasujace przygnebienie, ktre leglo mu na 
duszy wraz z wkroczeniem do Labiryntu. Usmiechnal sie. Carabella uniosla glowe, podajac 
mu usta, a on przesunal dlon po jej smuklym ciele na plaski, twardy brzuch i na udo. Wyczul 
prezace sie pod skra mies nie. 
- W kapieli? - spytala, rozmarzona. 
- Czemu nie? Ta woda sprawia cuda. 
Unosila sie nad nim. Otoczyla go nogami; jej plotwarte oczy spotkaly sie na chwilke z 
jego oczami, a potem zamknely. Valentine ujal ja za posladki, naprowadzil. Czyzby 
rzeczywiscie minelo dziesiec lat od ich pierwszej nocy w Pidruid, na oswietlonej swiatlem 
ksiezycw lace, pod wysokimi, szarozielonymi krzakami, na festiwalu ku czci tego drugiego 
Valentine'a? Trudno to sobie wyobrazic - dziesiec lat! Podniecenie tej pierwszej nocy nigdy 
go nie opuscilo. Przytulil ja, poruszali sie w rytmie, ktry - choc znajomy - nie przerodzil sie 
w rutyne; przestal myslec o pierwszym razie i o tych, ktre nastapily potem, nie myslal o 
niczym, czul tylko cieplo, milosc i szczescie. 
Pzniej, kiedy ubierali sie, spieszac na przygotowana przez Nascimonte'a rodzinna 
kolacje w gronie najwyzej piecdziesieciu osb, Carabella spytala: 
- Czy ty naprawde chcesz zrobic Hissune'a Koronalem? - Co? 
- Jestem pewna, ze takie bylo znaczenie twych slw, gdy rozmawialismy wczesniej - 
tych twoich zagadek... no, wtedy kiedy tu dojezdzalismy, pamietasz? 
- Pamietam. 
- Jesli wolisz nie rozmawiac... 
- Nie, nie. Nie widze powodu, by dluzej to przed toba ukrywac. 

- A wiec mwiles powaznie! 
Valentine zmarszczyl brwi. 
- Sadze, ze mglby zostac Koronalem, tak. Ta mysl po raz pierwszy zrodzila mi sie w 
glowie, kiedy byl tylko malym, brudnym chlopcem, wyludzajacym jedna czy dwie korony od 
odwiedzajacych Labirynt turystw. 
- Ale czy nisko urodzony moze zostac Koronalem? 
- Pytasz o to ty, Carabello, ktra bylas zwykla cyrkwka, a zostalas zona Koronala? 
- Zakochales sie we mnie i podjales pospieszna, niezwykla decyzje, ktra, jak wiesz, nie 
wszyscy zaakceptowali. 
- Mwisz o kilku glupich sztachetkach! Reszta swiata traktuje cie jak swa prawowita 
pania. 
- Byc moze. W kazdym razie miedzy zona Koronala a samym Koronalem jest jednak 
pewna rznica. Ludzie nie zaakceptuja faktu, ze zwykly czlowiek, jeden z nich, zostal 
Koronalem. Uwazaja Koronala za krla, osobe swieta, niemal boska. Ja tez to czulam, kiedy 
zylam wsrd nich, w mym poprzednim zyciu. 
- Zostalas zaakceptowana. Jego takze zaakceptuja. 
- To tak, jakbys im cos narzucal. Wybrac pierwszego lepszego chlopca znikad i wyniesc 
go tak wysoko. Czemu nie Sleet? Zalzan Kavol? Ktos pierwszy z brzegu? 
- Hissune ma mozliwosci. Tego jestem pewien. 
- Nie potrafie ocenic jego mozliwosci, ale sam pomysl, by koronowany zostal nedzarz 
w lachmanach, wydaje mi sie bardzo dziwny, dziwniejszy niz najdziwniejszy sen. 
- Czy rzeczywiscie Koronala wybierac trzeba zawsze sposrd tej samej malej grupki 
mieszkancw Gry Zamkowej? Tak bylo przez kilkaset, moze nawet kilka tysiecy lat. 
Koronala zawsze wybierano sposrd ktrejs z wielkich rodzin zamieszkujacych Gre, a jesli 
nawet nie sposrd nich, choc nie potrafilbym powiedziec, kiedy ostatnio stalo sie cos takiego, 
to bezwarunkowo z arystokratycznego, ksiazecego rodu. Sadze, ze poczatkowo nasz system 
mial funkcjonowac inaczej, bo niby dlaczego zakazano monarchii dziedzicznej? Zblizaja sie 
tak ogromne klopoty, Carabello, ze odpowiedzi na nie musimy poszukac poza Gra. Tu 
jestes my zbytnio izolowani. Czasami zdaje mi sie, ze z tego wszystkiego rozumiemy mniej 
niz nic. Nasz swiat jest zagrozony; powinnismy sie odrodzic, ofiarowac korone komus z 
zewnatrz, komus , kto nie jest czescia zamknietego kregu arystokracji. Komus, kto patrzy z 
innej perspektywy, kto poznal swiat od podszewki... 
- Jest jeszcze taki mlody! 
- O to juz zatroszczy sie sam czas - rzekl Valentine. - Wiem, ze wielu ludzi sadzi, iz 

powinienem juz zostac Pontifexem; mam zamiar sprawiac im zawd tak dlugo, jak to tylko 
mozliwe. Chlopiec musi najpierw przejsc twarda szkole. Nie bede tez udawal, ze spieszno mi 
do Labiryntu, sama wiesz... 
- Nie udawaj. Rozmawiamy, jakby Pontifex juz nie zyl lub stal u wrt smierci, a 
przeciez Tyeveras jeszcze zyje! 
- Zgoda. Zyje. Przynajmniej w pewnym znaczeniu tego slowa. Moim zdaniem 
powinnismy pozwolic mu pozyc jeszcze troche. 
- A kiedy Hissune bedzie juz gotowy... 
- Pozwolimy Tyeverasowi odejsc na wieczny odpoczynek. 
- Trudno mi wyobrazic sobie ciebie jako Pontifexa, Valentinie. 
- Mnie jeszcze trudniej, kochanie. Ale zostane Pontifexem. Nie mam wyboru. Byle 
niepredko, byle niepredko, tylko o to prosze! 
Carabella milczala przez chwile, a potem powiedziala: 
- Jesli to zrobisz, na Grze Zanikowej z pewnos cia sie zagotuje. Czy to nie Elidath mial 
zostac kolejnym Koronalem? 
- Jest mi bardzo bliski. 
- Wiele razy sam nazywales go swym nastepca. 
- To prawda. Ale zmienil sie bardzo od czasu, kiedy uczylismy sie razem. Doskonale 
wiem, kochanie, ze kazdy, kto rozpaczliwie pragnie zostac Koronalem, nie nadaje sie na 
wladce, ale przynajmniej trzeba zgodzic sie wziac na swe barki ten ciezar. Trzeba czuc cos  w 
rodzaju powolania, plonac jakims wewnetrznym ogniem. W Elidathu ogien ten wygasl. 
- Sadzilam,  ze w tobie takze wygasl, kiedy najpierw zostales   zonglerem, a potem 
dowiedziales  sie, kim jestes. 
- Lecz zaplonal znw, kiedy odzyskalem ma dawna dusze! 
I plonie nadal. Korona ciazy mi czasami - ale nigdy nie zalowalem, ze wlozylem ja na 
glowe! 
- A Elidath by zalowal? 
- Tak podejrzewam. Bawi sie w Koronala teraz, gdy jestem daleko. Zalozylbym sie, ze 
nie polubil tej zabawy. A poza tym, skonczyl juz czterdziestke. Koronal powinien byc mlody. 
- Czterdziestoletni mezczyzna nadal jest mlody. - Carabella usmiechnela sie wesolo. 
Valentine wzruszyl ramionami. 
- Mam nadzieje, ze sie nie mylisz, kochanie. Lecz pozwole sobie przypomniec, ze jesli 
wszystko pjdzie po mojej mysli, jeszcze dlugo nie bedzie potrzeby mianowania nowego 
Koronala. Kiedy koniecznosc ta sie pojawi, Hissune bedzie juz gotw, a Elidath usunie sie w 

cien. 
 - Czy inni lordowie Gry Zamkowej rwniez usuna sie w cien? 
- Nie beda mieli wyboru. - Valentine podal ramie malzonce. - Idziemy. Nascimonte 
czeka. 
 

13 
 
Poniewaz byl to piaty dzien piatego tygodnia piatego miesiaca,  swiety dzien 
upamietniajacy opuszczenie starej stolicy za morzem, Faraataa musial najpierw dopelnic 
odpowiednich rytualw, a potem dopiero mgl skontaktowac sie ze swymi agentami w 
sasiednich prowincjach. 
O tej porze roku w Piurifayne deszcz padal dwukrotnie w ciagu dnia, po raz pierwszy na 
godzine przed switem, po raz drugi o zmierzchu. Rytual Velalisier wymagal mroku, lecz 
takze suszy, wiec Faraataa nakazal sobie ocknac sie o godzinie zwanej Godzina Szakala, w 
ktrej slonce spoczywa na wschodzie, na Alhanroelu. 
Nie budzac tych, ktrzy spali obok, wyszedl z prowizorycznego domku z wikliny, ktry 
zbudowali poprzedniego dnia - Faraataa wraz z towarzyszami bezustannie przenosili sie z 
miejsca na miejsce, tak bylo bezpieczniej - i znikl w lesie. W powietrzu, wilgotnym i 
dusznym jak zawsze, nie czuc bylo jeszcze zapachu porannego deszczu. 
W  swietle gwiazd, przebijajacym sie gdzieniegdzie przez przerwy w chmurach, 
dostrzegal inne postacie zmierzajace w glab dzungli. Ignorowal je, tak jak one ignorowaly 
jego. Rytual Velalisier odprawiano w samotnosci; byl to prywatny wyraz wsplnego zalu. Nie 
mwilo sie o nim, lecz po prostu wykonywalo go w piatym dniu piatego tygodnia piatego 
miesiaca, a kiedy dzieci dorastaly do odpowiedniego wieku, uczyly sie go, lecz zawsze ze 
wstydem i smutkiem. Tak nakazywala tradycja. 
Wszedl w las na przepisowe trzysta krokw. Znalazl sie w gaju smuklych, wysokich 
gibaroonw, lecz tu nie mglby pomodlic sie w skupieniu, bo kepy swiecacych dzwoneczkw 
zwisaly z kazdego odgalezienia, z konca kazdego konara, rzucajac ostre, pomaranczowe 
s wiatlo. Niedaleko dostrzegl majestatyczne drzewo dwikka, stojace samotnie i kiedys trafione 
piorunem; wielka wypalona w pniu blizna, porosnieta po brzegach swieza czerwona kora, 
wydala mu sie odpowiednia swiatynia. Swiatlo dzwoneczkw z pewnoscia tam nie dotrze. 
Nagi, ukryty w rozlupanym drzewie dwikka, wykonal najpierw Piec Zmian. Kos ci i 
miesnie zaczely sie przemieszczac, komrki skry zmodyfikowaly swa budowe i najpierw 
stal sie Czerwona Kobieta, po niej S lepym Gigantem, potem Ubiczowanym, w czwartej 
zmianie przyjal postac Ostatniego Krla, az wreszcie, gleboko zaczerpnawszy oddechu, 
wzywajac na pomoc wszystkie swe moce, stal sie Ksieciem, Ktry Nadejdzie. Dla Faraatay 
piata zmiana byla najtrudniejsza ze wszystkich - wymagala przeksztalcenia nie tylko ciala, 
lecz i duszy, ktra nalezalo oczyscic z nienawisci, z checi zemsty, z pozadania zniszczenia. 

Ksiaze, Ktry Nadejdzie, byl ponad tym. Faraataa nie mial nadziei na osiagniecie takiego 
spokoju kiedykolwiek. Wiedzial, ze jego dusze przepelnia wylacznie nienawisc, pragnienie 
zemsty, chec zniszczenia. By stac sie Ksieciem, Ktry Nadejdzie, powinien najpierw oprznic 
ja, az zostalaby pusta lupina, a na to nie mgl sobie pozwolic. Lecz istnialy sposoby, by mimo 
to osiagnac pozadany stan ducha. Marzyl wiec o chwili, w ktrej wszystko, do czego dazyl, 
zostanie osiagniete: wrg bedzie zniszczony, opuszczone ziemie odzyskane, stare rytualy 
odnowione, swiat narodzony na nowo. Wybiegl w przyszlosc do owej epoki i pozwolil, by 
ogarnela go radosc. Wypedzil z duszy wspomnienie porazki, wygnania, wszystkiego, co 
stracil je go lud. Widzial ozywione oltarze umarlego miasta. Wobec takiej wizji, czymze jest 
chec zemsty? Nie istnieje wrg, ktrego nienawidzi sie i niszczy. Dziwny, cudowny spokj 
ogarnal jego dusze. Nadszedl dzien odrodzenia, swiat byl znw szczesliwy, bl znikl i 
Faraataa mgl odpoczac. 
W tym momencie przyjal forme Ksiecia, Ktry Nadejdzie. Utrzymujac ja z wysilkiem, 
ktry z kazda chwila stawal sie mniejszy, uklakl. Z kamieni i pir zbudowal oltarz. Zlapal 
dwie jaszczurki i nocnego pelzajacego bruula; z nich zlozyl ofiare. Oddal Trzy Wody: s line, 
uryne i lzy. Z kamykw ulozyl wal Velalisier. Przeszedl Cztery Smutki i Piec Zalw. Uklakl i 
jadl ziemie. Przed oczami pojawila mu sie wizja utraconego miasta: blekitny kamienny wal, 
domostwo krla, Miejsce Niezmiennosci, Stoly Bogw, szesc wielkich swiatyn i sidma 
splugawiona,  Swiatynia Upadku, Droga Odejscia. Utrzymujac, nadal z wysilkiem, forme 
Ksiecia, Ktry Nadejdzie, opowiedzial sobie historie upadku Velalisier. Doswiadczajac tej 
ponurej tragedii, czul laske, czul aure Ksiecia, wiec mgl rozwazac strate nie z blem, lecz z 
prawdziwa miloscia, dostrzegajac w niej stadium wedrwki swego ludu, rwnie konieczne, co 
nieuniknione. Kiedy nabral pewnosci,  ze potrafi przyjac prawde, pozwolil sobie zmienic 
forme i przechodzac przez postaci Ostatecznego Krla, Ubiczowanego, Slepego Giganta, 
Czerwonej Kobiety wreszcie znw stal sie Faraataa z Avendroyne. 
Skonczone. 
Lezal z twarza wtulona w miekka, wilgotna ziemie, kiedy zaczal padac pierwszy 
poranny deszcz. 
Po pewnym czasie wstal, zebral kamyki i pira z oltarza i wrcil do chaty. Spokj 
Ksiecia, Ktry Nadejdzie nadal ogarnial jego dusze, lecz teraz walczyl juz z ta dobroczynna 
aura: nadszedl czas, by wykonac codzienne obowiazki. Uczucia takie jak nienawisc, zadza 
zniszczenia i pragnienie zemsty moga byc obce duchowi Ksiecia, Ktry Nadejdzie, lecz sa 
narzedziami nieodzownymi, by stworzyc jego krlestwo. 
Czekal przed chata, az z lasu, w ktrym kazdy odprawial swj prywatny rytual, wrcilo 

wystarczajaco wielu jego zwolennikw, by wejsc w trans, w ktrym wzywal krlw oceanw. 
Jeden po drugim jego ludzie zajmowali miejsca wokl niego: Aarisiim z reka na prawym 
ramieniu Faraatay, Benuuiab z reka na lewym, Siimii dotykajacy jego czola, Miisiim lona; 
reszta stala w koncentrycznych kregach wokl tej czwrki, trzymajac sie za rece. 
- Teraz! - powiedzial Faraataa. Umysly zlaczyly sie i poslaly wezwanie. 
Bracia na morzu! 
Wysilek byl tak wielki, ze Faraataa poczul, iz nie moze utrzymac ksztaltu, ze zmienia 
sie i przeksztalca bez udzialu woli, jak dziecko, ktre dopiero uczy sie  swiadomie 
kontrolowac swe zdolnosci. Porsl pirami, wypuscil szpony i szesc straszliwych dziobw, 
stal sie bilantonem, sigimoinem, prychajacym z ws cieklos ci, szalejacym bidlakiem. Jego 
towarzysze chwycili go mocniej, choc intensywnosc wysylanego przezen sygnalu byla tak 
wielka, ze i ich formy zaczely oscylowac. 
Bracia! Uslyszcie mnie! Pomzcie mi! 
Z przepastnych glebi wylonil sie obraz wielkich ciemnych skrzydel, otwierajacych sie i 
zamykajacych nad gigantycznymi cialami. Glos jak tysiac dzwoniacych naraz dzwonw 
odpowiedzial: 
Slysze cie, maly ladowy bracie. 
To przemwil krl oceanu Maazmoorn. Faraataa znal wszystkie, rozpoznawal je po 
muzyce ich umyslw. Maazmoorn - dzwony, Girouz - piesn grzmotu, Sheitoon - powolne, 
zalosne bebny. W oceanach zylo kilkunastu wielkich krlw, a kazdy z nich dysponowal 
glosem, ktrego nie sposb bylo z niczym pomylic. 
Ponies mnie, o krlu Maazmoornie! 
Przyjdz do mnie, maly ladowy bracie. 
Faraataa poczul otaczajaca go sile i poddal sie jej; sila ta poruszyla go, uniosla. W 
jednej chwili znalazl sie na morzu, w nastepnej w samym morzu, a potem on i Maazmoorn 
byli jednoscia. Ekstaza ogarnela go calego; to polaczenie, ta wsplnota byly tak wspaniale, ze 
z latwoscia mogly byc koncem, rozkosza wieksza niz wszystkie pragnienia... gdyby tylko na 
to pozwolil. Lecz wiedzial,  ze nie pozwoli. Podstawy inteligencji krla oceanu same 
przypominaly ocean: nieograniczony, wszechogarniajacy, nieskonczenie gleboki. Faraataa, 
tonac coraz glebiej i glebiej, zagubil sie, lecz nie stracil  swiadomosci tego, co pragnie 
osiagnac. Opamietal sie, skupil umysl i z jadra ogromnej, cieplej kolyski wyslal przekazy, 
ktre mial wyslac wlasnie stad. 
Saarekkin ? 
Jestem tu. 

Co masz do przekazania? 
Lusavender zostal zniszczony w calej wschodniej czesci Rozpadliny. Grzybek ogarnal 
tereny, ktrych nie sposb kontrolowac, i teraz juz atakuje sam z siebie. 
Jakie dzialania podjal rzad? 
Pala zarazone zbiory. Nic im to nie pomoze. 
Zwyciezylismy, Saarekkin!  
Zwyciezylismy, Faraatao.  
Tiihaanimak? 
Slysze cie, Faraatao! 
Jakie wiesci ? 
Deszcz niesie trucizne. Drzewa niyku w calym Dulornie zostaly zniszczone. Trucizna 
dostala sie juz do gleby, zniszczy takze gein i stajje. Przygotowujemy nastepny atak. 
Zwyciezylismy, Faraatao! 
Zwyciezylismy! Iniriis? 
Jestem Iniriis. Wolki korzenne mnoza sie i atakuja pola Zimroelu. Zniszcza ricce i 
milaile. 
Kiedy ich efekty beda dostrzegalne? 
Juz sa dostrzegalne. Zwyciezylis my, Faraatao! 
Podbilis my Zimroel! Walka musi sie teraz przeniesc na Alhanroel. Iniriis, zacznij 
przesylac swe wolki przez Morze Zewnetrzne. 
Wykonam twj rozkaz. 
Zwyciezylismy, Iniriis! Y-Uulisaan? 
Tu Y-Uulisaan, Faraatao. 
Nadal jestes  przy boku Koronala? 
Jestem. Opuscil Ebersinul i kieruje sie ku Treymone. 
Czy wie o tym, co sie dzieje na Zimroelu ? 
Nie wie nic. Wielki Objazd absorbuje cala jego uwage. 
A wiec przynies mu wiesci. Opowiedz mu o wolkach w dolinie Zimru, o chorobie 
lusavenderu w Rozpadlinie, o smierci drzew niyku i gleinu w Dulornie. 
Mam to zrobic, Faraatao? 
Musimy zblizyc sie do niego jeszcze bardziej. Predzej czy pzniej dowie sie o 
wszystkim normalnymi kanalami. My przyniesiemy mu wiadomosci wczesniej, na nasz 
wlasny sposb. Zostaniesz jego doradca w sprawach chorb roslin, Y-Uulisaan. Przynies  mu 
wiadomosc, pomz walczyc z ta kleska. Powinnismy wiedziec, jakich srodkw zamierza 

uzyc. Zwyciezylismy, Y-Uulisaan! 
Zwyciezylismy, Faraatao! 
 

14 
 
Wiadomosc wedrowala godzine, nim dotarla wreszcie do Najwyzszego Rzecznika 
Hornkasta w jego prywatnych apartamentach na granicach poziomu, tuz obok Sfery 
Potrjnych Cieni. 
Natychmiast spotkaj sie ze mna w sali tronowej. Sepulthrove! 
Najwyzszy Rzecznik wlepil wzrok w poslancw. Wiedzieli, ze nie wolno przeszkadzac 
mu w jego komnatach, chyba ze sprawa jest najwyzszej wagi. 
- Co sie dzieje? Czyzby umieral? A moze juz umarl? 
- Nie powiedziano nam, panie. 
- Czy Sepulthrove wydawal sie wam zaniepokojony? 
- Byl poruszony, panie, ale nie wiemy... 
- Dobrze. Nie szkodzi. Wracam za chwilke. 
Hornkast szybko umyl sie i ubral. Jesli to sie rzeczywiscie stalo, pomyslal kwasno, to w 
najbardziej nieodpowiednim momencie. Tyeveras czekal na smierc co najmniej sto i 
dwadzies cia lat, dlaczego nie poczekal jeszcze godziny czy dwch? Jesli rzeczywiscie umarl. 
- Czy mam zaczekac, az wrcisz? - spytala towarzyszaca mu kobieta. 
Hornkast przeczaco potrzasnal glowa. 
- Nie sposb powiedziec, ile to moze potrwac. Jesli Pontifex zmarl... 
Kobieta uczynila gest Labiryntu. 
- Niech go strzeze Bogini! 
- Niech go strzeze - przytaknal sucho. 
Wyszedl. Sfera Potrjnych Cieni, wyrastajaca wysoko ponad obsydianowe s ciany placu, 
znajdowala sie w najjasniejszej fazie, rzucajac niesamowite bialoniebieskie  s wiatlo, 
niwelujace wszelkie wrazenia wymiarw i glebi. Przechodnie sprawiali wrazenie 
papierowych lalek, frunacych na lekkim wietrzyku. Poslaniec szybko szedl obok, Hornkast 
musial bardzo sie starac, by dotrzymac mu kroku. Dotarl do swej prywatnej windy tak 
dziarsko, jakby nie mial osiemdziesieciu lat. 
W mgnieniu oka znalezli sie na imperialnym poziomie. 
Martwy? Umierajacy? Niepojete. Hornkast zdal sobie nagle sprawe, ze w ogle nie bral 
pod uwage naturalnej smierci Pontifexa. Sepulthrove zapewnial go, ze maszyny nie moga 
zawiesc,  ze Pontifexa z pewnos cia uda sie utrzymac przy zyciu, jesli taka bedzie potrzeba, 
jeszcze dwadzies cia do trzydziestu lat, byc moze nawet piecdziesiat. Sadzil, ze ta smierc, gdy 

nadejdzie, bedzie wynikiem podjetej z najwieksza rozwaga decyzji politycznej - a nie czyms , 
co zdarzy sie bez zapowiedzi, w calkiem zwykly poranek. 
A jes li sie zdarzyla? Trzeba bedzie natychmiast wezwac Valentine'a z zachodu. Jakaz 
niechecia napelni go koniecznosc przerwania Wielkiego Objazdu, nim sie jeszcze zaczal! 
Oczywiscie, bede musial zrezygnowac, powiedzial do siebie Hornkast. Valentine 
zechce mianowac wlasnego rzecznika, bez watpienia tego drobnego mezczyzne z blizna na 
twarzy, a moze nawet tamtego Vroona. Zastanawial sie, jak to bedzie przygotowywac 
nastepce na stanowisko, ktre sam piastowal tak dlugo. 
Uczyc Sleeta, zachowujacego sie tak protekcjonalnie, tak pewnego wlasnej wyzszosci, 
albo malego vroonskiego czarownika z wielkimi blyszczacymi oczami, dziobem i mnstwem 
macek... 
To jego zadanie - wszystkiego nauczyc nowo mianowanego Najwyzszego Rzecznika. A 
potem odejde, pomyslal. Prawdopodobnie nie przezyje utraty stanowiska. Elidath zostanie 
zapewne Koronalem. Mwia, ze to dobry czlowiek, bardzo bliski Valentine'owi, niemal jak 
brat. Jakie to bedzie dziwne, znw, po tych wszystkich latach, miec prawdziwego Pontifexa, 
naprawde wsplpracujacego z Koronalem! Ale ja tego nie zobacze. Juz mnie tu nie bedzie. 
Pelen najczarniejszych przeczuc, zrezygnowany, przybyl pod pieknie zdobione drzwi 
sali tronowej. Wlozyl dlon w rekawice rozpoznawcza, wcisnal chlodna, miekka, znajdujaca 
sie wewnatrz niej kule; pod wplywem jego dotyku drzwi otworzyly sie, ukazujac wielka, 
okragla sale, tron, na ktry wstepowalo sie po trzech stopniach, skomplikowana maszynerie 
systemu podtrzymywania zycia i - w kuli bladoniebieskiego swiatla, w ktrej tkwil od tak 
dawna - kos cista sylwetke samego Pontifexa, chudego i pomarszczonego jak stara mumia, 
siedzacego na stolku, z zacisnietymi zebami i plonacymi zyciem oczami. Obok stala grupka 
znajomych dziwolagw: starenki, wychudly, trzesacy sie prywatny sekretarz Tyeverasa, 
Dilifon, czarownica Narrameer, pontyfikalna tlumaczka snw, i ostronosy lekarz Sepulthrove 
o skrze w kolorze zeschlego blota. Z nich wszystkich - nawet z Narrameer, ktra za pomoca 
czarw zachowala mlodosc i nieprawdopodobna urode - promieniowala aura starosci, 
rozkladu i smierci. Hornkast, ogladajacy tych ludzi dzien w dzien od czterdziestu lat, nigdy 
jeszcze nie dostrzegl z taka jasnoscia, jak bardzo sa przerazajacy. Zdawal sobie sprawe, ze 
sam jest do nich podobny. Byc moze, pomyslal, nadszedl wreszcie czas, by uprzatnac stad nas 
wszystkich. 
- Przyszedlem, gdy tylko odebralem wiadomosc - powiedzial. Zerknal na Pontifexa. - 
No i co? Umiera, prawda? Nie widze zadnej rznicy. 
- Wcale nie ma zamiaru umierac - odparl Sepulthrove. 

- Wiec co sie wlasciwie dzieje? 
- Posluchaj - powiedzial lekarz. - Znowu zaczyna. 
Postac siedzaca w kuli systemu podtrzymywania zycia zadrzala i drzala tak, 
przesuwajac sie odrobine w lewo i w prawo. Pontifex wydal z siebie cichy jek, potem dzwiek 
bedacy czesciowo gwizdem, czesciowo chrapaniem, a potem zacharczal i charczal tak przez 
dluzsza chwile. 
Hornkast slyszal to wszystko wielokrotnie. Byl to prywatny jezyk, ktry Tyeveras 
wy myslil w swym niepojetym starczym zdziecinnieniu i ktrego nauczyl sie wylacznie jego 
rzecznik. Skladaly sie nan prawie-slowa, duchy wyrazw, w ktrych tkwilo, gdzies gleboko, 
ich prawdziwe znaczenie. Niektre przez lata zmienily sie w nieartykulowane pomruki, lecz 
Hornkast, od dawna obserwujacy te ewolucje w jej rznych stadiach, wiedzial, co maja 
oznaczac. Byly pewne jeki, westchnienia i poszlochiwania, ktre nie znaczyly nic. Z kolei 
niektre dzwieki wydawaly sie obce jezykowi ludzi, a jednak stopien ich komplikacji 
wskazywal, ze moga odnosic sie do mysli, ktre zrodzily sie w umysle Tyeverasa podczas 
jego dlugiej bezsennej izolacji i ktre znal wylacznie on. 
- Nie slysze nic niezwyklego. 
- Poczekaj. 
Czekal i sluchal. Uslyszal ciag sylab oznaczajacy Malibora - Pontifex zapomnial o jego 
dwch nastepcach i sadzil, iz nadal pozostaje on Koronalem - a potem ciag imion wladcw: 
Prestimion, Confalume, Dekkert i znw Malibor. Slowo oznaczajace sen. Imie Ossiera, ktry 
byl Pontifexem przed Tyeverasem. Imie Kinnikena, ktry rzadzil przed Ossierem. 
- Bladzi w krainie przeszlosci, co czesto mu sie zdarza. Czy tylko po to wzywaliscie 
mnie tu w takim pospiechu...? 
- Poczekaj. 
Coraz bardziej rozzloszczony, Hornkast znw zaczal przysluchiwac sie monologowi 
Pontifexa i w zdumieniu stwierdzil,  ze po raz pierwszy od lat uslyszal w nim starannie 
wymwione, w pelni zrozumiale slowo. 
Zycie". 
- Slyszales? - spytal Sepulthrove. Przytaknal skinieniem glowy. 
- Kiedy sie to zaczelo? 
- Dwie, dwie i pl godziny temu. Godnosc". 
- Mamy to wszystko nagrane - wtracil Dilifon. 
- Mwil cos jeszcze, co daloby sie zrozumiec? 
- Siedem, osiem slw - odparl Sepulthrove. - Byc moze wymienil jeszcze jakies inne, 

ktre tylko ty potrafilbys  zrozumiec. 
Hornkast zerknal na Narrameer. 
- Jest przytomny czy s pi? 
- Sadze, ze uzycie ktregokolwiek z tych terminw w odniesieniu do Pontifexa byloby 
bledem. Znajduje sie w obu tych stanach naraz. 
Sluchaj. Wstan. Idz". 
- Powtarzal to wczesniej kilkakrotnie - szepnal Dilifon. Zapanowala cisza. Wydawalo 
sie, ze Pontifex zapada w sen, choc oczy mial nadal szeroko otwarte. Hornkast wpatrywal sie 
w niego ponuro. Kiedy Tyeveras zachorowal, zaraz po objeciu tronu przez Koronala Lorda 
Valentine'a, wydawalo sie rzecza najlogiczniejsza w swiecie utrzymac go przy zyciu za 
pomoca tych srodkw i on sam nalezal do najbardziej entuzjastycznych zwolennikw 
pomyslu Sepulthrove'a. Nigdy jeszcze me zdarzylo sie, by Pontifex przezyl dwch 
Koronatw; trzeci Koronal objal wladze, gdy Tyeveras byl juz bardzo stary. Zachwialo to 
dynamika rzadw. Sam Hornkast zwrcil wtedy uwage na to, ze Valentine - mlody, 
niedoswiadczony, zaledwie po zapoznaniu sie z obowiazkami Koronala - nie moze jeszcze 
pojawic sie w Labiryncie. Wszyscy zgodzili sie, iz jest rzecza najwazniejsza, by Pontifex 
pozostal na tronie jeszcze przez kilka lat - jesli tylko uda sie utrzymac go przy zyciu. 
Sepulthrove znalazl sposb, by w stan podtrzymac, choc niebawem okazalo sie, ze Tyeveras 
beznadziejnie zdziecinnial i trwa w stanie oblakania, s mierci za zycia. 
Potem pojawila sie ta sprawa z uzurpatorem, po niej zas nastapily trudne dni restauracji. 
Cala swa energie Koronal musial pos wiecic porzadkowaniu chaosu, jaki zapanowal na 
s wiecie. Tyeveras pozostawal w swej klatce dzien za dniem. I choc lata zycia Pontifexa 
oznaczaly lata rosnacej potegi Hornkasta, a potega, ktra z koniecznosci przejal po 
Pontifeksie, byla ogromna, wydawalo mu sie wstretne obserwowac czlowieka, ktry zasluzyl 
na smierc, z takim okrucienstwem utrzymywanego przy zyciu. Lecz Lord Valentine prosil o 
czas, jeszcze troche czasu i jeszcze odrobine, potrzebne mu, by wypelnic obowiazki 
Koronala. Tak minelo osiem lat - czy to nie dostatecznie dlugo? Hornkast poczul zaskoczenie, 
stwierdzajac,  ze jest juz niemal gotw modlic sie o wyzwolenie Tyeverasa. Gdyby tylko 
mozna juz mu bylo pozwolic na wieczny sen! Va...Va..." 
- A to co? - spytal Sepulthrove. 
- Cos nowego! - szepnal Dilifon. Hornkast gestem nakazal im zachowac cisze. Va... 
Valentine..." 
- Rzeczywiscie nowego - powiedziala Narrameer. Valentine Pontifex... Valentine 
Pontifex... Majipoor". 

I cisza. Te slowa, wyraznie wypowiedziane, nie kryjace w sobie zadnych 
dwuznacznosci, zawisly w powietrzu niczym gotowe eksplodowac slonca. 
- Sadzilem, za zapomnial imienia Valentine'a - rzekl Hornkast. - I ze mysli, iz 
Koronalem jest nadal Lord Malibor. 
- Najwyrazniej nie zapomnial - powiedzial Dilifon. 
- Czasami przed s miercia mzg sam sie naprawia. - Glos Sepulthrove'a byl bardzo 
cichy. - Sadze, ze wraca mu rozum. 
- Jest szalony jak zwykle! - krzyknal Dilifon. - Niech nas Bogini chroni, jesli odzyska 
rozum i us wiadomi sobie, co z nim zrobilismy! 
- Sadze - powiedzial powaznie Hornkast - ze zawsze byl  swiadom tego, co mu 
zrobilismy, i ze odzyskuje nie rozum, lecz zdolnosc komunikowania sie z nami za pomoca 
slw. Slyszales, co powiedzial: Valentine Pontifex! Pozdrawia swego nastepce i wie, kim 
powinien on byc. Sepulthrove, czy on umiera? 
- Instrumenty nie wskazuja  zadnych zmian fizycznych. Sadze,  ze moze tak trwac 
jeszcze przez dluzszy czas. 
- Nie wolno nam na to pozwolic - zdecydowal Dilifon. 
- A co proponujesz? - spytal go Hornkast. 
- Twierdze, ze i tak ciagnie sie to zbyt dlugo. Wiem, co to znaczy starosc, Hornkascie, i 
ty prawdopodobnie tez, choc nie wygladasz na starca. Ten czlowiek jest pltora razy starszy 
od kazdego z nas. Cierpi w sposb, ktrego nie potrafimy sobie nawet wyobrazic. Proponuje, 
zeby z tym skonczyc. Teraz. Zaraz. 
- Nie mamy prawa - przypomnial mu Hornkast. - Zapewniam cie, ze wsplczuje mu w 
jego cierpieniach podobnie jak ty, ale decyzja nie nalezy do nas. 
- Mimo wszystko musimy z tym skonczyc. 
- Decyzje musi podjac Lord Valentine. 
- Lord Valentine nigdy jej nie podejmie - burknal Dilifon. - Pozwoli, zeby ta farsa 
rozgrywala sie jeszcze z piecdziesiat lat! 
- Wybr nalezy do niego - oznajmil stanowczo Hornkast. 
- Jestesmy slugami jego czy Pontyfikatu? - spytal Dilifon. 
- Rzad jest jeden, chociaz monarchw dwch, a z nich tylko jeden zdolny do rzadzenia. 
Sluzymy Pontifexowi, sluzac Koronalowi. I... 
Z klatki systemu podtrzymywania zycia rozlegl sie ryk wscieklosci, po nim dziwny 
gwizd, jakby gwaltownego oddechu, i trzy szorstkie warkniecia. A potem padly slowa, 
wypowiedziane jeszcze wyrazniej niz poprzednio. 

Valentine Pontifex Majipooru .. niech zyje!" 
- Slyszy, co mwimy, i to go gniewa. Blaga o smierc - powiedzial Dilifon. 
- A moze sadzi, ze juz umarl - wtracila Narrameer. 
- Nie. Nie. Dilifon ma racje - pojal Hornkast. - Slyszy nas. Wie, ze nie dajemy mu tego, 
czego pragnie. 
Sluchaj. Wstan. Idz". 
Wycia. Bulgot. 
Smierc! Smierc! Smierc!" 
Czujac rozpacz wieksza, niz odczuwal ja od dziesiatkw lat, Najwyzszy Rzecznik 
skoczyl ku systemowi podtrzymywania zycia, niemal gotw pozrywac kable i rurki i 
natychmiast skonczyc ze wszystkim. Lecz oczywis cie byloby to szalenstwem. Zatrzymal sie, 
zajrzal do kuli, spojrzal wprost w oczy Tyeverasa, zmusil sie, by nie odwrcic wzroku, choc 
poczul przyplyw wielkiego smutku. Pontifex odzyskal przytomnosc umyslu. Nie bylo co do 
tego zadnych watpliwos ci. Pontifex rozumial,  ze odmawia mu sie  smierci ze wzgledu na 
dobro s wiata. 
- Wasza Wysokosc? - przemwil Hornkast. - Wasza Wysokosc, czy mnie slyszysz? 
Zamknij jedno oko, jes li mnie slyszysz. 
Zadnej odpowiedzi. 
- Mimo wszystko sadze,  ze mnie slyszysz, panie. I powiem ci jedno: wiemy, jak 
cierpisz. Nie kazemy ci znosic tego cierpienia duzo dluzej. Obiecujemy ci to, Wasza 
Wysokosc. 
Cisza. Pontifex siedzial nieruchomo. I nagle: Zycie! Bl! S mierc!" 
A potem jeki, belkot, gwizdy i wrzaski, brzmiace jak piesn zza grobu. 
 

15 
 
- ...a to swiatynia Pani - powiedzial lord burmistrz Sambigel, wskazujac na ogromna 
pionowa sciane wznoszaca sie w niebo tuz za wschodnia granica miasta. - Najswietszy z tego 
rodzaju przybytkw na swiecie, z wyjatkiem, oczywiscie, samej Wyspy. 
Valentine spojrzal na swiatynie. Poblyskiwala jak samotne biale oko w czarnej twarzy 
gry. 
Uplywal juz czwarty miesiac Wielkiego Objazdu. A moze piaty, a moze nawet szsty... 
Dni i tygodnie, miasta i prowincje, wszystko zaczelo mu sie zlewac, mieszac. Tego dnia 
przyjechal do wielkiego portu Alaisor, polozonego daleko na plnocno-zachodnim wybrzezu 
Alhanroelu. Za soba mial Treymone, Stoienzar, Vilimong, Estotilaup, Komoise... Miasto za 
miastem, wszystkie zlewaly mu sie w pamieci w jedna wielka metropolie, rozpostarta jak 
jakis  gabczasty potwr, ogarniajacy Majipoor wieloma mackami. 
Sambigel, niewysoki smagly mezczyzna z okalajacym twarz wianuszkiem brody, gadal 
i gadal, witajac Koronala najwymyslniejszymi komplementami. Valentine wpatrywal sie w 
niego nie widzacym spojrzeniem, myslac o wszystkim i o niczym. Najwymyslniejsze 
komplementy slyszal juz wielokrotnie, w Kikil, w Steenorp, w Klai - niezapomniana chwila, 
milosc i wdziecznosc ludu, przemawiajacy dumny z tego i zaszczycony czyms tam jeszcze. 
Tak. Zorientowal sie, ze prbuje sobie przypomniec, jakiez to miasto z duma prezentowalo 
mu swe znikajace jezioro. Moze Simbilfant? A balet powietrzny, to chyba bylo w 
Montepulsiane, a moze w Gharv? Zlote pszczoly widzial z cala pewnoscia w Bailemoona, ale 
lancuch niebios? Arkilon? Sennamole? 
Raz jeszcze spojrzal na wykuta w pionowej skale swiatynie. Wywierala na nim wielkie 
wrazenie. Pragnal znalezc sie w niej w tym wlas nie momencie; pragnal doleciec na ten 
wyniosly szczyt na skrzydlach wiatru, plynac na nim niczym wyschly lisc. 
Matko, pozwl mi odpoczac chwile przy twym boku. 
W mowie lorda burmistrza nastapila przerwa, a moze wlasnie skonczyl mwic? 
Valentine obrcil sie ku Tunigornowi i powiedzial: 
- Dopilnuj, bym noc mgl spedzic w swiatyni. Sambigel nie wydawal sie zachwycony 
tym pomyslem. 
- Mialem wrazenie, panie, ze dzis wieczorem masz odwiedzic grb Lorda Stiamota, 
spotkac sie z przedstawicielami wladz miasta w Sali Topazw, a potem zjesc kolacje w... 
- Lord Stiamot czekal na me odwiedziny osiem tysiecy lat. Moze zaczekac jeszcze jeden 

dzien. 
- Oczywiscie, panie. Bedzie, jak zechcesz, panie. - Sambigel raz za razem ukladal rece 
w znak gwiazdy. - Poinformuje przelozona Ambergarde, ze bedziesz w nocy jej gos ciem. A 
teraz, jes li pozwolisz, panie, chcielibysmy zaprezentowac ci nasza orkiestre... 
Orkiestra zagrala jakis  dziarski marsz. Z setek tysiecy gardel wydobyl sie niewatpliwie 
nieslychanie podnoszacy na duchu spiew, lecz, niestety, Valentine nie zrozumial z niego ani 
slowa. Stal cierpliwie, przygladajac sie wielkiej masie ludzi, od czasu do czasu kiwajac 
glowa, usmiechajac sie, raz i drugi patrzac w oczy jakiemus zachwyconemu obywatelowi, 
ktry nigdy nie zapomni tego dnia. Nagle poczul sie calkowicie nierzeczywisty. Przeciez 
wcale nie musi zyc. Najzupelniej wystarczylaby rzezba albo jakas  sprytna kukla; nadawalaby 
sie nawet figura woskowa, jedna z tych, ktre widzial pewnej s wiatecznej nocy dawno temu 
w Pidruid. Jakie byloby to uzyteczne - przysylac ludziom z podobnych okazji jakas imitacje 
Koronala, zdolna sluchac uwaznie i usmiechac sie z podziwem, machac wesolo reka, a moze 
nawet wyrazic wdziecznosc kilkoma plynacymi z glebi serca slowami... 
Katem oka dostrzegl,  ze Carabella przyglada mu sie z wyrazna obawa. 
Charakterystycznym gestem prawej reki ze specyficznie ulozonymi dwoma palcami - byl to 
ich prywatny znak - zasygnalizowal jej, ze nie dzieje sie nic zlego, lecz na twarzy miala nadal 
wyraz niepokoju. Nagle wydalo mu sie, ze Tunigorn i Lisamon Hultin zblizyli sie do niego 
tak, iz we troje niemal sie do siebie tulili. Czyzby spodziewali sie, ze upadnie, i chcieli go 
podtrzymac? Na wasy Confalume'a, boja sie, ze zemdleje, tak jak w Labiryncie? 
Wyprostowal sie: machniecie reka, us miech, sklonienie glowy, machniecie reka, 
sklonienie glowy, usmiech... Nie zdarzy sie tu nic zlego. Nic. Tylko czy ta ceremonia nigdy 
sie nie skonczy? 
Trwala jeszcze pl godziny, lecz wreszcie sie skonczyla i Koronal wraz z towarzyszaca 
mu grupa ludzi, korzystajac z podziemnego przejscia, dotarl szybko do wyznaczonych im 
pokoi w osobnym skrzydle palacu burmistrza, stojacego po przeciwnej stronie placu. Kiedy 
zostali sami, Carabella powiedziala: 
- Tam na placu mialam wrazenie, ze zachorowales, Valentinie. 
Odpowiedzial jej tak beztroskim tonem, na jaki tylko potrafil sie zdobyc: 
- Jesli nuda jest choroba, to rzeczywiscie, omal nie zachorowalem. 
Carabella milczala przez chwile, a potem spytala: 
- Czy nie da sie uniknac kontynuowania objazdu? 
- Wiesz, ze nie mam wyboru? 
- Boje sie o ciebie. 

- Czemu, Carabello? 
- Sa chwile, w ktrych niemal cie nie poznaje. Kim jest ten ponury, skryty mezczyzna, 
s piacy w moim lzku? Co stalo sie z Valentine'em, ktrego poznalam w Pidruid? 
- Stoi obok ciebie. 
- Tak, lecz ukryty, jak kryje sie slonce, kiedy pada na nie cien ksiezyca. Jaki to cien 
padl na ciebie, Valentinie? Jaki to cien padl na swiat? Cos  dziwnego przydarzylo ci sie w 
Labiryncie. Co to bylo? Co sie stalo? 
- Labirynt mnie przygnebia, Carabello. Byc moze czuje sie w nim uwieziony, 
pogrzebany, zmiazdzony... - Valentine potrzasnal glowa. - Zdarzylo sie tam cos  dziwnego, to 
prawda. Ale Labirynt pozostal juz daleko za nami. Gdy wkroczylem na szczesliwsze ziemie, 
odzyskalem moje dawne ja. Znw potrafie sie cieszyc, kochanie, i... 
- Byc moze zdolasz oszukac siebie, ale mnie z pewnoscia nie. Objazd cie nie raduje, nie 
teraz. Na poczatku chlonales wszystkie wrazenia, jakbys nigdy nie mial sie nimi nasycic, 
chciales  pojechac wszedzie, zobaczyc wszystko, poznac to, co tylko zdolasz poznac... ale nie 
teraz. Widze to w twoich oczach, w twej twarzy. Chodzisz po s wiecie niczym we snie. 
Przeciez nie zaprzeczysz! 
- Nie zaprzecze, ze czuje sie zmeczony. 
- A wiec przerwij objazd! Powrc na Gre, ktra kochasz i na ktrej zawsze czules  sie 
szczes liwy. 
- Jestem Koronalem. Swietym obowiazkiem Koronala jest pokazywac sie ludziom, 
ktrymi rzadzi. Jestem im to winien. 
- Co wiec jestes  winien sobie? Valentine wzruszyl ramionami. 
- Blagam cie, moja ukochana! Nawet jesli czuje nude - a nudze sie, nie mam zamiaru 
temu zaprzeczac, we snie slysze mowy, widze nie konczace sie szeregi zonglerw i 
akrobatw - to... no, przeciez nikt jeszcze nie umarl z nudw! Odbycie objazdu jest moim 
obowiazkiem. Musze go wypelnic. 
- A wiec przynajmniej dajmy spokj Zimroelowi. Jeden kontynent to i tak za duzo. Na 
Gre Zamkowa wracac bedziesz cale miesiace - jes li zamierzasz zatrzymywac sie po drodze 
w kazdym wiekszym miescie. A Zimroel? Piliplok, Ni-moya, Tilomon, Narabal, Pidruid... 
wystarczyloby tego na lata, Valentinie! 
Valentine powoli pokrecil glowa. 
- Mam obowiazki w stosunku do wszystkich ludzi, a nie tylko wobec tych, ktrzy 
mieszkaja na Alhanroelu, Carabello. 
Carabella ujela jego dlon. 

- Potrafie to zrozumiec. Lecz byc moze za wiele od siebie wymagasz. Prosze cie raz 
jeszcze: rozwaz usuniecie Zimroelu z programu objazdu. Zrobisz to? Czy przynajmniej sie 
nad tym zastanowisz? 
- Jeszcze dzis  powrcilbym na Gre Zamkowa, gdybym tylko mgl. Ale nie moge. Nie 
moge! 
- Spodziewasz sie, ze dzis w nocy, w swiatyni, uda ci sie nawiazac kontakt we snie z 
matka, z Pania, prawda? 
- Tak. Ale... 
- A wiec obiecaj mi jedno. Jesli uda ci sie polaczyc z nia swj umysl, zapytaj, czy 
powinienes  pojechac na Zimroel. Niech jej rada kieruje toba w tej sprawie, jak kierowala w 
wielu innych. 
- Carabello... 
- Spytasz ja? Tylko spytasz? 
- Dobrze. Spytam. Tyle moge ci obiecac. Carabella obrzucila go zartobliwym 
spojrzeniem. 
- Czy wydaje ci sie teraz podstepna zonka? Tak cie przyciskam, tak namawiam... robie 
to z milosci, wiesz? 
- Wiem - powiedzial i przytulil ja mocno. 
Nie rozmawiali wiecej, poniewaz nadszedl czas, by udac sie na szczyt Alaisor, do 
s wiatyni Pani. Waska, wijaca sie droga jechali juz niemal w ciemnosci. Za plecami mieli 
s wiatla Alaisor, blyszczace jak miliony klejnotw rozrzuconych niedbale na rwninie. 
Przelozona Ambergarde - wysoka, sprawiajaca prawdziwie krlewskie wrazenie kobieta 
o przenikliwym wzroku i wspanialych, bialych wlosach - czekala na Koronala przed wejsciem 
do  swiatyni. W obecnosci zachwyconych akolitek, przygladajacych mu sie z otwartymi 
ustami, przywitala go krtka, ciepla mowa. Powiedziala,  ze od czasw Lorda Tyeverasa, 
ktry goscil tu podczas swego pierwszego objazdu, jest on pierwszym odwiedzajacym 
s wiatynie Koronalem, po czym poprowadzila Valentine'a przez wspanialy park do samej 
s wiatyni - dlugiego parterowego budynku, zbudowanego z bialego kamienia, nie 
ozdobionego, wrecz surowego, stojacego w pieknym w swej prostocie ogrodzie. Zachodni 
mur biegl lukiem wzdluz krawedzi zbocza; otwieral sie tu widok na morze. Wewnatrz muru 
staly oddzielone od siebie, otwarte na wschd pawilony. 
Valentine przeszedl przez lekka, przewiewna loggie na znajdujacy sie za nia niewielki 
balkon, sprawiajacy wrazenie zawieszonego w pustce poza granica zbocza. Stal tam przez 
dluga chwile w milczeniu, majac obok siebie Carabelle i przelozona. Byl z nim takze 

Tunigorn i Sleet. Miejsce to promieniowalo niezwyklym spokojem, nie slyszal nic oprcz 
szumu wiatru, wiejacego nieprzerwanie z plnocnego zachodu, i trzepotu szkarlatnej szaty 
Carabelli. Opus cil wzrok. U podstawy skalnej sciany, niczym wielki rozlozony wachlarz, 
lezal port, rozciagajacy sie tak daleko na plnoc i poludnie,  ze nawet z tego miejsca nie 
sposb bylo dostrzec jego granic. Ciemne szprychy szerokich alej przecinaly go na calej jego 
dlugosci, by zlaczyc sie wreszcie z dalekim, zaledwie widocznym kregiem bulwarw, gdzie w 
niebo wznosilo sie szesc gigantycznych obeliskw - grb Lorda Stiamota, pogromcy 
Metamorfw. Dalej bylo juz tylko morze, ciemnozielone, przykryte niska delikatna mgielka. 
- Prosze za mna, panie - powiedziala Ambergarde. - Ostatnie s wiatlo dnia juz zgaslo. 
Czy moge wskazac ci, panie, twj pokj? 
Tej nocy mial spac sam, w surowym malym pokoiku w poblizu oltarza. Nie wolno mu 
bylo nic zjesc, a wypic mgl tylko wino snw, majace otworzyc mu umysl tak, by Pani mogla 
wen wejsc. Gdy Ambergarde odeszla do siebie, obrcil sie ku Carabelli i powiedzial: 
- Nie zapomnialem obietnicy, kochanie. 
- Przeciez wiem. Och, Valentinie, modle sie, zeby nakazala ci powrcic na Gre! 
- Zostaniesz ze mna, jesli mi tego nie nakaze? 
- Jak moglabym nie zostac, niezaleznie od tego, co zdecydujesz? Jestes Koronalem. Ale 
modle sie, zeby kazala ci wrcic. S nij dobrze, Valentinie. 
- Snij dobrze, Carabello. 
Pozostawila go samego. Przez dluzsza chwile Valentine stal przy oknie, patrzac, jak noc 
ogarnia wybrzeze i ocean. Wiedzial,  ze gdzies na zachd stad lezy Wyspa Snu, dominium 
jego matki, schowany za horyzontem dom slodkiej, blogoslawionej Pani, przynoszacej 
madrosc  spiacemu  swiatu. Wpatrywal sie w morze, w coraz mroczniejsza ciemnosc, jak 
gdyby przebiwszy ja wzrokiem, mgl dostrzec jaskrawobiale kredowe wybrzeze, na ktrym 
wznosila sie Wyspa. 
Potem rozebral sie i polozyl na prostym lzku, jedynym meblu w pokoju. Podnisl do 
ust puchar ciemnoczerwonego wina snw. Wypil duzy lyk gestego, slodkiego napoju, a po 
nim drugi, obrcil sie na wznak i wszedl w trans otwierajacy umysl na plynace z daleka 
impulsy. Czekal na sen. 
Przybadz, matko. To ja, Valentine. 
Poczul sennosc, zapadl w drzemke. 
Matko... 
Pani... 
Matko...  

Pod powiekami tanczyly mu jakies ksztalty. Delikatne wydluzone postaci, niczym 
nadmuchane, wynurzaly sie z otworw w ziemi, wznosily pod dach nieba. Pozbawione ciala 
dlonie wyrastaly z pni drzew, w ziemnych kopcach otwieraly sie  zlte oczy, rzekom 
wyrastaly wlosy. Patrzyl i czekal, zapadal sie coraz glebiej i glebiej w krlestwo snw. Przez 
caly czas slal dusze ku Pani. 
Dostrzegl ja niewyraznie, siedzaca w Wewnetrznej  Swiatyni Wyspy, w komnacie o 
s cianach z delikatnego bialego kamienia, pochylona nad osmiobocznym basenem, jakby 
ogladala w wodzie swe odbicie. Splynal wprost ku niej, unosil sie tuz nad nia, spojrzal w dl, 
dostrzegl odbicie znajomej twarzy, ciemne lsniace wlosy, pelne usta, cieple, kochajace oczy, 
za jednym uchem, jak zwykle, kwiat, srebrna opaska na czole. Powiedzial cicho: 
- Matko? To ja, Valentine. 
Uniosla twarz, lecz twarzy - tej bladej, starej, zmarszczonej i zaskoczonej - nie znal. 
- Kim jestes? - szepnal. 
- Och, przeciez wiesz doskonale. Jestem Pania Wyspy! 
- Nie... nie... 
- Alez z pewnoscia tak! - Nie. 
- Czemu do mnie przyszedles? Nie powinienes. Jestes Pontifexem i to ja powinnam 
odwiedzic ciebie, a nie ty mnie. 
- Pontifexem? Mialas  na mysli Koronala! 
- Czyzbym powiedziala Pontifex"? Pomylilam sie. 
- A moja matka? Gdzie jest moja matka? 
- Ja nia jestem, Valentine. 
I rzeczywiscie, pomarszczona blada twarz byla tylko maska, maska, ktra zrobila sie 
naraz przezroczysta i opadala calymi platami jak spalona sloncem skra, a pod nia kryl sie 
cudowny usmiech i cieple oczy jego matki. Lecz one takze odpadly, by znw ujawnic rysy 
tamtej kobiety, a pod nimi znw rysy jego matki, lecz tym razem jego matka plakala. 
Wyciagnal ku niej dlon, lecz przeszla przez jej cialo. Byl sam. Nie powrcila do niego tej 
nocy, choc szukal jej ws rd nastepujacych jedna po drugiej wizji, wsrd sennych krlestw tak 
dziwnych, ze chetnie ucieklby z nich, gdyby tylko mgl; w koncu zrezygnowal i pograzyl sie 
w najglebszym snie bez snw. 
Gdy sie przebudzil, byl pzny ranek. Umyl sie i wyszedl z pokoju. Na korytarzu czekala 
na niego Carabella. Twarz miala blada, napieta, oczy poczerwieniale, jakby spedzila bezsenna 
noc. 
 - I co, panie? - spytala, gdy tylko go zobaczyla. 

- Niczego sie w nocy nie dowiedzialem. Sny mialem plytkie, a Pani ze mna nie 
rozmawiala. 
- Och, kochanie, tak strasznie mi przykro! 
- Dzis w nocy sprbuje jeszcze raz. Byc moze wypilem za malo wina snw... lub za 
duzo? Przelozona cos mi doradzi. Jadlas s niadanie, Carabello? 
- Juz dawno. Ale znw siade do stolu, jes li tego chcesz. Sleet pragnie sie z toba 
zobaczyc. W nocy nadeszla jakas pilna wiadomosc; przyszedlby do ciebie natychmiast, ale 
mu nie pozwolilam. 
- O co chodzi? 
- Nic mi nie powiedzial. Mam zaraz po niego poslac? Valentine przytaknal skinieniem 
glowy. 
- Zaczekam tu - powiedzial, szerokim gestem wskazujac balkon wychodzacy na 
pionowa skalna s ciane. 
Sleet pojawil sie wraz z kims zupelnie obcym, smuklym mezczyzna o skrze dziecka i 
trjkatnej twarzy z szerokim czolem i wielkimi oczami; mezczyzna uczynil szybki znak 
gwiazdy i stal, gapiac sie na Koronala, jakby byl on stworzeniem z jakiejs obcej planety. 
- Panie - przedstawil obcego Sleet - to Y-Uulisaan. Tej nocy przybyl z Zimroelu. 
- Jakie dziwne imie - powiedzial Valentine. 
- Powtarza sie w mej rodzinie od wielu pokolen, panie. Jestem zwiazany z biurem 
ministerstwa rolnictwa w Ni-moya i to mnie przypadlo w udziale przyniesc ci te nieszczesna 
wiadomosc. 
Valentine poczul, jak serce przestaje mu na chwile bic. Y-Uulisaan podal mu kilka 
teczek. 
- Tu wszystko zostalo opisane, panie, sa wszystkie szczegly kazdej z epidemii, 
zarazony obszar, stopien zniszczen... 
- Epidemii? Jakich epidemii? 
- W strefach rolniczych, panie. W Dulornie znw pojawila sie sniec lusavenderowa; na 
zachodniej  scianie Rozpadliny schna drzewa niyku, glein i staj ja gina takze, wolek 
korzeniowy zaatakowal rikke i milaile w... 
- Panie! - krzyknela nagle Carabella. - Panie, popatrz, tam! 
Obrcil sie ku niej blyskawicznie. Wskazywala w niebo. 
Zaskoczony, Valentine podnisl wzrok. Na skrzydlach rzeskiego wiatru, wprost z 
zachodu, niczym nie zapowiedziana leciala ku nim niesamowita armia wielkich 
przezroczystych jak ze szkla stworzen. Ich ciala mialy  srednice rwna mniej wiecej 

wzrostowi mezczyzny i ksztalt filizanki o wygietym brzezku, ulatwiajacy im lot. Dlugie 
wlochate nogi wyrastaly z odwloku symetrycznie; stworzenia trzymaly je sztywno 
wyprostowane. Oczy, w dwch rzedach obiegajace glowe, przypominaly czarne, lsniace 
korale rozmiaru meskiej piesci i blyszczaly oslepiajaco w sloncu. Setki, moze nawet tysiace 
tych pajakw przelatywaly im nad glowa, niczym procesja, niczym straszna rzeka upiorw. 
Carabella zadrzala. 
- Co za koszmarne stwory - powiedziala. - Jak najbardziej przerazajace monstra z 
przeslania Krla Snw. 
Zdumiony, pelen obrzydzenia Valentine patrzyl, jak leca w glab ladu, to wznoszac sie, 
to opadajac na wietrze. Gestem wezwal Sleeta; obaj wbiegli do ogrodu i dostrzegli stara 
przelozona stojaca pos rodku trawnika, machajaca wokl miotaczem energii. Powietrze az 
geste bylo od latajacych stworw, z ktrych czesc opadala na ziemie. Przelozona i grupa kilku 
nowicjuszek usilowaly zabic je jeszcze w powietrzu, lecz kilkudziesieciu juz udalo sie 
wyladowac. Na ziemi pajaki pozostawaly nieruchome, lecz soczysta zielen natychmiast zlkla 
i wiedla na obszarze mniej wiecej dwukrotnie wiekszym od rozmiaru ich ciala. 
Rzez skonczyla sie w kilka minut. Stwory polecialy dalej, niknac im z oczu na 
wschodzie; tylko park i ogrd s wiatyni wygladal tak, jakby zaatakowali je szalency z 
miotaczami plomieni. 
Przelozona Ambergarde, dostrzeglszy Koronala, odlozyla miotacz energii i podeszla do 
niego powoli. 
- Co to za stwory? - spytal Valentine. 
- Wietrzne pajaki, panie. 
- Nigdy o nich nie slyszalem. Czy wystepuja w tych rejonach kontynentu? 
- Bogini niech beda dzieki, panie, ale nie. Pochodza z Zimroelu, z gr, az spoza 
Khyntoru. Co roku, w porze godw wznosza sie do lotu na wiejacych wysoko wiatrach, 
podczas lotu parza sie i zrzucaja zaplodnione jajeczka, ktre wiatry w nizszych warstwach 
atmosfery niosa na wschd, pki nie wyladuja i nie wykluja sie z nich male. Dorosle okazy 
znoszone sa przez zachodni wiatr nad morze i czasami docieraja az na wybrzeza Alhanroelu. 
Z grymasem wstretu na ustach Sleet podszedl do jednego z pajakw. Zwierze lezalo 
nieruchomo, tylko grube, kosmate nogi drgaly mu lekko, niemal niewidocznie. 
- Nie podchodz! - krzyknela Ambergarde. - One cale sa smiertelnie trujace! 
Wezwala nowicjuszke, ktra spopielila pajaka miotaczem energii. Tlumaczyla dalej 
Valentine'owi: 
- Przed lotem godowym te stworzenia w zasadzie nie sa niebezpieczne, jedza liscie, 

slodkie owoce, ros liny. Lecz kiedy zrzuca jajeczka, zmieniaja sie, staja sie grozne. Widzisz, 
co zrobily z trawa. Bedziemy musieli usunac je wraz z ziemia lub nic nigdy juz tu nie 
wyrosnie. 
- Czy to sie zdarza kazdego roku? - spytal Valentine. 
- Och, nie, dzieki Bogini! Wiekszosc ginie na morzu. Tylko raz na wiele lat docieraja do 
wybrzeza. Lecz kiedy dotra, jest to zawsze bardzo zla wrzba! 
- Kiedy zdarzylo sie to po raz ostatni? Ambergarde zawahala sie, ale w koncu 
odpowiedziala: 
- W roku smierci twego brata, Lorda Voriaxa, panie. 
- A przedtem? 
Wargi przelozonej zadrgaly. 
- Nie pamietam, panie. Byc moze dziesiec, byc moze pietnascie lat temu. 
- Czy przypadkiem nie w roku smierci Lorda Malibora? 
- Panie... wybacz mi... 
- Nie ma niczego do wybaczania - powiedzial cicho Valentine. Odszedl od grupy ludzi, 
stanal i wpatrzyl sie w wypalone miejsca na trawniku. W Labiryncie Koronala podczas uczty 
zwala z ng mroczna wizja Na Zimroelu pojawiaja sie zarazy niszczace zboza, na Alhanroelu 
wietrzne pajaki przynosza zla wrzbe. Kiedy we snie wzywam matke, dostrzegam obca mi 
twarz. Nie ma najmniejszych watpliwosci, prawda? Nie, nie ma watpliwosci. 
- Sleet! 
- Panie? 
- Znajdz Asenharta i kaz mu przygotowac flote. Wyplywamy, jak tylko da sie 
najszybciej. 
- Na Zimroel, panie? 
- Najpierw na Wyspe, bym mgl naradzic sie z Pania. Potem na Zimroel, tak. 
- Valentinie? - spytal cicho jakis slaby glos. 
Byl to glos Carabelli. Patrzyla przed siebie dziwnie nieruchomym wzrokiem, twarz 
miala blada. Wydawala sie niemal dzieckiem, malym przerazonym dzieckiem, ktrego dusze 
musnal noca Krl Snw. 
- Co za zlo rozprzestrzenia sie po naszym swiecie? - spytala ledwie slyszalnym glosem. 
- Co sie z nami stanie, mj panie? Powiedz mi, co sie z nami stanie? 
 

 
 
 
KSIEGA KRLW OCEANU 

 

1 
 
- Macie dotrzec do Erstud Wspanialego - oznajmil im instruktor. - I to przez otwarty 
teren, rozciagajacy sie na poludnie od Drogi Pinitora. Bron: krtka palka i sztylet. 
Przeszkody: siedem zwierzat tropiacych - vourhain, malorn, zeil, kassaia, minmilitor, 
weyhant, zytoon. Wszystkie sa niebezpieczne. Zaatakuja i moga zranic, oczywis cie jesli 
pozwolicie sie im zaskoczyc. 
Hissune ukryl sie za grubym drzewem ghazan, tak sekatym i pokreconym, ze rwnie 
dobrze moglo miec i dziesiec tysiecy lat. Obserwowal z napieciem rozciagajaca sie przed nim 
dluga, waska doline. Cisza, spokj. Nie widzial ani kolegw, z ktrymi odbywal trening, ani 
zadnego ze zwierzat. 
Szedl trzeci dzien, a do przebycia mial jeszcze dwanascie mil. Widok najblizszego 
odcinka drogi nastrajal go raczej pesymistycznie: zbocze pokrywaly luzne kawalki granitu, 
ktry z pewnos cia zacznie sie pod nim obsuwac przy pierwszym kroku i nie przestanie, pki 
lawina nie spadnie na odlegle dno doliny. Choc bylo to tylko jeszcze jedno cwiczenie z calego 
cyklu, Hissune wiedzial,  ze zginie tu calkiem prawdziwie, jes li tylko zdarzy mu sie popelnic 
blad. 
Czy ma cofnac sie po wlasnych  sladach, poszukac jakiegos  innego zejs cia? To 
rozwiazanie wydawalo sie jeszcze gorsze. Ryzykowac ponowny marsz po wijacej sie 
beznadziejnie skalnej plce, przyklejonej do pionowej s ciany, ryzykowac upadek z trzystu 
jardw, czym zagraza kazdy nieostrozny krok, pelznac pod tymi upiornymi skalnymi 
nawisami, pod ktrymi czolgal sie z nosem przy ziemi, majac nad glowa zaledwie pl stopy 
wolnej przestrzeni... o, nie! Lepiej juz powierzyc los osypisku, ktre widzial przed soba, niz 
wracac. Poza tym na grze czekal na niego ten stwr, ten yourhain, jedna z zagrazajacych im 
wszystkim bestii. Raz udalo mu sie uniknac klw jak sierpy i wygietych pazurw... nie chcial 
zetknac sie z nimi powtrnie. 
Uzywajac palki jak laski, Hissune ostroznie postawil stope na kamienistym zboczu. 
Slonce  swiecilo jasno, razilo w oczy; byli nisko i nie chronila ich warstwa chmur, 
otaczajaca Gre pierscieniem powyzej polowy jej wysokosci. Jaskrawe promienie odbijaly sie 
od ziaren miki znajdujacych sie w ostrym, pokrywajacym zbocze granicie, oslepialy. 
Hissune ostroznie postawil noge na zboczu, przenoszac na nia ciezar ciala. Nic sie nie 
stalo. Zrobil krok. I kolejny. I jeszcze jeden. Kilka drobnych odlamkw polecialo w dl, 
odbijajac promienie slonca jak lustra, obracajac sie i niknac w oddali. Na razie nie mial jakos 

wrazenia, by cale zbocze mialo osunac sie pod jego ciezarem, wiec szedl dalej. Kostki i 
kolana, obolale od wczorajszego marszu po wysokiej, niebezpiecznej przeleczy, protestowaly 
bolesnie przeciw koniecznos ci spaceru w dl. Rzemienie plecaka odcinaly mu ramiona od 
ciala. Czul dokuczliwe pragnienie i lekki bl glowy - na tym zboczu Gry Zamkowej 
powietrze bylo mocno rozrzedzone. W chwilach takich jak ta zalowal,  ze nie siedzi sobie 
bezpiecznie na Zamku, pochylony nad tekstami dotyczacymi prawa konstytucyjnego lub 
starozytnej historii Majipooru, do ktrych studiowania zmuszano go przez ostatnie pl roku. 
Us miechnal sie, wspominajac, jak zmeczony i znudzony marzyl wylacznie o tym, by 
oderwac sie wreszcie od ksiazek i sprbowac znacznie bardziej interesujacego testu na 
przetrwanie. Teraz akurat godziny spedzone w bibliotece Zamku podejrzanie wydawaly mu 
sie wrecz przyjemne, natomiast sprawdzian w terenie okazal sie trudny, wrecz bolesnie 
trudny. 
Podnisl wzrok. Slonce  swiecilo mocno, jakby zajmowalo polowe nieba. Przyslonil 
oczy. 
Minal juz niemal rok od chwili, gdy opus cil Labirynt i mimo to nadal nie przyzwyczail 
sie jeszcze w pelni do widoku plonacego na niebie slonca, do ciepla jego promieni na skrze. 
Na ogl cieszylo go jego tajemne cieplo - bladosc wyniesiona z Labiryntu juz dawno ustapila 
ciemnozlotej opaleniznie - lecz zdarzalo sie,  ze slonce budzilo w nim strach, ze pragnal 
uniknac go, zagrzebac sie gleboko pod powierzchnia ziemi; wystarczajaco gleboko, by nigdy 
go juz nie dotknelo. 
Idiota. Glupek. To nie slonce jest twym wrogiem. Idz przed siebie. 
Daleko na horyzoncie i nieco na zachd dostrzegl czarne wieze Erstud Wspanialego. 
Plama szarego cienia po drugiej stronie to Hoikmar, z ktrego wyruszyl. Hissune wyliczyl, ze 
udalo mu sie przejsc cale dwadziescia mil, dwadziescia mil w upale, walczac z pragnieniem, 
przez jeziora pylu i prastare morze popiolw, po spiralnych schodach i polach dzwoniacej 
metalicznie pod butami lawy. Uniknal kassai, potwora o drzacych czulkach i oczach jak 
wielkie biale talerze, ktry tropil go pl dnia. Uniknal vourhaina, pozostawiajac mu falszywy 
trop - zwierze poszlo za porzucona przez niego tunika, sam Hissune zas przemknal sie sciezka 
zbyt waska, by moglo go po niej tropic. Pozostalo jeszcze piec: malorn, zeil, weyhant, 
minmollitor, zytoon. 
Dziwne nazwy. Dziwne bestie, nie wystepujace w stanie naturalnym, byc moze 
syntetyczne, jak wierzchowce stworzone przez zapomniana czarodziejska nauke z 
pradawnych czasw. Po co tworzyc potwory? Po co wypuszczac je na wolnosc na Grze 
Zamkowej? Po to, by sluzyly sprawdzaniu zrecznosci, hartowaniu mlodych potomkw 

arystokratycznych  rodw? Zastanowil sie, co by sie stalo, gdyby weyhant albo zytoon 
pojawily sie tu nagle, zaatakowaly go, nie przygotowanego, spoza glazw. Zaatakuja i moga 
zranic, jes li pozwolicie sie zaskoczyc". Zranic, tak - ale zabic? Jaki jest wlas ciwie cel tej 
prby? Ma wyostrzyc instynkt przetrwania mlodych rycerzy-kandydatw, czy tez 
wyeliminowac nie dosc sprawnych? W tej chwili, z czego doskonale zdawal sobie sprawe, 
trzydziestu kilku jego konkurentw znajdowalo sie na trzydziestomilowym terenie, na ktrym 
przeprowadzano prbe. Ilu z nich dozyje chwili wkroczenia do Erstud Wspanialego? 
Ale on, tak. Tego byl absolutnie pewien. 
Powoli, sprawdzajac stabilnosc gruntu palka, Hissune schodzil w dl zbocza. Pierwsze 
nieszczescie przydarzylo mu sie mniej wiecej w polowie stoku. Wielki, bardzo pewnie 
wygladajacy glaz okazal sie niezwykle chwiejny; ustapil zaledwie mus niety stopa chlopca. 
Przez chwile Hissune rozpaczliwie wymachiwal rekami, prbujac utrzymac rwnowage, a 
potem runal na ziemie. Palka wyleciala mu z reki, zboczeni potoczyla sie niewielka lawina, 
prawa noga uwiezia az po udo miedzy dwiema skalkami ostrymi jak noze. 
Udalo mu sie chwycic kamieni. Glazy, na ktrych sie opieral, ani drgnely. Noge 
przeszyl mu bl, niczym plomien. Zlamana? Zerwane sciegna, naciagniete mies nie? Powoli, 
ostroznie, sprbowal ja wydobyc. Legginsy mial rozciete od lydki po udo, z glebokiego 
skaleczenia obficie plynela krew, ale nic gorszego chyba sie nie stalo; to i bl jader od 
uderzenia spowoduje, ze jutro pewnie trudno mu bedzie chodzic. 
Hissune odnalazl palke i ostroznie ruszyl przed siebie. Podloze zmienilo sie, wielkie 
potrzaskane glazy zastapil drobny zwir - jeszcze bardziej zdradliwy. Musial schodzic powoli, 
niemal tanecznym krokiem, stawiajac stopy szeroko i rozsuwajac nimi kamienie. Obolale 
nogi protestowaly przeciw takiemu wysilkowi, lecz mial przynajmniej pewnosc,  ze sie nie 
przewrci. Widzial juz dno doliny. 
Pos lizgnal sie dwukrotnie. Za pierwszym razem odzyskal rwnowage zaledwie po kilku 
stopach, za drugim przejechal po zboczu kilka jardw; od upadku na samo dno uratowal sie, 
wbijajac piety w zwir na kilka cali i rozpaczliwie lapiac sie go rekami. 
Kiedy pozbieral sie i wstal, stwierdzil, ze zgubil sztylet. Szukal go przez jakis czas 
wsrd kamieni - bez powodzenia. W koncu tylko wzruszyl ramionami i poszedl przed siebie. 
Powiedzial sobie, ze sztylet i tak na nic by mu sie nie przydal przeciw weyhantowi albo 
minmollitorowi. Bedzie mu go tylko brakowac przy wykopywaniu jadalnych bulw i obieraniu 
owocw. 
Dno doliny bylo szerokie, kamieniste, suche i odpychajace. Tu i tam rosly drzewa 
ghazan - niemal bezlistne, jak zwykle powykrecane groteskowo, niczym z blu. Nieco na 

wschd dostrzegl jednak inne drzewa: smukle, wysokie, gesto poros niete liscmi, skupione 
blisko siebie. Mogly oznaczac, ze w ich poblizu jest woda, ruszyl wiec w tamtym kierunku. 
Okazalo sie,  ze lasek ros nie dalej, niz przypuszczal. Szedl przez godzine i na pozr 
wcale sie do niego nie zblizyl. Zraniona noga sztywniala mu z kroku na krok. W manierce 
zostalo tylko kilka kropel wody. A kiedy wspial sie na grzbiet niewysokiego wzgrza, 
dostrzegl, ze na przeciwleglym zboczu czeka na niego malorn. 
Bylo to stworzenie nieprawdopodobnej wrecz brzydoty: miekkie, okragle cialo, 
wspierajace sie na wyrastajacych z niego symetrycznie dziesieciu dlugich, poteznych nogach, 
wyginajacych sie w ksztalt litery V i utrzymujacych odwlok okolo jarda nad ziemia. Osiem z 
dziesieciu ng konczylo sie wielkimi, plaskimi lapami, a dwie przednie wyposazone byly w 
szczypce i szpony. Lsniace czerwonawym blaskiem oczy biegly wokl calego ciala. Dlugi, 
zadarty ogon nabity byl zadlami. 
- Mglbym cie zabic lustrem - powiedzial malornowi Hissune. - Gdybys  sie w nim 
zobaczyl, zdechlbys  ze strachu. 
Malorn syknal cicho i powoli podszedl do niego; szczeki poruszaly sie szybko, 
szczypce drgaly. Hissune mocniej chwycil palke. Czekal. Nie ma sie czego bac, powiedzial 
sobie, byle tylko zachowac spokj. Celem testu nie byla smierc testowanych, lecz nauczenie 
ich walki z najgrozniejszymi nawet przeciwnikami; byc moze takze obserwowano ich 
zachowanie w trudnych sytuacjach. 
Pozwolil malornowi zblizyc sie na dziesiec jardw. Podnisl kamien i rzucil nim, 
celujac w pysk zwierzecia. Malorn z latwoscia uniknal ataku i jeszcze podszedl. Hissune 
niezdarnie skrecil w lewo, w strone kotliny miedzy dwoma wzgrzami - cofal sie pod gre, 
trzymajac palke oburacz. Malorn nie wydawal sie szczeglnie zreczny i szybki, lecz gdyby 
mial zaatakowac, lepiej, by atakowal pod gre. 
- Hissune, to ty? - Jakis glos rozlegl sie za jego plecami: 
- Kto to? - odkrzyknal Hissune, nie ogladajac sie. 
- Alsimir - odpowiedzial rycerz-kandydat z Peritole, rok, moze dwa lata starszy od 
niego. 
- Nic ci nie jest? 
- Zranil mnie. Zadlem. 
- Bardzo zle? 
- Ramie mi spuchlo. Trucizna. 
- Jeszcze chwilke. Tylko... 
- Uwazaj. On skacze! 

Rzeczywiscie, malorn napinal lapy, przygotowywal sie do skoku. Hissune czekal, stojac 
pewnie na szeroko rozstawionych nogach, kolyszac sie lekko na boki. Przez nieskonczenie 
dluga chwile nie dzialo sie nic. Byl absolutnie spokojny. Nie pozwolil sobie na strach, na 
niepewnosc, na zastanawianie sie nad tym, co bedzie za chwile. 
Trwali tak nieruchomo i nagle malorn byl juz w powietrzu; skoczyl, pracujac poteznie 
os mioma nogami. W tym samym momencie Hissune ruszyl w jego kierunku, w dl zbocza; 
chcial, by bestia przeskoczyla nad nim. Malorn przelecial mu tuz nad glowa; chlopak padl na 
ziemie, unikajac s miertelnego uderzenia ogonem. Lezac, pchnal trzymana w obu dloniach 
palke w gre, z calej sily wbijajac ja w miekki brzuch. Rozlegl sie syk, jakby uciekalo 
powietrze, potezne nogi zaczely nagle wierzgac we wszystkich kierunkach. Pazury omal nie 
przeoraly mu skry. 
Malorn wyladowal na grzbiecie pare stp dalej. Hissune podszedl do niego i tanczac 
miedzy wijacymi sie konwulsyjnie lapami, jeszcze dwukrotnie uderzyl go palka w brzuch, po 
czym odstapil. Zwierz nadal slabo sie poruszal, Hissune znalazl wiec najwiekszy glaz, jaki 
mgl podniesc, i cisnal nim w stwora. Lapy znieruchomialy. Hissune obrcil sie, drzacy juz i 
spocony; musial podeprzec sie palka. Poczul mdlosci, zoladek strasznie mu zaciazyl, lecz 
objawy te minely po chwili. 
Alsimir lezal pietnascie jardw dalej. Prawa dlon zaciskal na lewym ramieniu, 
spuchnietym niemal dwukrotnie. Twarz mial zaczerwieniona, wzrok niezbyt przytomny. 
Hissune uklakl obok niego. 
- Daj mi sztylet - powiedzial. - Swj zgubilem. 
- Jest tam - wskazal Alsimir. 
Hissune szybko rozcial mu rekaw, obnazajac widoczna tuz ponad lokciem rane w 
ksztalcie gwiazdy. Czubkiem sztyletu przecial ja na krzyz, scisnal, az pociekla krew, wyssal 
jej troche, wyplul i znw nacisnal. Alsimir zadrzal, jeknal, krzyknal z blu raz, a potem chyba 
jeszcze raz. Po kilku chwilach Hissune oczys cil rane i zaczal grzebac w plecaku w 
poszukiwaniu bandaza. 
- Powinno wystarczyc - powiedzial. - Przy odrobinie szczescia jutro o tej porze bedziesz 
juz w Erstud, pod fachowa opieka. 
Alsimir z przerazeniem przypatrywal sie martwemu malornowi. 
- Prbowalem go obejsc, jak ty. Nagle skoczyl i zdolal mnie uzadlic. Myslalem, ze 
czeka, az umre, zeby mnie pozrec. Pojawiles sie tak nagle... 
Hissune zadrzal. 
- Co za obrzydliwy stwr. Na rysunkach w podreczniku nie wygladal nawet w polowie 

tak okropnie. 
- Zabiles  go? 
- Chyba tak. Ciekawe, czy wolno nam zabijac te zwierzeta. Moze instruktorzy 
potrzebuja ich dla kolejnych testowanych grup? 
- To ich problem - podsumowal Alsimir. - Skoro wysylaja nas na spotkanie z nimi, nie 
powinni sie dziwic, jesli ktres zginie, przynajmniej od czasu do czasu. Na Pania, alez to boli! 
- Chodz. Pjdziemy razem az do konca. 
- Wiesz, ze nie powinnis my sobie pomagac. 
- Nie powinnismy, i co z tego? Myslales, ze tak cie tu zostawie? Daj spokj. Jes li chca, 
moga nas oblac. Zabilem malorna, po moglem rannemu... doskonale, zawalilem egzamin. Ale 
dozyje jutra. I ty tez. 
Pomgl Alsimirowi wstac. Wsplnie, powoli, ruszyli w strone odleglych drzew. Znw 
zaczal drzec, opzniona reakcja na walke. To upiorne stworzenie szybujace mu nad glowa, 
pierscien czerwonych, wpatrzonych w niego oczu, grzechot szczek, miekki, nie opancerzony 
brzuch... niepredko zdola o tym wszystkim zapomniec. 
Po chwili powolnego marszu znw nieco sie uspokoil. Prbowal wyobrazic sobie Lorda 
Valentine'a stajacego oko w oko z malornami, zeilami i zytoonami w tej samej, zagubionej na 
krancu swiata dolinie; albo Elidatha, albo Diwisa, albo Miriganta. Z pewnoscia jako mlodzi 
rycerze-kandydaci musieli przejsc przez ten sam test; byc moze to ten sam malorn syczal i 
grzechotal szczekami na widok Lorda Valentine'a kiedys , dwadziescia lat temu. Wydalo mu 
sie to z lekka niedorzeczne - jak sztuka unikania takich bestii ma sie do sztuki rzadzenia? 
Niewatpliwie predzej czy pzniej dostrzege ten zwiazek, pomys lal. Na razie mam sie czym 
martwic. Alsimir, zeil, weyhant, minmollitor, zytoon. Przy odrobinie szczescia spotka tylko 
jedno, najwyzej dwa sposrd nich - malo prawdopodobne bylo, by spotkal wszystkie siedem. 
Lecz od Erstud Wspanialego dzielilo go jeszcze kilkanascie mil, a droga don prowadzila 
przez suche, jalowe ziemie. Wiec takie jest wesole zycie na Grze Zamkowej? Osiem godzin 
studiw nad wszystkimi dekretami kazdego z Pontifexw i Koronalw od Dvorna do 
Tyeverasa, przerywanych wylacznie krajoznawczymi wedrwkami w towarzystwie malornw 
i zytoonw. A uczty? A polowania? A spokojne wycieczki do parkw i ogrodw 
zoologicznych? Hissune powoli przekonywal sie, ze gmin w sposb nieco zbyt romantyczny 
ocenia zycie na Grze. 
Spojrzal na Alsimira. 
- Jak tam? - spytal. 
- Ciagle jestem strasznie slaby. Ale opuchlizna jakby troche zmalala. 

- Przemyjemy rane, gdy tylko dotrzemy do tych drzew. Tam musi byc woda. 
- Gdybys  sie nie pojawil, umarlbym, wiesz? Hissune tylko wzruszyl ramionami. 
- Gdyby nie ja, zjawilby sie ktos inny. Kazdy wybralby to zejscie w doline. 
Po dluzszej chwili Alsimir znw przemwil. 
- Nie pojmuje, dlaczego zmuszaja cie do tego wszystkiego. 
- O co ci chodzi? 
- Ze kaza ci trenowac mimo ryzyka. 
- Czemu nie. Wszyscy kandydaci musza przejsc ten test. 
- Lord Valentine ma wobec ciebie specjalne plany. Slyszalem, jak w zeszlym tygodniu 
Diwis rozmawial na ten temat ze Stasilanem. 
- Czeka mnie wielka przyszlosc, zgoda. Glwny stajenny. Albo krlewski psiarczyk. 
- Mwie powaznie. Diwis jest o ciebie zazdrosny, wiesz? I boi sie, bo jestes faworytem 
Koronala. Sam Diwis chce byc Koronalem, to zadna tajemnica. I sadzi,  ze wchodzisz mu w 
droge. 
- A ja sadze, ze masz goraczke i majaczysz. 
- Wierz mi. Uwaza cie za zagrozenie, Hissunie. 
- A nie powinien. Mam takie same szanse na zostanie Koronalem jak... jak on sam. 
Elidath jest wyznaczonym nastepca Valentine'a. A przypadkiem wiem, ze Lord Valentine ma 
zamiar byc Koronalem tak dlugo, jak tylko sie da. 
- Mwie ci... 
- Nic mi nie mw. Przebieraj nogami, na to musisz miec sile. Od Erstud dzieli nas 
jeszcze kilkanas cie mil. A takze ze cztery bestie do pokonania. 
 

2 
 
Oto sen Piurivara Faraatay.  
 
Nadeszla Godzina Skorpiona, wkrtce nad Velalisier wstanie slonce. Przed bramami 
miasta, na drodze znanej niegdys jako Droga Odejscia, lecz od tej chwili bedacej Droga 
Powrotu zgromadzila sie wielka procesja, tlum siegajacy po horyzont. Na czele procesji stoi 
Ksiaze, Ktry Nadejdzie, otoczony szmaragdowa aura. Za nim sa ci, ktrzy przybrali forme 
Czerwonej Kobiety. Slepego Giganta, Ubiczowanego i Ostatniego Krla. Po nich idzie 
czterech jencw, odzianych w luzne, biale szaty, a dalej tlumy ludu Piurivar - Ci, Ktrzy 
Powrcili. 
Faraataa wznosi sie ponad miasto, leci lekko, zgodnie ze swa wola porusza sie ponad 
jego ogromem, ma je cale przed soba. Jest to miasto idealne, odbudowane od fundamentw: 
nowe platformy, nowe swiatynie, na miejscu skruszonych postawiono nowe kolumny. 
Akwedukt znw dostarcza wode, ogrody kwitna, chwasty! dzikie krzaki, ktre rozrosly sie 
doslownie wszedzie, wypielono, z ulic zmieciono piasek. Tylko Sidma  Swiatynie 
pozostawiono w takim stanie, w jakim zastal ja upadek: ruina, fundamenty otoczone gruzami. 
Faraataa unosi sie nad nia, w wyobrazni podrzujac wstecz po czarnym oceanie czasu, w 
koncu widzi ja taka, jaka byla przed zniszczeniem; doznaje szczescia wizji Swietokradztwa. 
Ach! Wlasnie teraz, widzicie? Na Oltarzach Bogw dokonuje sie bluznierczy rytual. Na 
kazdym z nich spoczywa krl oceanu, nadal zywy, bezsilny, przygnieciony do ziemi swym 
wielkim ciezarem, slabo porusza skrzydlami, szyje ma wygieta, oczy swieca mu w strachu... a 
moze w gniewie? Male postaci poruszaja sie wokl tych wielkich stworzen, przygotowujac 
sie do przeprowadzenia zakazanego rytualu. Faraataa drzy, Faraataa placze, jego lzy niczym 
krysztalowe kule padaja na odlegla ziemie. Widzi blysk  swiatla na ostrzach dlugich nozy, 
slyszy, jak krlowie rycza i prychaja, widzi, jak ostrza zaglebiaja sie w cialo i kroja je na 
pasy. Pragnie krzyknac swemu ludowi: Nie, nie, to potwornosc i czeka nas za nia straszna 
kara!" - lecz to przeciez bez sensu, bez sensu! Wszystko zdarzylo sie juz tysiace lat temu. Tak 
wiec unosi sie tylko w powietrzu i patrzy. Piurivarzy jak mrwki biegaja ulicami miasta, 
wszyscy grzeszni, kazdy z kawalkiem ciala krla oceanu we wzniesionej wysoko dloni; niosa 
je do Sidmej S wiatyni, rzucaja na stos, spiewaja Piesn Ognia. Co robicie? - krzyczy 
Faraataa, lecz nikt go nie slyszy. - Palicie naszych braci!" W niebo wzbija sie czarny, tlusty 
dym, napelniajac mu oczy lzami, nie moze juz dalej leciec, spada, spada, spada, dokonalo sie 

S wietokradztwo, los miasta zostal przypieczetowany, a wraz z miastem stracilismy swiat. 
Na wschodzie rozblyskuje pierwsze swiatlo dnia. Oswietla miasto, pada na symbol 
sierpa ksiezyca, umieszczony na wynioslym maszcie na ruinie Sidmej Swiatyni. Ksiaze, 
Ktry Nadejdzie podnosi ramiona, daje znak. Procesja rusza, a uczestniczacy w niej Ci, 
Ktrzy Powrcili blyskawicznie zmieniaja formy, tak jak nakazuje to Ksiega Krlw Oceanu. 
A ksztalty przyjmuja w takiej kolejnosci: Ogien, Woda, Spadajacy Lisc, Ostrze, Piasek, 
Wiatr. Mijajac Miejsce Niezmiennos ci, powracaja do swych naturalnych form Piurivarw i 
utrzymuja ja do konca. 
Ksiaze, Ktry Nadejdzie obejmuje po kolei kazdego z czterech jencw. Potem wszyscy 
odprowadzeni zostaja na Oltarze Bogw. Czerwona Kobieta wraz z Ubiczowanym 
odprowadzaja mlodszego krla i jego matke na wschodni Oltarz, na ktrym w noc 
bluznierstwa zginal krl oceanu Niznorn. Slepy Gigant i Ostatni Krl odprowadzaja 
strasznego wladce wraz z tym, ktry przychodzi noca w snach do zachodniego Oltarza, tam 
gdzie S wietokradcy pozbawili zycia krla oceanu Domsitora. 
Ksiaze, Ktry Nadejdzie stoi samotnie na szczycie Sidmej Swiatyni. Jego aura jest 
teraz szkarlatna. Faraataa opada na ziemie, laczy z nim, staje sie nim - sa jednoscia. 
- Na poczatku bylo Swietokradztwo, gdy zstapilo na nas szalenstwo i zgrzeszylismy 
przeciw naszym braciom na morzu! - krzyczy. - Ocknelismy sie, pojelismy znaczenie naszego 
czynu, za ten grzech zniszczylismy nasze wielkie miasto i rozproszylis my sie po swiecie. 
Lecz tego nawet bylo za malo. Spadli na nas wrogowie z daleka, zabrali nam wszystko, co 
mielismy, wygnali nas w dzicz; pokutowalismy, gdyz zgrzeszylismy przeciw naszym braciom 
na morzu. Zapomnielismy nasze zwyczaje, cierpielis my straszliwie, a Najwyzszy odwrcil od 
nas swa twarz, az wreszcie przyszedl kres pokuty, znalezlismy sile, by wygnac ciemiezcw, 
odzyskalis my to, co stracilismy, popelniajac wieki temu ten grzech. Przepowiedziano, ze 
wsrd nas pojawi sie ksiaze i wyprowadzi nas z wygnania, gdy skonczy sie czas pokuty. 
- Oto nadszedl kres pokuty! - odpowiada mu tlum. - Oto czas Ksiecia, Ktry Nadejdzie. 
- Ksiaze, Ktry Nadejdzie nadszedl! 
- Czy ty jestes  Ksieciem, Ktry Nadejdzie? 
- Ja nim jestem! Doczekaliscie przebaczenia. Wszystkie dlugi zostaly splacone. 
Odprawilismy pokute i zostalis my oczyszczeni. Narzedzia pokuty wygnane zostaly z naszego 
s wiata. Krlowie oceanu otrzymali zadoscuczynienie. Velalisier zostalo odbudowane. Nasze 
zycie zaczyna sie od nowa! 
Faraataa podnosi laske, rozblyskujaca jak ogien w promieniach porannego slonca. Daje 
znak tym, ktrzy czekaja na dwch Oltarzach Bogw. Jencw pcha sie w tym kierunku. 

Blyskaja ostrza dlugich nozy. Martwy krl pada, jego korona toczy sie w prochu ziemi. Krew 
najezdzcw ob mywa oltarze. Odegrany zostaje ostatni akt. Faraataa unosi rece nad glowe. 
- Chodzcie i odbudujcie ze mna Sidma Swiatynie! 
Lud Piurivarw rusza naprzd. Wszyscy zbieraja rozrzucone glazy i pod kierunkiem 
Faraatay ukladaja je na pierwotnym miejscu. Gdy swiatynia staje nienaruszona, Faraataa staje 
na jej szczycie, patrzy w strone odleglego o tysiace mil morza, gdzie zgromadzili sie krlowie 
oceanu. Widzi, jak bija powietrze wielkimi skrzydlami. Widzi, jak podnosza gigantyczne lby, 
slyszy prychanie. 
Wzywa ich: 
- Bracia! Bracia!  
- Slyszymy cie, bracie z ladu. 
- Nasi wrogowie zostali zniszczeni. Ponownie poswiecilis my miasto. Ponownie 
wznieslis my Sidma Swiatynie. Czy nasza pokuta skonczyla sie, bracia!? 
Nadchodzi odpowiedz: 
- Wasza pokuta jest skonczona. Swiat zostal oczyszczony. Rozpoczyna sie nowa era. 
- Wybaczacie?  
- Wybaczamy, bracie z ladu!  
- Wybaczono nam! - krzyczy Ksiaze, Ktry Nadejdzie. Lud wyciaga ku niemu dlonie, 
zmienia ksztalty; Piurivarzy staja sie w kolejnosci Gwiazda, Mgla, Ciemnoscia, Blaskiem, 
Jaskinia. Tylko jedno pozostaje jeszcze do zrobienia - trzeba wybaczyc tym, ktrzy popelnili 
ten grzech i na zawsze pozostali w wiezach wsrd ruin. Ksiaze, Ktry Nadejdzie wyciaga ku 
nim ramiona, mwi, ze ciazaca nad nimi klatwa zostala zdjeta, ze sa wolni. 
Kamienie upadlego Velalisier uwalniaja zmarlych. Pojawiaja sie duchy, blade, 
przezroczyste, nabieraja zycia, barwy, tancza i zmieniaja ksztalty, krzycza z radosci. 
A krzycza tymi slowami: 
- Pozdrowiony Ksiaze, Ktry Nadejdzie, bedacy Krlem, Ktry Jest! 
Tak sni Piurivar Faraataa, lezac na poslaniu z lisci dmuchacza pod wielkim drzewem 
dwikka gdzies, w prowincji Piurifayne. Z nieba pada drobny deszcz. 
 

3 
 
- Popros cie do mnie Y-Uulisaana - polecil Koronal. 
Na biurku w kabinie, zajmowanej przez Lorda Valentine'a na pokladzie jego statku 
flagowego Lady Thiin" leza porozkladane plany i mapy tych czesci Zimroelu, na ktrych 
pojawily sie choroby zbz; wszystkie pokres lone i poznaczone notatkami. Byl trzeci dzien 
podrzy. Flota pieciu statkw opus cila Alaisor, kierujac sie do portu Numinor na plnocno-
wschodnim wybrzezu Wyspy Snu. Mieli plynac wiele tygodni, nawet przy sprzyjajacych 
wiatrach, a akurat teraz wial wiatr przeciwny. 
Czekajac na przybycie swego eksperta rolnego, Valentine jeszcze raz przejrzal 
przygotowane przez Y-Uulisaana dokumenty; a przy okazji zerknal i w te, ktre kazal 
wydobyc z archiww. Czytal je mniej wiecej po raz pietnasty od wyruszenia z Alaisor; 
zawarta w nich opowiesc nie stala sie przez to weselsza. 
Zarazy i choroby roslin, o czym doskonale wiedzial, sa stare jak samo rolnictwo. Nie 
istnial  zaden powd, dla ktrego Majipoor, swiat i tak wyjatkowo szczesliwy, mialby byc 
wolny od tego rodzaju nieszczesc, i istotnie, archiwa ukazywaly obfitosc precedensw: 
choroby, inwazje szkodnikw i susza zagrazaly uprawom za czasw kilkunastu wladcw, a 
sytuacja trudna byla do opanowania co najmniej pieciokrotnie: pod rzadami Setiphona i Lorda 
Stanidora, Threyma i Lorda Vildivara, Struina i Lorda Guadelooma, Kanaby i Lorda Sirrutha 
oraz Siginora i Lorda Melikanda, w otchlani niemal zapomnianej przeszlosci. 
Lecz to, co wlasnie sie dzieje, wydaje sie znacznie powazniejsze, pomys lal Valentine, i 
nie tylko dlatego, iz dzieje sie teraz, a nie w zamierzchlej, pograzonej w kurzu archiww 
przeszlos ci. Populacja Majipooru zwiekszyla sie niepomiernie w porwnaniu z tym, jaka byla 
w czasie poprzednich klesk, na planecie zylo obecnie dwadzies cia miliardw istot rozumnych, 
podczas gdy w czasach Lorda Strina bylo ich najwyzej szesc; a w czasach Lorda Signora na 
Majipoorze mieszkala zaledwie garstka ludzi. Przy tej liczbie mieszkancw kleska glodu 
zagraza przy najdrobniejszym nawet zaklceniu produkcji rolnej. Sama struktura 
spoleczenstwa z latwos cia moze rozpasc sie w proch. Valentine doskonale zdawal sobie 
sprawe z tego, ze liczaca tysiace lat stabilnosc Majipooru - tak dziwna w porwnaniu z 
dos wiadczeniami innych cywilizacji - wynika wylacznie z niezwyklej  latwos ci  zycia na tej 
wielkiej planecie. Skoro nikt nigdy nie byl w prawdziwej potrzebie, ludzie godzili sie z 
istniejacym porzadkiem rzeczy, godzili sie nawet z jego niedoskonalosciami; lecz jesli raz 
poczuja pustke w zoladku, porzadek rzeczy moze ulec zmianie w ciagu godziny. A mroczne 

sny, wizje chaosu, dziwaczne przepowiednie - pajaki wietrzne lecace nad Alhanroelem i tak 
dalej - obudzily w Valentinie poczucie zagrozenia, pewnosc istnienia szczeglnego 
niebezpieczenstwa. 
- Panie, przyszedl Y-Uulisaan - oznajmil Sleet. Ekspert wszedl, zachowujac sie 
niepewnie, najwyrazniej speszony. Niezrecznie prbowal uczynic znak gwiazdy, ktrego 
wymagala od niego etykieta. Valentine tylko niecierpliwie potrzasnal glowa i skinieniem reki 
nakazal mu usiasc. Wskazal na oznaczona na czerwono strefe wzdluz Rozpadliny Dulorn. 
- Jak wazne sa zbiory lusavenderu? - spytal. 
- Maja podstawowe znaczenie, panie - odpowiedzial Y-Uulisaan. - Sa glwnym 
zrdlem weglowodanw na calym plnocnym i zachodnim Zimroelu. 
- A jesli zacznie go brakowac. 
- Mozna byloby sprbowac zastapic go stajja. 
- Ale stajji takze moze zabraknac! 
- Slusznie, panie. Milaila, majaca podobne wlasnosci odzywcze, zaatakowana zostala 
przez wolka korzeniowego, o czym juz zostales powiadomiony. Mozemy wiec twierdzic, ze 
za szesc do dziewieciu miesiecy ludnosc tego rejonu odczuje powazne braki zywnosci... - 
Czubkiem palca zakreslil krag obejmujacy terytorium siegajace na wschd do Ni-moya, na 
zachd do lezacego na wybrzezu Pidruid i na poludnie az do Velathys. 
Ilu mieszka tam ludzi, pomyslal Valentine? Byc moze dwa i pl miliarda? Prbowal 
wyobrazic sobie dwa i pl miliarda glodnych ludzi, od urodzenia przyzwyczajonych do 
nadmiaru zywnosci, tloczacych sie w Tilomon, Narabal, Pidruid... 
- Spichrze panstwowe wyrwnaja braki, przynajmniej na krtka mete. W tym czasie 
musimy opanowac kleske. O ile wiem, sniec lusavenderowa byla wielkim problemem jakies  
sto lat temu... i zostala pokonana. 
- Przy uzyciu srodkw ostatecznych, panie. Kwarantanna objeto cale prowincje. Palono 
farmy, a potem zdejmowano wierzchnia warstwe ziemi. Kosztowalo to wiele milionw rojali. 
- Pieniadze nie maja znaczenia tam, gdzie gloduja ludzie. Zrobimy to od nowa. Jesli 
natychmiast rozpoczniemy odkazanie plantacji lusavenderu, ile czasu zajmie nam 
doprowadzenie spraw do konca? 
Y-Uulisaan zastanawial sie, myslac, pocierajac palcami dziwnie szerokie, ostre kosci 
policzkowe. W koncu powiedzial: 
- Minimum piec lat. Najprawdopodobniej dziesiec. 
- Niemozliwe! 
- Sniec rozprzestrzenia sie bardzo szybko, panie. Podczas gdy my tu sobie rozmawiamy, 

zarazone zostaly prawdopodobnie kolejne tysiace akrw. Problemem bedzie jej 
powstrzymanie, nim zaczniemy z nia walczyc. 
- A choroba drzew niyku? Rozprzestrzenia sie rwnie szybko? 
- Szybciej, panie. I najwyrazniej  laczy sie jakos z choroba stajji, ktra zazwyczaj 
uprawia sie rwnolegle z niyka. 
Valentine spojrzal na sciane kabiny, lecz widzial tylko szara nicosc. Po dluzszej chwili 
powiedzial: 
- Poradzimy sobie, niezaleznie od ceny. Y-Uulisaanie, prosze, bys przygotowal plan 
walki z kazda z tych plag, wraz z oszacowaniem kosztw. Poradzisz sobie? 
- Tak, panie. 
- Musimy skoordynowac nasze wysilki z praca Pontyfikatu - oznajmil Koronal 
Sleetowi. - Powiedz Ermanarowi, ze ma natychmiast nawiazac  lacznosc z ministrem 
rolnictwa Labiryntu. Dowiedzcie sie, czy wiedza tam w ogle o tym, co dzieje sie na 
Zimroelu, jakie s rodki zaradcze proponuja i tak dalej. 
- Panie, wlasnie rozmawialem z Ermanarem - wtracil Tunigorn. - Juz skontaktowal sie z 
Pontyfikatem. 
- I? 
- Tamtejsze ministerstwo rolnictwa nie wie o niczym. Prawde mwiac, w Labiryncie nie 
maja ministra rolnictwa. 
- Nie maja? Jak to? 
- Jak rozumiem, w zwiazku z postepujaca... eee... slaboscia... Pontifexa Tyeverasa, w 
ostatnich latach nie obsadzano wielu waznych urzedw, panie - wyjasnil spokojnie Tunigorn.  
- Dzialalnosc Pontyfikatu ulegla z tego powodu pewnemu... spowolnieniu. Wiecej, 
panie, mozesz dowiedziec sie na ten temat od samego Ermanara, on bowiem jest naszym 
glwnym lacznikiem z Labiryntem. Czy mam po niego poslac? 
- Nie w tej chwili - powiedzial Valentine slabym glosem. Wrcil do studiowania map 
Y-Uulisaana. Przesuwajac palcem tam i z powrotem wzdluz Rozpadliny Dulorn powiedzial: - 
Dwa najwieksze nieszczescia wydarzyly sie wlasnie tutaj. Wedlug tych map znaczne ilosci 
lusavenderu uprawia sie takze gdzie indziej, na rwninie miedzy Thagobar i plnocnymi 
granicami Piurifayne oraz tu, na poludniu od Ni-moya az po granice Gihorny. Czy mam 
racje? 
- Masz racje, panie - potwierdzil Y-Uulisaan. 
- A wiec przede wszystkim nie wolno nam dopuscic do rozprzestrzenienia sie s nieci na 
te regiony. - Valentine podnisl wzrok na Sleeta, Tunigorna i Deliambera - Natychmiast 

zawiadomcie wladcw zagrozonych prowincji o tym, ze jakiekolwiek kontakty miedzy 
terenami, na ktrych wystapila sniec, a tymi, na ktrych jej do tej pory nie zarejestrowano, 
zostaja natychmiast wstrzymane. Granice nalezy zamknac jak najszczelniej. Jesli sie to komus  
nie spodoba, niech wysyla delegacje na Gre, niech skarzy sie Elidathowi. Och, zawiadomcie 
i jego o tym, co sie dzieje. Skargi dotyczace strat za nie zrealizowane kontrakty handlowe 
przez jakis czas trzeba bedzie zalatwiac kanalami Pontyfikatu. Powinnismy uprzedzic 
Hornkasta, niech przygotuje sie na lawine skarg i petycji. A teraz: na terenach upraw stajji... 
Niemal przez godzine Valentine wydawal rozkazy, az wreszcie zalatwiono chyba 
wszystkie natychmiastowe, wynikajace z kryzysu niebezpieczenstwa. Czesto pytal Y-
Uulisaana o rade i ekspert zawsze udzielal mu uzytecznych informacji. Jest w tym czlowieku 
cos dziwnie odpychajacego, mys lal Valentine, cos nieprzyjemnego, chlodnego, jest zbyt 
skryty, ale z pewnos cia zna rolnictwo Zimroelu na wylot i w ogle mamy szczescie,  ze 
pojawil sie w Alaisor w sam czas, by wyruszyc z Koronalem na Zimroel. 
Mimo wszystko Valentine nie mgl obronic sie przed dziwnym wrazeniem, ze wlasnie 
odbyte spotkanie nie mialo  zadnego praktycznego znaczenia. Wydal mnstwo polecen, 
rozeslal poslancw we wszystkie strony swiata, wydal stanowcze, skuteczne rozkazy majace 
zapobiec rozprzestrzenianiu sie zaraz, a jednak, a jednak... w koncu jest tylko smiertelnym 
czlowiekiem siedzacym w malej kabinie statku miotanego falami wielkiego oceanu, ktry w 
porwnaniu z ogromem planety jest i tak nie wiecej niz kaluza. W tej wlasnie chwili 
niewidzialne organizmy sieja zaraze i smierc na tysiacach akrw zyznych, rolniczych ziem i 
co poradza jego odwazne rozkazy na niepowstrzymany marsz tych sil zniszczenia? Po raz 
kolejny pograzyl sie w nastroju beznadziejnej depresji, tak obcym jego naturze. Byc moze i ja 
zostalem jakos zarazony, pomyslal. Byc moze zapadlem na zaraze, ktra pozbawila mnie 
nadziei, pogody, optymizmu i skazala na dokonanie zycia w goryczy i zalu. 
Zamknal oczy. Pod powiekami raz jeszcze pojawil mu sie obraz ze snu, ktry mial w 
Labiryncie; snu, ktry bedzie przes ladowac go na wieki: szerokie szczeliny rozcinajace 
solidne fundamenty swiata, wielkie plyty ladu wznoszace sie i zderzajace, a w srodku tego 
wszystkiego on, ktry rozpaczliwie prbuje nie dopuscic do rozpadu s wiata. I przegrywa, 
przegrywa, przegrywa. 
Czyzby ciazylo na mnie jakies przeklenstwo? - spytal sam siebie. Dlaczego wlasnie ja 
sposrd tysiecy dotychczasowych Koronalw panuje podczas zaglady mego swiata? 
Spojrzal w glab swej duszy i nie znalazl w niej zadnego mrocznego grzechu, ktry 
mglby sciagnac gniew Bogini na niego i na Majipoor. Nie pozadal tronu, nie spiskowal, by 
obalic brata, nie naduzyl swej potegi, ktrej w ogle nie spodziewal sie nigdy posiasc, nie... 

Nie... 
Nie... 
Gniewnie potrzasnal glowa. Co za idiotyzm, co za marnowanie duchowych zasobw! 
Na farmach pojawily sie pewne klopoty, mial kilka koszmarw; co za glupota wyciagac z 
tego wnioski o jakiejs kosmicznej zagladzie. W koncu wszystko sie jakos  ulozy. Zarazy zbz 
zostana pokonane. Jego rzady historia okres li jako niezwykle trudne - oczywiscie! - lecz takze 
jako pelne harmonii, rwnowagi, szczescia. Jestes dobrym wladca, powiedzial sobie. Jestes  
dobrym czlowiekiem. Nie masz powodu, by w siebie watpic. 
Koronal wstal, opus cil kabine, wyszedl na poklad. Nadszedl wczesny wieczr, wielkie 
brazowe slonce wisialo nad horyzontem nisko, na zachodzie, a na plnocy wstawal wlasnie 
jeden z ksiezycw. Niebo bylo niezwykle barwne: kasztanowe, turkusowe, fioletowe, 
bursztynowe, zlote. Nad horyzontem wisiala opaska chmur. Przez pewien czas stal samotnie 
przy relingu, gleboko oddychajac przesyconym sola powietrzem. Wszystko skonczy sie 
dobrze, powtrzyl w duchu, lecz poczul, jak powoli znw zaczyna nim rzadzic niepokj i 
przygnebienie. Wydawalo mu sie, ze nie potrafi na dluzej uciec od tego nastroju. Jeszcze 
nigdy w zyciu nie zdarzylo mu sie tak czesto pograzac w ponurej rozpaczy. Nie poznawal 
tego Valentine'a, ktrym stal sie ostatnio, przygnebionego, stale pograzonego w smutku. Sam 
sobie stal sie obcy. 
- Valentine? 
Podeszla do niego Carabella. Zmusil sie, by odrzucic od siebie zale, usmiechnal sie i 
podal jej dlon. 
- Jaki piekny zachd slonca - powiedziala. 
- Wspanialy. Jeden z najpiekniejszych w historii, choc mwia, ze ladniejszy zdarzyl sie 
za rzadw Lorda Confalume'a, czternastego dnia... 
- Ten jest najlepszy, gdyz to my go obserwujemy i jestesmy razem. - Ujela ofiarowana 
jej dlon, stanela obok niego w milczeniu. W tej chwili nie potrafil zrozumiec, jak zaledwie 
przed sekunda mgl byc tak straszliwie ponury. Przeciez wszystko bedzie dobrze. Wszystko 
bedzie dobrze. 
Nagle Carabella spytala: 
- Czy to nie smok morski, o tam? 
- Smoki morskie nigdy nie pojawialy sie na tych wodach, skarbie. 
- A wiec mam halucynacje. I w dodatku bardzo przekonujace. Nie widzisz go? 
- Gdzie powinienem spojrzec? 
- Tam. Popatrz tam, gdzie kolory odbijaja sie w wodzie, az cala jest fioletowa i zlota. A 

teraz troche w lewo. Tam. No tam! 
Valentine zmruzyl oczy, uwaznie wpatrujac sie w ocean. Najpierw nie widzial nic, 
potem pomyslal,  ze chyba widzi unoszony przez fale wielki kawal drewna; az wreszcie 
promien slonca, przebiwszy sie przez chmury, rozswietlil powierzchnie i wtedy dostrzegl z 
cala pewnoscia: smok morski, tak, niewatpliwie smok, samotny, plynacy na plnoc. 
Nagle poczul chld; przycisnal ramiona do piersi. Wiedzial,  ze smoki morskie zyja 
wylacznie w stadach, ze okrazaja  s wiat znanymi trasami, ze pojawiaja sie wylacznie na 
poludniu, ze wedruja z zachodu na wschd wzdluz poludniowego wybrzeza Zimroelu, od 
Gihorny do Piliploku, potem na wschd, ponizej Wyspy Snu, kolo upalnych, poludniowych 
brzegw Alhanroelu az do bezpiecznych, wolnych od statkw glebi Wielkiego Morza. A 
jednak widzial smoka, samotnego i kierujacego sie na plnoc. Obserwowal go, gdy 
stworzenie nagle rozwinelo wielkie skrzydla i poczelo uderzac nimi fale powoli, z 
determinacja, raz, drugi i trzeci, i jeszcze raz, jakby pragnelo dokonac niemozliwego, wzniesc 
sie w powietrze i niczym gigantyczny ptak uleciec gdzies w strone pograzonego w wiecznej 
mgle bieguna. 
- Jakie to dziwne - szepnela Carabella. - Widziales kiedys,  zeby smok tak sie 
zachowywal? 
- Nie. Nigdy. - Koronal zadrzal. - To omen, kolejny znak, Carabello. Co maja mi 
przekazac te znaki? 
- Chodz. Napijemy sie po kubku grzanego wina. 
- Nie. Jeszcze nie. 
Stal jak przyrosniety do pokladu, z wytezeniem wpatrujac sie w sylwetke widoczna na 
tle ciemnego morza w gasnacym  swietle zmierzchu. Wielkie skrzydla uderzaly w 
powierzchnie wody raz za razem, az wreszcie smok zwinal je, wyprostowal dluga szyje, 
odrzucil wielki, trjkatny  leb i wydal z siebie niski, zalosny krzyk, rozdzierajacy mrok 
niczym odglos rogu mglowego. Potem zanurzyl sie pod powierzchnie. Znikl Koronalowi z 
oczu i nie pojawil sie wiecej. 
 

4 
 
Gdy tylko spadl deszcz - a o tej porze roku w Dolinie Prestimiona padalo praktycznie 
bez przerwy - w powietrzu unosil sie smrd spalonych roslin i rozchodzil z wiatrem. Kiedy 
Aximaan Threysz wchodzila do gmachu ratusza, troskliwie prowadzona pod reke przez swa 
crke, Heynok, czula ich zapach nawet tu, o cale mile od najblizszej spalonej plantacji. 
Przed smrodem nie bylo ucieczki. Zalal ziemie jak fala powodzi. Kwasny, przenikliwy, 
przedzieral sie przez kazde drzwi, kazde okno. Dostawal sie do piwnic na wino, nasaczajac 
beczki.  Smierdzialo nim podane na kolacje mieso. Lgnal do ubrania, nie sposb go bylo 
uniknac, przez pory skry przesaczal sie do ciala i zatruwal je. Zatruwal nawet dusze, w to 
przynajmniej zaczela wlasnie wierzyc Aximaan Threysz. Gdy wreszcie przyjdzie jej czas, 
czas powrotu do Zrdla - jesli w ogle zostanie kiedys uwolniona od ciezaru zycia - pewna 
byla, ze straznicy mostu zatrzymaja ja i chlodno zawrca, mwiac z pogarda: Nie chcemy tu 
zapachu tak zlego jak twj, stara kobieto. Odziej sie z powrotem w swe cialo i odejdz!" 
- Czy zechcesz usiasc tutaj, matko? - spytala Heynok. 
- Moge usiasc gdziekolwiek. Nie robi mi to rznicy. 
- To dobre miejsca. Wszystko stad uslyszysz. 
Nastapila chwila zamieszania, ludzie wstawali i przesuwali sie, robiac jej miejsce. 
Wszyscy traktowali ja teraz jak niedolezna staruszke. No tak, jest przeciez stara, 
nieprawdopodobnie stara, zabytek z czasw Ossiera; jest tak stara, ze pamieta czasy, kiedy 
Tyeveras byl mlody, ale w tej jej starosci nie ma przeciez nic nowego i zaskakujacego, wiec 
dlaczego wszyscy zrobili sie naraz tacy troskliwi? Nie chce byc traktowana wyjatkowo! 
Nadal chodzi, widzi zupelnie niezle, w porze zniw moze wyjsc na pole i zbierac straki... 
zbierac... wyjsc na pole... wyjsc na pole... zbierac... 
Aximaan Threysz, nieco tylko niepewnie i chwiejnie, zajela miejsce. Slyszala 
wypowiadane cicho pozdrowienia, odpowiadala na nie dosc zdawkowo, bo sprawialo jej juz 
klopot dopasowanie imion do znajomych twarzy. Ostatnio, kiedy ludzie z Doliny z nia 
rozmawiali, w ich glosach pobrzmiewalo nieuniknione wsplczucie, jakby wlas nie umarl ktos  
z jej rodziny. Byla w tym odrobina prawdy. Lecz nie nadeszla ta s mierc, na ktra czekala; 
nadal jej odmawiano s mierci. 
Byc moze nie umrze nigdy. Miala wrazenie, ze zostala skazana na wieczne zycie w 
s wiecie ruin i rozpaczy, z kazdym oddechem wdychajac w pluca zapach spalenizny. 
Siedziala cicho, patrzac przed siebie, w nicosc. Heynok powiedziala:  

- Moim zdaniem jest bardzo odwazny. 
- Kto taki? 
- Sempeturn. Czlowiek, ktry ma dzisiaj przemawiac. W Mazadone chcieli mu 
przeszkodzic, twierdzili, ze namawia do zdrady, ale przemwil mimo to, a teraz podrzuje po 
wszystkich prowincjach rolniczych, prbujac wytlumaczyc nam, dlaczego zostalismy 
zrujnowani. Sa tu dzis  wszyscy z Doliny. To bardzo wazna chwila. 
- Tak, to bardzo wazna chwila - powtrzyla Aximaan Threysz, przytakujac jej 
skinieniem glowy. - Bardzo wazna chwila. 
Nie czula sie dobrze, majac wokl tych wszystkich ludzi. Od czasu jej ostatniej wizyty 
w miescie minely miesiace. Juz prawie nie opuszczala domu, cale dnie spedzala w sypialni, 
siedzac plecami do okna, w ogle nie ogladala plantacji. Lecz dzis  Heynok tak ja namawiala. 
To bardzo wazna chwila" - powtarzala. 
Aximaan Threysz nie w pelni zdala sobie sprawe,  ze na podium pojawil sie jakis  
czlowiek, niski, czerwony na twarzy, ze wstretnymi czarnymi wlosami jak zwierzece futro. 
Dziwne, pomyslala, w ciagu ostatnich kilku miesiecy nauczylam sie nienawidzic ludzi, ich 
miekkich, jakby nadmuchanych cial, bladych spoconych skr, obrzydliwych wlosw, slabych 
wodnistych oczu. Mezczyzna zamachal rekami i przemwil ohydnym, zdyszanym glosem: 
- Ludu Doliny Prestimiona... moje serce wyrywa sie do ciebie w godzinie prby... 
najciemniejszej godzinie... godzinie niespodzianego nieszczescia, tragedii i smutku... 
A wiec to ta wazna chwila, pomyslala Aximaan Threysz. Caly ten halas, wszystkie te 
krzyki. No tak, oczywiscie. Juz po chwili stracila watek przemowy, lecz byla ona 
najwyrazniej bardzo wazna - w kazdym razie slowa, ktre dobiegaly do niej od czasu do 
czasu, wydawaly sie bardzo wazne: Zaglada... przeznaczenie... kara... swietokradztwo... 
niewinnosc... wstyd... oszustwo..." Lecz wszystkie te slowa, mimo calej swej wagi, ulatywaly 
wokl niej niczym jakies przezroczyste skrzydlate stworzenia. 
Dla Aximaan Threysz to, co wazne, juz sie zdarzylo i wiecej sie nie powtrzy. Po 
odkryciu, ze jej pola zarazone sa s niecia, spalono je pierwsze. Agent rolny Yerewain Noor, 
najwyrazniej gleboko zasmucony, bezustannie niezrecznie przepraszajacy, wywiesil w 
miescie zawiadomienie o powolaniu do pracy; przyczepione bylo do drzwi tego samego 
ratusza, w ktrym siedzieli teraz, i rankiem w Dzien Gwiazd wszyscy zdolni do pracy 
mieszkancy Doliny Prestimiona przybyli na jej plantacje, by ja spalic. Rozlali paliwo na 
granicach posiadlosci Aximaan Threysz, rozlewali je ostroznie po przekatnej, na pola... 
Potem splonely jeszcze plantacje Mikhayna, Sobora Simithota, Palvera, Nitikkimala... 
Splonelo wszystko, Dolina byla jalowa, czarna; spalono caly lusavender i ryz. Niczego 

nie zbierze sie tu w przyszlym roku, silosy pozostana puste, skrzynie wag zardzewieja, letnie 
slonce oswietli swymi promieniami wszechs wiat popiolw. Bardzo to podobne do przeslania 
Krla Snw, pomyslala Aximaan Threysz. Ukladasz sie spokojnie do dwumiesiecznego 
zimowego odpoczynku i nagle twj umysl nawiedzaja straszne obrazy zniszczenia tego, na co 
pracowalas cale  zycie, lezac czujesz ciezar duszy Krla na swej duszy, ciezar dlawiacy, 
miazdzacy, niszczacy ja, a jakis  glos powtarza: To kara, bo zle czynilas". 
- Skad wiemy - powiedzial stojacy na platformie mezczyzna - ze czlowiek, ktrego 
nazywamy Lordem Valentine'em, jest rzeczywiscie naszym Koronalem, poblogoslawionym 
przez Boginie? Jak mozemy byc tego pewni? 
Aximaan Threysz wyprostowala sie nagle w krzesle. Te slowa podzialaly na jej 
wyobraznie. 
- Prosze,  zebyscie rozwazyli fakty. Znalismy Koronala Lorda Voriaxa, ktry byl 
mezczyzna o ciemnej cerze, prawda? Rzadzil nami przez osiem lat, byl madry i wszyscy go 
kochalismy. Prawda? A potem Bogini w swym niepojetym milosierdziu zabrala go nam 
przedwczesnie, a z Gry przyszla wiadomosc,  ze naszym Koronalem ma zostac jego brat 
Valentine, ktry takze mial ciemna cere, prawda? Wszyscy o tym wiemy. Przybyl do nas w 
Wielkim Objezdzie - och nie, nie tutaj, nie do tej prowincji, ale widziano go w Piliploku, 
widziano go w Ni-moya, widziano go w Narabal, w Tilomon, w Pidruid; mial ciemna cere, 
lsniace czarne oczy i czarna brode, nie bylo najmniejszych watpliwosci, ze jest bratem swego 
brata, ze jest naszym wladca. 
A potem co uslyszelismy? Powstal mezczyzna o zlotych wlosach i niebieskich oczach i 
powiedzial ludziom z Alhanroelu: Ja jestem prawdziwym Koronalem, pozbawionym ciala 
przez jakies czarnoksiestwo, a ciemnowlosy mezczyzna to uzurpator". I ludzie z Alhanroelu 
uczynili przed nim znak gwiazd, pochylili glowy i krzykneli Nasz krl!" Kiedy my na 
Zimroelu uslyszelismy, ze mezczyzna, ktrego mielismy za naszego Koronala, nie jest nim,  
takze to przyjelismy, zaakceptowalismy opowiesc o czarnoksiestwie i te osiem lat, ktre 
spedzil, rzadzac na Grze, w Zamku. Czy nie jest prawda, ze przyjelismy zlotowlosego Lorda 
Valentine'a na miejsce czarnowlosego Lorda Valentine'a? 
- Przeciez to zwykla, prosta zdrada! - krzyknal siedzacy obok Aximaan Threysz farmer 
Nitikkimal. - Jego matka, Pani, rozpoznala w nim swego syna! 
Stojacy na podium mezczyzna spojrzal na audytorium. 
- Tak, to prawda, zaakceptowala go matka i Pontifex, i wszyscy rycerze, i ksiazeta 
Gry. Temu nie zaprzeczam. I kim jestem, by powiedziec,  ze sie pomylili? Padli na kolana 
przed zlotowlosym krlem. Przyjeli go za swego. Wyscie takze go przyjeli. Lecz czy Bogini, 

przyjaciele, czy Bogini go zaakceptowala? Rozejrzyjcie sie dookola! Podrzowalem dzis  po 
Dolinie Prestimiona. Gdzie wasze zboza? Czemu pola nie zielenia sie bogatymi plonami? 
Widzialem popioly! Widzialem  smierc! Rozejrzyjcie sie, wasze ziemie ogarnela zaraza, 
rozszerza sie w Rozpadlinie z dnia na dzien, szybciej, niz zdolacie spalic zbiory i oczys cic 
ziemie ze smiercionosnego grzyba. W przyszlym roku nie bedzie lusavenderu. W przyszlym 
roku ludzie Zimroelu beda glodowac! Czy ktos z was pamieta cos podobnego? Jest wsrd nas 
kobieta, ktra przezyla wielu wladcw, madra madroscia wielu lat; ona takze nie pamieta 
takich czasw. Mwie do ciebie, Aximaan Threysz, ktrej imie szanowane jest w calej 
prowincji! Twoje pola zostaly spalone, zbiory zarazone,  zycie w ostatnich najwspanialszych 
latach zmarnowane... 
- Mamo, on mwi o tobie! - szepnela podniecona Heynok. Nic nie rozumiejac, Aximaan 
Threysz potrzasnela glowa. 
Zagubila sie w strumieniu slw. 
- Co my tu robimy? O czym on mwi? 
- Co powiesz, Aximaan Threysz? Czy Bogini odmwila swego blogoslawienstwa 
Dolinie Prestimiona? Wiesz, ze tak! Lecz nie przez twj grzech lub grzech kogokolwiek z tu 
obecnych! Mwie wam, ze to gniew Bogini pada na caly nasz swiat, Dolinie Prestimiona 
odbiera lusavender, Ni-moyi odbiera milaile, a Falkynkip stajje - kto wie, co jeszcze sie 
zdarzy, jaka dotknie nas plaga, a wszystko przez to, ze na tronie siedzi falszywy Koronal... 
- Zdrada! Zdrada! 
- Mwie wam, ze to falszywy Koronal zasiadl na Grze i rzadzi falszywie... zlotowlosy 
uzurpator... 
- Ach, czyzby znowu jakis uzurpator zasiadl na tronie? - mruknela Aximaan Threysz. - 
Przeciez w zeszlym roku slyszelismy jakies opowiesci o tym, ze tronem zawladnal 
bezprawnie... 
- Twierdze,  ze powinnismy kazac mu udowodnic, iz jest wybrancem Bogini! Niech 
przybedzie do nas w Wielkim Objezdzie, niech stanie przed nami, niech pokaze nam, ze jest 
prawdziwym Koronalem. Sadze, ze tego nie zrobi. Sadze,  ze nie zdolalby tego dokonac. I 
sadze jeszcze, ze tak dlugo, jak dlugo pozwalamy mu zasiadac na Zamku, gniew Bogini 
bedzie nawiedzal nas w formach stokroc straszliwszych, az... 
- Zdrada! 
- Dajcie mu skonczyc! 
Heynok dotknela ramienia Aximaan Threysz. 
- Matko, czy dobrze sie czujesz? 

- Dlaczego tak sie rozgniewali? Dlaczego tak krzycza? 
- Moze chcialabys wrcic do domu, mamo? 
- Powtarzam: obalic uzurpatora! 
- A ja mwie, ze nalezy wezwac straz, oskarzyc tego czlowieka o zdrade! 
Aximaan Threysz rozejrzala sie wokl, nic nie pojmujac. Miala wrazenie,  ze wszyscy 
zgromadzeni w sali wstali z miejsc i krzycza. Taki halas! Takie wrzaski! I ten dziwny, 
unoszacy sie w powietrzu zapach - swad wilgotnej spalenizny; co to takiego? Ranil jej 
nozdrza. Dlaczego oni tak krzycza? 
- Matko? 
- Jutro bedziemy siac, prawda? Wiec chyba powinnismy wrcic do domu. Powinnismy 
wrcic do domu, prawda, Heynok? 
- Och mamo, mamo... 
- Jutro bedziemy siac... 
- Oczywiscie - powiedziala Heynok. - Jutro bedziemy siac. Powinnismy juz isc. 
- Obalic uzurpatorw! Niech zyje prawdziwy Koronal! 
- Niech zyje prawdziwy Koronal! - krzyknela nagle Aximaan Threysz, zrywajac sie z 
miejsca. Oczy jej plonely, jezyk wil sie miedzy wargami. Znw poczula sie mloda, pelna 
zycia, pelna energii. O swicie wyjdzie na pole, zasieje, z miloscia przykryje nasiona ziemia, 
bedzie sie modlic i... i... 
Nie, nie, nie. 
Umysl sie jej rozjasnil. Pamieta, o tak, pamieta! 
Spalone pola. Musza lezec odlogiem, powiedzial agent rolny, przez trzy lata musza 
lezec odlogiem, nim oczys ci sie ziemia. Stad pochodzi ten dziwny zapach: to spalone lodygi i 
liscie. Ogien szalal wiele dni. Deszcze poruszyly popioly, ktre uniosly sie w powietrze. W 
tym roku, i w nastepnym, i w jeszcze nastepnym nie bedzie zniw. 
- Glupcy - powiedziala. 
- Kogo masz na mysli, matko? 
Aximaan Threysz zatoczyla reka szeroki krag. 
- Ich wszystkich. Wrzeszcza przeciw Koronalowi. Mysla, ze to przez gniew Bogini. 
Sadzisz, ze Bogini chcialaby pokarac nas tak ciezko? Wszyscy umrzemy z glodu, Heynok, 
s niec bowiem zniszczyla zboza i nie ma najmniejszego znaczenia, kto jest Koronalem. Nie ma 
to najmniejszego znaczenia. Zabierz mnie do domu. 
- Precz z uzurpatorem! - krzyknal ktos . Kiedy wraz z crka wychodzila z ratusza, krzyk 
ten brzmial w uszach Aximaan Threysz jak bicie dzwonw pogrzebowych. 

 

5 
 
Przygladajac sie uwaznie twarzom zgromadzonych w sali narad ksiazat i diukw 
Elidath powiedzial: 
- Dysponuje rozkazami napisanymi reka Valentine'a, przypieczetowanymi pieczecia 
Valentine'a, z cala pewnos cia autentycznymi. Chlopiec ma otrzymac tytul ksiazecy 
najszybciej, jak tylko to bedzie mozliwe. 
- I sadzisz, ze nadszedl juz czas? - spytal chlodno Diwis. Najwyzszy Doradca spojrzal 
mu wprost w oczy. 
- Tak sadze - odparl. 
- Na jakiej podstawie? 
- Jego nauczyciele powiedzieli mi, ze opanowal podstawy wiedzy we wszystkich 
wymaganych dziedzinach. 
- Wiec potrafi we wlasciwej kolejnos ci wymienic Koronalw od Stiamonta do 
Malibora. Czego to dowodzi? 
- Wiedza to nie tylko umiejetnosc wymienienia wladcw. Mam nadzieje,  ze ciagle 
jeszcze pamietasz nie tylko liste krlw, Diwisie. Hissune przeszedl pelny trening - 
rozumiesz, o co nam chodzi? Synody i Zgromadzenia Ustawodawcze, finanse, Kodeks 
Prowincji i cala reszta... mam nadzieje, ze nie zapomniales, o czym mwie? Zdal egzaminy i 
zdal je bezblednie. Rozumuje madrze, gleboko. Okazal takze odwage. Przy przekraczaniu 
rwniny drzew ghazan zabil malorna - wiedziales o tym, Diwisie? Nie ominal", nie, on go 
zabil! To wyjatkowy chlopak. 
- Sadze, ze Elidath wybral wlasciwe okreslenie - powiedzial diuk Elzandir z Chorg. - 
Pojechalem z nim na polowanie, do lasw powyzej Ghiseldorn. Reaguje blyskawicznie, z 
naturalnym wdziekiem. Ma zywy umysl. Jest bardzo bystry. Wie, jakie ma braki, i usilnie 
prbuje je wyeliminowac. Powinien natychmiast otrzymac godnosc ksiazeca. 
- To szalenstwo! - krzyknal Diwis, raz za razem walac dlonia w stl konferencyjny. - 
Calkowite, oglupiajace szalenstwo! 
- Spokojnie, spokojnie - wtracil Mirigant. - Nie powinienes tak krzyczec, Diwisie, to 
nieobyczajnie. 
- Ten chlopiec jest za mlody, by zostac ksieciem! 
- Nie zapomnijmy - dodal diuk Halanx - ze jest niskiego urodzenia. 
Stasilane spytal cicho: 

- Ile on ma lat, Elidathu? Najwyzszy Doradca wzruszyl ramionami. 
- Dwadzies cia, moze dwadziescia jeden. Jest mlody, zgoda, ale to nie dziecko. 
- Sam przed chwila nazwales go chlopcem - zauwazyl diuk Halanx. 
Elidath rozlozyl rece. 
- Tak mi sie powiedzialo, nic wiecej. Wyglada mlodo, zgoda, ale tylko dlatego, ze jest 
tak drobnej budowy, tak niewielkiego wzrostu. Sprawia wrazenie chlopca, ale z pewnos cia 
nie jest chlopcem. 
- Nie jest tez mezczyzna - zauwazyl ksiaze Manganot z Banglecode. 
- Wedlug jakiej definicji mezczyzny? - zainteresowal sie Stasilane. 
- Rozejrzyj sie po tym pokoju - powiedzial ksiaze Manganot. - Tu widzisz prawdziwych 
mezczyzn. Chocby i ty, Stasilane - kazdy dostrzeze sile, ktra promieniujesz. Nawet jes li nie 
rozpoznany przejdziesz ulica jakiegos  miasta, Stee, Normork, Bibiroon; wystarczy, ze 
przejdziesz ulica, ludzie nie znajacy twego nazwiska i rangi i tak beda ci posluszni. To samo z 
Elidathem. I z Diwisem, i z Mirigantem. Z moim ksiazecym kuzynem z Dundimir. Kazdy z 
nas jest mezczyzna. On nie. 
- Jestesmy ksiazetami - powiedzial Stasilane - i jestesmy nimi od wielu lat. Przez lata 
przybralismy pewna poze, od dawna swiadomi jestesmy naszej pozycji. Lecz jacy bylismy 
dwadzies cia lat temu? 
- Tacy sami - stwierdzil Manganot. 
Mirigant rozes mial sie w odpowiedzi na to twierdzenie. 
- Pamietam niektrych z was, kiedy byliscie w wieku Hissune'a. Halasliwi rozrabiacy - 
tak, jesli to czyni z czlowieka mezczyzne, to byliscie mezczyznami. Lecz pod kazdym innym 
wzgledem... och, moim zdaniem to bledne kolo, poza ksiecia wynika ze swiadomosci bycia 
ksieciem; okrywamy sie nia jak plaszczem. Przyjrzyj sie nam najpierw w tych wszystkich 
wspanialosciach, a potem odrzyj z nich, daj nam strj farmera, zostaw w jakims porcie na 
Zimroelu... kto wtedy sie nam pokloni? Kto odda nam hold? 
- Nie wyglada na ksiecia i nigdy nie bedzie wygladal - powtrzyl uparcie Diwis. - To 
zebrak z Labiryntu i nim juz zostanie. 
- Nadal twierdze,  ze nie mozemy takiego krasnoludka zrwnac z nami - oswiadczyl 
ksiaze Manganot z Banglecode. 
- Mwia,  ze Prestimion byl niskiego wzrostu - zauwazyl diuk Chorg - a jednak 
powszechnie uwaza sie jego rzady za udane, prawda? 
Szlachetny Cantalis, bratanek Tyeverasa, podnisl wzrok i po raz pierwszy od godziny 
odezwal sie, a w jego glosie brzmialo zdumienie: 

- Porwnujesz go z Prestimionem, Elzandirze? O czym my tu wlas ciwie decydujemy? 
O wyniesieniu do godnosci ksiecia czy wyborze Koronala? 
- Kazdy ksiaze moze zostac Koronalem - zauwazyl Diwis. - Nie powinnismy o tym 
zapominac. 
- A juz wkrtce czeka nas wybr nowego Koronala - dodal diuk Halanx. - To skandal, 
ze Valentine trzyma starego Pontifexa przy zyciu tak dlugo, lecz wczesniej czy pzniej... 
- Te uwagi sa absolutnie nie na miejscu - powiedzial ostro Elidath. 
- Moim zdaniem sa na miejscu - przerwal mu Manganot. - Jesli uczynimy go ksieciem, 
nikt nie powstrzyma Valentine'a przed osadzeniem tego Hissune'a na tronie Confalume'a. 
- Takie przypuszczenie to absurd! 
- Doprawdy, Mirigancie? A jakich jeszcze absurdw nie doznalismy ze strony 
Valentine'a? Wzial sobie cyrkwke za zone, Vroonski czarownik jest jego glwnym 
ministrem, reszta tej otaczajacej go obdartej bandy stworzyla dwr we dworze, nas 
odsunieto... 
- Uwazaj, Manganocie - przerwal mu Stasilane. - Sa tu jeszcze ludzie, ktrzy ciagle 
kochaja Valentine'a. 
- Nie ma tu nikogo, kto by go nie kochal - odparl natychmiast Manganot. - Byc moze 
wiesz - a jesli nie, Mirigant moze potwierdzic - ze po smierci Voriaxa bylem jednym z 
najbardziej entuzjastycznych zwolennikw oddania korony jego bratu. Nikt nie przewyzszy 
mnie w milosci do Valentine'a, nie ma jednak powodu, by kochac go bezkrytycznie. Popelnia 
bledy, zreszta jak my wszyscy. A ja twierdze,  ze wziecie dwudziestoletniego chlopca z 
najnedzniej szych uliczek Labiryntu i uczynienie go ksieciem krlestwa to wlasnie przyklad 
takiego bledu. Stasilane zapytal: 
- Ile lat miales, Manganocie, kiedy zostales ksieciem? Szesnascie? Osiemnas cie? A ty, 
Diwisie? Zdaje sie, ze siedemnascie. Elidathu, ty...? 
- Z nami jest inaczej - obruszyl sie Diwis. - My zaslugiwalismy na to z racji swego 
urodzenia. Jestem synem Koronala. Manganot pochodzi ze starej rodziny z Banglecode. 
Elidath... 
- To nam niczego nie wyjasnia - przerwal mu Stasilane. - Pozostaje faktem, ze bylismy 
znacznie mlodsi od Hissune'a, kiedy otrzymalismy tytuly. To dotyczy takze samego 
Valentine'a. Chodzi nie o wiek, lecz o kwalifikacje. Elidath upewnil nas, ze Hissune ma 
potrzebne kwalifikacje. 
- Czy mielismy kiedys ksiecia wyniesionego na to stanowisko sposrd posplstwa? - 
spytal diuk Halanx. - Blagam was, pomyslcie, kim jest to nowe koronalowskie ksiazatko? 

Dzieckiem z ulic Labiryntu, zebrakiem, pewnie i zlodziejem... 
- O tym nie wiesz nic - zauwazyl Stasilane. - Moim zdaniem opowiadasz nam jakies  
plotki. 
- Czy nie zebral w Labiryncie, kiedy Valentine spotkal go po raz pierwszy? 
- Byl wtedy dzieckiem - zauwazyl Elzandir. - Nie jest zadna tajemnica, ze wynajmowal 
sie jako przewodnik i zarabial pieniadze, uczciwie pracujac, choc mial wwczas zaledwie 
dziesiec lat. Ta dyskusja do niczego nas nie doprowadzi. Nie nasza rzecza jest martwic sie o 
to, kim byl, powinnismy za to zatroszczyc sie o jego przyszlosc. Lord Koronal oznajmil nam, 
ze ma zostac ksieciem, kiedy - wedlug oceny Elidatha - przyjdzie na to wlasciwa chwila. 
Elidath doszedl do wniosku, ze chwila ta wlasnie nadeszla. Cala ta dyskusja nie ma wiec 
najmniejszego sensu. 
- Nie - zaprzeczyl Diwis. - Valentine nie ma wladzy absolutnej. Na cos takiego 
potrzebuje naszej zgody. 
- Ach, czyzbys wiec chcial sprzeciwic sie woli Koronala? - spytal diuk Chorg. 
Diwis milczal przez chwile, a pzniej powiedzial: 
- Jesli sumienie mi tak nakaze, owszem, sprzeciwie sie woli Koronala. Valentine nie jest 
nieomylny. Bywaja okazje, przy ktrych absolutnie sie z nim nie zgadzam. To jedna z nich. 
- Od chwili tej zmiany ciala - zauwazyl ksiaze Manganot z Banglecode - dostrzeglem 
rwniez zmiany w jego osobowosci. Sklania sie ku romantyzmowi, jest oderwany od 
rzeczywistosci; byc moze byl taki i przedtem, lecz nigdy te cechy nie przejawialy sie tak 
wyraznie i przy tylu okazjach co teraz... 
- Dosc! - przerwal mu wyprowadzony z rwnowagi Elidath. - Mielismy rozwazyc jego 
nominacje, rozwazylismy ja, wiec koncze te dyskusje. Lord Koronal przedstawia nam 
rycerza-kandydata Hissune'a, syna Elsinome, jako kandydata na ksiecia z wszystkimi 
przywilejami zwiazanymi z ranga. Jako Najwyzszy Doradca i regent przedkladam wam, 
panowie, te nominacje z moim poparciem. Jesli nikt sie temu nie sprzeciwia, proponuje, by 
zapisac, ze Hissune zostaje podniesiony do godnosci ksiecia przez aklamacje. 
- Sprzeciwiam sie - powiedzial Diwis. 
- Sprzeciwiam sie - powiedzial ksiaze Manganot z Banglecode. 
- Sprzeciwiam sie - powiedzial diuk Halanx. 
- Czy sa tu inni? - spytal Elidath cicho, pragnac, by zapisano, ze sprzeciwili sie woli 
Lorda Koronala? 
Ksiaze Nimian z Dundilmir, do tej pory milczacy, odezwal sie teraz: 
- W twych slowach, Elidathu, zawarta jest grozba, wiec zmuszony jestem sie im 

sprzeciwic. 
- Twj sprzeciw zostal zaprotokolowany, choc nie zamierzalem nikomu grozic. Jak 
glosujesz, Nimianie? 
- Sprzeciwiam sie. 
- Doskonale. Czterech przeciw, a wiec zdecydowanie za malo. Stasilanie, popros ksiecia 
Hissune'a, by wszedl do sali Rady. - Rozgladajac sie po sali, Elidath dodal jeszcze: - Jesli ktos 
sposrd tych, ktrzy sie sprzeciwili, pragnie zmienic stanowisko, teraz jest najwlasciwszy 
moment. 
- Podtrzymuje - powiedzial natychmiast diuk Halanx. 
- I ja - dodal ksiaze Banglecode, a po nim powtrzyl te same slowa Nimian z Dundilmir. 
- Co powie syn Lorda Voriaxa? - spytal Elidath. Diwis us miechnal sie. 
- Wycofuje sprzeciw - oznajmil. - Sprawa zostala przesadzona, niech wiec mlody 
Hissune ma i moje poparcie. 
Slyszac to, Manganot poderwal sie z krzesla, usta otworzyl ze zdumienia, twarz mial 
czerwona. Chcial cos powiedziec, lecz Diwis powstrzymal go gwaltownym uniesieniem dloni 
i ostrym spojrzeniem. Marszczac czolo, potrzasajac w zdumieniu glowa, Manganot poddal 
sie. Diuk Halanx powiedzial cos do ksiecia Nimiana, ten zas  tylko wzruszyl ramionami, lecz 
zachowal milczenie. 
Stasilane powrcil, prowadzac ze soba Hissune'a odzianego w prosta biala szate 
ozdobiona zlotem na ramieniu. Hissune twarz mial z lekka zaczerwieniona i oczy blyszczaly 
mu nienaturalnie, lecz poza tym byl spokojny i calkowicie panowal nad soba. 
Elidath oznajmil mu: 
- Decyzja Lorda Valentine'a, za zgoda obecnych tu lordw, mianuje cie ksieciem 
Majipooru bez ograniczen rangi i z pelnymi przywilejami. 
Hissune sklonil glowe. 
- Jestem tak poruszony, ze nie znajduje wlasciwych slw, panowie. Moge tylko 
podziekowac wam za to, ze obdarzyliscie mnie tym niewyobrazalnym zaszczytem. 
Potem podnisl wzrok i spojrzal na zgromadzonych w sali mezczyzn, zatrzymujac 
spojrzenie na Nimianie, Manganocie i diuku Halanksie, a potem, przez dluga chwile, 
wpatrywal sie w oczy Diwisa, ktry odpowiedzial mu nieruchomym spojrzeniem i lekkim 
us miechem. 
 

6 
 
Samotny smok, ktry w tak przedziwny sposb o zmierzchu bil skrzydlami fale, byl 
tylko pierwsza oznaka jeszcze dziwniejszych rzeczy, ktre mialy sie dopiero wydarzyc. W 
trzecim tygodniu podrzy z Alaisor na Wyspe Snu cale stado tych stworzen pojawilo sie 
nagle na sterburcie statku Lady Thiin". 
Pandelume, pilot, Skandarka o futrze w ciemnoniebieskim odcieniu, ktra zarabiala 
niegdys na zycie polujac na smoki, dostrzegla je pierwsza o swicie, kiedy to z pokladu 
prowadzila obserwacje nawigacyjne. Poinformowala o nich Wielkiego Admirala Asenharta, 
ktry zasiegnal opinii Autifona Deliambera, Vroon zas zdecydowal sie obudzic Lorda 
Valentine'a. 
Koronal szybko wyszedl na poklad. Slonce wzeszlo juz na niebo znad Alhanroelu, 
rzucajac na wode dlugie cienie. Pilot wreczyla mu lunete, a on szybko podnisl ja do oka i 
skierowal na wskazane przez nia ksztalty, dalekie, poruszajace sie wsrd oceanu. 
Valentine patrzyl, poczatkowo widzac tylko kolyszace sie lagodnie morskie fale; potem 
obrcil lunete lekko na plnoc, poprawil ostrosc i dostrzegl stado - ciemne, wielkie ksztalty 
poruszajace sie w wodzie, plynace w ciasnym szyku, w dziwnym zapamietaniu. Od czasu do 
czasu ponad wode wynurzala sie dluga szyja, rozwijaly wielkie skrzydla, drzace, rozpostarte 
ponad lagodna fala. 
- Musza ich byc setki - powiedzial zdumiony. 
- Wiecej niz setki, panie - odrzekla Pandelume. - Nigdy, nawet wtedy kiedy jeszcze na 
nie polowalam, nie widzialam tak wielkiego stada. Czy dostrzegasz krlw? Jest ich 
przynajmniej pieciu. I kilka samcw, niemal rwnie wielkich. I kilkanascie samic, i mlode, 
zbyt wiele, by je zliczyc... 
- Widze - potwierdzil Valentine. Posrodku stada plynela mala grupka stworw o 
monstrualnych wrecz rozmiarach, niemal calkowicie zanurzonych w wodzie; tylko ostre 
wyrostki na kregoslupie widoczne byly nad jej powierzchnia. - Powiedzialbym,  ze tych 
najwiekszych jest az szesc. Alez giganty. Sa wieksze nawet od tego, ktry rozbil mj statek, 
Brangalyn", kiedy zeglowalem na Wyspe podczas wygnania. I plyna po wodach, na ktrych 
wczesniej nigdy ich nie widziano! Co one tu robia? Asenharcie, slyszales  kiedys o stadzie, 
ktre pojawiloby sie po tej stronie Wyspy? 
- Nigdy, panie - odparl powaznie Hjort. - Od trzydziestu lat plywam miedzy 
Numinorem i Alaisor i nigdy nie widzialem tu smoka. Ani jednego! A teraz cale stado... 
- Pani niech beda dzieki, ze oddalaja sie od nas - odezwal sie Sleet. 

- Tylko dlaczego w ogle tu sa? - zainteresowal sie Valentine. 
Na to pytanie nikt nie potrafil odpowiedziec. Cala ta historia zaprzeczala bowiem 
zdrowemu rozsadkowi - bo dlaczego wlasciwie trasy wedrwek smokw przez zamieszkane 
tereny Majipooru mialyby nagle zmienic sie az tak drastycznie? Od tysiecy lat ich stada z 
niezwykla wrecz regularnos cia przemierzaly te same, doskonale znane szlaki. Kazde z nich, w 
swej dlugiej wedrwce wokl swiata, obieralo zawsze te sama droge - na swa zaglade, lowcy 
z Piliploku bowiem, wiedzac, gdzie szukac ofiar, spadali na nie, czyniac ws rd nich 
prawdziwa rzez, a potem mieso smokw, mleko smokw, kosci smokw, olej ze smokw 
sprzedawano na wolnym rynku - i to za ciezkie pieniadze. A smoki nadal wedrowaly tak jak 
od stuleci. Rznica sily wiatru, temperatura wody, przebieg pradw morskich mogly sprawic, 
ze zbaczaly ze szlaku setki mil na wschd lub na zachd, byc moze dlatego, ze gdzie indziej 
znalezc mogly morskie stworzenia, ktrymi sie zywily, lecz podobnego temu odstepstwa od 
tradycji nie zauwazono nigdy przedtem - stado smokw omijajace Wyspe Snu od wschodu, 
zmierzajace najwyrazniej ku regionom polarnym, zamiast przeplynac na poludnie od wyspy i 
skierowac sie ku wybrzezom Alhanroelu, by znalezc sie na Morzu Wielkim... 
I nie chodzilo tylko o jedno stado. W kilka dni pzniej dostrzezono inne - niewielka 
grupke nie wiecej niz trzydziestu smokw, bez gigantycznych krlw, mijajaca flote w 
odleglos ci mili, moze dwch mil. Za blisko - orzekl admiral Asenhart; statki wiozace na 
Wyspe Koronala i jego dwr nie mialy na pokladzie zadnej ciezszej broni, a smoki morskie to 
stworzenia o nieobliczalnym temperamencie i wielkiej sile, znane z tego, ze bez wahania 
rozbijaja bezbronne jednostki, ktre na skutek nieszczesliwego zbiegu okolicznosci weszly im 
w droge. 
Do konca podrzy pozostalo jeszcze szesc tygodni. Na wodach pelnych smokw te 
szesc tygodni wloklo sie niemilosiernie. 
- Byc moze powinnismy zawrcic i przeplynac ocean w bardziej sprzyjajacych temu 
czasach - rzekl Tunigorn; do tej pory nie postawil stopy na pokladzie statku i ten srodek 
lokomocji najwyrazniej nie przypadl mu do gustu. 
Sleet takze sprawial wrazenie wiecej niz nieszczesliwego, Asenhart zas wydawal sie 
czyms zmar twiony, Carabella spedzala mnstwo czasu smutnie wpatrzona w fale, jakby 
spodziewala sie, ze jakis smok bedzie prbowal wyplynac na powierzchnie tuz pod kilem 
Lady Thiin". Tylko Valentine, choc znal temperament smokw z dos wiadczenia - nie tylko 
roztrzaskaly jego statek, lecz jeden z nich polknal go, co stanowilo niewatpliwie najbardziej 
niesamowita sposrd jego przygd na wygnaniu - nie chcial slyszec o zawrceniu. Musi 
naradzic sie z Pania, musi odwiedzic zagrozone zaraza tereny Zimroelu; powrt na Alhanroel 

rwnal sie w jego przekonaniu ucieczce przed odpowiedzialnoscia. A w ogle skad pomysl, 
ze te zablakane smoki morskie stanowia jakiekolwiek zagrozenie dla floty? Najwyrazniej 
bardzo szybko i zdecydowanie podazaly tajemnicza droga, ktra same sobie wytyczyly, nie 
zwracajac uwagi na statki, jakie przypadkowo znalazly sie w poblizu. 
Mimo to w tydzien po drugiej pojawila sie trzecia grupa smokw. Liczyla okolo 
piecdziesieciu sztuk, wliczajac w to trjke gigantw. 
- Mam wrazenie,  ze cala tegoroczna migracja kieruje sie na plnoc - powiedziala 
Pandelume. Wyjas nila, ze istnieje kilkanascie rznych smoczych populacji, wedrujacych w 
dlugich odstepach czasu dookola swiata. Nikt nie wie dokladnie, ile trwa taka podrz, lecz z 
pewnos cia sa to dziesieciolecia. Populacje dzielily sie z kolei na stada, a kazde ze stad 
poruszalo sie zawsze mniej wiecej po tej samej trasie; najwyrazniej ta populacja skierowala 
sie na nowa, plnocna droge. 
Valentine odciagnal Deliambera na bok i spytal go, czy jego sztuka pozwala mu 
zrozumiec zmiane tras wedrwki smokw. Niezliczone macki drobnego Vroona splotly sie 
we wzr, ktry Valentine juz dawno nauczyl sie interpretowac jako oznake przygnebienia, 
lecz Deliamber powiedzial tylko: 
- Czuje w nich sile, panie, a sila ta jest doprawdy wielka. Wiesz przeciez, ze smoki nie 
sa po prostu bezrozumnymi zwierzetami. 
- Wiem, ze w tak wielkim ciele zamkniety moze byc rwnie wielki mzg. 
- I tak jest rzeczywis cie. Siegam ku nim, wyczuwam ich obecnosc, a takze determinacje 
i dyscypline. Lecz jesli chcesz sie dowiedziec, panie, o co im chodzi, dzis nie potrafie 
odpowiedziec ci na to pytanie. 
Valentine sprbowal zlekcewazyc niebezpieczenstwo. 
- Zaspiewajcie mi ballade o Lordzie Maliborze - poprosil Carabelle pewnego wieczora, 
gdy siedzieli przy kolacji. Spojrzala na niego, zaskoczona, ale kiedy nalegal, z us miechem 
wyjela kieszonkowa harfe i zagrala na niej wesola, stara melodie: 
 
Piekny i s mialy byt Lord Malibor  
Ze sztormem sie mierzyc gotowy  
Porzucil zamku swojego schron  
I w morze sie puscil na lowy 
 
Zaglowiec wprzdy opatrzyl swj  
A korab to byl cud pieknos ci  

Zagle ze zlota szczerego mial  
A maszty ze sloniowej kosci 
 
Valentine przypomnial sobie slowa i dolaczyl do chru. 
 
Przy rumplu stanal Lord Malibor  
I w morskie wpatrzony bezmiary  
Smoka groznego wygladal ws rd fal  
Potwora strasznego bez miary 
 
I rzucil wyzwanie mu Lord Malibor  
A w glosie dzwieczala mu stal 
- Wystap - zakrzyknal - i ze mna sie zmierz 
O wladco morskich fal. 
 
Tunigorn, zmieszany, poruszyl sie w swym krzesle. Obracajac w reku pelny kieliszek, 
wymruczal: 
- Moim zdaniem, panie, ta piesn moze przyniesc pecha. 
- Nie obawiaj sie. No, dalej, s piewaj z nami - powiedzial Valentine. 
 
- Slysze cie, zuchu - odpowie mu smok  
I plynie przez morskie odmety  
Dwanascie mil dlugi, szeroki na trzy  
A wyzszy niz dwa okrety. 
 
Nieustraszony byl Lord Malibor  
Bil dzielnie i walczyl jak lew  
I odpowiadal ciosem na cios  
Strugami lala sie krew 
 
Pilot Pandelume weszla do mesy. Kiedy podchodzila do stolu Koronala, uslyszala slowa 
s piewanej wlasnie piosenki i jej porosnieta gestym futrem twarz przybrala wyraz zdumienia. 
Valentine gestem zaprosil ja do chru, ona jednak pozostala na uboczu, skrzywiona. 
 

Lecz smoczy wladcy to szczwany rd  
I bija sie nie na zarty  
Mimo swej sily Lord Malibor  
Na koniec zostal pozarty. 
 
Niech bedzie przestroga ponura ta piesn  
Dla lowcw z morskich kipieli  
Chodz dzielni, mozecie swj zywot i wy  
Zakonczyc w potwora gardzieli. 
 
- O co chodzi, Pandelume? - spytal Valentine, kiedy przebrzmialy ostatnie frywolne 
wersy piesni. 
- Smoki, panie. Zblizaja sie z poludnia. 
- Ile ich jest? 
- Wiele, panie, bardzo wiele. 
- Widzicie! - wybuchl Tunigorn. - Wezwalismy je ta glupia piesnia! 
- A wiec sprbujmy je nia odstraszyc - zaproponowal Valentine. - Zacznijmy jeszcze 
raz od poczatku. - I grzmiacym glosem zanucil: 
 
Piekny i s mialy byl Lord Malibor  
Ze sztormem sie mierzyc gotowy... 
 
To nowe stado skladalo sie z kilkuset sztuk - nie sposb bylo uwierzyc, ze jest ich az 
tyle, choc widzialo sie wszystko na wlasne oczy. Pos rodku plynelo dziewieciu krlw. 
Valentine, zachowujac pozory spokoju, czul jednak ich groze, wyczuwal bijace od nich 
niebezpieczenstwo, tak konkretne, ze niemal namacalne. Minely ich jednak, nie zblizajac sie 
bardziej niz na trzy mile do statku; znikly na plnocy, plynely pracowicie, jakby szukaly 
skarbu. 
W ciemnos ciach nocy, gdy Valentine spal, umysl majac, jak zwykle, otwarty w 
poszukiwaniu przewodnictwa, ktre dac moga tylko sny, jego dusza zawladnela dziwna 
wizja. W sercu przedziwnej rwniny, pelnej kanciastych glazw i dziwnych, ospowatych 
drzew o sztywno wyprostowanych galeziach mnstwo ludzi tanecznym krokiem podaza ku 
dalekiemu morzu. On sam znajduje sie pomiedzy nimi, jak oni ubrany w powiewne szaty z 
jakiegos lekkiego materialu rozwiewanego nie istniejacym wiatrem - powietrze tu jest 

nieruchome. Zadna z widzianych wokl twarzy nie wydaje mu sie znajoma, jednak nie czuje 
sie obcy wsrd obcych; wie, ze jest blisko zwiazany z tymi ludzmi, ze sa oni jego bliznimi, ze 
wiaze ich pielgrzymka, ktra odprawiaja od wielu miesiecy, byc moze od wielu lat. Teraz 
wreszcie zbliza sie kres owej pielgrzymki. 
Oto otwiera sie przed nim morze, wielobarwne, lsniace; a jego powierzchnia faluje 
jakby poruszona masa stworzen ukrytych pod nia lub byc moze wzburzona wiszacym ciezko 
na niebie ksiezycem. Na wybrzeze spadaja wielkie fale niczym lsniace, krysztalowe szpony, 
zalamuja sie w calkowitej ciszy, muskaja swiecace biela plaze, jakby nie byly falami, lecz 
tylko cieniami fal. Dalej, poza niepokojem zywiolw, z oceanu wylania sie mroczna, 
gigantyczna sylwetka. 
Smok morski zwany smokiem Lorda Kinnikena; mwia o nim, ze jest najwiekszy 
sposrd swego gatunku, ze jest krlem, ktrego nigdy nie musnal nawet harpun lowcy. Z jego 
wygietego,  luskowatego grzbietu bije w ciemnosc jaskrawe swiatlo; tajemniczy, ls niacy, 
ametystowy blask wypelniajacy niebo, plamiacy wode ciemnym szkarlatem. Brzmi dzwiek 
dzwonw, gleboki, donosny - dzwony bija ciaglym, ponurym zewem, brzmiacym tak, jakby 
s wiat caly mial rozpasc sie na polowy. 
Smok wyplywa na lad; jego paszcza wyglada jak wrota jaskini. 
- Nadeszla wreszcie moja godzina - mwi wladca smokw - i teraz nalezycie do mnie. 
Pielgrzymi zafascynowani i oszolomieni, zaczarowani wspanialym, pulsujacym, 
bijacym z niego blaskiem biegna przed siebie, ku niemu i ku otwartemu morzu. 
- Tak. Tak. Chodzcie do mnie. Jestem krlem oceanu Maazmoornem i nalezycie do 
mnie. 
Smok wplywa na plycizne, fale rozstepuja sie przed nim, z latwoscia wypelza na plaze. 
Bicie dzwonw staje sie jeszcze glosniejsze; nieublagany, potezny dzwiek podbija s wiat i 
przyciska go swym ciezarem, z kazdym ich uderzeniem powietrze staje sie gesciejsze, 
cieplejsze, bardziej duszace. Krl smokw rozpostarl dwie wielkie niczym skrzydla pletwy, 
wyrastajace mu z karku; skrzydla wynosza go na wilgotny piach. Wyciaga swe wielkie cialo 
na lad, pierwszy sposrd pielgrzymw jest przy nim, bez wahania wbiega na wielka lape, 
znika... a za nim ida inni, nieskonczona procesja istot dobrowolnie oddajacych sie w ofierze, 
biegnacych przed siebie, byle tylko spotkac sie z krlem smokw. 
Wchodza w jego wielka paszcze, nikna w niej, jest wsrd nich sam Valentine, trafia 
tam, w glab smoczego zoladka. Wkracza w sklepiona sale niewyobrazalnych wrecz 
rozmiarw, widzi, ze zajmuja ja legiony polknietych, miliony, miliardy, ludzie i Skandarzy, i 
Vroonowie, i Hjortowie, i Liimenowie, i Su-suherisowie, i Ghayrogowie, wszystkie sposrd 

wielu ras Majipooru. 
A Maazmoorn prze przed siebie, jest juz w glebi ladu i nadal pozera. Pozera caly swiat, 
pozera, pozera i jeszcze raz pozera, pozera miasta i gry, pozera kontynenty i morza, pozera 
caly Majipoor, az wreszcie nic juz nie pozostaje; Maazmoorn lezy owiniety wokl planety jak 
objedzony waz, ktry pochlonal jakies ogromne, kuliste stworzenie. 
Dzwony bija piesn tryumfu. 
- Teraz wreszcie nadeszlo moje krlestwo. 
Kiedy sen sie skonczyl, Valentine nie ocknal sie w pelni. Swiadomie zes lizgnal sie w 
s rodkowy sen, miejsce, w ktrym najpelniej wyczuwal i mgl odbierac przekazy; lezal, 
spokojny, cierpliwy, przezywajac sen, analizujac go, prbujac interpretowac. A potem padlo 
na niego pierwsze swiatlo poranka. S wiadomosc powrcila. Obok niego lezala Carabella, 
przebudzona, obserwujaca go uwaznie. Objal ja, jego dlon delikatnie, rozkosznie spoczela na 
jej piersi. 
- Miales przeslanie? - spytala. 
- Nie. Nie czulem obecnosci Pani. Ani Krla. - Usmiechnal sie. - Zawsze wiesz, kiedy 
s nie, prawda? 
- Widze, kiedy nawiedza cie sen. Oczy poruszaja ci sie pod powiekami, wargi drza, a 
nozdrza rozszerzaja sie jak u sciganego przez mysliwych zwierza. 
- Czy wydawalem ci sie zmartwiony? 
 - Alez nie, nie. Byc moze najpierw troche sie zmarszczyles, ale potem us miechales  sie 
przez sen, uspokoiles sie, jakbys szedl na spotkanie losu, ktry w pelni zaakceptowales. 
Valentine rozesmial sie. 
- Ach, a potem znw polknal mnie smok morski. 
- Czy o tym sniles ? 
- Mniej wiecej. Ale nie tak, jak zdarzylo sie to rzeczywiscie. Widzialem smoka 
Kinnikena, jak wypelza na brzeg; wszedlem wprost w niego. Jak chyba wszyscy na swiecie. 
A potem on pozarl caly swiat. - Potrafisz wytlumaczyc ten sen? 
- Tylko oderwane fragmenty. Znaczenie jego calos ci nadal, mi umyka. 
Wiedzial, ze zbyt proste byloby tlumaczenie, ze oto rozegrala sie w jego wyobrazni 
prawdziwa scena z przeszlosci, jakby wlaczyl sie do jakiejs rozrywkowej kostki i jeszcze raz 
przezyl to najdziwniejsze zdarzenie z lat wygnania, gdy rzeczywiscie polkniety zostal przez 
smoka, ktry zatopil jego statek w poblizu Archipelagu Rodamaunt. Lisamon Hultin, 
polknieta wraz z nim, wyciela im obojgu droge na wolnosc przez sciany zoladka bestii. Nawet 
dziecko wie, ze snw nie wolno tlumaczyc jako prostych ilustracji rzeczywistych zdarzen. 

Lecz nie znajdowal niczego na glebszym poziomie, z wyjatkiem interpretacji tak prostej, ze 
az trywialnej: ze ruchy stad smokw, ktre zauwazyl ostatnio, to tylko kolejne ostrzezenie 
przed niebezpieczenstwem, w jakim znajduje sie  swiat;  ze jakas wielka sila zagraza 
stabilnos ci spoleczenstwa. Zdawal sobie z tego sprawe juz wczesniej, nie potrzebowal 
dodatkowych dowodw. Tylko dlaczego wlasnie smoki? Jakie to obrazy ozyly w jego 
s wiadomosci, przeksztalcajac wielkie morskie stwory w zagrozenie zdolne pochlonac s wiat? 
Carabella mwila wlasnie: 
- Byc moze za bardzo sie starasz. Poczekaj troche - zrozumiesz wszystko, kiedy 
zajmiesz sie czyms zupelnie innym. Co ty na to? Chodzmy na poklad! 
Dni mijaly. Nie zaobserwowali wiecej stad, tylko kilka samotnych smokw, a w koncu i 
one znikly. W snach Valentine'a nie pojawialy sie juz przesycone groza wizje. Morze bylo 
lagodne, niebo pogodne, blekitne, wial sprzyjajacy, wschodni wiatr. Valentine spedzal wiele 
czasu samotnie, na pokladzie dziobowym, wpatrujac sie w morze, i wreszcie nadszedl dzien, 
kiedy z pustki wylonily sie olsniewajaco biale, strome brzegi Wyspy Snu, najs wietszego, 
najbardziej pokojowego miejsca na Majipoorze - to tu miescilo sie sanktuarium wsplczujacej 
wszystkim zywym istotom Pani. 
 

7 
 
Posiadlosc praktycznie calkowicie sie wyludnila. Wszyscy robotnicy opus cili farme 
Etowana Elakki, a takze wiekszosc sluzby. Nikt nie zatroszczyl sie o zlozenie formalnego 
wymwienia, choc gwarantowaloby to odebranie zaleglej pensji; ludzie po prostu odchodzili, 
jakby przerazala ich perspektywa pozostania w nawiedzonej plaga prowincji chocby o 
godzine dluzej, jakby spodziewali sie,  ze wiedzac o tym, iz zamierzaja odejsc, znajdzie 
sposb na zmuszenie ich do pozostania. 
Simoost - Ghayrog zarzadca - pozostal lojalny, lojalna pozostala takze jego zona 
Xhama, kucharka Etowana Elakki. Zostali przy nim takze dwaj czy trzej sluzacy, a takze 
kilku ogrodnikw. Etowan Elacca niezbyt przejal sie ucieczka innych - w gruncie rzeczy nie 
mieli do roboty nic sensownego, pomijajac juz ten prosty fakt, ze bez zbiorw trafiajacych na 
rynek nie mgl im wlas ciwie zaplacic. A wkrtce problemem staloby sie nawet ich 
wyzywienie, przynajmniej jesli to, co slyszal o szerzacym sie w prowincji glodzie, bylo 
prawda. Mimo wszystko fakt, iz zostal tak bezceremonialnie opuszczony, sprawil mu 
przykrosc. Byl ich panem, byl odpowiedzialny za ich zycie, byl sklonny pomagac swym 
ludziom tak dlugo, jak dlugo bedzie mial odpowiednie ku temu s rodki. Dlaczego wiec odeszli 
tak chetnie? Jaka mieli nadzieje ci robotnicy rolni i ogrodnicy na znalezienie pracy w 
rolniczym regionie Falkynkip, gdzie - o czym byl przekonany - wlasnie sie udali? Dziwne tez 
bylo obserwowac farme tak pusta, gdy niegdys od samego rana tyle sie tu dzialo! Etowan 
Elacca czul sie jak krl, ktrego poddani zrezygnowali z obywatelstwa jego krlestwa i 
wyemigrowali do jakiegos odleglego kraju, pozostawiajac go samotnego w palacu, 
wydajacego rozkazy powietrzu. 
Staral sie jednak zyc tak, jak zawsze zyl. Pewne zwyczaje pozostawaly niezmienne 
nawet podczas najgorszych nieszczesc. 
W dniach poprzedzajacych fioletowy deszcz kazdego ranka Etowan Elacca wstawal na 
dlugo przed wschodem slonca, a o wschodzie wychodzil do ogrodu na swj prywatny, maly 
obchd. Szedl zawsze ta sama droga, przez lasek alabandyn do tanigali, w lewo, w cienisty, 
mroczny zakamarek, gdzie rosly caramangi i dalej ku gestym, pieknym thagimolom; z ich 
niezgrabnych pni wyrastaly pelne wdzieku galezie, na ktrych slodko pachnace, niebiesko-
zielone kwiaty wysokie na blisko siedem stp kwitly przez okragly rok. Potem odwiedzal 
zarloczne rosliny, skinieniem glowy pozdrawial drzewa pecherzowe, przystawal, by 
wysluchac piesni s piewajacych krzakw, az wreszcie dochodzil do granicy jaskrawozltych 
krzaczkw mangahone, wyznaczajacych granice miedzy ogrodem i farma; stal tam i 

spogladal w gre na plantacje stajji, gleinu, hingamortw i niyku. 
Z farmy nie pozostalo niemal nic, a z ogrodu bardzo niewiele, lecz Etowan Elacca 
niezmiennie spacerowal rankami ta sama droga, zatrzymujac sie przy kazdej wyschlej, 
poczernialej roslinie, jakby nadal zyla, rosla i wlasnie miala zakwitnac - Wiedzial,  ze 
zachowuje sie bezsensownie, absurdalnie i ze kazdy, kto by go obserwowal, z pewnos cia 
powiedzialby: Ach, ten biedny, szalony starzec, jakiez to nieszczescie doprowadzilo go do 
szalenstwa!" Nich sobie gadaja, co chca, myslal Etowan Elacca. Nigdy nie przejmowal sie 
specjalnie tym, co mwia o nim inni, a teraz w ogle go to nie obchodzilo. Byc moze 
rzeczywiscie oszalal, chociaz nie byl tego tak calkiem pewien. Mimo wszystko nie zamierzal 
rezygnowac ze swych porannych spacerw - w koncu co jeszcze mial tu do zrobienia? 
W pierwszych tygodniach po smiercionos nym fioletowym deszczu jego ogrodnicy 
chcieli wyrwac kazda martwa rosline, lecz on kazal im zostawic wszystkie na miejscu. Mial 
nadzieje, ze wiele sposrd nich zostalo tylko zranionych, ze nie zaschly, ze odbija po pewnym 
czasie, ze czymkolwiek byla trucizna przyniesiona przez deszcz, nie jest ona smiertelna i jej 
dzialanie w koncu oslabnie. Po pewnym czasie nawet Etowan Elacca zrozumial,  ze wielu 
sposrd nich po prostu nie da sie uratowac, ze z korzeni nie odbije nowe zycie. Lecz wtedy 
wlasnie ogrodnicy poczeli znikac, wkrtce pozostalo ich tylko kilku, zaledwie zdolnych 
utrzymac przy zyciu te czes ci ogrodu, ktre nie poddaly sie zarazie, by nie wspomniec o 
wycinaniu i odciaganiu na bok martwych drzew. Najpierw wydawalo mu sie,  ze sam 
zakonczy te smutna prace, popracuje troche tu, troche tam, w wolnych chwilach; lecz zakres 
pracy okazal sie wkrtce niewykonalny, totez Etowan Elacca zdecydowal pozostawic je 
swemu losowi; niech martwy ogrd pozostanie pamiatka piekna, ktrym mglby byc. 
Pewnego dnia w wiele miesiecy po tym, jak na jego farme spadl fioletowy deszcz, 
podczas swej przechadzki o s wicie, Etowan Elacca znalazl dziwny przedmiot sterczacy z 
ziemi w poszyciu sosninek - polerowany kiel jakiegos wielkiego zwierzecia, dlugi na 
dziesiec, moze pietnas cie cali, ostry niczym sztylet. Odgrzebal go, obejrzal zaskoczony i 
schowal do kieszeni. Nieco dalej, wsrd muornw, znalazl jeszcze dwa kly tej samej 
wielkosci, odlegle od siebie o jakies  trzy jardy; spojrzal w gre, ku polu martwych stajj i 
dostrzegl jeszcze trzy, tym razem lezaly dalej od siebie. Za nimi zauwazyl jeszcze dwa, i 
jeszcze jeden; wszystkie razem wyznaczaly teren w ksztalcie gwiazdy, obejmujacy wiekszosc 
jego farmy. 
Natychmiast wrcil do domu. Xhama wlas nie przygotowywala sniadanie. 
- Gdzie jest Simoost? - spytal. 
Nie podnoszac wzroku znad garnkw, Ghayrozka odpowiedziala: 

- W sadzie drzew niyku, panie. 
- One uschly dawno temu, Xhamo. 
- Oczywiscie, panie. Ale on tam jest. Spedzil w nim cala noc. 
- Idz po niego. Chce sie z nim zobaczyc. 
- On nie przyjdzie, panie. A jesli po niego pjde, sniadanie sie spali. 
Oszolomiony odmowa wykonania polecenia Etowan Elacca stal przez chwile, nie 
mogac znalezc slw. Potem, zdajac sobie sprawe, ze w tym czasie nieprzewidzianych zmian 
musi wlas nie dziac sie jakas  zmiana, o ktrej nie ma pojecia, tylko krtko skinal glowa, 
odwrcil sie bez slowa i jeszcze raz wyszedl na pola. 
Tak szybko, jak tylko potrafil, wspinal sie pod gre; minal poczerniale pola stajji, morze 
pozlklych, skurczonych sadzonek; minal surowe, zwiedle krzaczki gleinu, minal pole 
zaschlego blota - wszystko, co pozostalo po hingamortach, az wreszcie dotarl do sadu drzew 
niyku. Wyschle rosliny byly tak lekkie, ze z ziemi wyrywal je nawet silniejszy powiew 
wiatru; wiekszosc z nich lezala powalona, a te, ktre jeszcze staly, pochylaly sie pod 
najdziwaczniejszymi katami, jakby jakis gigant dla rozrywki uderzal je dlonmi. Najpierw nie 
dostrzegl Simoosta, a potem zobaczyl, ze ogrodnik idzie jakims dziwnym zygzakiem wzdluz 
granicy sadu, wydeptujac s ciezke miedzy pochylonymi drzewami, zatrzymujac sie od czasu 
do czasu, by ktres z nich wyrwac. Czyzby w ten sposb spedzal teraz noce? Ghayrogowie 
sypiaja sezonowo po kilka miesiecy w roku, Etowan Elacca nie czul sie wiec zaskoczony, 
stwierdzajac,  ze Simoost pracuje noca - lecz podobne, bezcelowe zajecie wydawalo sie 
calkowicie nie w jego stylu. 
- Simoost? 
- Ach, to pan. Dzien dobry. 
- Xhama powiedziala, ze cie tu znajde. Czy dobrze sie czujesz? 
- Alez tak, panie. Czuje sie s wietnie. 
- Jestes pewien? 
- Alez oczywis cie, panie. Czuje sie  s wietnie. - Lecz glosowi Simoosta brakowalo 
przekonania. 
- Mglbys podejsc? Chcialem ci cos  pokazac. 
Ghayrog sprawial wrazenie, jakby dokladnie rozwazal te prosbe. Po chwili powoli 
ruszyl przed siebie, az doszedl do miejsca, w ktrym czekal na niego Etowan Elacca. Wezowe 
sploty wlosw, nie pozostajace w spoczynku ani przez chwile, poruszaly sie teraz szybkimi, 
nerwowymi ruchami, a z ciala bil zapach, ktry Elacca, doskonale znajacy Ghayrogw, 
nauczyl sie kojarzyc z przygnebieniem, z niepewnoscia. Simoost pracowal dla niego od 

dwudziestu lat i nigdy jeszcze nie pachnial w ten sposb. 
- Panie? 
- Co cie niepokoi, Simo oscie? 
- Alez nic, panie. Czuje sie doskonale, panie. Chcial mi pan cos pokazac? 
- To. - Etowan Elacca wyjal z kieszeni dlugi, zabkowany kiel, ktry znalazl ws rd 
sosninek. Pokazal go Ghayrogowi, mwiac: - Znalazlem go jakies  pl godziny temu, podczas 
przechadzki po ogrodzie. Zastanawialem sie, czy przypadkiem nie wiesz, co to wlas ciwie 
jest? 
 Pozbawione powiek oczy Simoosta poruszaly sie, jakby - niepewny siebie - nie potrafil 
skupic wzroku. 
- Kiel mlodego smoka morskiego - wyjasnil w koncu. - Przynajmniej tak mi sie wydaje. 
- Doprawdy? 
- Jestem tego calkiem pewien, panie. Czy byly tez inne? 
- Kilka. Chyba osiem. 
Simoost narysowal dlonia w powietrzu ksztalt rombu. 
- Ulozone w ten wzr? 
- Tak. - Etowan Elacca zmarszczyl brwi. - A skad wiesz? 
- To zwykly wzr. Ach, panie, jestesmy w niebezpieczenstwie, w wielkim 
niebezpieczenstwie! 
Doprowadzony do granic rozpaczy, Etowan Elacca powiedzial: 
- Specjalnie ukrywasz cos, uzywajac tych wszystkich niedomwien, prawda? Co to za 
zwykly" wzr? Jakie niebezpieczenstwo? Na Pania, Simooscie, powiedz mi zwyklymi 
slowami, co o tym wszystkim wiesz! 
Zapach Ghayroga stal sie ostrzejszy - mwil o silnym niepokoju, o strachu i 
zawstydzeniu. Simoost najwyrazniej szukal wlasciwych slw. 
- Czy wiesz, panie, dokad udali sie wszyscy twoi pracownicy? - spytal w koncu. 
- Mam wrazenie, ze do Falkynkip, pewnie szukaja pracy na ranczach hodowcw. Co to 
ma... 
 - Oni nie poszli do Falkynkip, panie, tylko dalej. Dalej na zachd. Do Pidruid. Beda 
czekac na nadejs cie smokw. 
- Co? 
- Chodzi o objawienie, panie. 
- Simooscie... 
- Wiec nie wiesz nic, panie, o objawieniu? 

Etowan Elacca poczul przyplyw takiego gniewu, jakiego nie doznal jeszcze w swym 
spokojnym, nie znajacym rade spelnionych marzen zyciu. 
- Nie, nie wiem nic o objawieniu - rzekl, za ledzwie powstrzymujac wybuch. 
- Opowiem ci, panie. Opowiem o wszystkim. 
Ghayrog milczal przez chwile, jakby prbowal znalezc wlasciwe slowa. Potem wzial 
gleboki oddech i zaczai mwic: 
- Istnieje starozytna wiara, ze w pewnym momencie nasz swiat czekaja wielkie 
problemy i caly Majipoor wpadnie w chaos. Mwi sie,  ze wtedy smoki morskie opuszcza 
ocean, wyjda na lad i oglosza nowe krlestwo, a takze zmienia nasza piane te nie do poznania. 
Czas ten bedzie znany jako czas objawienia. 
- Kto to wymyslil? 
- Wymys lil" to dobre slowo, panie. Mozna to nazywac wymyslem albo basnia, 
legenda. Wiemy, ze smoki morskie nie moga wyjsc z wody. Lecz wiara w objawienie jest 
bardzo popularna w pewnych kregach, niektrzy czerpia z niej wielka pocieche. 
- O kim mwisz? 
- Glwnie o ludziach ubogich, panie. Zwlaszcza o Lumenach, ale to nie ogranicza sie do 
jednej rasy. Slyszalem,  ze w objawienie wierza niektrzy Hjortowie i Skandarzy. Istot 
ludzkich to wlas ciwie nie dotyczy, a juz zwlaszcza arystokratw takich jak ty, panie. Ale jest 
wielu, ktrzy twierdza, ze teraz wlasnie nadszedl czas objawienia, ze zarazy i brak zywnosci 
to pierwsze oznaki klopotw, ze Koronal i Pontifex zostana wkrtce obaleni i rozpocznie sie 
czas rzadw smokw. Ci, ktrzy w to wierza, zdazaja teraz w strone miast na wybrzezu, w 
strone Pidruid, Narabal i Tilomon, by zobaczyc, jak smoki morskie wychodza na brzeg, i byc 
wsrd pierwszych wiernych, ktrzy oddadza im czesc. Ja wiem, ze to prawda, panie. Tak 
dzieje sie w calej prowincji - moge nawet zaryzykowac twierdzenie, ze na calym swiecie. 
Miliony ruszyly w strone wybrzeza 
- Jakie to zdumiewajace - powiedzial Etowan Elacca. - Z iluz rzeczy nie zdaje sobie 
sprawy, zamkniety tu, w swym wlasnym malym swiatku. - Przesunal palcami po kle malego 
smoka az do ostrego czubka, zacisnal dlon, poczul bl. - A to? Co to wlasciwie oznacza? 
- Z tego, co wiem, wynika, ze umieszczaja je tu i tam - jako znak objawienia i by 
oznaczyc droge do wybrzeza. Kilku zwiadowcw idzie przed masa pielgrzymw kierujacych 
sie na zachd; umieszczaja kly, a inni poruszaja sie wyznaczona droga. 
- Skad wiedza, gdzie umieszczone zostaly kly? 
- Wiedza, panie. Nie wiem skad. Byc moze wiedza ta przychodzi do nich w snach. Byc 
moze krlowie oceanu wysylaja przeslania, jak Pani albo Krl Snw. 

- Wiec wkrtce zadepcza nas hordy pielgrzymw? 
- Tak sadze, panie. 
Etowan Elacca kilkakrotnie uderzyl zebem po dloni. 
- Simooscie, dlaczego spedziles noc w sadzie? 
- Zbieralem sie na odwage, zeby wszystko panu powiedziec. 
- Czyzby wymagalo to wielkiej odwagi? Dlaczego? 
- Bo sadze, ze musimy uciekac, a wiem, ze nie bedziesz, panie, chcial uciekac, a ja nie 
chce zostawic cie samego, ale nie chce tez umrzec. Sadze,  ze jes li zostaniemy tu dluzej, 
bedziemy musieli umrzec. 
- Wiedziales  o smoczych klach w ogrodzie? 
- Widzialem, jak je umieszczono. Rozmawialem ze zwiadowcami. 
- Ach! Kiedy? 
- O plnocy, panie. Bylo ich trzech, dwch Liimeaw i Hjort. Powiedzieli, ze po ich 
s ladach ze wschodnich ztooccy Rozpadliny kieruje sie tu czterysta tysiecy ludzi. 
- Czterysta tysiecy ludzi przejdzie po mojej ziemi? - Tak sadze, panie. 
- A kiedy przejda, nic tu nie zostanie, prawda? Spadna. na nas jak szarancza. Wyjedza 
wszystkie nasze zapasy; mam. wrazenie, ze takze spladruja dom, zabija kazdego, kto wejdzie 
im w droge. Nie ze zlosci, to po prostu histeria. Czy ty takze tak to, widzisz, Simooscie? 
- Tak, panie. 
- Kiedy maja sie tu zjawic? 
- Za dwa dni. Moze za trzy. 
- A wiec wraz z Xhama powinnis cie odejsc dzis rano, prawda? Wszyscy powinni odejsc 
stad natychmiast. Powiedzialbym, ze do Falkynkip. Powinniscie zdazyc dojsc do Falkynkip, 
nim tlum tu dotrze, w miescie bedziecie bezpieczni. 
- Tu zostaniesz, panie? 
- Tak. 
- Blagam... 
- Nie, Simoos cie. 
- Zginiesz z pewnos cia! 
- Ja juz nie zyje, Simooscie. Po co mialbym uciekac do Falkynkip? Co bym tam robil? 
Ja juz nie zyje, czyzbys tego nie dostrzegl, Simooscie? Jestem duchem samego siebie. 
- Panie... panie... 
- Nie ma czasu do stracenia - stwierdzil Etowan Elacca - Powinienes zabrac zone i 
odejsc o plnocy, kiedy zobaczyles, jak ukladaja te kly. Idz. Idz. Juz! 

Etowan Elacca obrcil sie i zszedl zboczem, a kiedy przechodzil obok ogrodu, odlozyl 
zab w to miejsce, w ktrym go znalazl. 
Pznym rankiem Ghayrog i jego zona przyszli blagac go, by odszedl z nimi - niemal 
plakali, czego Etowan Elacca nigdy przedtem nie widzial u Ghayrogw; zdumiewajace, oczy 
Ghayrogw nie maja bowiem kanalikw lzowych. On jednak oparl sie ich namowom i w 
koncu odeszli bez niego. Wezwal wszystkich tych, ktrzy pozostali lojalni, zwolnil ich z 
pracy, dal im pieniadze, ktre mial w domu, i duza ilosc zywnosci ze spizarni. 
Tego wieczora sam przygotowal sobie kolacje - po raz pierwszy w zyciu. Mial 
wrazenie,  ze jak na nowicjusza spisal sie calkiem niezle. Otworzyl ostatnia butelke wina 
palmowego i wypil go nieco wiecej niz zazwyczaj. To, co dzialo sie ze swiatem, wydawalo 
mu sie bardzo dziwne, trudne do zaakceptowania; wino jednak pomoglo mu zrozumiec. Ilez 
tysiecy lat pokoju minelo na tym jakze przyjaznym, jakze gladko funkcjonujacym swiecie. 
Pontifex i Koronal, Pontifex i Koronal, plynne zmiany miedzy Gra Zamkowa i Labiryntem; 
wladcy rzadzili zawsze z woli wiekszos ci, w interesie wszystkich; choc oczywiscie niektrzy 
mieli w tym wiekszy interes niz inni, nikt jednak nie byl glodny, kazdy zapewnione mial 
minimum egzystencji. Z nieba spadly trujace deszcze, wiedly rosliny w ogrodach, zboza 
ulegaly zatruciu, zaczynal sie gld, rodzily sie nowe religie, zglodniale, dzikie tlumy 
zmierzaly w strone morza. Czy Koronal cos o tym wie? Pani na Wyspie? Krl Snw? Co sie 
robi, by temu zapobiec, by naprawic swiat? Co mozna uczynic? Jakie to lagodne sny Pani 
zdolaja wypelnic puste zoladki? Jakie to grozne sny Krla wstrzymaja tlumy? Czy Pontifex, 
jesli w ogle istnieje jakis Pontifex, wyjdzie z Labiryntu i oglosi uroczysta proklamacje? Czy 
Koronal bedzie wedrowal od prowincji do prowincji, wzywajac do zachowania spokoju? Nie, 
nie, nie. To koniec, pomyslal Etowan Elacca. Jaka szkoda, ze nie nastapil za dwadziescia lat, 
moze za trzydziesci, ze nie umre spokojnie w mym ogrodzie, wciaz kwitnacym. 
W nocy czuwal, lecz wszedzie panowal spokj. 
O swicie wyobrazil sobie, ze slyszy pierwsze odglosy napierajacego ze wschodu tlumu. 
Obszedl dom, otwierajac wszystkie drzwi, by w poszukiwaniu jedzenia i wina ludzie 
wyrzadzili tak malo szkd, jak to tylko mozliwe. Jego dom byl piekny, Etowan Elacca kochal 
go i mial nadzieje, ze uniknie on zniszczenia. 
Potem poszedl do ogrodu, pomiedzy swe zwiedle, zeschle rosliny. Uswiadomil sobie, ze 
wiele z nich przetrwalo fioletowy deszcz; wiecej niz poczatkowo sadzil, gdyz przez ostatnie 
przygnebiajace miesiace widzial tylko to, co zniszczone. Zarloczne rosliny nadal zyly, i 
drzewa kwiatw nocy, niektre z androdragmw, drzewa dwikka, pnacza sihornisz, nawet 
delikatne drzewa pecherzowe. 

Chodzil posrd nich godzinami. Myslal o oddaniu sie zarlocznym ros linom, ale bylaby 
to wstretna smierc, pomyslal, powolna, krwawa, nieelegancka, a chcial, by mwiono o nim, 
jesli pozostanie ktos, kto mglby opowiedziec jego historie, ze Etowan Elacca byl elegancki 
do samej smierci. W koncu podszedl ku pnaczom sihornisz, obwieszonym zltymi, 
niedojrzalymi owocami. Dojrzale nalezaly do najwytworniejszych przysmakw, lecz zlte 
byly smiertelna trucizna. Stal pod nimi przez dluga chwile, nie bal sie, nic a nic, po prostu nie 
byl jeszcze gotowy. Nagle dobiegl go dzwiek, tym razem rzeczywisty, nie wyobrazony; ostre 
glosy ludzi z miasta, wielu ludzi, dobiegly do jego uszu na skrzydlach lekkiego wschodniego 
wiatru. Teraz juz byl gotowy. Wiedzial,  ze bardziej elegancko byloby zaczekac, az sie 
pojawia, powitac ich w posiadlosci, podac najlepsze wina i taka kolacje, jaka mgl 
przyrzadzic z pozostalych zapasw, lecz przeciez bez sluzby jego goscinnosc znacznie by 
ucierpiala, a poza tym i tak nigdy nie przepadal za ludzmi z miasta, a zwlaszcza gdy 
przybywali do niego jako nie zaproszeni goscie. 
Po raz ostatni spojrzal na drzewa dwikka i drzewa pecherzowe i nieprzyjemne halatingi, 
ktre jakims cudem ocalaly, polecil dusze Pani, poczul, jak w oczach zbieraja mu sie lzy. Nie 
sadzil, by wlasciwe bylo rozplakac sie akurat teraz, wiec podnisl do ust zlty owoc i z calej 
sily wbil zeby w jego twardy, niedojrzaly miazsz. 
 

8 
 
Choc zamierzala tylko na chwilke dac odpoczac zmeczonym oczom, nim zabierze sie 
do gotowania obiadu, Elsinome, gdy tylko sie polozyla, ogarnal gleboki, mocny sen i 
przenisl ja w mgliste krlestwo zltych cieni i rzowych niczym z gumy wzgrz; choc nie 
spodziewala sie przeslania podczas zwyklej drzemki przed obiadem, pograzajac sie w 
glebszym snie, czula najdelikatniejszy nacisk na wrota duszy i wiedziala juz, ze dociera do 
niej obecnosc Pani. 
Elsinome nie odpoczywala ani przez sekunde. Nigdy w zyciu nie pracowala tak ciezko 
jak przez te kilka ostatnich dni, gdy do Labiryntu dotarla wiadomosc o kryzysie na zachodzie 
Zimroelu. Kawiarnie od rana do wieczora wypelniali zaniepokojeni urzednicy Pontyfikatu, 
wymieniali miedzy soba najs wiezsze informacje przy jednej lub kilku butelkach 
wysmienitego Muldemar lub doskonalego, zlotego wina z Dulorn; kiedy tak sie bali, 
zamawiali tylko to, co najlepsze. Tak wiec musiala nieustannie biegac tam i z powrotem, 
zonglujac zapasami i wysylajac dodatkowe zamwienia do handlarzy. W pewien sposb bylo 
to nawet podniecajace, przynajmniej na poczatku; czula sie niemal tak, jakby osobiscie 
uczestniczyla w krytycznych chwilach tworzacych historie. Teraz jednak mogla juz mys lec 
wylacznie o zmeczeniu. 
Ostatnia mysl przed zasnieciem poswiecila Hissune'owi... ksieciu Hissune'owi; ciagle 
jeszcze uczyla sie tak o nim myslec. Od miesiecy nie miala od niego zadnej informacji, nie 
slyszala nic od chwili, gdy nadszedl ten zdumiewajacy list, jakze podobny do snu, z 
informacja,  ze powolano go do najwyzszych kregw Gry Zamkowej. Po tym liscie syn 
zaczal sie jej wydawac kims  nierealnym; nie byl to juz w koncu maly, bystrooki, sprytny 
chlopak, ktry zabawial ja, pocieszal i pomagal przezyc, lecz obcy w pieknych szatach, 
spedzajacy dni na radach, wsrd moznych krlestwa, prowadzacy niewyobrazalne wrecz 
dyskusje o ostatecznym losie tego swiata. Pod powiekami widziala obraz syna siedzacego za 
wielkim stolem wypolerowanym do lustrzanego polysku, w towarzystwie starszych mezczyzn 
o rysach, ktrych wprawdzie nie dostrzegala wyraznie, lecz z ktrych promieniowalo 
dostojenstwo i wladza; wszyscy oni patrzyli na przemawiajacego wlasnie Hissune'a. Nagle 
scena ta znikla, Elsinome dostrzegla zlte chmury i rzowe wzgrza, i Pani weszla w jej 
umysl. 
Bylo to najkrtsze z przeslan. Znalazla sie na Wyspie - dostrzegla pionowe, biale skalne 
klify i kregi tarasw, umieszczonych jeden nad drugim, wiedziala wiec, ze to Wyspa, choc 
nigdy tam nie byla i w ogle nigdy nie opuscila Labiryntu - i w senny, spokojny sposb szla 

ogrodem, ktry najpierw sprawial wrazenie idealnego, a potem, niepostrzezenie, stal sie 
ciemny, zbyt zarosniety. Towarzyszyla jej Pani, ciemnowlosa kobieta w bialych szatach, 
sprawiajaca wrazenie smutnej i zmeczonej, w niczym niepodobna do tej silnej, cieplej, 
wsplczujacej osoby, ktra Elsinome znala z wczesniejszych przeslan - Pani byla pochylona z 
troski, oczy miala podpuchniete i podkrazone, ruchy niepewne. Podziel sie ze mna swa sila" 
- szepnela, a Elsinome pomyslala, ze wszystko jest tu nie tak, przeciez Pani przychodzi, by 
dac sile, nie po to, by ja odbierac. Lecz Elsinome ze snu, wysoka, silna, wokl ktrej glowy i 
ramion tanczyly promienie swiatla, nie zawahala sie. Przytulila Pania, przycisnela do piersi i 
trzymala w silnym uscisku, a Pani westchnela i wydawalo sie, jakby jej bl nieco zelzal. 
Potem obie kobiety rozdzielily sie i Pani, opromieniona blaskiem, ktry kiedys otaczal 
Elsinome, dotknela warg dlonia, przeslala jej pocalunek i znikla. 
To wszystko. Zaskakujaco nagle Elsinome ocknela sie, patrzac na znajome, obdrapane 
s ciany swego mieszkania na Dziedzincu Guadelooma. Przesycala ja aura przeslania, co do 
tego nie bylo najmniejszych watpliwosci, lecz otrzymywane niegdys przeslania pozostawialy 
ja zawsze z poczuciem, ze ma do czego dazyc, ukazywaly nowe kierunki dzialania; po tym 
pozostalo tylko zdumienie. Nie rozumiala sensu takiego przeslania, lecz byc moze dopiero z 
czasem sens ten stanie sie jasny, pomyslala, za dzien, za dwa dni. 
Uslyszala dzwieki dobiegajace z pokoju crek. 
- Ailimoor? Maraune? 
Nie odpowiedzialy. Elsinome zajrzala do ich pokoju i dostrzegla, jak pochylaja sie nad 
jakims niewielkim przedmiotem, ktry Maraune natychmiast schowala za plecami. 
- Co tam chowasz? 
- Nic takiego, mamo. Zwykly drobiazg. 
- Co za drobiazg? 
- Amulet. Tak jakby. 
Cos w tonie crki sprawilo, ze Elsinome nabrala podejrzen. 
- Chce go zobaczyc. 
- Przeciez to nic waznego. 
- Pokaz! 
Maraune rzucila szybkie spojrzenie starszej siostrze. Ailimoor, niepewna siebie i 
najwyrazniej zaklopotana, tylko wzruszyla ramionami. 
- To sprawa osobista. Czy dziewczeta nie maja juz prawa do odrobiny samotnosci? 
Elisnome wyciagnela dlon. Maraune westchnela, po czym z wahaniem podala matce 
maly kiel smoka morskiego, pokryty delikatnym i niepokojaco tajemniczym reliefem, 

skladajacym sie glwnie z katw ostrych. Elsinome, nadal otoczona aura swego szczeglnego 
przeslania, uznala amulet za zlowrogi, grozny. 
- Skad go masz? 
- Wszyscy je maja, mamo. 
- Pytam, kto ci to dal? 
- Vanimoon. Wlasciwie to siostra Vanimoona, Shulaire, ale ona dostaje je od niego. 
Mozesz mi go oddac? 
- Wiesz, co to cos oznacza? 
- Oznacza? 
- Slyszalas pytanie? Co on oznacza? Maraune tylko wzruszyla ramionami. 
- Nic nie oznacza. To tylko amulet. Mam zamiar wywiercic dziurke i nosic go na 
rzemyku. 
- Spodziewasz sie, ze w to uwierze? Maraune zamilkla. Odezwala sie za to Ailimoor: 
- Mamo, ja... - powiedziala i przerwala. 
- Mw dalej. 
- To tylko zabawka, mamo. Wszyscy je maja. Krazy jakas glupia liimenska gadka, ze 
smoki sa bogami, ze podbija  s wiat,  ze wszystkie ostatnie klopoty to oznaka tego, co ma 
nadejsc. Ludzie opowiadaja, ze jes li nosi sie kiel smoka, bedzie sie zbawionym, gdy smoki 
wyjda na brzeg. 
- Nie ma w tym nic nowego. Takie bzdury ludzie opowiadaja od tysiecy lat. Lecz nigdy 
glosno, zawsze szeptem, bo to niebezpieczne, chore szalenstwo. Smoki morskie to bardzo 
wielkie ryby i nic poza tym. Bogini opiekuje sie nami, chroni nas przez Koronala, Pontifexa i 
Pania. Rozumiecie? Rozumiecie? - powiedziala Elsinome bardzo chlodnym tonem. 
Jednym szybkim, gniewnym ruchem zlamala rzezbiony kiel na pl i rzucila polwki 
Maraune. Crka odpowiedziala jej spojrzeniem pelnym takiego gniewu, jakiego Elsinome 
nigdy przedtem nie widziala u swych dzieci. Obrcila sie szybko i poszla do kuchni. Dlonie 
jej drzaly, chld przenikal do szpiku kosci i jesli przeslanie od Pani - przeslanie, ktre 
wydawalo sie teraz odlegle o cale tygodnie - w ogle ofiarowalo jej spokj, nie pozostal teraz 
po nim najmniejszy nawet slad. 
 

9 
 
Wejscie do portu w Numinorze wymagalo zrecznosci zreczniejszego pilota, kanal 
bowiem byl waski, prady silne, a piaszczyste dno zmienialo uksztaltowanie z godziny na 
godzine. Stojaca przy sterze Pandelume wydawala sie jednak pewna siebie i spokojna, 
polecenia wydawala energicznymi gestami; krlewski statek plynal szybko, minal najwezsze 
miejsce kanalu i znalazl sie na wielkiej, bezpiecznej redzie; jedynej istniejacej po tej stronie 
Wyspy Snu, ktra obrcona byla na Alhanroel, przerywajacy gigantyczna kredowa  sciane 
Pierwszego Zbocza. 
- Juz stad czuje obecnosc matki - powiedzial Valentine, kiedy przygotowywali sie do 
zejs cia na brzeg. - Czuje ja jak zapach kwiatw alabandyny unoszacy sie na wietrze. 
- Czy Pani zejdzie dzis, by nas powitac? 
- Bardzo watpie. Zwyczaj nakazuje, by syn udal sie do matki, nie matka do syna. 
Pozostanie w Swiatyni Wewnetrznej i jak przypuszczam - przysle hierarchw, by spotkali sie 
tu z nami. 
Grupa dostojniczek rzeczywiscie czekala na nich na nabrzezu. Pomiedzy kobietami 
ubranymi w zlote szaty z czerwonymi ozdobami byla jedna znana mu doskonale: surowa 
bialowlosa Lorivade, ktra podczas wojny o odzyskanie tronu towarzyszyla mu w podrzy na 
Gre Zamkowa, uczac go technik transu i projekcji umyslowej, ktre praktykowano na 
Wyspie. Takze i inna postac w tej grupie wydawala mu sie znajoma, choc nie potrafil 
powiedziec, skad wlasciwie ja zna, az do chwili kiedy mu sie przedstawila - gdy wypowiadala 
swe imie, przypomnial ja sobie, przypomnial sobie Talinot Esulde - smukla, zagadkowa 
pierwsza przewodniczke w pielgrzymce po Wyspie, dawno, dawno temu. Miala wtedy 
ogolona glowe, nie potrafil odgadnac jej plci, sadzac po wzroscie wydawala mu sie 
mezczyzna, z delikatnosci rysw i kruchej budowy ciala - kobieta. Wraz z awansem w 
wewnetrznej hierarchii Wyspy pozwolono jej zapuscic wlosy; dlugie, jedwabiste, zlote jak u 
Valentine'a, lecz znacznie delikatniejsze, nie pozostawialy watpliwos ci, ze jest kobieta. 
- Przynosimy ci wiesci, panie - powiedziala Lorivade. - Jest ich wiele, lecz obawiam sie, 
ze zadna dobra. Lecz najpierw zaprowadzimy cie do komnat krlewskich. 
W porcie numinorskim znajdowal sie dom nazywany Siedem Scian. Znaczenia tej 
nazwy nie znal nikt, byla tak stara, ze jej zrdla dawno zostaly zapomniane. Wzniesiono go 
na blankach miasta, nad morzem, frontem obrcony byl ku Alhanroelowi, a tylem ku 
potrjnemu chroniacemu Wyspe murowi, zbudowano go z wielkich blokw czarnego granitu 
wydobywanego w kamieniolomach plwyspu Stoienzar, idealnie do siebie pasujacych, 

zestawionych bez zaprawy. Jedyna jego funkcja bylo sluzenie za siedzibe odwiedzajacym 
Wyspe Koronalom, nie uzywano go wiec czasem przez cale lata, a jednak mnstwo sluzby 
trzymalo go zawsze w gotowosci, jakby Koronal mgl pojawic sie na Wyspie nagle, bez 
zapowiedzi, i udac tam w chwile po wyladowaniu. 
Dom w byl stary, tak stary jak sam Zamek, starszy - jak wynikalo z badan 
archeologicznych - od swiatyn i swietych tarasw istniejacych teraz na Wyspie. Wedlug 
legendy wybudowala go na przyjecie syna, Lorda Stiamota, jego matka, slynna Lady Thiin, 
kiedy odwiedzil on Wyspe po zakonczeniu wojen z Metamorfami, osiem tysiecy lat temu. 
Niektrzy twierdzili, ze nazwa Siedem Scian pochodzi od umieszczenia podczas budowy, w 
fundamentach gmachu, cial siedmiu Zmiennoksztaltnych, ktrych Lady Thiin sciela 
wlasnorecznie podczas ataku Metamorfw na Wyspe, lecz szczatkw takich nie znaleziono 
podczas regularnych rekonstrukcji domu, a poza tym wsplczesni historycy powatpiewali, 
czy Lady Thiin, choc niewatpliwie postac prawdziwie bohaterska, rzeczywiscie osobiscie 
brala udzial w bitwie o Wyspe. Wedlug innej tradycji, na centralnym dziedzincu stala niegdys  
siedmioboczna kaplica wzniesiona przez Lorda Stiamota ku czci jego matki, udzielajac nazwy 
calemu budynkowi. Kaplica ta - tak przynajmniej glosila opowiesc - zostala rozebrana w 
dzien smierci Koronala, a nastepnie przetransportowana do Alaisor, gdzie stala sie podstawa 
jego grobu. Tego takze nie sposb bylo udowodnic, na dziedzincu nie pozostal zaden slad po 
stojacej tam niegdys siedmiobocznej budowli, nie bylo juz zadnej szansy na podjecie badan 
grobu Lorda Stiamota celem stwierdzenia, jakie tajemnice zawieraja jego fundamenty. Sam 
Valentine wolal inne wyjasnienie tej nazwy gloszace,  ze Siedem S cian to tylko bledne 
przetlumaczenie na majipoorski zdania w jezyku Metamorfw, brzmiacego: Miejsce, gdzie 
skrobie sie ryby", odnoszacego sie do prehistorycznych czasw, w ktrych wybrzezy Wyspy 
uzywali w tym wlasnie celu rybacy z rasy Zmiennoksztaltnych,  zeglujacy z Albaniiroelu. 
Wydawalo sie nieprawdopodobne, by prawda kiedykolwiek wyszla na jaw. 
Koronala przybywajacego do Siedmiu Scian obowiazywaly pewne rytualy majace 
zaznaczyc,  ze opuszcza swiat czynw - swe dominium - i przenosi sie w swiat duchowy, 
dominium Pani. Podczas gdy Valentine im sie oddawal: ceremonialnej kapieli, spaleniu 
aromatycznych zil, medytacji w sali, ktrej azurowe sciany zrobiono z odlamkw marmuru, 
z jego polecenia Carabella czytala wiadomosci, ktre gromadzily sie tu podczas spedzonych 
na morzu tygodni; gdy powrcil, oczyszczony i spokojny, z powaznego wyrazu jej oczu 
odczytal natychmiast, ze oddal sie rytualom za wczesnie, ze natychmiast musi wracac do 
s wiata czynw. 
- Jak zle jest naprawde? - spytal. 

- Chyba nie moze byc gorzej, panie. 
Podala mu plik dokumentw zlozony tak, by ten, ktry znajdowal sie na wierzchu, dal 
jakies pojecie o tym, co znajduje sie w innych. Nieurodzaj w siedmiu prowincjach... powazne 
braki  zywnosci w wielu czesciach Zimroelu... poczatki masowej migracji z wnetrza 
kontynentu ku miastom na zachodnim wybrzezu... nagly rozkwit nie znanego przedtem kultu 
religijnego, apokaliptycznego, gloszacego koniec swiata, opierajacego sie na wierze, ze smoki 
morskie sa istotami nadprzyrodzonymi i wkrtce wyjda na brzeg, by oglosic narodziny nowej 
epoki w dziejach swiata... 
Valentine podnisl wzrok, przerazony i zdumiony. 
- I wszystko to w tak krtkim czasie? 
- To tylko czes ciowe raporty, Valentinie. Nikt nie wie, co wlasciwie dzieje sie tam 
teraz... odleglosci sa tak ogromne, kanaly komunikacyjne tak niepewne... 
Kurczowo scisnal jej dlon. 
- Dzieje sie dokladnie to, co przepowiedzialy moje senne wizje. Nadchodzi ciemnosc - i 
tylko ja stoje na jej drodze. 
- Sa ludzie, ktrzy zastapia jej droge wraz z toba, kochanie. 
- Przeciez wiem. I jestem im za to wdzieczny. Lecz w najwazniejszej chwili bede sam. 
Co wtedy zrobie? - Usmiechnal sie  zalosnie. - Byl taki czas, kiedy zonglowalismy w 
Dulorenskim Cyrku Nieustajacym, pamietasz, dopiero zaczynalem zdawac sobie sprawe z 
tego, kim naprawde jestem. Rozmawialem z Deliamberem, powiedzialem mu, ze byc moze 
wola Bogini jest, by mnie pozbawic tronu, byc moze to lepiej dla Majipooru, ze moje imie i 
miejsce zajal uzurpator, gdyz ja nie mam ochoty rzadzic, a on moze okazac sie madrym 
wladca. Deliamber sprzeciwil sie temu goraco, twierdzac,  ze tylko jedna osoba moze byc 
prawnym, namaszczonym krlem, ze ja nia jestem i ze musze wrcic na wlasciwe miejsce. 
Powiedzialem mu: Zadasz ode mnie bardzo wiele", a on na to: To historia zada bardzo 
wiele. Historia wymaga, by na tysiacu s wiatach, w ciagu wielu tysiecy lat, istoty inteligentne 
wybieraly miedzy anarchia i porzadkiem, miedzy tworzeniem i niszczeniem, miedzy 
rozsadkiem a nierozsadkiem". Dodal nastepnie: To wazne, nawet bardzo wazne, kto ma, a 
kto nie ma byc Koronalem". Nie zapomnialem tych jego slw i nigdy ich nie zapomne. 
- Jak mu odpowiedziales? 
- Powiedzialem: Tak", a potem dodalem: Byc moze", a on na to: Bedziesz wahal sie 
miedzy tak a byc moze jeszcze przez dlugi czas, lecz tak w koncu zwyciezy". I 
rzeczywiscie zwyciezylo - odzyskalem tron, a mimo to z dnia na dzien oddalamy sie od 
porzadku, tworzenia, rozsadku, zblizajac sie ku anarchii, niszczeniu i nierozwadze. - 

Valentine spojrzal w oczy Carabelli, w jego spojrzeniu byl bl. - Czyzby wiec Deliamber sie 
mylil? Czy rzeczywiscie takie znaczenie ma to, kto powinien, a kto nie powinien byc 
Koronalem? Uwazam sie za dobrego czlowieka, czasami mam nawet wrazenie,  ze rzadze 
madrze, a przeciez mimo to nasz swiat sie rozpada, Carabello; rozpada sie mimo mych 
najwiekszych wysilkw - a moze z ich powodu? Nie wiem. Byc moze lepiej byloby dla 
wszystkich, gdybym pozostal wedrownym zonglerem. 
- Och, Valentinie, jak niemadre sa te slowa! 
- Niemadre? 
- Czy chcesz powiedziec,  ze gdybys pozwolil rzadzic Domininowi Barjazidowi, tego 
roku lusavender obrodzilby obficie? Jak mozna winic ciebie za nieurodzaj na Zimroelu? To 
kleski naturalne, spowodowane naturalnymi przyczynami, znajdziesz madry sposb, zeby sie 
z nimi uporac, zawsze bowiem postepujesz madrze i zostales wybrany przez Boginie. 
- Zostalem wybrany przez ksiazeta Gry Zamkowej. To ludzie, ktrzy popelniaja bledy. 
- Podczas wyboru Koronala przemawia przez nich Bogini. A Bogini nie chce uczynic z 
ciebie narzedzia zniszczenia Majipooru. Doniesienia sa powazne, lecz nie przerazajace. Za 
kilka dni spotkasz sie z matka, ona natchnie cie sila i otucha, potem pojedziemy na Zimroel, 
gdzie wszystko naprawisz. 
- Mam nadzieje, Carabello. Ale... 
- Wiesz, a nie masz nadzieje". Powiem ci jeszcze jedno, panie, ze kiedy przemawiasz 
tak ponuro, nie rozpoznaje w tobie mezczyzny, ktrego znam. - Postukala palcem w plik 
dokumentw. - Nie mam zamiaru niczego lekcewazyc, lecz sadze, ze wiele mozemy zrobic, 
by zawrcic ciemnosc z jej drogi... i ze to zrobimy. 
Valentine powoli skinal glowa. 
- I ja tak uwazam. Przynajmniej przez wiekszosc czasu. Ale kiedy indziej... 
- Wiec kiedy indziej" lepiej nie myslec w ogle! - Rozleglo sie pukanie do drzwi. - 
Doskonale! Przerwano nam i dzieki niech beda za to, gdyz meczy mnie sluchanie tego, co 
mwisz, kiedy jestes  taki ponury, kochanie. 
Wpuscila do pokoju Talinot Esulde. Kaplanka powiedziala: 
- Panie, twa matka Pani przybyla i pragnie spotkac sie z toba w Sali Szmaragdowej. 
- Moja matka jest tu? Przeciez mialem udac sie do niej jutro, do Swiatyni Wewnetrznej! 
- Ona przybyla do ciebie - odparla niewzruszona Talinot Esulde. 
Sala Szmaragdowa byla studium w zieleni: zielone sciany z ornamentem wezowym, 
podlogi z zielonego onyksu, przezroczyste plyty zielonego jadeitu zastepujace szyby w 
oknach. Pani stala posrodku pokoju, pomiedzy dwiema wielkimi tanigalami w donicach, 

pokrytymi oszalamiajacy mi kwiatami w kolorze metalicznej zieleni - znajdowaly sie tu tylko 
one. Valentine podszedl do niej szybko. Wyciagnela ku niemu rece, a kiedy zetknely sie ich 
palce, poczul znajome drzenie energii, ktra promieniowala z matki, swietej sily bedacej 
niczym strumien napelniajacy studnie, sily, ktrej nabrala w ciagu lat najintymniejszych 
kontaktw z miliardami dusz mieszkancw Majipooru. 
Wiele razy rozmawial z matka we snie, lecz nie widzial sie z nia od lat i nie byl 
przygotowany na zmiany, jakie zaszly w niej od ich ostatniego spotkania. Nadal byla piekna - 
czas nie zdolal tego zmienic - lecz lata otoczyly ja najdelikatniejszym z welonw, czarne 
wlosy nie lsnily juz jak niegdys, cieplo w jej oczach mniej grzalo, skra na ciele wydawala sie 
odrobine obwisla. Postawe nadal miala jednak tak krlewska jak niegdys i - jak zwykle - 
ubrana byla we wspaniale biale szaty, za uchem miala kwiat, a na czole srebrna opaske Pani; 
postac pelna wdzieku, majestatu, sily i niewyczerpanego wsplczucia. 
- Matko! Wreszcie. 
- Ilez to lat minelo, Valentinie. Ilez lat. 
Delikatnie dotknela twarzy, ramion, dloni syna. Palce spoczely na jego ciele delikatnie 
jak pirko, a jednak pozostawily po sobie wibracje, tak wielka byla zawarta w tej kobiecie 
sila. Swiadomym wysilkiem woli musial przypominac sobie, ze nie jest boginia, lecz istota z 
krwi i kosci, narodzona z ciala, ze dawno, dawno temu byla  zona Najwyzszego Doradcy 
Damidane'a, ze urodzila dwch synw, z ktrych jednym byl on, ze niegdys tulila go do 
piersi, ze radosnie sluchal jej cichych slw,  ze to ona wycierala mu buzie z ziemi, kiedy 
konczyly sie zabawy i wracal do domu, ze po burzach dziecinstwa plakal w jej ramionach, ze 
czerpal od niej sile i madrosc. Dzialo sie to tak dawno temu, ze niemal w innym zyciu. Kiedy 
Bogini swym berlem wskazala rodzine Najwyzszego Doradcy Damidane'a i wyniosla Voriaxa 
na tron Koronala, tym samym wyniosla matke Voriaxa na tron Pani na Wyspie i zadne z nich, 
nawet w rodzinie, nie bylo juz traktowane jak zwykly  s miertelnik. Od tej chwili do dzis  
Valentine nie potrafil myslec o matce po prostu jako o matce, ona bowiem miala na czole 
srebrna obrecz, mieszkala na Wyspie w majestacie Pani, a pociecha i madroscia, niegdys  
przeznaczonymi dla niego, dzielila sie teraz z calym swiatem, patrzacym na nia z szacunkiem 
i nadzieja. A gdy po raz drugi Bogini skinela berlem i na miejsce Voriaxa wyniosla jego, gdy 
on przestal byc zwyklym czlowiekiem i stal sie prawdziwie mitycznym herosem, nadal 
zachowal podziw i szacunek dla Pani, gdyz nie mial podziwu i szacunku dla swej osoby - jako 
Koronala i jako nie-Koronala - nie potrafil patrzec na siebie z podziwem i szacunkiem, 
ktrym darzyli go inni, a ktrym on darzyl matke. 
Jednak nim zwrcili sie ku sprawom wyzszym, przez chwile rozmawiali prywatnie. 

Mwil jej, co wiedzial o zyciu jej siostry Galiary i brata, Saita ze Stee, o Diwisie, Mirigancie i 
crkach Voriaxa. Ona pytala go, czy odwiedza rodzinne posiadlosci w Halanx, czy czuje sie 
szczes liwy na Zamku, czy nadal tak kochaja sie z Carabella, sa sobie tak bliscy. Napiecie 
powoli odplywalo mu z duszy, zaczynal czuc sie tak, jakby byl kims  rzeczywistym, 
prawdziwym, jakims  pomniejszym ksiazatkiem z Gry, odwiedzajacym matke, ktra osiedlila 
sie daleko, lecz ciagle byla spragniona wiadomos ci z domu. Lecz na dluzsza mete nie sposb 
bylo uniknac prawdy o jej pozycji i kiedy rozmowa zaczela stawac sie nieszczera, 
prowadzona na sile, powiedzial juz innym tonem: 
- Powinnas pozwolic sie odwiedzic we wlasciwy sposb, matko. To nie wypada - Pani 
opuszcza Wewnetrzna Swiatynie i pojawia sie w Siedmiu Scianach! 
- Takie formalnos ci nie bylyby madre, nie w tej sytuacji. Dzieje sie bardzo wiele, trzeba 
podjac odpowiednie kroki. 
- A wiec otrzymalas wiesci z Zimroelu? 
- Oczywis cie. - Dotknela obreczy. - To przynosi mi wszystkie wiadomosci z 
szybkos cia, z jaka porusza sie mysl. Och, Valentinie, jak nieszczesna jest chwila naszego 
spotkania! Wyobrazalam sobie, ze w trakcie objazdu przybedziesz tu szczesliwy, a teraz gdy 
wreszcie przybyles, wyczuwam w tobie tylko bl, watpliwosci i strach przed tym, co ma 
nadejsc. 
- Co widzisz, matko? Co ma nadejsc? 
- Czy sadzisz, ze znam sposb przepowiadania przyszlos ci? 
- Z niezwykla jasnoscia widzisz terazniejszosc. Sama powiedzialas,  ze otrzymujesz 
wiadomosci zewszad. 
- To, co widze, jest niejasne, mgliste. Na swiecie dzieja sie rzeczy, ktrych nie 
rozumiem. Porzadek spoleczny zostal powtrnie zagrozony. Koronal pograzyl sie w rozpaczy. 
To widze jasno. Czemu rozpaczasz, Valentinie? Czemu jest w tobie tyle strachu? Jestes 
synem Damiandane'a, bratem Voriaxa, a on i nie znali rozpaczy, rozpacz nie ma tez miejsca w 
mej duszy - sadzilam, ze takze i w twojej. 
- Swiat cierpi, czego dowiedzialem sie zaraz po przyjezdzie na Wyspe, a jego cierpienia 
ciagle sie zwiekszaja. 
- Czy to powd, by rozpaczac? Powinno to tylko wzmc pragnienie, by go uleczyc, tak 
jak niegdys juz go uleczyles. 
- A jednak po raz drugi za mych rzadw widze grozbe wiszaca nad Majipoorem. 
Rozumiem tedy - mwil dalej Valentine - ze moje rzady do tej pory byly nieszczesliwe, a 
beda jeszcze gorsze, jesli zarazy, plagi i paniczna migracja nie ustana, lecz wzrosna. Boje sie, 

ze spadla na mnie jakas klatwa. 
Dostrzegl przez moment gniew w oczach matki, co po raz kolejny przypomnialo mu o 
niezwyklej sile jej ducha, o stalowej dyscyplinie i bezgranicznym poswieceniu w 
sprawowaniu obowiazkw, kryjacych sie za zaslona cieplej, lagodnej postaci. Na swj sposb 
byla tak silna wojowniczka jak slynna Lady Thiin z dawnych czasw, walczaca na murach 
Wyspy przeciw Metamorfom. Ta Pani zdolna bylaby pjsc w jej slady, gdyby zaistniala taka 
koniecznosc. Wiedzial, ze nie tolerowala slabosci w swych synach ani uzalania sie nad soba, 
ani poczucia beznadziejnosci, bo sama nie miala zadnej z tych cech. Przypomniawszy sobie o 
tym wszystkim, poczul takze, jak czesc z jego najczarniejszych mysli znika i ulatuje. 
Pani powiedziala lagodnie: 
- Bierzesz wine na siebie bez zadnego powodu. Jesli nad swiatem wisi klatwa, a sadze, 
ze tak jest, nie wisi ona znad szlachetnym i cnotliwym Koronalem, lecz nad nami wszystkimi. 
Nie masz powodu, by sie wstydzic; zwlaszcza ty, Valentinie. Nie ty sciagnales na nas te 
klatwe - raczej jestes najlepszym kandydatem, by ja uchylic. Lecz by to zrobic, musisz 
dzialac, i to szybko. 
- A jakaz to klatwa? 
- Dostales  niegdys srebrny diadem, taki sam jak mj. Czy zabrales go ze soba w te 
podrz? - spytala Pani, dotykajac palcami czola. 
- Zawsze go mam przy sobie. 
- A wiec zalz go. 
Valentine wyszedl z sali, zamienil kilka slw z czekajacym za drzwiami Sleetem; 
wkrtce tez pojawil sie sluzacy z wysadzana drogimi kamieniami szkatulka, w ktrej 
przechowywano diadem. Dostal go od Pani, gdy po raz pierwszy pojawil sie na Wyspie jako 
pielgrzym, podczas lat spedzonych na wygnaniu. Dzieki niej, w polaczeniu z umyslem matki, 
otrzymal ostateczny dowd na to, ze prosty zongler z Pidruid i Lord Valentine, Koronal 
Majipooru, to jedna i ta sama osoba, dzieki niej bowiem, i dzieki matce, wrcily do niego 
wspomnienia dziecinstwa. Kaplanka Lorivade nauczyla go potem, jak dzieki diademowi 
moze wejsc w trans, podczas ktrego moze siegac umyslw innych ludzi. Od chwili 
powtrnego wstapienia na tron Valentine prawie go nie uzywal, jako ze diadem byl 
symbolem wladzy Pani, nie Koronala, a jedna Potega Majipooru nie powinna wkraczac w 
kompetencje innej. Teraz znw zalozyl go na czolo, a Pani - jak to sie juz raz zdarzylo na 
Wyspie dawno, dawno temu - nalala mu kielich ciemnego, slodkiego, smakujacego 
przyprawami wina snw, ktre otwieralo umysl dla innego umyslu. 
Wypil je jednym haustem, ona takze go skosztowala; czekali przez chwile, az ujawni sie 

jego efekt. Valentine wszedl w trans najlepiej otwierajacy dusze. Pani ujela jego dlonie, 
ciasno splotla swe palce z jego palcami, by kontakt byl jak najpelniejszy; w umysle 
Valentine'a pojawila sie naraz taka rozmaitosc obrazw i wrazen zmyslowych, ze zaskoczyla 
go i oszolomila, choc przeciez wiedzial, czego moze sie spodziewac. 
Wlasnie tego od wielu lat dos wiadczala Pani kazdego dnia, gdy wraz z kaplankami 
swego otoczenia wysylala mysl w swiat, ku poszukujacym pomocy. 
Nie dostrzegal indywidualnych umyslw - Majipoor byl zbyt wielki i zbyt zaludniony, 
by tego rodzaju precyzja mozliwa byla bez najwiekszej koncentracji. Lecac jak powiew 
cieplego wiatru na termicznych pradach nieba, czul tylko punkty, w ktrych odbieral 
wrazenie: tu niepokj, tam strach, wstyd, poczucie winy, nagle, bolesne niczym cios 
szalenstwo, wielki, szary plaszcz zalu. Nurkowal, by dostrzec ksztalty duszy, czarne grzbiety 
polaczone wstazkami szkarlatu, mocne ostre prety, przewalajace sie gwaltowna fala pasy 
lsniacej, gesto tkanej materii. Wzlatywal wysoko w spokojne krlestwo nieistnienia,  
przelatywal nad ponurymi pustyniami emanujacymi paralizujacym poczuciem izolacji, krazyl 
nad lodowcami dusz i nad lakami, w ktrych kazde zdzblo trawy promieniowalo niezwyklym  
pieknem. Widzial strefy zarazy, widzial strefy glodu, strefy, ktrymi rzadzil chaos. Czul 
narastajaca w wielkich miastach fale strachu, czul jakas potege kotlujaca sie w oceanach 
jakby w rytm wielkich bebnw, czul wyraznie zbierajace sie nad Majipoorem zagrozenie, 
nadchodzace nieszczescie. Na swiecie spoczal nieznos ny ciezar - dostrzegl Valentine - 
gniotac go powoli, lecz nieuchronnie, niczym zaciskajaca sie piesc. A wszedzie tam wiodla 
go jego matka, blogoslawiona Pani, bez ktrej roztopilby sie i zweglil w ogniu uczuc bijacych  
ze studni umyslu swiata. Lecz ona nie odstepowala go, z latwoscia przenosila przez miejsca 
grozy i mroku, niosla az do progu zrozumienia, ktre growalo nad nim tak, jak Wielkie 
Wrota Dekkereta w Normork, najwieksze z wrt, brama bram, zamykana tylko w czasach, 
gdy zagrozony jest sam swiat, gruje ona nad wszystkimi, ktrzy sie do niej zblizaja, 
zmieniajac ich w karlw. Lecz kiedy zblizyl sie do progu zrozumienia, byl sam, przekroczyl 
go tez samotnie. 
Po drugiej stronie istniala tylko muzyka, muzyka uczyniona widzialna, drzacy, rwany 
dzwiek rozciagajacy sie nad przepascia niczym najdelikatniejszy z wiszacych mostw; 
wstapil nan, dostrzegl plamy jaskrawych dzwiekw na przeplywajacej w otchlani substancji, 
ostre jak sztylety wybuchy rytmicznych pulsacji w grze, ponad jego glowa, i linie cofajacych 
sie w nieskonczonosc czerwonych, fioletowych i zielonych lukw,  spiewajacych do niego 
znad horyzontu. Nagle wszystko ustapilo jednemu wspanialemu dzwiekowi, ciezarowi 
niemozliwemu do udzwigniecia, czarnemu upiorowi dzwiekw - zawierajacemu w sobie 

wszystkie tony - ktry przetoczyl sie przez swiat, duszac go bezlitosnie. I Valentine 
zrozumial. 
Otworzyl oczy. Pani, jego matka, stala spokojnie pomiedzy dwiema wielkimi 
tanigalami, przypatrujac sie mu, usmiechajac sie tak, jak mogla usmiechac sie do niego, gdy 
byl jeszcze lezacym w kolysce dzieckiem. Zdjela mu z glowy diadem i schowala do szkatulki. 
- Widziales? - spytala. 
- Jest tak, jak od dawna sie obawialem - odparl Valentine. - To, co dzieje sie na 
Zimroelu, to nie odosobniony przypadek. Klatwa, tak, klatwa ciazy na nas wszystkich, od 
tysiecy lat. Mj czarownik, Vroon, powiedzial kiedys,  ze tu, na Majipoorze, dokonalismy 
wiele, lecz nie zaplacilismy za grzech pierworodny najezdzcw. Na koncie, powiedzial, 
gromadza sie procenty. A teraz wystawiono nam rachunek. Nadchodzi czas kary, ponizenia, 
splaty dawnych dlugw. 
- Tak jest - przyznala Pani. 
- Czy to, co dostrzeglem, to sama Bogini, matko? Tulaca s wiat do lona, tulaca go coraz 
mocniej i mocniej? I czy ten dzwiek, ktry slyszalem, tak straszliwie ciezki, czy to takze ona? 
- Obrazy, ktre dostrzegles , Valentinie, stworzyles ty sam. Ja widzialam inne. Bogini 
nie da sie zredukowac do czegos tak konkretnego jak obraz. Lecz dostrzegles  chyba istote 
sprawy; tak, na pewno. 
- Widzialem, jak Bogini odbiera nam swa laske. 
- Bo odebrala. Lecz nie na zawsze. 
- Masz pewnosc, ze juz nie jest za pzno? 
- Mam te pewnosc. 
Valentine milczal przez chwile. Potem powiedzial: 
- Niech wiec tak bedzie. Widze, czego trzeba dokonac i dokonam tego. Jakiez to 
wlasciwe, ze pojalem wszystko w Siedmiu Scianach, domu, ktry Lady Thiin zbudowala ku 
czci swego syna, gdy zmiazdzyl on Metamorfw. Och, matko, matko! Czy zbudujesz mi taki 
gmach, kiedy zdolam naprawic dzielo Stiamota? 
 

10 
 
- Jeszcze raz - powiedzial Hissune, obracajac sie twarza ku Alsimirowi i drugiemu 
rycerzowi-kandydatowi. - Zaatakujcie mnie jeszcze raz. Ale rwnoczesnie. 
- Rwnoczes nie? - spytal Alsimir. 
- Rwnoczesnie. Jesli sie zorientuje,  ze mnie oszczedzacie, przez miesiac bedziecie 
czyscic stajnie! 
- Jak sobie z nami poradzisz, Hissunie? 
- Wcale nie wiem, czy sobie poradze. Tego wlasnie musze sie dowiedziec. Atakujcie, to 
zobaczymy. 
Caly byl oslizgly od potu, serce walilo mu jak miotem, ale cialo mial rozluznione, 
kontrolowal je doskonale. Przychodzil do sali gimnastycznej - jaskini pograzonej w ziemi pod 
wschodnim skrzydlem Zamku - codziennie, przynajmniej na godzine, niezaleznie do tego, jak 
wiele mial obowiazkw. 
Hissune wierzyl, ze bardzo wazne jest, by cwiczyc i rozwijac cialo, by stawac sie coraz 
silniejszym i - choc zawsze byl zreczny - takze coraz zreczniejszym. Nie mial najmniejszych 
watpliwosci,  ze nie cwiczac, nie mialby takze okazji do zrealizowania swych ambicji. 
Wszyscy ksiazeta Gry Zamkowej byli atletami i ze sportu uczynili religie, bezustannie 
wyprbowujac nawzajem swe umiejetnosci: wyscigi wierzchowcw, turnieje, biegi, zapasy, 
polowanie, wszystkie te starozytne, proste rozrywki, ktrym Hissune mieszkajacy w 
Labiryncie nie mial okazji ani ochoty sie oddawac. Lord Valentine rzucil go w towarzystwo 
tych poteznych, energicznych mezczyzn i Hissune zdawal sobie sprawe, ze musi im stawic 
czolo na ich wlasnym gruncie, jes li ma wyrobic sobie pozycje w tym towarzystwie. 
Oczywiscie w zaden sposb nie mgl zmienic swego drobnego, delikatnego ciala w 
potezne i muskularne, takie, jakie mieli na przyklad Diwis, Elidath lub Stasilane. Oni byli 
potezni, on nigdy taki nie bedzie. Lecz moze celowac w innych dyscyplinach. Na przyklad 
walka na kije - przed rokiem nawet o niej nie slyszal, a teraz, po wielu godzinach treningu, 
byl juz niemal mistrzem. Potrzebne w niej bylo bystre oko i zrecznosc, a nie przygniatajaca 
sila fizyczna. W jakis sposb stanowilo to metafore calego jego podejscia do zycia. 
- Gotw! - krzyknal. 
Stal na lekko rozstawionych nogach, spokojny, lecz gotowy na przyjecie ataku. Rece 
mial wyciagniete, a kij - lekki, delikatny, zrobiony z drzewa kwiatu nocy z plecionym 
uchwytem na jednym koncu - spoczywal na wyprostowanych przedramionach. Patrzyl raz na 
jednego przeciwnika, raz na drugiego. Obaj byli od niego wyzsi - Alsimir o kilka cali, a 

przyjaciel Alsimira, Stimion, o kilkanascie. Lecz on byl szybszy. Zaden z nich nie potrafil 
dotknac go dzis rano ani razu. Ale dwch na jednego... to juz zupelnie inna historia. 
- Atak! - odpowiedzial Alsimir. - Postawa! Juz! Zaatakowali obaj, podnoszac kije. 
Hissune gleboko zaczerpnal oddechu i skoncentrowal wole na stworzeniu otaczajacej go 
okraglej strefy obrony, kamiennej i nieprzeniknionej, kawalka przestrzeni zakutego w zbroje. 
Byl on oczywis cie wylacznie wyobrazony, ale nie mialo to najmniejszego znaczenia. Thani, 
mistrz i nauczyciel, pokazal mu to: utrzymuj strefe obrony, jakby byla sciana ze stali, a nic sie 
przez nia nie przedrze. Sekretem jest stopien koncentracji. 
Alsimir siegnal go o ulamek sekundy przed Stimionem, czego Hissune sie spodziewal - 
jego kij wznisl sie w gre, w strone grnego lewego kwadrantu obrony Hissune'a, a potem 
opadl w uderzeniu od dolu. W chwili, w ktrej dotykal sfery, jednym ruchem nadgarstka 
niczym smagnieciem biczem Hissune zakrecil kijem sparowal uderzenie i tym samym ruchem 
- ktry zdazyl juz wyliczyc, choc nies wiadomie - obrcil sie w prawo i sparowal atak 
Stimiona, skierowany z prawa w gre. 
Rozlegl sie ostry glos drewna uderzajacego o drewno. Kij Hissune'a przesunal sie do 
polowy kija, ktrym atakowal Stimion, a potem Hissune wykonal obrt, pozostawiajac w 
ofierze przeciwnikowi, niesionemu w przd sila zadanego ciosu, jedynie puste miejsce, w 
ktrym stal przed ulamkiem sekundy. Sieknawszy ze zdziwienia, Stimion zaatakowal; 
Hissune lekko uderzyl go w plecy swym kijem i zwrcil sie ku Alsimirowi. Alsimir zadal cios 
z gry, z latwos cia sparowany, uderzenie Hissune'a, wymierzone w mgnienie oka pzniej, 
rwniez nie doszlo celu, sila odpowiedzi Alsimira niemal sparalizowal a mu reke od 
nadgarstka do ramienia. Otrzasnal sie jednak szybko, wykonal unik i odskoczyl w bok, 
usuwajac sie przed Stimionem. 
Teraz jednak wytworzyla sie nowa sytuacja, przeciwnicy stali bowiem nie przed nim, 
lecz po bokach. Z pewnoscia sprbuja zaatakowac jednoczesnie, pomyslal. Nie moge im na to 
pozwolic. 
Thani nauczal go: Czas musi zawsze byc twym sluga, nigdy panem. Jes li brakuje ci 
czasu na wykonanie parady, podziel kazda chwile na mniejsze, a wtedy bedziesz mial czas na 
wszystko". 
Tak. Hissune wiedzial, ze nic nie dzieje sie naprawde rwnoczesnie. 
Tak jak to cwiczyl od wielu, wielu miesiecy, tak jak nauczyl go tego Thani, zmienil 
percepcje czasu, kazda sekunda, byla suma ulamkw sekundy - tak czlowiek w dziesiec dni 
przekraczajacy pustynie moze spedzac kolejne noce w dziesieciu kolejnych jaskiniach. 
Wszystkie zmysly mial nieprawdopodobnie wrecz wyostrzone. Widzial Stimiona 

poruszajacego sie powolnymi, oddzielnymi ruchami jak jakis popsuty automat, prbujacego 
podniesc w gre kij i zadac cios. Z najwieksza latwoscia wylapal przerwe miedzy jednym 
ruchem i drugim, odtracajac jego bron na bok. Alsimir atakowal takze, lecz Hissune mial az 
nadto czasu, by usunac sie z zasiegu kija, a kiedy Alsirnir wyciagnal reke, dotknal jej lekko 
koncem kija, tuz nad lokciem. 
Wyszedlszy z transu, zwrcil sie ku Stimionowi, ktry znw prbowal ataku. Zamiast 
sparowac cios, Hissune sam zaatakowal, zaskakujac przeciwnika i niszczac jego obrone. Z tej 
pozycji wyprowadzil cios w gre, znw dotknal Alsimira, - a potem w plobrocie dotknal 
takze calkowicie oszolomionego Stimiona. 
- Dotkniecie i podwjne dotkniecie! - krzyknal. - Pokonani! 
- Jak tys to zrobil? - Alsimir rzucil swj kij na mate. Hissune rozesmial sie. 
- Nie mam p ojecia. Szkoda tylko, ze Thani nie mgl tego zobaczyc! 
Padl na kolana. Pot splywal mu z czola na mate. Wiedzial, ze popisal sie zdumiewajaca 
zrecznoscia. Nigdy przedtem nie walczyl tak swietnie. Przypadek, lut szczescia? A moze 
rzeczywiscie osiagnal nowy poziom mistrzostwa? Przypomnial sobie Lorda Valentine'a 
opowiadajacego o zonglerce, ktra zaczal uprawiac calkiem zwyczajnie, po prostu, dla 
zarobku, kiedy zagubiony, nic o sobie nie wiedzac, wedrowal po Zimroelu. Zonglerka - 
powiedzial Koronal - pokazala mu prawdziwy sposb wykorzystania wszystkich sil umyslu. 
Posunal sie nawet do stwierdzenia, iz byc moze nie mglby odzyskac tronu, gdyby nie 
dyscyplina umyslowa, ktra narzucil sobie prbujac ja opanowac. Hissune zdawal sobie 
sprawe,  ze sam nie powinien prbowac  zonglerki - byloby to zbyt jawne schlebianie 
Koronalowi, zbyt oczywiste jego nasladownictwo - lecz zaczynal dostrzegac,  ze podobne 
efekty moze osiagnac, walczac na kije. Pojedynek, ktry zakonczyl sie przed chwila, z 
pewnos cia wynisl go na nie znany dotad poziom postrzegania. Ciekawe, czy potrafi 
powtrzyc to osiagniecie. Podnisl wzrok i zapytal: 
- To co, sprbujemy jeszcze raz? Dwch na jednego? 
- Czy ty sie nigdy nie meczysz? - zdumial sie Stimion. 
- Oczywiscie,  ze sie mecze! Ale czemu przerywac z tak marnego powodu jak 
zmeczenie? 
Przyjal pozycje i czekal. Jeszcze pietnascie minut walki, pomyslal, a potem poplywam 
troche i na Dziedziniec Pinitora, gdzie czeka mnie praca, a potem... 
- No i co? Zaczynajcie! 
Nieco niepewnie Alsimir przyjal pozycje, gestem nakazujac Stimionowi zrobic to samo. 
Lecz gdy we trzech gotowali sie do pojedynku, czekajac, az ciala i umysly osiagna konieczna 

rwnowage, sluzacy gimnazjum pojawil sie na balkonie nad ich glowami i wywolal imie 
Hissune'a. 
- Polecenie dla ksiecia - powiedzial - od ksiecia regenta 
Elidatha: ksiaze Hissune ma natychmiast stawic sie przed regentem w gabinecie 
Koronala. 
- Spotkamy sie innego dnia. - Tymi slowami Hissune pozegnal Alsimira i Stimiona, 
ubral sie szybko i ruszyl w gre kretym labiryntem Zamku, mijajac alejki i podwrza; minal 
balkon Lorda Ossiera, z ktrego rozciagal sie oszalamiajacy widok na ogromne zbocze Gry 
Zamkowej, minal Obserwatorium Kinnikena, pokj muzyczny Lorda Prankipina, szklarnie 
Lorda Confalume'a i kilkanascie innych budowli jak grona obwieszajacych wlasciwy Zamek. 
W koncu znalazl sie w jego centrum, tam gdzie znajdowaly sie biura rzadowe, i bez pukania 
wszedl do wielkiego gabinetu Koronala, pod nieobecnosc Valentine'a zajmowanego przez 
Najwyzszego Doradce Elidatha. 
Jak niespokojny niedzwiedz regent spacerowal tam i z powrotem przed rzezbionym 
globusem przedstawiajacym Majipoor, stojacym naprzeciw biurka Valentine'a. Stasilane 
przybyl pierwszy i siedzial przy stole rady. Sprawial wrazenie ponurego, na pozdrowienie 
Hissune'a odpowiedzial niemal niewidocznym skinieniem glowy. Niedbale, jakby nie calkiem 
zdawal sobie jeszcze sprawe z jego przybycia, Elidath wskazal Hissunowi miejsce obok 
niego. W chwile pzniej pojawil sie takze i Diwis; mial na sobie szate ustrojona klejnotami-
oczami i maske z pir, jakby wezwanie przeszkodzilo mu w udziale w jakiejs powaznej 
ceremonii. 
Hissune poczul wzrastajacy niepokj. Jaki mgl miec powd Elidath, by wezwac rade 
tak nagle, tak nieoczekiwanie? I dlaczego jest nas tylko kilku sposrd wielu ksiazat Gry? 
Elidath, Stasilane, Diwis - z pewnoscia trzech najpowazniejszych kandydatw do sukcesji po 
Lordzie Valentinie, najblizsi mu ludzie wewnetrznego kregu. Zdarzylo sie cos waznego, 
pomyslal Hissune. Byc moze zmarl wreszcie stary Pontifex? A byc moze Koronal... Niech to 
bedzie Tyeveras - modlil sie. Prosze, niech to bedzie Tyeveras. 
- Dobrze, jestesmy wszyscy. Zaczynajmy - oznajmil Elidath. 
Z kwasnym usmiechem Diwis zapytal: 
- A o co wlasciwie chodzi? Czyzby ktos dostrzegl dwuglowa milufte lecaca na plnoc? 
- Jesli masz na mysli, ze nadszedl czas zlych wrzb, odpowiedz brzmi tak". - Elidath 
byl bardzo powazny. 
- Co sie stalo? - spytal Stasilane. 
Regent postukal palcem w lezacy na biurku plik papierw. 

- Dwie wazne rzeczy. Po pierwsze, przyszly nowe raporty z zachodniego Zimroelu; 
sprawy wygladaja powazniej, niz sie nam zdawalo. Wszystkie ziemie przylegajace do 
Rozpadliny, od Mazadonne i okolic do terenw za zachd od samego Dulorn, ogarnal 
niepokj. Sytuacja jest coraz gorsza. Uprawy gina od tajemniczych chorb, brakuje zywnosci, 
setki tysiecy, byc moze miliony ludzi ruszyly w strone wybrzeza. Miejscowi urzednicy robia, 
co moga, by w trybie naglym zarekwirowac zapasy z regionw, do ktrych kleska nie dotarla 
- najwyrazniej nic niezwyklego nie dzieje sie wokl Tilomon i Narabal, takze farmy wokl 
Ni-moya i Khyntor nie zostaly w sposb znaczacy dotkniete chorobami roslin - lecz 
odleglos ci sa tak wielkie, a wszystko stalo sie tak nagle, ze niewiele udalo sie im na razie 
dokonac. Jest takze sprawa jakiegos dziwnego nowego kultu, ktry pojawil sie na terenach 
nawiedzonych przez kleska, czegos  zwiazanego z modlami do smokw morskich... 
- Co? - Stasilane az zbladl ze zdumienia. 
- Wiem, jak idiotycznie to brzmi - mwil dalej Elidath. - Z raportw wiadomo jednak, 
ze glosi sie, jakoby smoki morskie byly bogami, ze oswiadczyly, iz swiat dobiegl konca czy 
cos rwnie idiotycznego i... 
- To nie jest nowy kult - powiedzial cicho Hissune. Obecni jak jeden maz zwrcili sie w 
jego kierunku. 
- Wiesz, o czym mowa? - spytal Diwis. Hissune przytaknal skinieniem glowy. 
- Slyszalem o tym cos  niecos, kiedy jeszcze mieszkalem w Labiryncie. Nic pewnego... 
szepty w ciemnych katach, jakies opowiesci, nikt nie traktowal tego szczeglnie powaznie... o 
ile wiem. Wszystko dotyczylo wylacznie nizszych klas, takie cos, o czym opowiada sie za 
plecami wladzy. Niektrzy z moich przyjacil troche o tym wiedzieli, moze nawet wiecej niz 
troche, choc nigdy w nic mnie nie wtajemniczyli. Pamietam,  ze bardzo dawno temu 
wspomnialem o tym mojej matce, a ona rzekla, ze to niebezpieczna bzdura i powinienem 
trzymac sie od tego jak najdalej. Posluchalem. Mysle,  ze wszystko zaczelo sie ws rd 
Liimenw, dawno temu i powoli rozprzestrzenialo wsrd najnizszych warstw spolecznych; 
teraz wyznawcy wyszli wreszcie z podziemia, pewnie z powodu nowych klopotw. 
- A o co w ogle w tym chodzi? - spytal Stasilane. 
- Jest mniej wiecej tak, jak powiedzial Elidath. Pewnego dnia smoki wyjda na brzeg, 
przejma rzady, skoncza z nieszczesciami i cierpieniem. 
- Jakimi nieszczes ciami? Jakim cierpieniem? - zdumial sie Diwis. - Nie wiem nic o 
wielkim cierpieniu i nieszczes ciach na tym swiecie, chyba ze mwisz o skargach i 
narzekaniach Zmiennoksztaltnych, ale oni... 
- Czyzbys  sadzil, ze zycie konczy sie na Grze Zamkowej? - spytal Diwisa Hissune. 

- Sadze,  ze nikogo nie zostawia sie bez pomocy, ze wszystkim zapewnia sie 
zaspokojenie podstawowych potrzeb, ze ludziom zyje sie szczesliwie i... 
- To prawda, Diwisie. Ale niektrzy mieszkaja w zamkach, a inni zmiataja z drg 
odchody wierzchowcw, niektrzy maja wielkie posiadlosci, a inni zebrza na rogach ulic, 
niektrzy... 
- Daj spokj. Nie mam zamiaru wysluchiwac od ciebie wykladu o nierwnosciach 
spolecznych! 
- Wiec wybacz mi, ze cie znudzilem - odparl ostro Hissune. 
- Mialem wrazenie, iz chcesz sie dowiedziec, skad wzieli sie ludzie czekajacy, az 
krlowie oceanu wybawia ich od trudw i cierpien. 
- Krlowie oceanu? - zainteresowal sie Elidath. 
- Ci, ktrzy je czcza, nazywaja tak smoki morskie. 
- Doskonale - stwierdzil Stasilane. - Mamy gld na Zimroelu, a wsrd klas nizszych 
rozprzestrzenia sie niepokojaca religia. Czy to te dwie wazne wiesci, o ktrych wspomniales? 
Elidath potrzasnal glowa. 
- To dwie strony tego samego problemu. Druga istotna sprawa dotyczy Lorda 
Valentine'a. Otrzymalem wiesci od Tunigorna, ktry jest bardzo przygnebiony. Tunigorn 
twierdzi, ze podczas wizyty u swej matki na Wyspie Koronal mial cos w rodzaju objawienia, 
jest w wyjatkowo wznioslym, co najmniej dziwnym nastroju i jego czynw zupelnie nie da 
sie przewidziec. 
- Wiesz, jakiego rodzaju bylo to objawienie? - spytal Stasilane. 
- W transie, wiedziony przez Pania - wyjas nil Elidath - Valentine mial wizje, ktra 
objawila mu, ze problemy rolnicze na Zimroelu oznaczaja gniew Pani. 
- A ktz osmielilby sie twierdzic cos innego? - krzyknal Stasilane. - Tylko co to ma 
wsplnego... 
- Wedlug Tunigorna Valentine jest zdania, ze choroby zbz i niedostatek zywnosci - a 
wiemy, ze sa one znacznie powazniejsze, niz pozwalaly sie tego domyslac pierwsze raporty - 
maja okreslone nadnaturalne zrdla... 
Diwis powoli pokrecil glowa i prychnal pogardliwie. 
- ...maja okreslone nadnaturalne zrdla, bedac w istocie kara nalozona na nas przez 
Boginie za to, ze w ciagu wiekw zle traktowalismy Metamorfw. 
- Przeciez to nic nowego - przemwil znw Stasilane. - Valentine powtarza cos takiego 
od lat. 
- Najwyrazniej jest w tym jednak jakis nowy element - powiedzial z naciskiem Elidath. 

- Tunigorn twierdzi, ze od czasu tego objawienia Valentine trzyma sie w odosobnieniu, 
spotyka sie wylacznie z Pania i z Carabella, a czasami z tym czarownikiem, Vroonem, i 
Tisana. Zarwno Sleetowi, jak i Tunigornowi trudno dostac sie przed jego oblicze, a kiedy juz 
sie z nim spotykaja, omawiane sa wylacznie zwykle, rutynowe dzialania. Tunigorn twierdzi, 
ze Valentine sprawia wrazenie opetanego jakas idea, czyms zupelnie zdumiewajacym, o czym 
nie chce z nimi rozmawiac. 
- Nie pasuje to do Valentine'a, ktrego znam - os wiadczyl ponuro Stasilane. - Mozna o 
nim wiele powiedziec, ale nigdy nie zachowywal sie irracjonalnie. Brzmi to tak, jakby nagle 
ogarnela go jakas goraczka. 
- Albo jakby znw go podmieniono - zauwazyl Diwis. 
- Czego wlasciwie obawia sie Tunigorn? - spytal Hissune. Elidath wzruszyl ramionami. 
- Sam nie wie. Twierdzi, ze Valentine mgl wpasc na jakis naprawde dziwny pomysl, 
ktremu on i Sleet z pewnoscia by sie sprzeciwili. Ale nie mwi, jaki mglby byc ten pomysl. 
- Elidath podszedl do globusa i palcem dotknal  swiecacego na czerwono swiatelka, 
oznaczajacego miejsce, w ktrym wlasnie przebywal Valentine. - Jest nadal na Wyspie - 
ciagnal - ale wkrtce odplywa na lad. Wyladuje w Piliploku, nastepnie ma plynac w gre 
Zimni do Ni-moya, a potem udac sie na dotkniete glodem terytoria na zachodzie. Tunigorn 
podejrzewa jednak, ze zdecydowal sie zmienic plany, ze ma obsesje na temat zemsty Bogini i 
moze planowac cos o charakterze duchowym, glodwke, pielgrzymke, restrukturyzacje 
spoleczenstwa, po ktrej czynniki swieckie straca swj prymat... 
- A co bedzie, jesli ma cos wsplnego z tym kultem smokw? - przerwal mu Stasilane. 
- Nie wiem. To moze byc wszystko. Mwie wam tylko, ze Tunigorn wydawal sie 
wyjatkowo zaniepokojony, naciskal, bym dolaczyl do objazdu tak szybko, jak to tylko 
mozliwe, w nadziei, ze moze zdolam powstrzymac go przed jakims  pochopnym krokiem. 
Mysle, ze moze mi sie udac tam, gdzie nie udalo sie nikomu, nawet Tunigornowi. 
- Co? - krzyknal Diwis. - Przeciez jest o tysiace mil stad! Jak spodziewasz sie go... 
- Wyjezdzam za dwie godziny - odparl Elidath. - Sztafeta szybkich s lizgaczy powiezie 
mnie na zachd przez doliny Glayge do Treymone; zajalem juz ldz, ktra zabierze mnie na 
Zimroel droga poludniowa, wzdluz Archipelagu Rodamaun. Tymczasem Tunigorn bedzie 
prbowal opznic wyjazd z Wyspy tak dalece, jak to tylko mozliwe, a jesli uzyska pomoc 
admirala Asenharta, sprawi, ze podrz z Wyspy do Piliploku bedzie bardzo powolna. Przy 
odrobinie szczescia moge dotrzec do Piliploku w jakis tydzien po Koronalu; byc moze nie 
bedzie jeszcze za pzno, by przemwic mu do rozsadku. 
- Nie masz szans zdazyc na czas - stwierdzil Diwis. - Nim przeplyniesz Morze 

Wewnetrzne, on bedzie juz w pl drogi do Ni-moya. 
- Musze sprbowac. Nie mam wyboru. Gdybys  wiedzial, jaki zaniepokojony byl 
Tunigorn, jak bal sie, ze Valentine moze cos  pochopnie uczynic... 
- A rzad? - spytal cicho Stasilane. - Co z rzadem? Jestes regentem, Elidathu. Nie mamy 
Pontifexa, twierdzisz, ze Koronal oszalal na punkcie jakies wizji, a teraz proponujesz jeszcze 
zostawic Zamek bez przywdcy? 
- W wypadku gdy regent musi opuscic Zamek, moze powolac Rade Regencyjna do 
rozpatrywania spraw, ktre normalnie znajduja sie w jurysdykcji Koronala. To wlasnie mam 
zamiar zrobic. 
- A sklad rady? - zainteresowal sie Diwis. 
- Rada bedzie skladala sie z trzech osb. Z ciebie, Diwisie, Stasilane'a oraz ciebie, 
Hissunie. 
Zdumiony, Hissune wyprostowal sie w krzesle. 
- Mnie?! 
Elidath us miechnal sie. 
- Musze przyznac, ze z poczatku nie rozumialem, dlaczego Koronal zdecydowal sie tak 
szybko awansowac mlodzienca z Labiryntu na tak wysoka pozycje w samym centrum wladzy, 
lecz powoli pojalem jego intencje, zwlaszcza w swietle tego kryzysu. My, mieszkancy Gry, 
stracilismy zdolnosc rozumienia rzeczywistos ci Majipooru. Siedzimy sobie spokojnie na 
szczycie Gry Zamkowej, a kolo nas rodza sie tajemnice, z ktrych istnienia nie zdajemy 
sobie nawet sprawy. Slyszalem, jak powiedziales, Diwisie, ze na Majipoorze wszyscy sa 
szczes liwi, z wyjatkiem moze Metamorfw, i przyznaje,  ze sam tez w to wierzylem, lecz 
najwyrazniej wsrd nieszczesliwcw zrodzila sie religia, a my nie mielismy o tym zielonego 
pojecia. Skads wziela sie prawdziwa armia maszerujaca na Pidruid w imie nie znanych nam 
bogw. - Spojrzal na Hissune'a. - Sa rzeczy, Hissunie, ktre ty wiesz, a ktrych my musimy 
sie dopiero nauczyc. Podczas mej nieobecnos ci, wraz z Diwisem i Stasilane'em bedziesz 
podejmowal decyzje - wierze, ze rady twe okaza sie madre. Co na to powiesz, Stasilanie? 
- Moim zdaniem madrze wybrales. 
- A ty, Diwisie? 
Twarz Diwisa plonela z trudem powstrzymywana furia. 
- Co moge powiedziec? To ty podejmujesz decyzje. Wyznaczyles czlonkw rady, a ja 
musze sie zgodzic z twym wyborem, prawda? - Powstal sztywno i wyciagnal dlon ku 
Hissune'owi. - Moje gratulacje, ksiaze? W ciagu krtkiego czasu doskonale przysluzyles sie... 
samemu sob ie. 

Hissune spojrzal w oczy Diwisa i nie opuscil wzroku. 
- Z radoscia bede sluzyl w radzie wraz z toba, ksiaze - powiedzial niezwykle formalnie. 
- I bede bral przyklad z twej madros ci. - Po czym ujal wyciagnieta ku niemu dlon. 
Odpowiedz, ktrej zamierzal udzielic Diwis, najwyrazniej utknela mu oscia w gardle. 
Powoli cofnal dlon, ktra s ciskal Hissune, spojrzal na niego wsciekle i wyszedl z sali. 
 

11 
 
Wiatr wial z poludnia, mocny, goracy; tego rodzaju wiatr kapitanowie statkw lowcw 
smokw nazywali Przeslaniem", wial on bowiem od pustynnego Suvraelu, na ktrym 
mieszkal Krl Snw. Byl to wiatr wysuszajacy dusze, spalajacy serce, lecz Valentine nie 
zwracal nan najmniejszej uwagi, s niac o tym, czego mial jeszcze dokonac. Przez ostatnie dni 
godzinami stal na krlewskim pokladzie Lady Thiin", wypatrujac na horyzoncie pierwszych 
oznak zblizajacego sie ladu i nie zauwazajac nawet szarpiacych mu szate silnych, ostrych, 
suchych powieww Przeslania. 
Podrz z Wyspy na Zimroel wydawala sie nie miec konca. Asenhart mwil o 
przeciwnych pradach i wiatrach, o koniecznosci skrcenia zagli i obrania drogi ciagnacej sie 
bardziej na poludniu. Valentine, nie bedac  zeglarzem, nie mgl sie z nim sprzeczac, lecz 
pomalu tracil cierpliwosc, w miare jak mijaly dni, a zachodni kontynent wydawal sie wcale 
nie przyblizac. Kilkakrotnie juz musieli zmieniac kurs, by ominac stada smokw, ktrych po 
tej stronie Wyspy bylo mnstwo. Niektrzy ze Skandarw z zalogi twierdzili, ze to 
najwieksza migracja od pieciu tysiecy lat. Niezaleznie od tego, czy byla to prawda, czy nie, 
smokw rzeczywiscie nie brakowalo, woda az sie od nich gotowala - przerazajacy widok; 
podczas swego ostatniego, tak nieszczesliwie zakonczonego rejsu, kiedy to smok staranowal 
po prostu Brangalyn" kapitana Gorzvala, Valentine nie dostrzegl niczego nawet choc troche 
podobnego. 
Zazwyczaj smoki plywaly w grupach po trzydziesci, piecdziesiat sztuk, oddalonych 
wiele mil od siebie. Od czasu do czasu widywano jednak pojedyncze, wielkie okazy, 
prawdziwych krlw wedrujacych samotnie, szybko, jakby pograzonych w wazkich 
medytacjach. Jednak po pewnym czasie nie spotkano juz zadnych smokw, ani wielkich, ani 
malych, wiatr wzmgl sie, a flota pomknela ku Zimroelowi. 
Pewnego dnia z bocianiego gniazda rozlegl sie krzyk: Piliplok na horyzoncie! Piliplok! 
Wielki port pojawil sie nagle, oszalamiajacy i wspanialy w swym oniesmielajacym 
ogromie, zbudowany na wysokim, poludniowym brzegu uchodzacego w tym miejscu do 
morza Zmiru. Tu, gdzie nieprawdopodobnie szeroka rzeka zaczerniala morskie wody na setki 
mil szlamem, wymywanym z samego serca kontynentu, stalo miasto liczace sobie jedenascie 
milionw mieszkancw, zbudowane wedlug sztywnych, skomplikowanych, 
bezkompromisowych, genialnych planw, idealne luki alej przecinane szprychami bulwarw, 
rozchodzacych sie od nabrzeza. Valentine pomyslal, ze trudno jest pewnie pokochac Piliplok, 
mimo pieknosci szerokiego, przyjaznego wedrowcom portu, a jednak kiedy tak stal i patrzyl, 

dostrzegl swego towarzysza, Skandara Zalzana Kavola, urodzonego w Piliploku, patrzacego 
na miasto z czulym wyrazem zachwytu i radosci na ponurej, smutnej twarzy. 
- Nadplywaja statki lowcw smokw! - krzyknal ktos, gdy Lady Thiin" zblizyla sie 
nieco do brzegu. - Patrzcie, jest ich chyba cala flota! 
- Valentinie, spjrz, jakie s liczne - szepnela stojaca obok Koronala Carabella. 
Rzeczywiscie, byly s liczne. Az do tej chwili Valentine nie podejrzewal nawet, by statki, 
na ktrych zeglarze z Piliploku wyruszali na polowania na smoki, mozna bylo nazwac 
ladnymi. Wygladaly dziwnie: pekate kadluby, dekorowane obrzydliwymi figurami na 
dziobach, groznymi, ostrymi ogonami na rufach., a na burtach namalowane jaskrawa farba 
rzedy klw - pojedynczo wygladaly odstreczajaco, barbarzynsko. Lecz cala ich wielka flotylla 
- a mialo sie wrazenie, ze wszystkie kotwiczace w Piliploku wyplynely na spotkanie okretowi 
Koronala - pelna byla jakiegos dziwnego dostojenstwa. Wzdluz linii horyzontu zagle, czarne 
w szkarlatne pasy, wydymaly sie na wietrze jak flagi wciagniete na maszt z okazji wielkiej 
uroczystosci. 
Kiedy zblizyly sie, otoczyly okret wladcy wedlug jakiegos z pewnoscia dokladnie 
przemyslanego planu. Wzdluz burt pojawily sie proporce w kolorach Koronala: zielonym i 
zlotym, a w powietrzu rozlegl sie niesiony wiatrem okrzyk: Valentine! Lord Valentine! 
Pozdrowienia Lordowi Valentine!" 
Zupelnie inne powitanie, pomyslal z humorem Valentine, niz podczas poprzedniej 
wizyty w Piliploku. Wtedy on, Zalzan Kavol i reszta zonglerw wedrowali od jednego 
kapitana do drugiego, prbujac bez powodzenia sklonic ktregos  do zabrania ich na Wyspe 
Snu. Zdolali wreszcie wynajac najmniejszy, najbardziej zaniedbany i najbardziej pechowy ze 
statkw. Lecz od tamtej chwili wiele sie zmienilo. 
Najwiekszy ze statkw smoczych zblizyl sie teraz do Lady Thiim", a nastepnie spus cil 
ldz, w ktrej znajdowal sie Skaradar i dwoje ludzi. Kiedy ldz sie zblizyla, z pokladu Lady 
Thiin" opuszczono kosz, lecz na poklad wszedl tylko Skandar, a ludzie pozostali w lodzi, przy 
wioslach. 
Skandarka, gdyz okazalo sie,  ze to kobieta, wygladala na twarda, doswiadczona 
zeglarke. Brakowalo jej dwch wielkich klw, futro zas miala szare, jakby splowiale. Jestem 
Guidrag" powiedziala, a Valentine dopiero po chwili przypomnial ja sobie: najstarsza i 
najbardziej szanowana z kapitanw statkw lowcw smokw odmwila wziecia na poklad 
zonglerw, lecz odmwila im uprzejmie i odeslala do kapitana Gorzvala z jego Brangalyn". 
Ciekaw byl, czy go pamieta - najprawdopodobniej nie. Valentine odkryl juz dawno, ze szaty 
Koronala najczesciej czynia odzianego w nie czlowieka niewidzialnym. 

Guidrag wyglosila prosta, lecz bardzo grzeczna mowe, witajac Koronala w imieniu 
czlonkw swej zalogi i innych lowcw smokw, po czym wreczyla mu naszyjnik wykonany z 
bogato zdobionych, laczacych sie ze soba bez zadnych dodatkowych elementw smoczych 
kos ci. Valentine podziekowal jej za pokaz zeglarskiej zrecznosci i spytal, dlaczego flota 
znajduje sie w porcie, a nie na oceanie, poszukujac smokw, na co Skandarka odparla, ze w 
tym roku smoki pojawily sie w tak nieoczekiwanej obfitosci,  ze statki dokonaly prawnie 
zezwolonych odloww w ciagu pierwszych kilku tygodni sezonu, konczac go, nim sie 
wlasciwie zaczal. 
- Byl to dziwny rok - dodala Guidrag. - Boje sie,  ze czeka nas jeszcze wiele 
dziwniejszych rzeczy. 
Statki  lowcw smokw towarzyszyly okretowi Koronala wplywajacemu do portu, 
otaczajac go ciasna formacja. Valentine wraz z towarzyszacymi mu osobami wysiadl na lad 
na Nabrzezu Malibora, znajdujacym sie posrodku portu, gdzie czekalo ich oficjalne 
powitanie: stal tam ksiaze prowincji z wielkim dworem, burmistrz miasta w towarzystwie 
rwnie wielkiej grupy urzednikw oraz delegacja kapitanw ze statkw, towarzyszacych 
Lady Thiin" przy wejsciu do portu. Valentine oddal sie powitalnym ceremoniom i rytualom 
jak czlowiek, ktry sni,  ze sie przebudzil; odpowiadal powaznie i uprzejmie wtedy, gdy 
okolicznosci wymagaly od niego odpowiedzi, zachowywal sie dostojnie lecz pogodnie, mial 
jednak wrazenie, ze porusza sie wsrd tlumw tak, jakby skladaly sie wylacznie z duchw. 
Droga z portu do wielkiego ratusza miejskiego, gdzie mial sie zatrzymac, ogrodzona 
byla grubymi szkarlatnymi sznurami, majacymi powstrzymywac napierajace tlumy; wszedzie 
takze widzialo sie straznikw. Valentine, siedzacy wraz z Carabella w otwartym s lizgaczu, 
pomyslal, ze nigdy jeszcze nie slyszal takiego huku, ciaglego, oszalamiajacego, niepojetego 
radosnego ryku, tak przerazliwego,  ze wrecz paralizujacego zmysly, ktry kaze mu 
zapomniec, przynajmniej na chwile, o rozwijajacym sie na planecie kryzysie. Lecz powitanie 
trwalo krtko, po chwili byl juz w swym apartamencie, rozkazal dostarczyc najnowsze wiesci, 
a wszystkie, bez najmniejszego wyjatku, byly zle. 
Dowiedzial sie,  ze zaraza lusavenderu dotarla w jakis sposb do prowincji objetych 
kwarantanna. Tegoroczne zbiory sajji mialy byc mniejsze o polowe. Owad zwany druciakiem, 
dlugi czas uwazany za wytepionego, zaatakowal farmy, na ktrych uprawiano na pasze 
thuyol; wkrtce zagrozone mialy byc takze dostawy miesa. Grzybek zagrozil winnicom 
Khyntor i Ni-moya, powodujac opadanie niedojrzalych jeszcze owocw. Caly Zimroel 
znalazl sie nagle we wladzy tej czy innej plagi, wyjawszy moze najdalszy zakatek 
poludniowego zachodu wokl tropikalnego miasta Narabal. 

Gdy Valentine pokazal Y-Uulisaanowi raporty, ten powiedzial powaznie: 
- Nie sposb juz powstrzymac tej kleski. Wydarzenia sa ze soba sprzezone; na Zimroelu 
po prostu zabraknie zywnosci, mj panie. 
- Na Zimroelu zyje osiem miliardw ludzi! 
- Rzeczywiscie. A kiedy to samo stanie sie z Alhanroelem. Valentine poczul, jak robi 
mu sie zimno. 
- Sadzisz, ze to prawdopodobne? 
- Ach, panie, uwazam,  ze pewne! Ile statkw plynie z kontynentu na kontynent w 
kazdym tygodniu roku? Ile ptakw - ba! - nawet owadw, przedostaje sie z jednego na drugi? 
Morze Wewnetrzne nie jest w koncu az tak wielkie, a Wyspa i Archipelag stanowia dogodne 
przystanki po drodze. - Z dziwnie radosnym us miechem ekspert rolny dodal jeszcze: - Mwie 
ci, panie, plagom tym nie sposb sie oprzec, nie mozna ich tez zwalczyc. Nadejdzie gld. 
Nadejda zarazy. Majipoor jest skazany na zaglade. 
- Nie. Niemozliwe. 
- Gdybym mgl cie pocieszyc, panie, nie zawahalbym sie ani chwili. Jednak nie moge, 
Lordzie Valentinie. 
Koronal spojrzal wprost w dziwne oczy Y-Uulisaana. 
- Pani sprowadzila na nas te kleske. Pani pomoze nam zwyciezyc - powiedzial. 
- Byc moze. Ale szkody beda wielkie. Panie, pozwl mi odejsc. Czy mglbym 
przestudiowac te papiery przez jakas  godzine? 
Gdy ekspert odszedl, Valentine przez dluga chwile siedzial spokojnie, po raz ostatni 
powtarzajac sobie, co ma zamiar zrobic i co teraz, w swietle nowych, nieszczesnych wiesci 
wydawalo sie pilniejsze niz kiedykolwiek. Potem wezwal Sleeta, Tunigorna i Deliambera. 
- Zamierzam zmienic trase objazdu - rzekl bez wstepw. Wszyscy trzej wymienili 
miedzy soba ostrozne spojrzenia, jakby od tygodni spodziewali sie tego rodzaju klopotliwej 
wiesci. 
- Tym razem nie odwiedzimy Ni-moya. Nalezy odwolac wszystkie przygotowania w 
tym miescie, dalej. - Valentine dostrzegl, jak patrza na niego, ponuro, z napieciem i wiedzial 
juz, ze nie zdobedzie ich poparcia bez walki. - Na Wyspie Snu - mwil dalej - objawiono mi, 
ze kleski, ktre spadly na Zimroel i ktre wkrtce ogarnac moga takze Alhanroel, sa 
bezposrednia manifestacja niezadowolenia Bogini. Ty, Deliamberze, juz dawno temu, w 
ruinach Velalisier, poruszyles ten temat i zwrciles ma uwage na fakt, ze kleski, sprowadzone 
na krlestwo przez uzurpacje mego tronu, moga byc poczatkiem splaty dlugu wystawionego 
nam za przesladowanie Metamorfw. Osiagnelismy wiele tu, na Majipoorze - powiedziales - 

nie placac za grzech pierworodny jego zdobywcw, a teraz grozi nam chaos, przeszlosc 
bowiem wystawila nam rachunek za dawny dlug i dodala do niego nalezne odsetki. 
- Pamietani. Panie, niemal dokladnie cytujesz moje slowa. 
- A ja obiecalem - kontynuowal Valentine - ze poswiece me rzady splacie 
odszkodowania za niesprawiedliwosci, ktre dotknely Metamorfw z naszej reki, lecz tego 
nie zrobilem. Zajmowaly mnie inne sprawy i wykonywalem tylko najbardziej zdawkowe 
gesty majace doprowadzic do porozumienia ze Zmiennoksztaltnymi. Marnowalem czas, a 
nasza kara stawala sie coraz straszliwsza. Teraz skoro juz jestem na Zimroelu, mam zamiar 
natychmiast udac sie do Piurifayne... 
- Do Piurifayne, panie? - spytali Sleet i Tunigorn doslownie jednym glosem. 
- Do Piurifayne, do stolicy Zmiennoksztaltnych w Ilirvoyne. Spotkam sie z Danipiur. 
Wyslucham jej zadan i rozpatrze je. Wy... 
- Zaden Koronal w historii nie udal sie jeszcze na terytorium Metamorfw - przerwal 
mu Tunigorn. 
- Byl taki Koronal, owszem - odparl Valentine. - Kiedy zajmowalem sie  zonglerka, 
bylem w Piurifayne i nawet tam wystepowalem. Wystepowalem przed Metamorfami, przed 
sama Danipiur... 
- To przeciez co innego - powiedzial Sleet. - Zongler moze robic, co mu sie  zywnie 
spodoba. Kiedy udales sie miedzy Zmiennoksztaltnych, nie w pelni zdawales  sobie nawet 
sprawe, kim w istocie jestes, panie. Lecz teraz z cala pewnoscia jestes Koronalem... 
- Pojade tam. W pielgrzymce pokory, rozpoczynajac tym akt pojednania. 
- Panie! - Glos Sleeta zalamal sie. Valentine spojrzal na niego z usmiechem. 
- Prosze, mw. Przytocz wszystkie argumenty przeciw temu planowi. Od tygodni 
oczekuje dlugiej, gorzkiej dyskusji z wami trzema, teraz chyba przyszedl na nia czas. Lecz 
pozwlcie mi powiedziec jedno: kiedy juz skonczycie, i tak pojade do Piurifayne. 
- Nic cie nie przekona? - spytal Tunigorn. - Mwimy o niebezpieczenstwie, o 
naruszeniu protokolu, o mozliwych wrogich reakcjach politycznych i... 
- Nie, nie, nie. Nic nie jest w stanie mna wstrzasnac, tylko klekajac przed Danipiur, 
moge polozyc kres nieszczesciom szerzacym sie na Zimroelu. 
- Czy jestes pewny, panie - zabral glos Deliamber - ze bedzie to az tak proste? 
- W kazdym razie trzeba sprbowac. Tego jestem pewien. Nie potraficie zmienic mego 
postanowienia. 
- Panie - powiedzial Sleet - to Zmiennoksztaltni czarami pozbawili cie tronu, o ile 
dobrze pamietam i ty chyba takze. Teraz swiat pograza sie w szalenstwie, a ty zamierzasz 

oddac sie w ich rece, w ich wlasnych, nieprzebytych lasach. Czy wydaje ci sie to... 
- Rozsadne? Nie. Konieczne? Tak, Sleecie, tak. Jeden Koronal mniej czy wiecej nie 
stanowi rznicy. Jest wielu, ktrzy moga zajac moje miejsce i rzadzic rwnie dobrze, jesli nie 
lepiej. Liczy sie tylko przeznaczenie Majipooru. Musze jechac do Ilirivoyne. 
- Blagam cie, panie... 
- To ja blagam ciebie - odparl Valentine. - Rozmawialismy na ten temat wystarczajaco 
dlugo. Podjalem decyzje. 
- Pojedziesz do Piurifayne, panie - powiedzial z niedowierzaniem Sleet. - Oddasz sie w 
rece Metamorfw. 
- Tak - przytaknal Valentine. - Oddam sie w rece Metamorfw. 
 

 
 
 
KSIEGA PIEKNEGO NIEBA 

 

1 
 
Millilain na zawsze zapamietala dzien, w ktrym pojawil sie pierwszy z nowych 
Koronalw, tego wlas nie bowiem dnia zaplacila piec koron za dwie smazone kielbaski. 
Bylo poludnie. Szla spotkac sie z mezem, Kristofonem, w jego sklepie na esplanadzie 
kolo Mostu Khyntor. Zaczal sie trzeci miesiac brakw"; tego wlasnie slowa uzywali wszyscy 
mieszkancy Khyntor: braki", lecz Millilain w myslach stosowala odpowiedniejsze 
okreslenie: gld". Wprawdzie nie umieralo sie z glodu - jeszcze nie - ale nikt tez nie jadl do 
syta, a sytuacja pogarszala sie z dnia na dzien. Wczoraj wieczorem jedynym ich posilkiem byl 
poridz, ktry Kristofon przyrzadzil z calimbotw i odrobiny korzeni ghumba, dzisiaj zjedza 
pudding ze stajji, a jutro... kto wie? Kristofon zaczal przebakiwac cos o tym, ze w Parku 
Prestimiona latwo mozna upolowac male zwierzatka: drole, mintuny, cos w tym rodzaju. Filet 
z mintuna? Pieczona piers drola. Pzniej przyjdzie najprawdopodobniej czas na pieczen 
jaszczurcza. Z gotowanymi liscmi drzewa kabaczkowego zamiast salatki. 
Bulwarem Ossiera dotarla do miejsca, w ktrym przechodzil on w Trakt Zimru 
prowadzacy ku esplanadzie. Kiedy mijala biura Strazy, dobiegl ja wyrazny i niezwykle 
kuszacy zapach smazonych kielbasek. 
Mam halucynacje, pomyslala. A moze snie? 
Niegdys na esplanadzie widywalo sie kilkunastu, sprzedawcw kielbasek naraz. Od 
kilku tygodni Millilain nie spotkala ani jednego. Ostatnio trudno bylo w ogle dostac mieso, 
podobno na ranczach zachodu bydlo zdychalo z braku paszy, a transporty z Suvraelu, gdzie, 
jak sie zdaje, wszystko bylo w porzadku, nie docieraly z powodu smokw atakujacych statki 
na najbardziej uczeszczanych szlakach zeglugowych. 
Lecz zapach tych kielbasek wydawal sie najzupelniej autentyczny. Millilain stanela i 
rozejrzala sie wokl, szukajac jego zrdla. 
Tak! Tam! 
Nie miala halucynacji. Nie snila. Nieprawdopodobne to i zdumiewajace, ale na 
esplanadzie pojawil sie autentyczny sprzedawca kielbasek, maly, przygiety do ziemi Liimen z 
pogietym wzkiem; dlugie, czerwone kielbaski wisialy, nabite na rozen, nad goracymi 
wegielkami. Stal tak sobie, jakby nigdy nic. Jakby nie bylo brakw". Jakby sklepy z 
jedzeniem otwarte byly dluzej niz trzy godziny dziennie; ostatnio mniej wiecej tyle 
zajmowalo wyprzedanie calego towaru. 
Millilain pobiegla. 
Inni takze zaczeli biec. Ze wszystkich stron ludzie pedzili w kierunku handlarza, jakby 

rozdawal dziesieciorojalwki. Oczywiscie to, co mial do sprzedania, bylo cenniejsze niz 
najpiekniej lsniaca srebrna moneta. 
Biegla, jak jeszcze nigdy w zyciu, machala rekami, wysoko podnosila nogi. Co najmniej 
setka ludzi galopowala pedem w strone Lumena i jego wzka. Nie wystarczy mu kielbasek 
dla wszystkich, lecz ona byla najblizej, ona pierwsza go dostrzegla, ona byla najszybsza ze 
wszystkich. Tuz za jej plecami biegla dlugonoga Hjortka, a z boku, postekujac, doganial ich 
Skandar w absurdalnym, eleganckim garniturze. Czy ktos z nas kiedys wyobrazal sobie, 
pomyslala,  ze ludzie beda  scigac sie, kto pierwszy dobiegnie do ulicznego handlarza 
kielbasek? 
Braki - gld - zaczely sie gdzies  na zachodzie, w okolicach Rozpadliny. Najpierw 
wydawaly sie Millilain czyms niewaznym, niemal nierealnym, wszystko dzialo sie bowiem 
tak daleko, w miejscach, ktre same w sobie byly dla niej nierealne. Nigdy nie wyjechala na 
zachd dalej niz do Thagobar. Kiedy pojawily sie pierwsze raporty, czula cos w rodzaju 
abstrakcyjnego wsplczucia dla ludzi z Mazadone, Dulorn i Falkynkip, o ktrych mwiono, 
ze gloduja, ale trudno jej bylo zrozumiec, ze dzieje sie to rzeczywiscie - w koncu przeciez na 
Majipoorze nikt nigdy nie byl glodny - i kiedy przychodzily wies ci o kolejnych kryzysach: 
rozruchy, masowe migracje, zdarzenia te wydawaly sie jej odlegle nie tylko w przestrzeni, 
lecz takze i w czasie. Nie potrafila uswiadomic sobie, ze dzieje sie to tu i teraz; mialy one 
posmak historii, niczym cos , co dzialo sie, powiedzmy, w czasach Lorda Stiamota, tysiace lat 
temu. 
Lecz pzniej zaczela sobie uswiadamiac,  ze w sklepach, w ktrych zwykle robila 
zakupy, brakuje czasami niyku, hingamortu i gleinu. To z powodu chorb roslin na zachodzie 
- tlumaczyl sprzedawca - nie dostajemy juz niczego z farm Rozpadliny, a z innych terenw 
trudno jest sprowadzic towary, no i wychodzi to drogo. Potem zaczeto nagle racjonowac 
towary tak podstawowe jak rikka i stajja, choc uprawiano je na miejscu, a okoliczne farmy nie 
mialy  zadnych klopotw. Tym razem tlumaczono,  ze nadwyzki  zywnosci wysyla sie do 
regionw objetych zaraza; wszyscy musimy zgodzic sie na wyrzeczenia w czasach tak 
trudnych, i tak dalej, i tak dalej - glosil imperialny edykt. Potem przyszla wiadomosc, ze 
niektre z chorb roslin pojawily sie takze w prowincji Khyntor i na wschd od Khyntor az 
po Ni-moya. Racje thuyolu, rikki i stajji obcieto o potowe, lusavender w ogle przestal 
pojawiac sie w sklepach, zaczely sie klopoty z miesem. Mwilo sie o transportach z 
Alhaniroelu i Suvraelu, gdzie wszystko bylo najwyrazniej w porzadku, ale Millilain zdawala 
sobie sprawe,  ze to wylacznie plotki. Nie istniala flota handlowa tak wielka, by 
przetransportowac  zywnosc w ilosciach majacych jakies praktyczne znaczenie, ale nawet 

gdyby istniala, transport kosztowalby zbyt wiele. 
- Wszyscy umrzemy z glodu - powiedziala Kristofonowi. 
Braki w zaopatrzeniu pojawily sie wreszcie takze w Khyntor. 
Kristofon nie wierzyl, by ktos mial rzeczywiscie umrzec. Jak zawsze byl optymista. 
Jakos sobie poradzimy" - powiedzial. Jakos. A tymczasem setka ludzi biegla ku ulicznemu 
sprzedawcy smazonych kielbasek. 
Hjortka prbowala ja wyprzedzic. Millilain uderzyla ja ramieniem tak mocno, ze 
kobieta az sie przewrcila. Nigdy jeszcze nie zdarzylo sie jej nikogo uderzyc. Poczula dziwne 
oszolomienie, ucisk w gardle. Hjortka lezala, wrzeszczac i przeklinajac, lecz Millilain sie nie 
zatrzymala. Pedzila. Serce bilo jej jak oszalale, czula bl w oczach. Odtracila jeszcze kogos, 
po czym lokciami wypracowala sobie miejsce w formujacej sie wlas nie kolejce. U jej szczytu 
Liimen zaczal wlasnie sprzedawac kielbaski, zachowujac ten szczeglny, liimenski, 
beznamietny spokj, jakby wcale go nie obchodzilo, ze otacza go tlum walczacych ze soba 
ludzi. 
Pelna napiecia obserwowala, jak kolejka posuwa sie powoli. Przed nia bylo siedem, 
moze osiem osb - czy wystarczy i dla niej? Trudno bylo dostrzec, co sie wlasciwie dzieje, 
czy na ruszcie w miare ubywania starych pojawiaja sie nowe kielbaski. Czy cos jeszcze 
zostanie i dla niej? Czula sie jak lakome dziecko, przerazone,  ze zabraknie dla niego 
ciasteczek. Kompletnie oszalalam, powiedziala sobie. Czemu tak bardzo pragne zwyklej 
kielbasy? Lecz przeciez znala odpowiedz na to pytanie. Od trzech dni nie miala w ustach 
miesa, jes li nie liczyc pieciu paskw suszonego, solonego miesa smoka morskiego, ktre 
znalazla, przegladajac spizarnie... lecz trudno je bylo nazwac miesem. Zapach smazacych sie 
kielbasek spowodowal, ze slina naplynela jej do ust. Kupic kilka - nagle to stalo sie sprawa 
najwazniejsza pod sloncem, byc moze jedyna wazna sprawa. 
Stala przy wzku. 
- Dwie - poprosila. 
- Jedna na osobe. 
- Wiec prosze jedna! 
Liimen skinal glowa. Troje plonacych oczu patrzylo na nia bez zainteresowania. 
- Piec koron. 
Millilain az westchnela ze zdumienia. Na piec koron musiala pracowac pl dnia. 
Pamietala, ze przed brakami" kielbaska kosztowala dziesiec wag. No, ale w koncu to bylo 
kiedys. 
- Pan nie mwi powaznie! - zaprotestowala. - Nie moze pan zadac piecdziesiat razy 

wiecej niz normalnie! Nawet w tak trudnych czasach. 
Za jej plecami ktos krzyknal: 
- Niech pani placi albo sie wynosi! Liimen powiedzial spokojnie: 
- Dzis  piec koron. W przyszlym tygodni - osiem koron. Za dwa tygodnie - rojal. Za trzy 
- piec rojali. Za miesiac - nie ma kielbasek za zadna cene. Chce pani? Tak czy nie? 
- Chce - szepnela Millilain. Drzacymi rekami wreczyla sprzedawcy pieciokoronwke. 
Kolejna zaplacila za kufel starego, zwietrzalego piwa. Wyczerpana i oszolomiona wyszla z 
kolejki. 
Piec koron! Jeszcze niedawno tyle kosztowac mogla wystawna kolacja w dobrej 
restauracji, lecz wiekszosc restauracji byla juz zamknieta, a w tych kilku, ktre pozostaly 
otwarte, na stoliki czekalo sie tygodniami. Jedna Bogini wie, jakie wystawiano w nich 
rachunki. Piec koron za kielbaske! Nagle poczula sie straszliwie winna. Co powie 
Kristofonowi? Powiem mu prawde, postanowila. Powiem mu, ze nie potrafilam oprzec sie 
pokusie.  Ze zareagowalam impulsywnie, szalenczo impulsywnie. Poczulam zapach i nie 
potrafilam mu sie oprzec. 
Co by bylo, gdyby Liimen zazadal osmiu koron? Albo rojala? Albo pieciu rojali? Na to 
pytanie nie potrafila odpowiedziec, podejrzewala jednak, ze zaplacilaby, ile tylko by zechcial, 
tak straszna czula pokuse. 
Ugryzla wielki kawal kielbasy, jakby bala sie, ze ktos moze jej ja wyrwac. Okazala sie 
zaskakujaco smaczna, soczysta, dobrze przyprawiona. Nagle stwierdzila, ze zastanawia sie, z 
jakiego zrobiono ja miesa. Moze lepiej o tym nie mys lec, powiedziala sobie. Pewnie nie tylko 
Kristofon wpadl na pomysl polowania w parku. 
Pociagnela lyk piwa i znw podniosla do ust kielbaske. 
- Millilain? Obejrzala sie, zaskoczona. 
- Kristofon! 
- Mialem nadzieje, ze cie tu znajde. Zamknalem sklep i przyszedlem zobaczyc, co tu 
robia te tlumy. 
- Pojawil sie sprzedawca kielbasek, jak spod ziemi. Jakby wyczarowal go jakis  
czarownik! 
- Aha. Tak, rozumiem. 
Patrzyl na nie dojedzona kielbase w jej dloni. Millilain usmiechnela sie z wysilkiem. 
- Przepraszam, Kris. Chcesz kawalek? 
- Kawaleczek. Chyba juz nie warto ustawiac sie w kolejce. 
- Pewnie ich zaraz zabraknie. - Podala mu kielbaske, bardzo starajac sie ukryc, z jaka 

niechecia to robi. Pelnym napiecia wzrokiem patrzyla, jak odgryza z niej niewielki kawalek. 
Poczula ulge, kiedy oddal jej reszte, i bardzo sie zawstydzila. 
- Na Pania, ale dobra! 
- Powinna ci smakowac. Kosztowala piec koron. - Piec...! 
- Nie potrafilam sie powstrzymac, Kris. Kiedy poczulam w powietrzu ich zapach... 
pedzilam do kolejki jak dzikie zwierze. Przepychalam sie, odtracalam ludzi, walczylam. 
Chyba zaplacilabym kazda sume, jakiej by ode mnie zazadano. Och, Kris, tak mi przykro! 
- Nie przepraszaj. Na co wlasciwie mamy teraz wydawac pieniadze? A poza tym 
wszystko wkrtce sie zmieni. Slyszalas wiadomosc, ktra przyszla rano? 
- Jaka wiadomosc? 
- O nowym Koronalu! Moze sie tu pojawic lada chwila, lada chwila moze pojawic sie 
na Mos cie Khyntor! 
- Wiec Lord Valentine zostal Pontifexem? - spytala zdumiona. 
Kristofon potrzasnal glowa. 
- Valentine juz sie nie liczy. Mwia, ze zniknal, Metamorfowie go porwali albo cos  
takiego. W kazdym razie jakas godzine temu ukazaly sie proklamacje gloszace, ze Koronalem 
jest teraz Sempeturn. 
- Sempeturn? Ten kaznodzieja? 
- Tak, on. Pojawil sie w Khyntor zeszlej nocy. Burmistrz go popral. Slyszalem, ze 
ksiaze uciekl do Ni-moya. 
- To niemozliwe, Kris! Zaden czlowiek nie moze po prostu wstac i powiedziec: jestem 
Koronalem". Koronal musi byc wybrany, namaszczony, musi pochodzic z Gry Zamkowej... 
- Wszyscy tak myslelismy. Ale teraz przyszly nowe czasy. Sempeturn naprawde 
rozumie ludzi. Potrzebujemy kogos  takiego jak on. Bedzie wiedzial, jak mamy odzyskac laske 
Bogini. 
Millilain patrzyla na meza, nie wierzac wlasnym uszom. W palcach trzymala kielbaske, 
o ktrej na chwile zapomniala. 
- Niemozliwe! To jakies szalenstwo! Lord Valentine jest naszym Koronalem. Lord... 
- Sempeturn mwi, ze to oszust, ze cala ta historia ze zmiana cial to glupota, ze Bogini 
karze nas chorobami i glodem za jego grzechy. Mozemy sie ocalic tylko w jeden sposb: 
obalic falszywego Koronala i oddac tron komus, kto powiedzie nas droga prawdy. 
- Sempeturn twierdzi oczywiscie,  ze on jest tym kims, wiec mamy sie przed nim 
poklonic, zaakceptowac go i... 
- Jedzie! - krzyknal Kristofon. Twarz mial czerwona, wyraz oczu dziwny. Millilain nie 

pamietala, by kiedykolwiek widziala swego meza w takim stanie, tak podniecen, ego. 
Wygladal, jakby mial goraczke. Ona takze poczula sie tale, jakby miala goraczke, zmieszana i 
oszolomiona. Nowy Koronal? Maly, czerwony na twarzy, wrzaskliwy Sempeturn siedzacy na 
tronie Confalume'a? Nie potrafila pojac tego, co sie dzieje. Miala wrazenie,  ze ktos kazal jej 
czerwien nazywac zielenia, ze ktos zdecydowal, iz rzeki maja od tej chwili plynac pod gre. 
Nagle rozlegly sie dzwieki halasliwej muzyki. Z mostu na esplanade zbiegala klusem 
orkiestra ubrana w zielono-zlote stroje z emblematem Koronala - znakiem gwiazdy. Po 
orkiestrze pojawil sie burmistrz i inni dostojnicy, a po nich maly, przesadnie wystrojony 
czlowieczek o gestych, potarganych wlosach. Siedzial sztywno we wspaniale zdobionym o 
twardym palankinie, usmiechal sie, przyjmujac holdy ogromnych tlumw towarzyszacych mu 
z Goracego Khyntor na druga strone rzeki. 
- Sempeturn! - ryknal tlum. - Sempeturn! Niech zyje Lord Sempeturn! 
- Niech zyje Lord Sempeturn! - ryknal Kristofon. 
To jakis sen, pomyslala Millilain. To przeslanie, ktrego sensu nie rozumiem. 
Krzyczeli juz wszyscy zgromadzeni na esplanadzie. Wsrd ludzi rozpetalo sie 
szalenstwo. Millilain machinalnie skonczyla jesc kielbaske; przelknela mieso, nie czujac 
nawet jego smaku, i upuscila na ziemie patyczek, na ktra bylo nadziane. Swiat wydawal sie 
drzec pod jej stopami. Kristofon krzyczal nadal ochryplym juz glosem: 
- Sempeturn! Niech zyje Lord Semp eturn! 
Palankin mijal ich wlasnie; nowego Koronala, jesli nim wlasnie byl ten czlowiek, 
dzielilo od nich najwyzej dwadziescia jardw. Sempeturn obrcil sie, przez chwile patrzyl 
wprost w oczy Millilain, ktra z przerazeniem uslyszala swj krzyk: 
- Sempeturn! Niech zyje Lord Semp eturn! 
 

2 
 
- Dokad sie wybiera? - spytal zdumiony Elidath. 
- Do Ilirivoyne - po raz ktrys z kolei powtrzyl Tunigorn. - Wyruszyl trzy dni temu. 
Elidath potrzasnal glowa. 
- Slysze twe slowa, ale zupelnie nie potrafie ich zrozumiec. Mj umysl po prostu ich nie 
akceptuje. 
- Na Pania, mj takze! Ale nie staja sie przez to mniej prawdziwe! Valentine zamierza 
spotkac sie z Danipiur, blagac ja o przebaczenie za wszystkie grzechy popelnione wobec jej 
ludu lub zrobic cos  rwnie szalonego. 
Od chwili gdy statek Elidatha przybil do portu w Piliploku, minela zaledwie godzina. 
Elidath popedzil natychmiast do wielkiego ratusza miejskiego z nadzieja, ze znajdzie tam 
Valentine'a lub - w najgorszym razie - dowie sie, iz wlas nie wyruszyl on w gre rzeki do Ni-
moya. Lecz w ratuszu nie bylo nikogo z otoczenia wladcy, oprcz Tunigorna, siedzacego w 
malym, brudnawym gabinecie i ponuro przekladajacego papiery z jednej sterty na druga. A 
jego opowiesc: Wielki Objazd zawieszony, Koronal wyprawia sie w dzika, zamieszkana przez 
Zmiennoksztaltnych dzungle... nie, nie, tego bylo za wiele, to po prostu nie mies cilo sie w 
glowie! 
Zmeczenie i rozpacz przytloczyly dusze Elidatha jak wielki glaz, czul, ze ugina sie pod 
tym ciezarem. 
Cichym glosem powiedzial: 
- Gonilem za nim przez polowe swiata wlasnie dlatego, by czemus takiemu zapobiec. 
Czy wiesz, jak wygladala moja podrz, Tunigornie? Dzien i noc w pedzacym ku wybrzezu 
s lizgaczu, bez przerwy, bez najmniejszej przerwy! Potem przeprawa przez morze pelne 
wscieklych smokw; trzy razy podplywaly tak blisko lodzi, iz myslalem,  ze w koncu ja 
zatopia. Wreszcie docieram do Piliploku plzywy ze zmeczenia i dowiaduje sie, ze spznilem 
sie o trzy dni, ze Valentine zdecydowal sie na niebezpieczna i bezsensowna wyprawe, a 
gdybym podrzowal tylko odrobine szybciej, gdybym wyjechal kilka dni wczesniej... 
- Nie przemwilbys mu do rozsadku, Elidathu. Nikomu sie to nie udalo. Ani Sleetowi, 
ani Deliamberowi, ani Carabelli... 
- Nawet Carabelli? 
- Nawet Carabelli - potwierdzil Tunigorn. 
Rozpacz Elidatha jeszcze sie poglebila. Walczyl z nia z calej sily, nie pozwalajac, by 

opanowaly go strach i watpliwosci. Po chwili powiedzial: 
- Mimo wszystko Valentine by mnie wysluchal. Jestem pewien, ze zasialbym w jego 
duszy ziarno zwatpienia. 
- Mam wrazenie, ze sam sie oszukujesz, stary przyjacielu - rzekl smutno Tunigorn. 
- Wiec dlaczego mnie wzywales ?  Zebym wypelnil zadanie, ktre uwazasz za 
niemozliwe? 
- Kiedy cie wzywalem - wyjasnil Tunigorn - nie mialem pojecia, co zamierza Valentine. 
Wiedzialem tylko, ze jest podniecony i ze planuje cos  dziwnego, cos nie przemys lanego. 
Wydawalo mi sie,  ze gdybys byl przy jego boku podczas objazdu, mglbys go uspokoic i 
odwiesc od tego, co sobie zamierzyl. Gdy zwierzyl sie nam ze swych planw, gdy okazal 
wyraznie, ze nic go od nich nie odwiedzie, od dluzszego czasu podrzowales juz na zachd. 
Zmarnowales mnstwo czasu i z tego powodu moge ci tylko wsplczuc. 
- Mimo wszystko jade do niego. 
- Obawiam sie, ze niczego nie osiagniesz. Elidath wzruszyl ramionami. 
- Scigalem go az tu - jak teraz mam zaniechac pogoni? Moze mimo wszystko istnieje 
jakis  sposb, by przywolac go do rzeczywistosci. Mwisz, ze zamierzasz ruszyc za nim jutro? 
- Tak, w poludnie. Gdy tylko zalatwie ostatnia wysylke, podpisze ostatni dekret, z 
ktrego powodu tu zostalem. 
Elidath pochylil sie gwaltownie w kierunku Tunigorna. 
- Zabierz mnie ze soba! Musimy wyruszyc jeszcze dzis ! 
- To nie byloby rozsadne. Przeciez powiedziales mi przed chwila,  ze podrz cie 
wyczerpala, sam widze zmeczenie na twej twarzy. Odpocznij tej nocy tu, w Piliploku, najedz 
sie, wys pij, snij dobrze, a jutro... 
- Nie! - krzyknal Elidath. - Wyruszymy dzis, Tunigornie. Kazda zmarnowana przez nas 
godzina zbliza go do terytorium Zmiennoksztaltnych! Nie rozumiesz, jakie to ryzyko? - 
Obrzucil Tunigorna chlodnym spojrzeniem. - Wyjade bez ciebie, jesli bede musial! 
- Nie pozwole na to! 
Brwi Elidatha uniosly sie lekko. 
- Czyzby wiec moja podrz zalezala od twojego zezwolenia? 
- Przeciez wiesz, co chcialem powiedziec. Nie pozwole ci pojechac w nieznane 
samemu. 
- Wiec wyjedz dzis  ze mna. 
- Poczekaj. Do jutra? - Nie. 
Tunigorn przymknal oczy. 

- Dobrze. Niech bedzie. Jedziemy dzis - powiedzial cicho po chwili. 
Elidath skinal glowa. 
- Wynajmiemy mala, szybka ldz i przy odrobinie szczescia dogonimy go jeszcze przed 
Ni-moya. 
- On nie kieruje sie do Ni-moya, Elidathu - powiedzial Tunigorn bezdzwiecznym 
glosem. 
- Nie rozumiem. Znam tylko jedna droge stad do Dirivoyne: rzeka za Ni-moya do Verf, 
a stamtad na poludnie do Wrt Piurifayne. 
- Gdyby tylko wybral te droge! 
- A co, istnieje jakas  inna? - Elidath byl najwyrazniej zdumiony. 
- Nie taka, w ktrej bylaby choc odrobina sensu. Ale Valentine wymyslil ja sam: na 
poludnie do Gihorny, a potem, po przekroczeniu Steiche, wprost na tereny Metamorfw. 
Elidath wytrzeszczyl na niego oczy. 
- Jak to mozliwe? Gihorna to dzika pustynia. Steiche nie da sie przekroczyc. Valentine 
powinien o tym doskonale wiedziec, a jesli nie on, to z pewnoscia ten maly Vroon wie! 
- Deliamber zrobil, co mgl, by wybic mu z glowy ten pomysl. Valentine wcale go nie 
sluchal. Twierdzil, ze gdyby plynal przez Ni-moya do Verf, musialby zatrzymywac sie w 
kazdym miescie po drodze, odprawiac wszystkie te ceremonie zwiazane z objazdem, a nie ma 
zamiaru tak opzniac pielgrzymki do Metamorfw. 
Elidath poczul rozczarowanie i niepokj. 
- Wiec ma zamiar stawic czolo burzom piaskowym i innym niebezpieczenstwom 
Gihorny... potem przeprawic sie przez rzeke, w ktrej juz raz omal nie utonal... 
- Tak, tylko po to, by spotkac sie z ludem, ktry dziesiec lat temu pozbawil go tronu... 
- Szalenstwo! 
- Rzeczywiscie, szalenstwo - przytaknal Tunigorn. 
- Zgodziles  sie. Wyjezdzamy dzis. 
- Tak, dzis. 
Tunigorn wyciagnal dlon. Elidath us cisnal ja mocno; przez dluga chwile stali w 
milczeniu. Po chwili powiedzial: 
- Odpowiedz mi na jedno pytanie, dobrze, Tunigornie? 
- Slucham. 
- Kilkakrotnie uzyles slowa szalenstwo, mwiac o tej wyprawie Valentine'a, ja uzylem 
go takze. Bo to jest szalenstwo. Lecz ja nie widzialem Koronala od ponad roku, a ty byles u 
jego boku od chwili, gdy opuscil Gre. Powiedz mi, czy naprawde uwazasz, ze oszalal? 

- Oszalal? Nie, nie sadze. 
- Mianowanie Hissune'a ksieciem? Pielgrzymka do Metamorfw? 
- Ty albo ja nigdy nie zrobilibysmy niczego takiego, lecz sadze, ze nie sa to oznaki 
szalenstwa Valentine'a, lecz czegos innego: dobroci, slodyczy, czegos w rodzaju swietosci, 
ktrych to cech zaden z nas nigdy w pelni nie pojmie. Zawsze pewni bylismy jednego - pod 
niektrymi wzgledami Valentine bardzo sie od nas rzni. 
Elidath zmarszczyl brwi. 
- No, cz... chyba lepiej, zeby byl  swiety niz szalony. Ale dobroc,  swietosc... czy 
sadzisz, ze to cechy, ktre sa najpotrzebniejsze Koronalowi Majipooru, zwlaszcza w obliczu 
czekajacej walki i wszystkich tych zdumiewajacych rzeczy, ktre wlasnie sie dzieja? 
- Na to pytanie nie znam odpowiedzi, stary przyjacielu. 
- Ja tez. Zywie jednak pewne obawy. 
- I ja - powiedzial Tunigorn. - Ja rwniez.  
 

3 
 
W ciemnosciach Y-Uulisaan lezal zdenerwowany, nie spal, sluchal wiatru wyjacego 
wsrd pustki Gihorny; ostrego, tnacego wschodniego wiatru podrywajacego w powietrze 
wilgotny piasek i miotajacego nim bezustannie o sciany namiotu. 
Krlewska karawana, z ktra wedrowal tak dlugo, znajdowala sie wiele setek mil na 
poludniowy zachd od Piliploku. Rzeka Steiche oddalona byla zaledwie o kilka dni drogi, a 
za rzeka czekalo Piurifayne. Y-Uulisaan tesknil rozpaczliwie do chwili, kiedy ja przekroczy i 
znw odetchnie powietrzem rodzinnej prowincji; im bardziej zblizala sie do niej karawana, 
tym wieksza stawala sie jego tesknota. Znw znalezc sie w domu, miedzy swymi, uwolnic sie 
od ciaglego napiecia tej maskarady... 
Juz wkrtce... juz wkrtce. 
Lecz najpierw musi w jakis sposb ostrzec Faraatae o planach Valentine'a. 
Minelo szesc dni od czasu, gdy Faraataa po raz ostatni skontaktowal sie z Y-
Uulisaanem, a szesc dni temu Y-Uulisaan nie mial pojecia o tym, ze Koronal zamierza odbyc 
pielgrzymke do krainy Piurivarw. Faraataa z pewnoscia powinien o tym wiedziec. Y-
Uulisaan nie dysponowal jednak zadnym pewnym kanalem lacznosci, ani oficjalnym - takie 
po prostu nie istnialy w tym surowym, niemal nie zamieszkanym kraju - ani wspltworzonym 
przez krlw oceanu. Potrzeba bylo wielu umyslw, by zwrcic ich uwage, a te misje Y-
Uulisaan wykonywal samotnie. 
Mimo wszystko moze jednak sprbowac. Tak jak robil to od trzech nocy, 
skoncentrowal energie umyslu i wyslal ja. w ciemnosc, bardzo starajac sie zainicjowac cos  w 
rodzaju  lacznosci z przywdca rebelii, oddalonym od niego o ponad pietnascie tysiecy 
kilometrw. 
Faraatao... Faraatao? 
To beznadziejne. Bez udzialu krlw oceanu jako posrednikw ten rodzaj przekazu byl 
niemozliwy. Y-Uulisaan zdawal sobie z tego sprawe. A jednak prbowal. Byc moze - niemal 
zmusil sie, by w to uwierzyc - istnieje jakas niewielka szansa, ze przeplywajacy niedaleko 
smok uchwyci transmisje i wzmocni ja. Malenka szansa, prawie nie istniejaca, ale nie os mielil 
sie ryzykowac, ze ja przegapi. 
Faraatao! 
Ksztalt Y-Uulisaana rozmyl sie nieco z wysilku, nogi wydluzyly sie, nos zmalal. 
Szybko poprawil zmiany, nim zdolal je zauwazyc ktokolwiek ze spiacych wraz z nim w 

namiocie ludzi., oblekl sie na powrt w ludzka postac. Od chwili gdy po raz pierwszy 
przybral ja na Alhanroelu, nie osmielil sie zrzucic jej ani na moment, by nikt nie odkryl w nim 
piurivarsliiego szpiega. Zrodzilo to napiecie, ktre z wolna stawalo sie nieznosne., ale do tej 
pory zdolal jakos  wytrwac w wybranej formie. 
Bezustannie wysylal swego ducha w ciemnosc. 
Faraatao? Faraatao? 
Nic. Cisza. Samotnosc. Jak zwykle. 
Po chwili zaprzestal wysilkw i prbowal zasnac. Ranek nadal byl jeszcze bardzo 
odlegly. Y-Uulisaan odprezyl sie, zamknal szczypiace go oczy. 
Sen jednak nie nadchodzil. W tej podrzy pojawial sie bardzo rzadko. Czasami udalo 
mu sie zdrzemnac. Zbyt wiele dzialo sie wokl: wial ostry wiatr, niesiony nim piasek uderzal 
o sciany namiotu, ludzie z otoczenia Koronala, z ktrymi dzielil kwatere, oddychali ciezko. 
Lecz przede wszystkim dokuczal mu wszechobecny tepy bl izolacji, znajdowal sie ws rd 
obcych, wrogich istot. Napiety, niespokojny, czekal nadejscia s witu. A potem gdzies  miedzy 
Godzina Szakala i Godzina Skorpiona poczul, jak o jego umysl ociera sie natretna, brzeczaca 
muzyka. 
Y-Uulisaan byl tak spiety,  ze na moment pozbawila go ona zdolnosci utrzymania 
ksztaltu, poczal w sposb nie kontrolowany przyjmowac rzne formy, najpierw nasladujac 
dwoje ze spiacych obok ludzi, a potem przyjmujac swa naturalna postac, krtkiej chwili 
zdolal sie jednak opanowac. Usiadl, serce walilo, oddech mial urywany, prbowal uchwycic 
te muzyke powtrnie. 
Tak. Jest. Wysoki dzwiek, przedziwnie przebiegajacy po skali. Rozpoznal go teraz jako 
dzwiek umyslu krla oceanu, brzmienie i skala byly nie do pomylenia, choc tego 
szczeglnego krla nie slyszal nigdy przedtem. Otworzyl swj umysl na kontrakt i w chwile 
pzniej, ku jego wielkiej uldze, uslyszal glos umyslu Faraatay: 
Y-Uulisaan? 
Nareszcie, Faraatao. Jakze dlugo na ciebie czekalem!  
Nadszedl czas wyznaczony na kontakt, Y-Uulisaanie. 
Tak, wiem. Mam dla ciebie pilne wiadomosci. Wzywalem cie kazdej nocy, prbowalem 
polaczyc sie z toba wczesniej. Nic nie slyszales? 
Nic nie slyszalem. To rutynowa rozmowa. 
Ach! 
Gdzie jestes , Y-Uulisaanie i jakie przynosisz wies ci? 
Jestem gdzies w Gihornie, sporo ponizej Piliploku i w glebi ladu, niedaleko Steiche. 

Nadal podrzuje w otoczeniu Koronala.  
Jak to mozliwe, by Wielki Objazd zawidl go na Gihorne? 
Koronal zrezygnowal z objazdu, Faraatao. Zdaza teraz ku  Ilirivoyne, by rozpoczac 
rozmowy z Danipiur. 
W odpowiedzi uslyszal tylko cisze, cisze tak ciezka,  ze az trzeszczala niczym 
powstrzymywana sila energia, az syczala cicho. Y-Uulisaan zaniepokoil sie, czy kontakt nie 
zostal aby przerwany, lecz w koncu Faraataa odezwal sie: 
Rozmowy z Danipiur? Czego od niej chce? 
Przebaczenia. 
Przebaczenia za co, Y-Uulisaanie? 
Przebaczenia za zbrodnie swego ludu dokonane na naszym ludzie. 
Czyzby wiec oszalal? 
Niektrzy z jego otoczenia tak wlasnie uwazaja. Inni mwia, ze to bardzo podobne do 
Valentine'a, tak na nienawisc odpowiedziec miloscia. 
Na dluzsza chwile znw zapadla cisza. 
Nie moze z nia rozmawiac, Y-Uulisaanie. 
Ja tez tak sadze. 
To nie czas przebaczenia, lecz walki, inaczej poniesiemy kleske. Nie dopuszcze do tego 
spotkania. Nie moze sie z nia spotkac! Prawdopodobnie zechce z nia rozmawiac, szukac 
kompromisu, a my nie mozemy pozwolic na zaden kompromis! 
Rozumiem. 
Juz niemal zwyciezylismy. Struktura rzadu wali sie. Nadszedl kres panowania ladu i 
porzadku. Czy wiesz, Y-Uulisaanie, ze pojawilo sie trzech falszywych Koronalw? Jeden 
mianowal sie wladca w Khyntor, jeden w Ni-moya, jeden w Dulorn. 
Czyz moze to byc prawda? 
Z cala pewnos cia. Nic nie slyszales? 
Nie. I nie sadze, by Valentine cos wiedzial. Jestesmy tu bardzo oddaleni od cywilizacji. 
Trzech falszywych Koronalw! To poczatek ich konca, Faraatao. 
My tez tak sadzimy. Zarazy atakuja nadal. Z twoja pomoca, Y-Uulisaanie, zdolalismy 
zneutralizowac zabiegi rzadu, jeszcze pogarszajac sytuacje. Pierwsze oznaki powaznych 
klopotw pojawily sie na Alhanroelu. Zwyciezylis my! 
Zwyciezylismy, Faraatao! 
Lecz musimy przechwycic Koronala w drodze do Iliryvoyne. Jesli mozesz, powiedz mi 
dokladnie, gdzie jestescie. 

Od trzech dni jedziemy s lizgaczami z Piliploku na poludniowy wschd, w strone 
Steiche. Slyszalem, jak wczoraj wieczorem ktos powiedzial, ze od rzeki dziela nas zaledwie 
dwa dni drogi, moze mniej. Wczoraj sam Koronal i kilka osb z jego otoczenia wysforowali 
sie przed karawane. Zapewne dojezdzaja juz na miejsce. 
Jak zamierzaja przebyc Steiche? 
Tego nie wiem, ale... 
- Teraz! Trzymajcie go! 
W jednej szokujacej chwili kontakt z Faraataa zostal zerwany. W ciemnos ci pojawily 
sie dwie wielkie postacie i zaatakowaly go. Y-Uulisaan, zaskoczony, nie przygotowany, az 
sapnal ze zdumienia. 
Dostrzegl,  ze atakuje go wielka wojowniczka, Lisamon Hultin, i okrutny, wlochaty 
Skandar, Zalzan Karol. Vroon Deliamber trzymal sie ostroznie z daleka, macki splecione mial 
w skomplikowany wzr. 
- Co wy wlasciwie sobie myslicie!? - krzyknal Y-Uulisaan. - To oburzajace! 
- Alez oczywiscie - odparla wesolo Amazonka. - Wiecej niz oburzajace. 
- Macie mnie zaraz puscic! 
- Niewielkie masz na to szanse, szpiegu - warknal Skandar. 
Y-Uulisaan rozpaczliwie prbowal wyrwac sie z ich uscisku, ale w rekach tych istot byl 
jak lalka. Nagle poczul panike i natychmiast stracil kontrole nad swa forma. Nie potrafil jej 
utrzymac, choc zmiana ksztaltu byla najlepszym dowodem jego winy. Trzymali go, a on 
skrecal sie i wil, i zmienial gwaltownie z jednego potwora w innego, byl stworzeniem 
skladajacym sie wylacznie z pokreconych odnzy, byl wielkim wezem. Nie mgl sie uwolnic, 
kontakt z Faraataa pozbawil go energii w stopniu uniemozliwiajacym zastosowanie zdolnosci 
defensywnych, na przyklad szoku elektrycznego, wiec tylko wrzeszczal i ryczal gniewnie, az 
nagle Vroon przycisnal macke do jego czola. Y-Uulisaan poczul oszolomienie, znieruchomial 
i lezal, plprzytomny. 
- Zabierzcie go do Koronala - rozkazal Deliamber. - Przesluchamy go w obecnosci 
Lorda Valentine'a. 
 

4 
 
Jadac w kierunku Steiche, na zachd, w awangardzie krlewskiej karawany, Valentine 
obserwowal, jak krajobraz wokl zmienia sie z kazda chwila, jak ponura, pustynna Gihorna 
tajemniczo przechodzi w tropikalna dzungle Piurifayne. Za soba pozostawil nadbrzezne 
lancuchy wydm i piach, nedzne kepki trawy o pedach ostrych jak brzytwa i male, pokrecone, 
skapo porosniete zltymi liscmi drzewa. Tu ziemia nie byla juz tak piaszczysta, robila sie 
coraz ciemniejsza, coraz zyzniejsza, sprzyjajaca orgii kwitnienia; w powietrzu nie czulo sie 
tez ostrego zapachu morza, stlumionego slodkim, egzotycznym zapachem dzungli. A jednak 
Valentine doskonale wiedzial,  ze znajduja sie w pasie przejs ciowym. Prawdziwa dzungla 
czekala na nich tam, na drugim brzegu Steiche, w krlestwie mgly i dziww; gesta 
ciemnozielona  sciana, tonace we mgle wzgrza i gry - takie bylo krlestwo 
Zmiennoksztaltnych. 
Rzeke osiagneli na godzine przed zmrokiem. Najpierw na brzeg zjechal  slizgacz 
Koronala, dwa pozostale pojawily sie w chwile pzniej. Nakazano im zatrzymac sie tuz przy 
pierwszym, a potem Valentine wysiadl i podszedl az nad sama wode. Mial powody, by 
doskonale pamietac Steiche. Dotarl do niej podczas lat wygnania, kiedy wraz z przyjacilmi-
zonglerami uciekal przed gniewem Metamorfw z Ilirivoyne. Teraz, wpatrujac sie w bystry 
nurt, przypomnial sobie dawne czasy, szalencza ucieczke przez blotniste Piurifayne, krwawa 
bitwe z ukrytymi w zasadzce w glebi dzungli Metamorfami; malych, podobnych do malpek 
lesnych braciszkw, ktrzy ocalili ich, wskazujac droge ku Steiche. A potem przerazajacy, 
pechowy splyw tratwami po niespokojnych wodach, wsrd glazw, bystrzyn i wodospadw, z 
nadzieja, ze uda sie dotrzec bezpiecznie do Ni-moya... 
Lecz tu nie bylo bystrzyn, spod wody nie wygladaly ostre glazy, brzeg nie byl skalisty, 
wysoki. Rzeka toczyla swe wody szybko, lecz koryto jej bylo szerokie, umozliwiajace 
przeprawe. 
- Czy to naprawde Steiche? - spytala Carabella. - Zupelnie nie przypomina rzeki, ktra 
narazila nas na tak straszne niebezpieczenstwa. 
Valentine skinal glowa. 
- To wszystko zostalo na plnocy. Tu Steiche wydaje sie bardziej... uglaskana. 
- Ale bynajmniej nie spokojna. Zdolamy sie przeprawic? 
- Musimy - oswiadczyl Valentine, przygladajac sie dalekiemu zachodniemu brzegowi i 
lezacemu za nim Piurifayne. 

Zmierzchalo juz, w coraz glebszym mroku prowincja Metamorfw wydawala sie 
niedostepna, niepojeta, niezrozumiala. Koronal znw popadl w ponury nastrj. Czyzby 
rzeczywiscie, mys lal, ta dzika ekspedycja w dzungle byla niczym wiecej niz glupota? 
Absurdalna, naiwna, z gry skazana na niepowodzenie? Byc moze. Byc moze jedynym 
skutkiem tej nie przemyslanej wyprawy bedzie kpina i wstyd. Byc moze najlepiej zrobilby 
rezygnujac z korony, ktrej nigdy tak naprawde nie pragnal, oddajac ja w rece bardziej 
zdecydowanego, brutalniejszego czlowieka? 
Byc moze. Byc moze. 
Dostrzegl, ze z wody wypelzla na pr zeciwlegly brzeg jakas dziwna, oslizgla bestia. Szla 
powoli wzdluz rzeki - dlugie, nieksztaltne stworzenie o bladoniebieskiej skrze i jednym 
wielkim, smutnym oku na szczycie topornego, gruszkowatego lba. Na oczach Valentine'a, 
litujacego sie nad jego brzydota i niezgrabnoscia, zwierze wsadzilo pysk w blotnista ziemie i 
zaczelo kiwac sie w przd i w tyl, jakby chcialo wygrzebac sobie dziure. 
Zblizyl sie Sleet. Valentine, zafascynowany tym, co widzial, pozwolil mu czekac 
dluzsza chwile w milczeniu, nim wreszcie obrcil sie w jego strone. Lecz gdy zwrcil uwage 
na swego glwnego doradce, dostrzegl, ze ma on na twarzy wyraz zmartwienia, a moze nawet 
strachu. 
- Mielis my zamiar rozbic tu obz na noc, prawda, panie? I zaczekac do rana, nim 
stwierdzimy, czy s lizgacze zdolaja por uszac sie na wodzie tak bystrej jak ta? 
- Tak. Tak to zaplanowalem. 
- Z calym szacunkiem, panie, chcialbym prosic, bys rozwazyl mozliwosc przekroczenia 
rzeki dzisiaj, jes li to tylko mozliwe. 
Valentine zmarszczyl brwi. Czul dziwna obojetnosc, jakby slowa Sleeta dobiegaly go z 
bardzo daleka. 
- O ile dobrze pamietam, mielismy spedzic ranek, eksperymentujac ze slizgaczami, lecz 
przeciez zamierzalismy czekac po tej stronie na reszte karawany i wkroczyc do Piurifayne 
dopiero wtedy, kiedy bedziemy wszyscy. Czy tak? 
- Tak, panie, ale... Valentine przerwal mu. 
- A wiec nalezaloby wydac rozkaz rozstawiania namiotw, prawda, Sleecie? - Koronal 
natychmiast zapomnial o rozmowie i znw obrcil sie w strone rzeki. - Widzisz to dziwne 
zwierze na tamtym brzegu? 
- Masz, panie, na mysli gromwarka? 
- A wiec tak sie nazywa? Jak myslisz, co robi, dlaczego wtyka pysk w bloto? 
- Powiedzialbym,  ze pragnie sobie wykopac nore.  Zeby miec sie gdzie skryc, kiedy 

nadejdzie burza. One zyja w wodzie, panie, ale ten chyba doszedl do wniosku, ze rzeka bedzie 
zbyt wzburzona... 
- Burza? - W glosie Valentine'a zabrzmialo zdziwienie. 
- Tak, panie. Wlas nie to prbowalem ci powiedziec, panie. Prosze, spjrz na niebo. 
- Jest ciemne. Nadchodzi noc. 
- Panie, prosze, spjrz na wschd. 
Valentine obrcil sie i spojrzal w strone Gihorny. Tam powinno juz byc niemal calkiem 
ciemno, o tej porze dnia nalezalo oczekiwac, ze niebo bedzie szare, moze nawet czarne, lecz 
nie - Valentine mial wrazenie, ze slonce zachodzi na wschodzie, zupelnie wbrew naturze i to 
wsrd dziwnych, pastelowych kolorw: pomaranczowozltego i bladozielonego. Barwy 
wydawaly sie zbyt jaskrawe, niemal pulsujace. S wiat jakby znieruchomial w oczekiwaniu: 
slyszal szum plynacej wody, lecz poza nim nic, ani zegnajacego dzien spiewu ptakw, ani 
wysokiego dzwieku wydawanego przez male, szkarlatne  zabki drzewne, ktrych zyly tu 
tysiace. Powietrze wydalo mu sie suche jak na pustyni, w kazdej chwili gotowe wybuchnac 
plomieniem. 
- Burza piaskowa, panie - powiedzial cicho Sleet. 
- Jestes pewien? 
- Juz pewnie wybuchla na wybrzezu. Caly dzien wial wiatr ze wschodu, a stamtad 
wlasnie, od morza, nadchodza burze Gihorny. Suchy wiatr znad oceanu - potrafisz to sobie 
wyobrazic, panie? 
- Nienawidze suchego wiatru - wtracila cicho Carabella. - Na przyklad tego, ktry 
lowcy smokw nazywaja Przeslaniem". Cala jestem jak podminowana. 
- Slyszales o burzach piaskowych Gihorny, panie? - spytal Sleet. 
Valentine odpowiedzial na to pytanie krtkim skinieniem glowy. Koronal musi 
szczeglowo znac geografie. Wielkie burze Gihorny zdarzaly sie nieczesto, lecz slynely z 
przerazajacej sily: wiatry tnace wydmy jak noze, porywajace tony piasku i miotajace nimi z 
szalona furia w glab ladu. Zdarzaly sie dwu-lub trzykrotnie w ciagu zycia czlowieka, ale gdy 
nadeszly, pamietano je latami. 
- Co sie stanie z ludzmi, ktrzy zostali za nami? 
- Burza z pewnoscia ich zlapie - odparl Sleet. - Byc moze juz zlapala, a jesli nie, nie 
trzeba bedzie dlugo czekac. Burze piaskowe przemieszczaja sie tu blyskawicznie. Posluchaj, 
panie! Sluchaj! 
Zrywal sie wiatr. Valentine uslyszal jego niskie wycie, nadal odlegle i dopiero teraz 
wyodrebniajace sie ze smiertelnej ciszy. Bylo jak pierwsza oznaka budzacej sie furii giganta; 

furii, ktra z pewnoscia za chwile wyrwie mu z gardla dziki ryk. 
- Co z nami? - spytala Carabella. - Czy burza dojdzie az tu? 
- Gromwark jest wlasnie tego zdania, pani - powiedzial Sleet. - Zamierza przeczekac 
niebezpieczenstwo pod ziemia. - I zwracajac sie do Valentine'a, dodal: - Czy wolno mi 
udzielic ci rady, panie? 
- Jesli zechcesz cos poradzic? 
- Powinnis my przekroczyc rzeke natychmiast, pki jeszcze jestesmy w stanie. Jesli 
zdecydujemy sie czekac, burza moze zniszczyc slizgacze, albo co najmniej tak powaznie je 
uszkodzic, ze nie beda w stanie poruszac sie w wodzie. 
- Przeszlo polowa moich ludzi jest nadal na pustyni Gihorny! 
- Moga juz nie zyc, panie. 
- Deliamber... Tisana... Shanamir... 
- Zdaje sobie z tego sprawe, panie. Ale w zaden sposb nie potrafimy im teraz pomc. 
Jes li mamy kontynuowac wyprawe, musimy przekroczyc rzeke, co za chwile 
najprawdopodobniej nie bedzie juz mozliwe. Po drugiej stronie mozemy schronic sie w 
dzungli, mozemy sie tam zatrzymac, pki inni do nas nie dotra, jesli ktos  w ogle przezyje. 
Jes li pozostaniemy tutaj, to juz najprawdopodobniej na zawsze, bez mozliwosci ruszenia 
przed siebie ani wycofania sie. 
Ponura perspektywa, pomyslal Valentine. Lecz przeciez calkiem prawdopodobna. 
Mimo wszystko wahal sie, nie chcial ruszac w glab Piurifayne, gdy tak wielu bliskich mu, 
kochanych ludzi pozostalo na lasce losu, wiatrw i smagajacego bezlitosnie piasku Gihorny. 
Przez moment czul pokuse, by zarzadzic powrt na wschd, poszukiwania reszty karawany. 
Wystarczyla chwila trzezwosci umyslu, by pojal glupote takiego rozkazu. Wracajac teraz, nie 
osiagnalby niczego, oprcz narazenia na niebezpieczenstwo kolejnych kilku ludzi. Byc moze 
burza nie dotarla jeszcze tak daleko na zachd; w takim razie najlepiej byloby przeczekac, az 
wyczerpie sie jej sila, a dopiero potem powrcic na Gihorne w poszukiwaniu ocalonych. 
Stal milczacy, nieruchomo, wpatrujac sie ponuro w rozciagajace sie na wschodzie 
krlestwo ciemnos ci, tak przerazajaco rozswietlone teraz niszczycielska energia. Wiatr 
wzmagal sie. Valentine zdal sobie nagle sprawe z tego, ze burza musi dotrzec az tu. Przeleci 
nad nimi, nim jej moc zmaleje, by uderzyc w Piurifayne. 
Nagle zmruzyl oczy, zamrugal ze zdumienia i wyciagnal dlon. 
- Widzisz zblizajace sie s wiatla? Swiatla slizgacza? 
- Na Pania! - szepnal ochryple Sleet. 
- Czyzby zdazyli dotrzec az tu? - spytala Carabella. - Moze zdolali sie wyrwac? 

- To tylko jeden slizgacz, panie - stwierdzil cicho Sleet. - I nie sadze, by nalezal do 
naszej karawany. 
Valentine dokladnie w tej samej chwili doszedl do identycznego wniosku. Slizgacze z 
jego floty byly wielkimi maszynami, zdolnymi przenosic wielu ludzi wraz z ladunkiem. Ten, 
ktry zblizal sie teraz do nich od strony Gihorny, wydawal sie raczej malym, prywatnym 
pojazdem, modelem dwu- lub czteroosobowym; z przodu mial tylko dwa, dosc slabe swiatla, 
podczas gdy wieksze mialy trzy - i to silne. 
Slizgacz zatrzymal sie w odleglosci zaledwie dziesieciu jardw od stojacego nad 
brzegiem rzeki Koronala. Straznicy z gwardii Valentine'a natychmiast otoczyli go, trzymajac 
miotacze w pogotowiu. Drzwi pojazdu otworzyly sie - zataczajac sie, wysiadlo z niego dwch 
zmordowanych do granic mozliwosci ludzi. 
Valentine az westchnal ze zdumienia. 
- Tunigorn? Elidath? 
Wydawalo mu sie to niemozliwe - zludzenie, sen na jawie. Tunigorn powinien przeciez 
byc w Piliploku i zalatwiac rutynowe sprawy administracyjne. A Elidath? Skad wzial sie tu 
Elidath? Elidath jest przeciez o tysiace mil stad, na Grze. Na granicy mrocznych lasw 
Piurifayne Valentine predzej spodziewal sie spotkac swa matke, Pania. 
A jednak ten wysoki mezczyzna o gestych brwiach, z kwadratowa szczeka to z 
pewnos cia Tunigorn, a ten drugi, jeszcze wyzszy, o przenikliwych oczach i szerokiej, 
kos cistej twarzy... to musi byc Elidath. Chyba... Chyba... 
Wiatr stawal sie coraz silniejszy. Valentine'owi wydawalo sie,  ze niesie ostre ziarna 
piasku. 
- Jestescie prawdziwi? - spytal przybyszw. - Czy tez to tylko sprytni Zmiennoksztaltni 
w przebraniu? 
- Jestes my prawdziwi, Valentinie, najzupelniej prawdziwi! - krzyknal Elidath, 
wyciagajac ramiona w strone Koronala. 
- Na Pania, to prawda - przemwil Tunigorn. - Nie jestes my Metamorfami, 
podrzowalis my bez przerwy dzien i noc, panie, by wreszcie spotkac cie w tym miejscu. 
- Tak. Sadze, ze jestescie prawdziwi - doszedl do wniosku Valentine. 
Wpadlby w wyciagniete do uscisku ramiona Elidatha, gdyby nie jego straznicy, ktrzy - 
niepewni, co robic - nie rozstapili sie. Valentine ze zloscia rozkazal im zejsc z drogi, a potem 
mocno przycisnal do siebie Elidatha. Po chwili zrobil krok do tylu i przyjrzal sie swemu 
najstarszemu, najblizszemu przyjacielowi. Minal przeszlo rok od chwili, kiedy widzieli sie po 
raz ostatni, lecz Elidath wygladal na starszego o dziesiec lat. Sprawial wrazenie slabszego, 

zmeczonego, wyczerpanego. Czyzby wplynely tak na niego trudy rzadw, zastanowil sie 
Valentine, czy tez dluga podrz z Alhanroelu? Uznawal go niegdys za prawdziwego brata, 
byli bowiem w jednym wieku i mieli podobne charaktery, lecz teraz brat wydawal mu sie 
starym, zmeczonym czlowiekiem. 
- Panie, burza... - wtracil Sleet. 
- Za chwile! - Krtkim gestem Valentine nakazal mu milczenie. - Musze sie wiele 
dowiedziec. Jakim cudem sie tu znalezliscie? - spytal Elidatha. 
- Przybylem, panie, blagac cie, bys nie szedl dalej na spotkanie smiertelnego 
niebezpieczenstwa. 
- Skad przekonanie, ze jestem w smiertelnym niebezpieczenstwie,  ze ide na jego 
spotkanie? 
- Dotarla do mnie wiesc,  ze planujesz udac sie do Piurifayne na rozmowy z 
Metamorfami. 
- Ta decyzja zapadla niedawno. Musiales opuscic Gre cale tygodnie - ba, miesiace! - 
wczesniej. Nim w ogle wpadlo mi to do glowy. - Troche zly, Valentine kontynuowal: - Wiec 
tak mi sluzysz, Elidathu? Opuszczasz swe miejsce w Zamku i nieproszony wyruszasz w 
podrz przez pl swiata, by sprzeciwic sie podjetym przez twego wladce decyzjom? 
- Moje miejsce jest przy tobie, Valentinie. Koronal zmarszczyl brwi. 
- Z czystej milosci przywitalem cie, wzialem w ramiona. Lecz wolalbym, by cie tu nie 
bylo. 
- Ja takze pragnalbym byc gdzie indziej - wyznal Elidath. 
- Panie - wtracil Sleet z wielkim naciskiem. - Burza jest tuz-tuz. Blagam cie... 
- Tak, burza - zabral glos Tunigorn. - Burza piaskowa Gihorny, ktra niewielu przezylo. 
Slyszelis my, jak szaleje na wybrzezu, kiedy ruszalismy na poszukiwanie - sciga nas od tamtej 
chwili. Godzina, pl godziny, byc moze nawet mniej, i spadnie na nas, panie. 
Valentine poczul, jak niepokj sciska mu serce niczym stalowa obrecz. Burza, burza, 
burza! Tak, Sleet ma calkowita racje, trzeba koniecznie cos zrobic! Ale tyle chcial jeszcze 
zadac pytan, tyle musial sie dowiedziec! 
Zwrcil sie do Tunigorna. 
- Musieliscie przejezdzac przez glwny obz! Lisamon, Deliamber, Tisana... czy sa 
bezpieczni? 
- Robia, co moga, by przezyc. I my musimy zrobic to samo. Ruszajmy na zachd, 
sprbujmy skryc sie w glebi dzungli, nim burza zacznie sie na dobre. 
- Radzilem to samo - rzekl Sleet. 

- Doskonale - zgodzil sie Valentine. Spojrzal na Sleeta i powiedzial: - Przygotuj 
s lizgacze do przekroczenia rzeki. 
- W tej chwili, panie. - Sleet oddalil sie szybko. 
- Skoro jestes  tutaj, kto rzadzi na Grze? - spytal Valentine Elidatha. 
- Wybralem trzech czlonkw Rady Regencyjnej: Stasilane'a, Diwisa i Hissune'a. 
- Hissune'a? 
Elidath zarumienil sie lekko. 
- Mam wrazenie, ze zyczyles sobie, by szybko wspinal sie po szczeblach wladzy. 
- Oczywis cie. Doskonale postapiles, Elidathu. Podejrzewam tylko, ze nie wszyscy 
entuzjastycznie przyjeli ten wybr? 
- Owszem. Ksiaze Manganot z Banglecode, diuk Halanx i... 
- Mniejsza o nazwiska. Wiem, kto protestowal najglosniej. Ale sadze, ze wkrtce i oni 
zmienia zdanie. 
- Ja juz zmienilem. To wyjatkowy chlopak, Valentinie. Zauwaza wszystko. Uczy sie 
zdumiewajaco szybko. Ma pewne ruchy. Kiedy sie pomyli, wie, jak czerpac nauke z wlasnego 
bledu. Nieco przypomina ciebie, gdy byles w jego wieku. 
Valentine potrzasnal glowa. 
- Nie, Elidathu - powiedzial. - On wcale nie przypomina mnie i chyba to najbardziej w 
nim cenie. Widzimy to samo, ale kazdy z nas patrzy inaczej. - Us miechnal sie i ujal Elidatha 
za przedramie. 
- Wiesz, jakie mam wobec niego plany? - spytal cicho. 
- Chyba tak. 
- Czy to cie martwi? 
Elidath spojrzal mu prosto w oczy. 
- Doskonale wiesz, ze nie, Valentinie. 
- Tak. Wiem, ze nie - powtrzyl Koronal, mocniej scisnal ramie Elidatha, a potem 
wypuscil je i odwrcil sie, nim ktokolwiek mgl dostrzec wilgotny blysk w jego oczach. 
Wiatr, z cala pewnoscia niosacy piasek, wyjac niesamowicie, spadl na lasek delikatnych 
drzew oslaniajacy ich od wschodu, tnac ich szerokie lis cie niczym mnstwo niewidzialnych 
nozy. Valentine poczul na twarzy deszcz piasku; mnstwo drobinek dotkliwie zadlilo. 
Odwrcil sie plecami i naciagnal plaszcz w poszukiwaniu oslony. Inni postapili podobnie. Na 
brzegu, gdzie Sleet nadzorowal przestrojenie napedzajacych  slizgacze mechanizmw - 
wykorzystujacych energie obrotu planety wokl osi - tak by mogly pracowac na wodzie, 
ludzie zaczeli krzatac sie wyraznie szybciej. 

Odezwal sie Tunigorn. 
- Mamy dla ciebie dziwne wies ci, Valentinie. 
- Mw, prosze. 
- Ten ekspert rolny, ktry podrzowal z toba od Alaisor... 
- Y-Uulisaan? Co z nim? Chyba nic mu sie nie stalo? 
- To szpieg Zmiennoksztaltnych, panie. 
Slyszac te slowa, Valentine zatoczyl sie jak uderzony. - Co? 
- Deliamber odkryl to w nocy. Poczul, ze dzieje sie cos dziwnego, szukal, szukal, az 
wreszcie stwierdzil,  ze to Y-Uulisaan jest z kims w kontakcie umyslowym. Rozkazal 
Amazonce i temu twojemu Skandarowi, by go obezwladnili, a gdy to zrobili, wiezien zaczal 
zmieniac ksztalty jak schwytany w sidla demon. 
Valentine splunal, wsciekly. 
- To przechodzi ludzkie pojecie! - krzyknal. - Przez caly ten czas podrzowalismy w 
towarzystwie szpiega, zdradzalismy mu wszystkie plany dotyczace przeciwdzialania zarazom 
i chorobom ros lin... No, nie! Nie! Co z nim zrobili? 
- Przyprowadziliby go do ciebie na przesluchanie jeszcze tej nocy, ale nadeszla burza i 
Deliamber uznal, ze bezpieczniej bedzie przeczekac jaw obozie. 
- Panie! - krzyknal stojacy nad brzegiem rzeki Sleet. - Jestesmy gotowi do prby 
przekroczenia rzeki! 
- To nie koniec - dodal Tunigorn. 
- Chodzmy. Opowiesz mi o wszystkim podczas przeprawy. 
Pos pieszyli do slizgaczy. Wiatr dal bez litosci, pod jego ciezarem drzewa przyginaly sie 
do samej ziemi. Idaca obok Valentine'a Carabella potknela sie i bylaby sie przewrcila, gdyby 
jej nie podtrzymal. Przytulil ja mocno; byla tak krucha i lekka, ze mgl ja porwac byle 
podmuch. 
- Wlasnie opuszczalem Piliplok, gdy dotarla do mnie wiadomosc o nowych 
nieszczesciach. W Khyntor mezczyzna imieniem Sempeturn, wedrowny kaznodzieja, 
mianowal sie Koronalem. Niektrzy z obywateli miasta uznali go. 
- Ach! - Valentine skulil sie, jakby ktos  uderzyl go w zoladek. 
- To nie wszystko. Podobno inny Koronal pojawil sie w Dulorn; Ghayrog imieniem 
Ristimaar. Mwi sie takze o trzecim w Ni-moya, choc jego nazwisko nie jest mi znane. Mamy 
przynajmniej jednego samozwanczego Pontifexa w Velathys, drugi - byc moze - jest w 
Narabal. I nie wiemy, czy to wszystko, panie. Kanaly komunikacyjne zostaly czesciowo 
przerwane. 

- Jest dokladnie tak, jak myslalem. - Glos Valentine'a byl smiertelnie powazny. - Bogini 
rzeczywiscie obrcila sie przeciwko mnie. Ludzi nie laczy juz wsplne dobro. Niebo peklo i 
lada chwila zwali sie na nas. 
- Panie, wsiadz do slizgacza! - krzyknal Sleet. 
- Za pzno - szepnal Koronal. - Nie ma juz dla nas przebaczenia. 
Burza uderzyla w nich z pelna sila, kiedy wsiadali do slizgaczy. Najpierw zapadla 
przerazajaca, calkowita cisza, jakby samo powietrze zniklo, uciekajac ze strachu przed 
wiatrem, a wraz z powietrzem znikla takze jego zdolnosc do przenoszenia dzwiekw. W 
nastepnym momencie rozlegl sie odglos przypominajacy gluchy, bezdzwieczny grzmot; 
krtki, tepy  lomot. Zwiastowal on nadejscie prawdziwej burzy piaskowej, wyjacego, 
s wiszczacego wichru, niosacego piasek, od ktrego powietrze stracilo swa przejrzystosc. 
Valentine siedzial juz w s lizgaczu, majac u boku Carabelle, a nieco dalej Elidatha. 
Pojazd, powoli, kiwajac sie niezgrabnie niczym wielki potwr, przebudzony ze snu na 
wydmie, podjechal do rzeki i ruszyl po powierzchni wody. 
Zapadl mrok, a z wnetrza czarnej ciemnosci  swiecilo dziwne, purpurowo-zielone 
s wiatlo. Woda w rzece byla czarna jak noc, wydymala sie i opadala gwaltownie, w miare jak 
nagle zmiany cisnienia powietrza to wsysaly ja, to znw wypychaly. Niesiony wirujacym 
wiatrem piach uderzal w nia, tworzac na falach siec drobniutkich kraterw. Carabella 
krztusila sie i dlawila, Valentine walczyl z ogarniajaca go slaboscia, s lizgacz wznosil sie i 
opadal w szalonych, dzikich podskokach; dziobem uderzal w wode raz za razem, klap, klap, 
klap. Piach ryl w oknach wzory zaskakujacej pieknosci, lecz wkrtce niewiele dalo sie 
dostrzec przez porysowane szklo, choc Valentine'owi wydawalo sie, ze pojazd po ich lewej 
strome nagle stanal na ogonie, znieruchomial w tej nieprawdopodobnej pozycji na dluga 
chwile, a potem powoli zeslizgnal sie w nurt Steiche. 
Pzniej nie widac juz bylo niczego, natomiast slyszalo sie tylko wycie wichru i 
niezmienny, szarpiacy nerwy stuk piasku uderzajacego o oslony. 
Valentine'a ogarnial powoli przedziwny spokj. Mial wrazenie, ze  slizgacz kolysze sie 
rytmicznie w przd i w tyl, jednoczes nie gleboko i gwaltownie szarpiac sie na boki. Zdal 
sobie sprawe, ze to najprawdopodobniej silniki traca moc na niestabilnej powierzchni wody i 
za moment pojazd z pewnoscia sie przewrci. 
- To przekleta rzeka - powiedziala Carabella. 
Tak, pomyslal Valentine. Najwyrazniej. Nad rzeka ciazy jakis  czar lub to ona sama jest 
zlym duchem pragnacym go zniszczyc. A teraz utoniemy wszyscy, pomyslal. Ale byl 
przedziwnie spokojny. 

Rzeka, ktra raz miala mnie juz w swej mocy, lecz z jakichs powodw pozwolila mi 
wydostac sie z matni, powiedzial sobie, przez caly ten czas czekala na druga szanse. I teraz 
wreszcie ja ma. 
To bylo bez znaczenia. W ostatecznym rozrachunku nic nie mialo znaczenia. Zycie, 
s mierc, pokj, wojna, radosc, smutek niczym sie od siebie nie rznily, slowa bez sensu, 
zwykle dzwieki, puste pochrzakiwanie. Valentine niczego nie zalowal. Powolano go do 
sluzby, wiec sluzyl. Z pewnoscia staral sie najlepiej, jak potrafil. Nie uchylal sie przed 
zadnym zadaniem, ani razu nie zdradzil zaufania, nie zlamal danego slowa. A teraz powrci 
do Zrdla, gdyz wiatr wzburzyl dzika rzeke, ktra pozre ich wszystkich; niech tak bedzie, 
przeciez to bez znaczenia. Bez znaczenia. 
- Valentinie! 
Twarz... o milimetry od jego twarzy. Oczy wpatrzone w jego oczy. Glos wolajacy imie, 
ktre kiedys chyba znal, powtarzajacy je: Valentinie! Valentinie!" 
Jakas dlon lapie go za ramie. Trzesie nim, popycha. Czyja to twarz? Czyje oczy? Czyj 
glos? Czyja dlon? 
- Chyba jest w transie, Elidathu. 
Inny glos. Wyzszy, czystszy, dobiegajacy gdzies z boku. Carabella? Tak, Carabella. Ale 
kto to taki Carabella? 
- Tu brak powietrza! Piach zapchal otwory wentylacyjne - jesli nie utoniemy, mozemy 
sie udusic! 
- Zdolamy wyjsc? 
- Tak, przez wlaz bezpieczenstwa. Ale musimy go ocucic. Valentinie! Valentinie! 
- Kim jestes? 
- To ja, Elidath. Co sie z toba dzieje? 
- Przeciez nic. Nic. 
- Wydawales sie na pl przytomny. Zaraz, pozwl, ze ci rozepne pas. Wstan, 
Valentinie. Wstan! Slizgacz zatonie w ciagu pieciu minut. 
- Ach! 
- Valentinie, prosze, posluchaj go. - Powiedzial to drugi glos, ten wyzszy, glos 
Carabelli. - Krecimy sie w klko. Musimy opuscic pojazd, musimy doplynac do brzegu. To 
nasza jedyna szansa. Jeden S lizgacz juz zatonal, drugi znikl przed chwila... och, Valentinie, 
prosze! Wstan! Odetchnij gleboko. Doskonale. I jeszcze raz. I jeszcze. No, podaj mi reke... 
zlap go za druga, Elidathu, doprowadzimy go do wlazu... doskonale, ruszaj sie, Valentinie. 
No tak. Musi sie ruszyc. Valentine zdal sobie sprawe z tego, ze na twarzy czuje 

delikatny prad powietrza. Slyszal z gry szum uderzajacego o Slizgacz wiatru. Tak. Tak. 
Pelznij w gre, musisz sie tu przecisnac, stope postaw tu, druga tutaj... krok... i jeszcze 
jeden... przytrzymaj sie reka, podciagnij... podciagnij! 
Pelzl w gre jak automat, nadal tylko czesciowo  swiadomy tego, co sie dzieje, az 
wreszcie wspial sie po drabince na szczyt wlazu bezpieczenstwa i wystawil glowe na 
zewnatrz. 
Nagly powiew s wiezego powietrza - goracego, suchego, pelnego piasku - brutalnie 
uderzyl go w twarz. Zachlysnal sie, wciagnal piach w pluca, przelknal go, zacharczal i 
splunal. Nareszcie byl w pelni przytomny. Trzymajac sie obramowania wlazu, rozejrzal sie 
wokl. Burza szalala, ciemnosc byla nieprzenikniona, dziwny blask przygasl, w powietrzu 
nadal unosil sie piach niesiony wiatrem z niesamowita predkoscia, jeden ws ciekly podmuch 
gonil z wyciem nastepny, drobiny kwarcu zatykaly mu oczy, nos i usta. 
Nie widzial wlasciwie niczego. Znajdowali sie gdzies posrodku rzeki, oba jej brzegi 
byly jednak niewidoczne. Slizgacz tkwil w wodzie krzywo, z jednym koncem uniesionym 
wysoko w powietrze, balansowal w bardzo niepewnej pozycji, wynurzony niemal do polowy. 
Po innych nie pozostal  zaden  slad. Valentine mial wrazenie,  ze widzi jakies  glowy nad 
powierzchnia wody, lecz nie mgl byc tego pewien, piach bowiem przyslanial wszystko, 
otwarcie oczu powodowalo niewymowne cierpienia. 
- Tu! Skacz, Valentinie! - krzyknal Elidath. 
- Zaraz! - zawolal i obejrzal sie. Carabella stala na drabinie tuz pod nim, blada, 
przestraszona, plprzytomna. Wyciagnal ku niej dlon; usmiechnela sie, kiedy zobaczyla, ze 
odzyskal przytomnosc. Wciagnal ja wyzej. Pomogla mu, odbijajac sie mocno; stanela na 
krawedzi wlazu, nie tracac rwnowagi ani na chwile, zreczna jak akrobatka, rwnie silna i 
sprawna jak wtedy, kiedy zonglerka zarabiala na zycie. 
Nie sposb bylo zniesc dluzej dlawiacego piachu. Ujeli sie za dlonie i skoczyli. 
Uderzyli w wode jak w beton. W powietrzu tulil sie do Carabelli, lecz sila uderzenia 
przy ladowaniu rozerwala uscisk. Valentine czul, jak caly pograza sie w wodzie; gwaltownie 
poruszyl nogami, obrcil sie i wyplynal. Wolal Carabelle, Elidatha, Sleeta, lecz nie slyszal 
zadnej odpowiedzi. Nawet tu nie bylo ucieczki przed piaskiem, padajacym jak ciezki deszcz, 
zageszczajacy wode w jakis szatanski kisiel. 
Mglbym niemal przejsc po niej do brzegu, pomyslal. 
Po lewej dostrzegl ciemna sylwetke  slizgacza, powoli pograzajacego sie w nurcie 
Steiche; zamkniete w nim powietrze zwiekszalo jego plywalnosc; dziwna, gesta woda 
podtrzymywala go na powierzchni, lecz pojazd z pewnoscia tonal. Valentine zdawal sobie 

sprawe,  ze kiedy wreszcie utonie, wywola potezna fale, zaczal wiec plynac, caly czas 
rozgladajac sie za innymi. 
Slizgacz znikl mu z oczu. Fala uderzyla go brutalnie. Dostal sie pod wode, wyplynal na 
chwile, znw zaczal tonac - to uderzyla druga fala - poczul wir ciagnacy go do dna. Targal 
nim prad, pluca plonely; od wody, od piasku? Apatia, ktra ogarnela go na pokladzie 
tonacego slizgacza, znikla bez sladu, wierzgal, wil sie, robil wszystko, byle tylko utrzymac sie 
na powierzchni. Zderzyl sie z kims w ciemnos ci, chwycil go, lecz nie potrafil utrzymac, znw 
poszedl pod wode. Tym razem dostal strasznych mdlosci; myslal, ze juz nigdy nie wyplynie, 
ale poczul, jak chwytaja go silne dlonie i zaczynaja holowac. Przestal sie wwczas szarpac, 
zrozumial bowiem, ze bledem jest rozpaczliwa walka z zywiolem. Zaczal oddychac glebiej, 
swobodnie unosil sie na powierzchni. Dlonie zwolnily uscisk; czlowiek, ktry go uratowal, 
znikl, lecz Valentine dostrzegl, ze jest blisko jednego z brzegw, wiec oglupialy ze zmeczenia 
zaczai plynac, az pod ciezkimi od wody butami poczul dno. 
Powoli, jakby maszerowal przez rzeke syropu, ruszyl w strone ladu, wydostal sie na 
blotnisty brzeg i upadl na twarz. Zalowal, ze nie moze jak gromwark zakopac sie w wilgotnej 
ziemi, ukryc sie w niej az do konca burzy. 
Po jakims czasie, kiedy mgl juz normalnie oddychac, usiadl i rozejrzal sie dookola. W 
powietrzu nadal unosil sie piach, nie byl jednak juz tak gesty, by musial zaslaniac twarz; wiatr 
wyraznie sie uspokajal. W odleglos ci kilkunastu jardw od niego, w dl rzeki, lezal 
wyrzucony na brzeg Slizgacz; po pozostalych dwu nie zostal nawet slad. Na ziemi dostrzegl 
kilka bezwladnych postaci; nie wiedzial, czy zyja. Z dala dobiegaly go slabe, niezrozumiale 
glosy. Nie mial pojecia, na ktrym brzegu rzeki sie znajduje, choc przypuszczal, ze to raczej 
Piujrifayne niz Gihorna, gdyz wydawalo mu sie, ze tuz za nim rozciaga sie nieprzebyta sciana 
dzungli. 
Powstal. 
- Panie! Panie! - uslyszal. 
- Sleet? Tu jestem! 
Z ciemnosci wylonila sie drobna, szczupla postac Sleeta. Byla z nim Carabella, a nieco 
za nimi szedl Tunigorn. Carabella nie mogla powstrzymac drzenia, choc noc byla ciepla, a 
powietrze stawalo sie coraz wilgotniejsze, w miare jak cichl suchy, pustynny wiatr. Przytulil 
ja, prbowal strzepnac mokry piasek z jej ubrania, do ktrego, tak jak do jego plaszcza, 
przywarl on niczym schnacy cement. 
- Panie, stracilismy dwa s lizgacze - zameldowal Sleet. - Moim zdaniem utonelo w nich 
wielu ich pasazerw. 

Valentine ponuro skinal glowa. 
- Tego sie obawialem. Ktos  jednak musial przezyc! 
- Niektrzy ocaleli. Idac do ciebie, slyszalem glosy. Wyrzucilo ich na oba brzegi rzeki i 
nie mam pojecia, ilu ich jest. Jednak, panie, musisz przygotowac sie na straty. Tunigorn i ja 
widzielismy  zwloki, innych niewatpliwie porwal prad i utoneli daleko stad. Kiedy nadejdzie 
dzien, bedziemy wiedzieli wiecej. 
- Oczywiscie - przytaknal Valentine. Umilkl, usiadl po turecku na ziemi - raczej jak 
zmeczony robotnik niz wladca - i przez dluga chwile milczal, bezmys lnie przesiewajac piasek 
miedzy palcami, jakby byl to jakis dziwny rodzaj sniegu, lezacego na ziemi kilkunastocalowa 
warstwa. Jednego pytania nie mial odwagi zadac, lecz gnebilo go ono bezlitosnie, wiec w 
koncu podnisl wzrok na Sleeta i Tunigorna. - Wiecie, co z Elidathem? 
- Nie wiem, panie - odparl lagodnie Sleet. 
- Nic? Zupelnie nic? Nikt go nie widzial? Nie slyszal? 
- Byl obok nas w wodzie - przypomniala mu Carabella - nim zatonal slizgacz. 
- Tak. Pamietam. Ale potem? 
- Nic - odezwal sie Tunigorn. 
Valentine obrzucil go podejrzliwym spojrzeniem. 
- Czyzbys cie znalezli jego cialo i prbowali to przede mna zataic? 
- Na Pania, Valentinie, tak samo jak ty nie wiem, co sie z nim stalo! - wyrzucil z siebie 
Tunigorn. 
- Tak. Tak. Wierze ci. Przeraza mnie to, ze nie znam jego losu. Wiesz, ile dla mnie 
znaczyl, prawda? 
- Sadzisz, ze musisz mi o tym przypominac? - spytal Tunigorn. 
Valentine us miechnal sie smutno. 
- Wybacz mi, stary przyjacielu - powiedzial. - Ta noc, jak sadze, nie sprzyja spokojowi 
mego umyslu. - Wilgotna, zimna dlonia Carabella przykryla jego dlon, on z kolei przykryl jej 
dlon swoja. Cichym glosem powtrzyl: - Prosze, wybacz mi. Tunigornie. I wy, Sleecie, 
Carabello. 
- Mamy ci wybaczyc, panie? - spytala zdumiona Carabella. - Co wybaczyc? 
- Nie mwmy o tym, kochanie - poprosil, smutno potrzasajac glowa. 
- Winisz sie za wydarzenia minionej nocy? 
- Winie sie za bardzo wiele. To, co sie dzis stalo, jest tylko drobna czastka tego, za co 
sie winie, choc dla mnie to wielka katastrofa. Oddano mi swiat pod opieke, a ja 
poprowadzilem go ku zagladzie. 

- Valentinie, nie! - krzyknela Carabella, a Sleet powiedzial: 
- Panie, jestes  dla siebie o wiele za surowy. 
- Doprawdy? - Valentine rozesmial sie. - Polowa Zimroelu gloduje, pojawilo sie trzech 
falszywych Koronalw - a moze czterech, nie wiem - Metamorfowie domagaja sie splaty 
bardzo starego dlugu, a my siedzimy na granicy Piurifayne po pachy w piasku, polowa 
naszych ludzi utonela, kto wie, jaki straszny los spotkal druga polowe i... i... - glos mu sie 
zalamal. Z wysilkiem odzyskal panowanie nad soba. - To byla straszna noc, jestem bardzo 
zmeczony i z przerazeniem mys le o tym, dlaczego Elidath jeszcze sie nie pojawil. Ale to, co 
mwie, nie pomoze w odnalezieniu go, prawda? Prawda? Dobrze, odpocznijmy, poczekajmy 
na ranek, a kiedy nadejdzie, zaczniemy naprawiac to, co jeszcze mozna naprawic. Zgoda? 
- Doskonale. To madra decyzja, Valentinie - stwierdzila Carabella. 
Nie mieli nadziei na sen. Ulozyli sie we czwrke blisko siebie, rozciagnieci na piasku, i 
spedzili noc, czuwajac, wsluchujac sie w bogactwo dobiegajacych z dzungli dzwiekw i szum 
plynacej wody. W koncu od strony Gihorny nadszedl swit; w jego szarym swietle Valentine 
dostrzegl, jak straszne zniszczenia spowodowal wiatr. Od strony Gihorny, a takze w 
pierwszych szeregach drzew puszczy Piurifayne nie ocalal zaden lisc, jakby burza plula nie 
powietrzem, lecz ogniem, zostawiajac tylko zalosne, nagie pnie. Na ziemi lezal piasek, 
gdzieniegdzie przykrywal ja cienko, w innych zas  miejscach utworzyl miniaturowe wydmy. 
S lizgacz, ktrym przyjechali Elidath i Tunigorn, stal na miejscu, lecz jego oslony, wysmagane 
piaskiem, byly szare i matowe. Jedyny pojazd, ktry dotarl na drugi brzeg rzeki, lezal na boku 
jak smok morski, cisniety na plaze przez fale. 
Grupka ocalalych - moglo ich byc czterech lub pieciu - siedziala na przeciwleglym 
brzegu rzeki, kilku innych, glwnie Skandarw z osobistej strazy Koronala, znajdowalo sie 
tuz ponizej miejsca, z ktrego patrzyl, inni wedrowali wzdluz brzegu, najwyrazniej szukajac 
cial. Zwloki ukladano w schludnych, rwnych rzedach obok przewrconego slizgacza. Nie 
dostrzegl miedzy nimi Elidatha, ale nie bardzo juz wierzyl,  ze spotka starego przyjaciela 
wsrd zywych, i nie poczul niemal nic, tylko dotyk paralizujacego chlodu kolo serca, kiedy 
wkrtce po wschodzie slonca pojawil sie jeden ze Skandarw, niosac potezne cialo Elidatha 
w czterech ramionach, jakby trzymal lalke. 
- Gdzie go znaleziono? 
- Jakies  pl mili stad w dole rzeki, panie, moze nieco dalej. 
- Zlz go i zacznij myslec o grobach. Wszystkich naszych zmarlych pochowamy dzis  
rano, na tym malym wzgrzu przy brzegu. 
- Tak, panie. 

Valentine spojrzal na cialo przyjaciela. Elidath mial zamkniete oczy, a lekko rozchylone 
usta wydawaly sie niemal usmiechac, choc - z czego zdawal sobie sprawe - rwnie dobrze 
mgl byc to grymas agonii. 
- Wczoraj wygladal tak staro - powiedzial do Carabelli. A potem, zwracajac sie do 
Tunigorna, dodal: - Czy i ty zauwazyles, jak bardzo postarzal sie przez ostatni rok? Lecz teraz 
znw sprawia wrazenie mlodego. Zmarszczki znikly; mglby znw miec dwadziescia kilka 
lat. Czy nie odnosisz takiego wrazenia? 
- Obwiniam sie za jego smierc - powiedzial Tunigorn ponuro. 
- Jak to? - spytal ostro Valentine. 
- To ja wezwalem go z Gry Zamkowej. Przyjedz, powiedzialem mu, pospiesz na 
Zimroel, Valentine snuje jakies dziwne plany, choc dokladnie nic o nich nie wiem, ty jeden 
potrafisz sklonic go, by ich zaniechal. Przyjechal... a teraz... Gdyby zostal na Grze 
Zamkowej... 
- Nie, Tunigornie. Zamilcz, prosze. 
Oszolomiony niczym we snie, Tunigorn m wil jednak nadal, jakby nie potrafil przestac: 
- ...stalby sie Koronalem po twym odejsciu do Labiryntu, zylby dlugo i szczesliwie na 
Zamku, rzadzilby madrze, a teraz... teraz... 
- Nie zostalby Koronalem, Tunigornie - powiedzial  lagodnie Valentine. - Wiedzial o 
tym i byl szczesliwy. Daj spokj, stary przyjacielu, mwiac te nonsensy, sprawiasz, ze jego 
s mierc jest dla mnie jeszcze wiekszym ciezarem. Elidath stoi juz u Zrdla; z calego serca 
zyczylbym sobie, by nie nastapilo to przed uplywem kolejnych siedemdziesieciu lat, lecz 
jednak sie zdarzylo, nic nie poradzimy, niezaleznie od tego, jak dlugo bedziemy sie 
zastanawiali, co by bylo, gdyby... My przezylismy i mamy wiele do zrobienia. Zacznijmy 
wiec, Tunigornie, dobrze? Dobrze? Czy wezmiemy sie do roboty? 
- Co musimy zrobic, panie? 
- Najpierw: pogrzebac zwloki. Jego grb wykopie wlasnorecznie i niech nikt nie 
prbuje mnie od tego odwiesc. A kiedy juz wszystkich pogrzebiemy, musisz przeprawic sie 
przez rzeke i tym waszym malym  slizgaczem pojechac na wschd, wzdluz Gihorny, by 
sprawdzic, co dzieje sie z Deliamberem, Tisana, Lisamon i reszta mego orszaku. Jesli 
przezyli, masz przyprowadzic ich do mnie. 
- A ty, Valentinie? 
- Jesli uda nam sie uruchomic ten slizgacz, rusze w glab Piurifayne, nadal bowiem 
musze spotkac sie z Danipiur, nadal musze powiedziec jej kilka rzeczy, ktre dawno juz 
powinny zostac powiedziane. Znajdziesz mnie w Elirivoyne; od poczatku tam wlasnie 

chcialem sie udac. 
- Panie... 
- Blagam, nie mw nic. Chodzcie wszyscy! Musimy wykopac groby, musimy wylac 
nad nimi lzy. I musimy takze skonczyc podrz. - Valentine jeszcze raz spojrzal w twarz 
Elidatha, myslac: Nie potrafie uwierzyc, ze nie zyje, ale wkrtce uwierze. I wtedy zrozumiem, 
ze i za to bede potrzebowac przebaczenia. 
 

5 
 
Wczesnym popoludniem, przed regularnymi zebraniami rady, Hissune mial w zwyczaju 
spacerowac po zewnetrznych okregach Zamku, badajac jego najwyrazniej nie zbadane 
bogactwo. Mieszkal na szczycie Gry wystarczajaco dlugo, by Zamek go nie oniesmielal, w 
rzeczywistosci czul sie tu jak u siebie w domu - zycie w Labiryncie bylo juz zamknieta 
ksiega, zapakowana, zapieczetowana i odeslana do najdalszych magazynw pamieci - 
wiedzial jednak, ze chocby przezyl tu piecdziesiat lat, lub nawet i piecset, nigdy nie pozna 
wszystkich sekretw nowego domu. 
Nikt ich nie znal. Hissune podejrzewal, ze w rzeczywistos ci nikt nigdy nie poznal ich do 
konca. Mwia, ze Zamek ma czterdziesci tysiecy sal. Czyzby? Czy ktos je kiedys policzyl? 
Mieszkal tu kazdy Koronal od czasw Lorda Stiamota i kazdy z nich prbowal pozostawic tu 
jakis  slad swej osobowosci - legenda glosila, ze co roku dodawano piec sal, a od czasu gdy 
Lord Stiamot pierwszy zamieszkal na Grze, minelo osiem tysiecy lat, wiec rzeczywiscie - 
Zamek moze liczyc sobie czterdziesci tysiecy sal... lub piecdziesiat, lub nawet osiemdziesiat. 
Ktz to wie? Gdyby ktos liczyl nawet i sto sal dziennie, nie wystarczyloby mu roku, by 
zliczyc wszystkie, a po roku przybyloby gdzies kilka nowych, trzeba byloby odszukac je i 
dodac... niemozliwe. Niemozliwe. 
Dla Hissune'a Zamek byl najcudowniejszym miejscem na swiecie. Na poczatku staral 
sie poznac tylko jego czesc centralna, gdzie znajdowal sie glwny dziedziniec, biura wladcy i 
najslynniejsze gmachy: Twierdza Stiamota, Dom Kronik Lorda Prestimiona, Wieza 
Straznicza Lorda Arioca, Kaplica Lorda Kinnikena oraz wielkie sale audiencyjne, otaczajace 
wspaniala, umieszczona centralnie sale krlewska, posrodku ktrej znajdowal sie tron 
Confalume'a. Jak kazdy oniemialy turysta z zapadlej prowincji Zimroelu, Hissune odwiedzil 
wszystkie te miejsca oraz wiele innych, ktrych nigdy nie pozwolono by obejrzec turyscie, az 
kazdy kat poznal rwnie dobrze co przewodnicy, ktrzy przez dziesieciolecia oprowadzali 
wycieczki. 
Owa centralna czesc Zamku byla przynajmniej kompletna i miala taka pozostac na 
wieki; nikt nie zdolalby dodac tu niczego znaczacego, nie burzac przedtem czegos, co 
postawil poprzedni Koronal, a to przeciez bylo nie do pomyslenia. Sala Trofew Lorda 
Malibora byla ostatnia wzniesiona w centralnej czesci Zamku - takie przynajmniej mial 
wrazenie. Lord Voriax podczas swych krtkich rzadw postawil tylko sale gimnastyczna we 
wschodniej czesci Zamku, Lord Valentine zas  nie zdazyl postawic niczego, choc od czasu do 

czasu mwil cos o stworzeniu wielkiego ogrodu botanicznego, znalazlyby sie w nim 
wszystkie te dziwne i cudowne rosliny, ktre widzial podczas swej wlczegi po Majipoorze. 
Twierdzil, ze zrealizuje ten plan, jak tylko ciezar wladzy nieco zmaleje i bedzie mial czas 
powazniej o nim pomyslec. Sadzac z nadchodzacych z Zimroelu raportw o kolejnych 
kleskach, czekal byc moze za dlugo - zarazy niszczyly nie tylko rosliny uprawne, lecz takze 
wiele niezwyklych dzikich gatunkw. 
Gdy tylko Hissune poznal rejon centralny, rozciagnal wedrwke na oszalamiajace i 
pozornie nieskonczone bogactwo otaczajacych go budynkw. Odwiedzil podziemia, w 
ktrych trzymano maszyny klimatyczne, zaprojektowane w bardzo dawnych czasach, gdy 
jeszcze podobnymi sprawami zajmowano sie na Majipoorze ze zrozumieniem i 
zamilowaniem; te maszyny utrzymywaly na Grze wieczna wiosne, choc jej szczyt, siegajacy 
trzydziestu mil ponad poziom morza, wbijal sie w chlodna pustke kosmosu. Wedrowal po 
gigantycznej bibliotece, wijacej sie z jednego konca Zamku na drugi w ogromnych, 
wezowych splotach - mwiono, ze znajduje sie tu kazda ksiazka opublikowana we 
Wszechs wiecie. Odwiedzal stajnie - trzymane w nich szlachetne wierzchowce, wspaniale, 
rasowe sztuczne zwierzeta w niczym nie przypominajace swych kuzynw, uzywanych jako 
sila pociagowa w miastach i na wsiach Majipooru, tanczyly i parskajac bily przednimi 
kopytami powietrze w oczekiwaniu na kolejny trening. Znalazl tunele Lorda Sangamora, serie 
polaczonych ze soba sal otaczajacych zachodni szczyt Gry niczym sznur kielbasek; ich 
s ciany i sklepienia plonely przedziwnym swiatlem - w jednej granatowym, w innej 
cynobrowym, w jeszcze innej pomaranczowym, w kolejnej olsniewajaco jaskrawozltym, a w 
nastepnej ponurym, rdzawym... i tak dalej, i tak dalej. Nikt nie wiedzial, dlaczego tunele te w 
ogle zostaly wybudowane ani jakie jest zrdlo  swiatla zapalajacego sie samorzutnie w 
wielkich glazach. 
Gdziekolwiek szedl, wpuszczano go natychmiast. W koncu byl jednym z trzech 
wladcw krlestwa - w pewnym sensie tego slowa zastepczym Koronalem, a przynajmniej 
powaznym fragmentem zastepczego Koronala. Lecz aura wladzy otoczyla go na dlugo 
przedtem, nim Elidath wybral go na czlonka triumwiratu. Czul, jak ludzie sie w niego 
wpatruja. Wiedzial, co oznaczaja te spojrzenia: Oto faworyt Lorda Valentine'a. Pojawil sie 
znikad, juz jest ksieciem, ma nieograniczone mozliwos ci kariery. Szanujcie go. Badzcie mu 
posluszni. Prawcie mu komplementy. Bjcie sie go". Kiedys wydawalo mu sie,  ze moze 
pozostac nie zmieniony, ale oczywiscie bylo to niemozliwe. Nadal jestem tylko Hissune'em, 
ktry kantowal przybywajacych do Labiryntu turystw, ktry przekladal papiery w 
tamtejszym Domu Kronik, z ktrego przyjaciele kpili, ze sie nadyma". To, oczywis cie, 

nigdy nie przestanie byc prawda, lecz prawdziwy byl takze fakt, ze dawno skonczyl dziesiec 
lat,  ze spojrzenie w zycie obcych kobiet i mezczyzn, ktrych spotkal w Rejestrze Dusz, 
zmienilo go i poglebilo jego rozumienie swiata tak, jak zrobil to trening na Grze Zamkowej, 
zaszczyty i odpowiedzialnosc - przede wszystkim odpowiedzialnosc - jaka obciazyl go 
Elidath w czasie swej regencji. Nawet poruszal sie inaczej, nie jak arogancki, lecz ostrozny 
chlopiec z Labiryntu, z oczami dookola glowy, szukajacy jakiegos oszolomionego turysty, na 
ktrym mozna by nabic sobie kabze, nie jak przepracowany urzedniczyna niskiego szczebla 
trzymajacy sie wprawdzie swego miejsca, lecz pracowicie intrygujacy, by zasiasc za biurkiem 
zwierzchnika, nie jak neofita przepraszajacy za to, ze  zyje, kaprysem losu rzucony w 
towarzystwo Poteg Majipooru, niepewny, jak sie wsrd nich zachowac, lecz jak mlody, 
obiecujacy ksiaze, ktry maszeruje godnie i pewnie korytarzami Zamku, znajacy swa sile i 
pewny jej, swiadomy swego przeznaczenia, celu, do ktrego dazy. Mial nadzieje, ze nie stal 
sie arogancki, zarozumialy, nazbyt pewny siebie, lecz akceptowal samego siebie i spokojnie, 
bez wymuszonej pokory majacej zadoscuczynic tej mu, kim juz sie stal i kim jeszcze moze 
zostac.  
Dzis trafil do tej czes ci Zamku, ktra odwiedzal rzadko: skrzydlo plnocne, schodzace 
tarasami po dlugim, zaokraglonym zboczu wierzcholka Gry, obrconym w strone dalekich 
miast Huine i Gossif. Znajdowaly sie tu koszary gwardii, kilkanascie przypominajacych ule 
budynkw z czasw Lorda Dzimaule'a i Lorda Arioca, ktrych przeznaczenia zapomniano juz  
dawno, i siec niskich, niemal calkowicie zrujnowanych, pozbawionych dachw konstrukcji, 
ktrych przeznaczenia w ogle nie znano. Kiedy byl tu po raz ostatni, przed kilkoma 
miesiacami, napotkal badajaca je grupe archeologw, dwch Ghay rogw i Vroonke 
nadzorujacych robotnikw - Skandarw, przesiewajacych ziemie w poszukiwaniu skorup 
dzbankw; Vroonka powiedziala mu wwczas, ze jej zdaniem jest to pozostalosc antycznych 
fortw z czasw Lorda Damlanga, nastepcy Stiamota. Zdecydowal sie sprawdzic, czy 
archeolodzy jeszcze pracuja, i spytac, czego sie dowiedzieli, lecz nie spotkal nikogo, a 
wykopy wypelnione byly ziemia. Przez chwile stal na szczycie starego, zrujnowanego muru, 
patrzac na nieprawdopodobnie daleki horyzont, w polowie ukryty za gigantycznym garbem 
Groty. Jakie lezaly tam miasta? Gossif, oddalone o pietnascie, Mnoze dwadziescia mil, 
ponizej Gossif Tentag, a potem, pomyslal., albo Minimool, albo Greel, nizej zas, oczywis cie, 
Stee, liczace sobie trzydziesci milionw mieszkancw, ktremu swietnoscia dorwnywalo 
tylko Ni-moya. Nigdy nie odwiedzil zadnego z tych miast, prawdopodobnie nigdy zadnego z 
nich nie odwiedzi. Sam Valentine powtarzal czasami, ze spedzil na Grze cale zycie, a nie 
mial okazji odwiedzic Stee. Swiat byl zbyt wielki, by ktokolwiek zdolal poznac go dobrze, 

majac do dyspozycji tylko jedno zycie; zbyt wielki, by w ogle dalo sie go pojac. 
Trzydzies ci milionw mieszkancw Stee, trzydziesci milionw mieszkancw Ni-moya, 
jedenascie milionw mieszkancw Pidruid, miliony w Alaisor, w Treymone, w Piliploku, w 
Mazadone, w Velathys, w Narabal... co dzieje sie z nimi w tej wlasnie chwili? - mys lal 
Hissune. Gld, panika, nowi prorocy, samozwanczy Koronalowie i Pontifexowie... Wiedzial, 
ze sytuacja jest krytyczna. Na Zimroelu panowalo takie zamieszanie, ze nie sposb bylo w 
ogle dojsc, co sie tam dzieje, choc z pewnoscia nie dzialo sie nic dobrego. W dodatku 
calkiem niedawno przyszla wiadomosc, ze wolki, rdza i sniec, i Bogini jedna wie, co jeszcze, 
tajemniczo pojawily sie na Alhanroelu, wiec wkrtce zapanuje tu najprawdopodobniej 
podobne szalenstwo. Plotki juz krazyly, slyszalo sie opowiesci o jawnych ceremoniach kultu 
smokw odprawianych w Treymone i Stoien, o pojawieniu sie tajemniczych nowych 
zakonw rycerskich: Rycerzy Dekkereta i Stowarzyszenia Gry, zakladanych w Amblemorn, 
w Normork, na samej Grze Zamkowej. Grozne, zlowrogie oznaki zblizajacej sie burzy. 
Byli i tacy, ktrzy wnioskowali, iz Majipoor cieszy sie jakas wewnetrzna odpornoscia 
na zmiany tylko dlatego, ze jego system spoleczny nie zmienil sie pod zadnym istotnym 
wzgledem od czasu uformowania sie przed tysiacami lat. Hissune jednak wystarczajaco 
dobrze znal historie zarwno swej rodzimej planety, jak i Ziemi, by wiedziec, iz nawet tak 
lagodni ludzie jak obywatele Majipooru, od tysiacleci spokojni i zadowoleni z zycia, 
uspokojeni lagodnos cia klimatu i zyznoscia ziemi, zdolnej utrzymac niemal dowolnie wielka 
populacje, pograza sie w anarchii i chaosie z oszalamiajaca szybkoscia, gdy tylko zabraknie 
im tego, do czego sie przyzwyczaili. A brakowac zaczynalo i mialo byc jeszcze gorzej. 
Skad wziely sie te plagi? Hissune nie mial pojecia. Co robiono, by je zwalczyc? 
Najwyrazniej za malo. Co mozna zrobic? Wladcy chyba istnieja po to, by dbac o dobro swych 
poddanych. A on, w koncu do pewnego stopnia wladca, przynajmniej tymczasowy, zyje sobie 
wygodnie na Grze Zamkowej, odizolowamy od swiata, daleko poza zasiegiem walacej sie w 
gruzy cywilizacji, nie doinformowany, nie majacy o niczym pojecia, bezradny. Oczywiscie, w 
ostatecznym rozrachunku to nie on odpowiedzialny jest za przezwyciezenie tego kryzysu. 
Cz z wlasciwymi wladcami Majipooru? Hissune mial Pontifexa, pogrzebanego w trzewiach 
Labiryntu, za slepego kreta, niezdolnego wyrobic sobie jakiegokolwiek pojecia o tym, co 
naprawde dzieje sie na swiecie - kazdego Pontifexa, nawet tego, ktry w odrznieniu od 
starego Tyeverasa bylby przecietnie zdrowy i normalny. W rzeczywistosci Pontifex nie 
musial pilnie sledzic biezacych wydarzen, w teorii mial od tego Koronala. A jednak Hissunie 
zaczynal rozumiec, ze i Koronal nie ma wiekszego pojecia o rzeczywistosci, siedzac tak na 
szczycie przyslonietej mgielka Gry Zamkowej, odciety od swiata rwnie skutecznie co 

Pontifex w swej jamie. No, Koronal odprawial co jakis czas Wielki Objazd, by znalezc sie 
wsrd poddanych. Czy nie to robi wlasnie Valentine i jak ma to pomc swiatu, z ktrego 
serca cieknie zywa krew? A wlasciwie, to gdzie Valentine znajduje sie w tej chwili? Jakie 
dzialania podejmuje? Czy w ogle jakies podejmuje? Kto z rzadu w ciagu ostatnich kilku 
miesiecy odebral od niego jakas wiadomosc? 
Jestesmy inteligentnymi, os wieconymi ludzmi, pomys lal. I z najlepszych w swiecie 
intencji robimy same glupstwa. 
Zblizal sie czas codziennego posiedzenia rady. Hissune obrcil sie i niemal biegiem 
ruszyl ku centralnym rejonom Zamku. 
Gdy zaczal wchodzic na Dziewiecdziesiat Dziewiec Schodw, dostrzegl Alsimira, 
ktrego mianowal niedawno swym Najwyzszym Doradca, gestykulujacego dziko i 
krzyczacego cos w jego kierunku. Przeskakujac dwa i trzy stopnie, Hissune ruszyl w gre; 
Alsimir pobiegl mu na spotkanie rwnie szybko. 
- Wszedzie cie szukamy! - krzyknal, zdyszany, gdy jeszcze kilkanascie stopni dzielilo 
go od Hissune'a. Wydawal sie zdumiewajaco podniecony. 
- Wlasnie mnie znalazles! - rzucil niecierpliwie Hissune. - O co wlasciwie chodzi? 
Alsimir przerwal, uspokoil sie i oznajmil: 
- Wszyscy sa strasznie zdenerwowani. Godzine temu przyszla dluga wiadomosc od 
Tunigorna, z Gihorny... 
- Gihorny? - Hissune spojrzal na niego, nic nie rozumiejac. - A co na milosc Pani robi 
on wlasnie tam! 
- Nie mam p ojecia. Wiadomo tylko, ze przyslal wiadomosc wlas nie stamtad i... 
- Dobrze. Dobrze. - Chwytajac Alsimira za ramie, Hissune dodal jeszcze ostro: - 
Powiedz mi, co bylo w tej wiadomosci! 
- Mys lisz, ze wiem? Czy kogos takiego jak ja wprowadza sie w wielkie sekrety stanu? 
- A wiec jest to sekret stanu? 
- Diwis i Stasilane spotkali sie w sali rady co najmniej czterdzies ci piec minut temu. 
Rozeslali goncw, gdzie sie tylko dalo, prbujac cie odnalezc, wiekszosc najwazniejszych 
panw krlestwa poszla na sesje, inni wlas nie tam ida... 
Valentine musial umrzec, pomyslal Hissune i poczul chld. 
- Chodz ze mna! - krzyknal na przyjaciela i w szalenczym tempie pobiegl w gre 
schodami. 
Przed sala rady dzialy sie przerazajace sceny; trzydziestu czy czterdziestu pomniejszych 
lordw wraz z doradcami krecilo sie w klko, nic nie wiedzac, a przybywalo ich jeszcze 

wiecej. Gdy pojawil sie Hissune, bezwiednie odsuneli sie, ustepujac mu z drogi. Ruszyl przed 
siebie niczym statek dostojnie przecinajacy ton zarosnieta dryfujaca trawa morska. Pozostawil 
Alsimira przed drzwiami, zlecajac, by dowiedzial sie od innych, czego tylko mozna, po czym 
wszedl. 
Stasilane i Diwis siedzieli przy stole na podwyzszeniu; Diwis twarz mial nieruchoma, 
ponura, Stasilane byl powazny, blady i niezwykle przygnebiony - zgarbil sie, dlonia nerwowo 
przygladzal geste, potargane wlosy. Wraz z nimi byli tu takze najwazniejsi panowie 
krlestwa: Mirigant, Elzandir, Manganot, Cantalis, diuk Halanx, Nimian z Dundilmir oraz 
pieciu, moze szesciu innych, razem z tym, ktrego Hissune widzial dopiero drugi raz w zyciu: 
starym, pomarszczonym ksieciem Ghizmaile, wnukiem Pontifexa Ossiera, poprzednika 
Tyeverasa w Labiryncie. Oczy wszystkich zwrcily sie na wchodzacego Hissune'a, on zas  
stanal na chwile niczym przykuty do podlogi wzrokiem tych mezczyzn, z ktrych najmlodszy 
byl od niego starszy o dziesiec albo i pietnascie lat; mezczyzn, ktrzy cale swe zycie spedzili 
w poblizu  zrdel wszelkiej wladzy. Patrzyli na niego, jakby tylko on mgl udzielic 
odpowiedzi na jakies straszne, niepokojace pytanie. 
- Panowie... - odezwal sie w koncu. 
Diwis, krzywiac sie, popchnal ku niemu dlugi arkusz papieru. 
- Przeczytaj - powiedzial. - Chyba ze juz wiesz. 
- Wiem tylko, ze nadeszly wiadomosci od Tunigorna. 
- Wiec czytaj. 
Siegajac po karte, Hissune zorientowal sie ze zloscia, ze drza mu rece. Popatrzyl na nie, 
jakby sie przeciw niemu zbuntowaly, i zmusil sie do zachowania spokoju. 
Z papieru skoczyly ku niemu oderwane zdania: 
...Valentine rusza do Piurifayne blagac Danipiur o wybaczenie... 
...szpieg Metamorfw zdemaskowany wsrd najblizszych towarzyszy Koronala... 
...przesluchanie ujawnia, ze to Metamorfowie stworzyli i rozprzestrzeniaja zarazy 
szalejace na terenach rolniczych... 
...wielka burza piaskowa... Elidath nie zyje, wraz z nim zginelo wielu... Koronal znikl w 
Piurifayne... 
...Elidath nie zyje... 
...Koronal znikl... 
...szpieg w jego najblizszym otoczeniu... 
...Metamorfowie stworzyli zarazy... 
...Koronal znikl... 

...Elidath nie zyje... 
.. .Koronal znikl... 
...Koronal znikl... 
...Koronal znikl... 
Hissune, zdumiony i przerazony, podnisl wzrok. 
- Czy mozemy byc pewni autentycznosci tych wies ci? 
- Co do tego nie ma watpliwosci - odparl Stasilane. - Otrzymalismy je sekretnym 
kanalem komunikacyjnym. Szyfr byl bezbledny. Styl i slownictwo Tunigorna, to gwarantuje 
osobis cie. Uwierz, Hissunie, to wiadomosc absolutnie autentyczna. 
- A wiec mamy do czynienia nie z jedna katastrofa, lecz z dwoma lub trzema - 
stwierdzil Hissune. 
- Najwyrazniej tak - przytaknal Diwis. - I co o tym sadzisz, Hissunie? 
Hissune zmierzyl syna Voriaxa dlugim, uwaznym spojrzeniem. W jego pytaniu nie 
wyczul kpiny. Mial wrazenie, ze zazdrosc i pogarda, jakie zywil do niego Diwis, zmalaly 
nieco w ciagu tych kilku miesiecy, podczas ktrych wsplnie pracowali, ze Diwis nabral 
respektu dla jego zdolnosci, lecz dzis  dopiero posunal sie az tak daleko; okazal, ze szczerze 
chce uslyszec jego zdanie - i to w obecnosci wszystkich zgromadzonych lordw. 
Odpowiedzial, ostroznie dobierajac slowa: 
- Po pierwsze, musimy zdac sobie sprawe, ze mamy do czynienia nie ze straszliwa w 
swych skutkach kleska naturalna, lecz buntem. Tunigorn pisze, ze Metamorf Y-Uulisaan, 
przesluchiwany przez Deliambera i Tisane, zeznal, iz to Zmiennoksztaltni odpowiedzialni sa 
za gnebiace nas plagi. Sadze, ze wszyscy tu obecni wierza w skutecznosc metod Deliambera, 
wszyscy wiemy rwniez, ze Tisana ma dar otwierania dusz, nawet Metamorfw. Sytuacja 
wiec jest dokladnie taka, jaka opisal niegdys w mej obecnosci Sleet, gdy na poczatku objazdu 
przebywalismy w Labiryncie, a w co Koronal nie chcial uwierzyc: Zmiennoksztaltni 
wypowiedzieli nam wojne! 
- Z doniesienia Tunigorna wiemy jednak - zauwazyl Diwis - ze w odpowiedzi Koronal 
ruszyl z pielgrzymka do Piurifayne, by na rece Danipiur zlozyc krlewskie przeprosiny za 
niedole, ktre przez wieki cierpial jej lud. Oczywiscie doskonale zdajemy sobie sprawe, ze 
Valentine uwaza siebie za czlowieka pokoju, pokazala nam to lagodnosc, z jaka potraktowal 
tych, ktrzy przed wielu laty go obalili. To oczywiscie szlachetna cecha charakteru. Ja jednak 
dzis tu twierdzilem,  ze Valentine przekroczyl granice pacyfizmu, wkraczajac w krlestwo 
szalenstwa. Twierdze,  ze Koronal, jesli nadal zyje, jest szalony. Mamy wiec oszalalego 
Pontifexa, szalonego Koronala i to w chwili, w ktrej smiertelny wrg chwycil nas za gardlo. 

A co ty o tym sadzisz, Hissunie? 
- Sadze, ze zle interpretujesz fakty dostarczone nam przez Tunigorna. 
Po twarzy Diwisa przemknal wyraz zaskoczenia i czegos w rodzaju gniewu. Glos 
jednak nie zadrzal mu ani odrobine: 
- Ach, doprawdy? 
Hissune postukal palcem w lezacy przed nim papier. 
- Tunigorn twierdzi, ze Koronal udal sie do Piurifayne i ze w jego otoczeniu odkryto 
szpiega, ktry zlozyl zeznania. Nigdzie nie znalazlem wzmianki o tym, ze Valentine ruszyl do 
Piurifayne po wysluchaniu jego zeznan. Sadze, iz mozna by bylo udowodnic, ze zdarzylo sie 
odwrotnie: Lord Valentine zdecydowal sie na podjecie misji pokoju, czego logike z 
pewnos cia mozna by kwestionowac, lecz co w pelni pasuje do jego charakteru, i dopiero gdy 
sie oddalil, wyszly na jaw nowe fakty. Byc moze z powodu burzy Tunigorn nie mgl sie z 
nim skontaktowac, choc sadze, ze Deliamber znalazlby jednak jakis  sposb. - Spogladajac na 
wielki globus, spytal jeszcze: - Co wiemy o obecnym miejscu pobytu Koronala? 
- Nic - burknal Stasilane. 
Hissune spojrzal na niego szeroko rozwartymi oczami. 
- Jaskrawoczerwone swiatelko oznaczajace miejsce pobytu Koronala zgaslo - wyjasnil 
Stasilane. 
- Zgaslo - szepnal. - Co to znaczy? Ze Valentine nie zyje? 
- Byc moze - wyjasnil Stasilane. - A moze zgubil lub uszkodzil nadajnik, ktry 
przekazuje nam dane o jego ruchach. 
Hissune skinal glowa. 
- Znalezli sie w burzy piaskowej, ktra pochlonela wiele ofiar. Choc nie wynika to 
bezposrednio z otrzymanych informacji, potrafie uwierzyc, ze w te sama burze wpadl takze 
kierujacy sie do Piurifayne od strony Gihorny Koronal. Tunigorna i innych zostawil za soba... 
- I albo zginal, albo zgubil nadajnik; nie mamy sposobu, by stwierdzic, co sie 
rzeczywiscie stalo - orzekl Diwis. 
- Mdlmy sie, by Bogini ocalila zycie mlodego Valentine'a - oznajmil nagle stary ksiaze 
Ghizmaile glosem tak suchym i drzacym, ze trudno bylo wrecz uwierzyc w to, iz slowa te 
wypowiedziala istota zyjaca. - Istnieje jednak problem, ktry musimy rozwiazac niezaleznie 
od tego, czy on zyje, czy nie. Musimy wybrac nowego Koronala. 
Zdumienie slowami wypowiedzianymi przez najstarszego z panw Zamku omal nie 
zbilo Hissune'a z ng. Rozejrzal sie po sali. 
- Czyzbym sie przeslyszal? Dyskutujemy dzis o tym, jak obalic krla? 

- To zbyt mocne slowa - odparl gladko Diwis. - Rozmawiamy wylacznie o tym, czy 
Valentine powinien nadal pelnic sluzbe Koronala... w swietle znanych nam wrogich intencji 
Zmiennoksztaltnych i tego, jak zalatwia on wszelkie nieprzyjemne sprawy. Jesli prowadzimy 
wojne - a nikt tu juz nie watpi,  ze ja rzeczywiscie prowadzimy - rozsadne wydaje sie 
twierdzenie, ze Valentine nie jest wlasciwym wladca na takie czasy... jesli zyje. Zastapic go 
nie znaczy jednak obalic. Istnieje legalny, konstytucyjny sposb usuniecia go z tronu 
Confalume'a bez wpedzania Majipooru w kryzys i bez okazywania braku milosci i szacunku. 
- Mozemy pozwolic umrzec staremu Tyeverasowi, o to ci chodzi? 
- Wlasnie. I co powiesz? 
Hissune nie odpowiadal. Jak Diwis, Ghizimaile i najprawdopodobniej wiekszosc 
zgromadzonych tu panw powoli i niechetnie dochodzil do wniosku, ze Valentine powinien 
zostac zastapiony przez kogos bardziej zdecydowanego, agresywniejszego, nawet bardziej 
wojowniczego. Myslal o tym nie od dzis, choc z nikim sie tymi myslami nie podzielil. No i 
oczywiscie istnial prosty sposb, by dokonac przekazania wladzy, awansujac Valentine'a, z 
jego zgoda lub bez niej, na Pontifexa. 
Lecz lojalnosc w stosunku do Lorda Valentine'a - przewodnika, nauczyciela, architekta 
jego kariery - byla wielka i gleboko zakorzeniona w duszy Hissune'a. Wiedzial takze, byc 
moze lepiej niz ktokolwiek inny, z jakim przerazeniem Koronal myslal o przeniesieniu sie do 
Labiryntu, co nie bylo dla niego awansem, lecz wtraceniem w najglebsze czeluscie. 
Postanowic to za jego plecami, gdy szczerze, choc niekoniecznie zrecznie, staral sie 
przywrcic pokj swiatu bez uciekania sie do walki... cz, byloby to okrucienstwo, straszliwe 
okrucienstwo. 
A jednak wymagala tego racja stanu. Czy istnieje chwila, w ktrej racja stanu 
usprawiedliwia okrucienstwo? Hissune doskonale wiedzial, co odrzeklby na to pytanie Lord 
Valentine. Nie byl jednak do konca pewien swej odpowiedzi. 
Po chwili powiedzial: 
- Byc moze Valentine rzeczywis cie nie jest odpowiednim Koronalem na te czasy, nie 
mam na ten temat zdania i wolalbym wiedziec wiecej, nim je sobie wyrobie. Jedno moge 
jednak powiedziec: nie chcialbym uczestniczyc w usunieciu go z tronu sila... czy cos  takiego 
kiedykolwiek zdarzylo sie na Majipoorze? Zdaje sie, ze nie - ale na szczescie nie trzeba 
bedzie posunac sie az do tego. Uwazam jednak, ze kwestie zdolnosci Valentine'a do 
przezwyciezenia obecnego kryzysu mozemy przedyskutowac kiedy indziej. Powinnismy 
natomiast, bez ogladania sie na wszystkie inne sprawy, rozwazyc kwestie sukcesji. 
Napiecie w sali rady wyczuwalnie wzroslo. Diwis spojrzal w oczy Hissune'a, jakby 

prbowal odczytac z nich sekret jego duszy. Diuk Halanx zarumienil sie, ksiaze Banglecone 
wyprostowal sztywno w krzesle, diuk Chorg pochylil nagle; tylko dwaj najstarsi z obecnych: 
Cantalis i Ghizmaile, pozostali nieruchomi, jakby wybr osoby Koronala nie mial zadnego 
znaczenia dla ludzi wiedzacych, ze czeka ich juz tylko smierc. 
Hissune mwil dalej: 
- W naszej dyskusji s wiadomie pominelismy jedna, szalenie wazna informacje 
przekazana nam przez Tunigorna: Elidath, od dawna uwazany za nastepce Valentine'a, nie 
zyje. 
 - Elidath nie chcial zostac Koronalem. - powiedzial Stasilane glosem tak cichym, ze 
niemal nieslyszalnym. 
- Byc moze - odparl Hissune. - Z pewnoscia nie sprawial wrazenia czlowieka 
pozadajacego tronu, kiedy zaznal juz rozkoszy regencji. Chcialem tylko uswiadomic 
wszystkim,  ze jego tragiczna smierc usunela z kregu rozwazan czlowieka, ktremu z 
pewnos cia ofiarowalibysmy korone, gdyby Lord Valentine przestal byc Koronalem. Wraz z 
nim znikla oczywista linia sukcesji; jutro mozemy dowiedziec sie, ze Lord Valentine nie zyje, 
ze zmarl wreszcie Tyeveras, ze sytuacja zmusza nas do usuniecia Valentine'a z zajmowanego 
dotychczas stanowiska. Powinnismy przygotowac sie na kazda z tych okolicznosci. To my 
wybierzemy nastepnego Koronala - czy wiemy, kto nim zostanie? 
- Czy proponujesz, bysmy glosowali na kandydatw do korony tu i teraz? - spytal 
ksiaze Manganot z Banglecode. 
- Kandydatw przeciez mamy - zabral glos Mirigant. - Udajac sie w Wielki Objazd 
Koronal mianowal regenta, regent zas przed opuszczeniem zamku mianowal z kolei - 
zakladam, ze za zgoda Valentine'a - trzech czlonkw Rady Regencyjnej. Ci trzej rzadza nami 
od kilku miesiecy. Jesli musimy znalezc nowego Koronala, powinnismy szukac go ws rd 
tych trzech. 
- Przerazasz mnie, Mirigancie - odezwal sie Stasilane. - Kiedys sadzilem, ze wspaniale 
byloby byc Koronalem; wy pewnie tez tak mysleliscie jako chlopcy. Nie jestem juz chlopcem. 
Widzialem, jak zmienil sie Elidath, kiedy spoczal na nim ciezar wladzy - nie byla to zmiana 
na lepsze. Pozwlcie, ze pierwszy zloze hold nowemu Koronalowi... lecz niech bedzie nim 
ktos inny, nie Stasilane! 
- Koronal - powiedzial diuk Chorg - nie powinien byc czlowiekiem pozadajacym 
wladzy, lecz sadze, ze nie moze jej takze nienawidzic. 
- Dziekuje ci, Elzandirze. Nie kandyduje, czy wszyscy to zrozumieli? 
- Diwisie? Hissunie? - spytala Mirigant. 

Hissune poczul, jak drga mu policzek. Ramiona i rece mial jakby zdretwiale. Spojrzal 
na Diwisa; starszy od niego ksiaze tylko usmiechnal sie i wzruszyl ramionami. Milczal. W 
uszach Hissune slyszal huk, poczul,  ze zaczyna go bolec glowa. Czy powinien zabrac glos? 
Co ma powiedziec? Teraz, gdy wreszcie do tego doszlo, czy zdola wstac i przed wszystkimi 
ksiazetami krlestwa oznajmic z podniesionym czolem, ze pragnie zostac Koronalem? Czul, 
ze Diwis rozgrywa jakas  gre przekraczajaca zdolnosc jego pojmowania; po raz pierwszy od 
chwili, gdy tego popoludnia przekroczyl drzwi sali, nie mial pojecia, jaki kurs obrac. 
Cisza wydawala sie trwac bez konca. 
I nagle Hissune uslyszal swj glos - spokojny, rwny, obojetny: 
- Sadze, ze nie ma potrzeby omawiania tej sprawy bardziej szczeglowo. Mamy dwch 
kandydatw, powinnismy rozwazyc ich zalety. Lecz nie tu. Nie teraz. Zrobilismy 
wystarczajaco wiele. Co na to powiesz, Diwisie? 
- Przemwiles madrze i z wielkim zrozumieniem sytuacji. Jak zwykle. 
- A wiec zglaszam wniosek o zakonczenie obrad - powiedzial Mirigant. - Rozwazymy 
problemy, przed ktrymi stanelis my, czekajac na kolejne informacje o losie Koronala. 
Hissune podnisl dlon. 
- Jest jeszcze inna sprawa - powiedzial i przerwal czekajac, by zgromadzeni ucichli i 
zwrcili na niego uwage. W koncu mgl mwic dalej: - Od pewnego czasu nosze sie z mysla 
o odwiedzeniu Labiryntu, rodziny i przyjacil. Uwazam takze, ze byloby wskazane, by ktos z 
nas przeprowadzil rozmowy z przedstawicielami Pontyfikatu, poznal stan Tyeverasa z 
pierwszej reki; moze sie zdarzyc, ze w ciagu kilku najblizszych miesiecy bedziemy musieli 
wybrac zarwno Pontifexa, jak i Koronala; powinnis my sie przygotowac na tak niezwykly 
obrt spraw. Proponuje ustanowic poselstwo Gry Zamkowej w Labiryncie i zglaszam sie na 
posla. 
- Popieram - powiedzial natychmiast Diwis. 
Odbyla sie jeszcze dyskusja i glosowanie, potem przeglosowano wniosek o zakonczenie 
obrad, wreszcie rada podzielila sie na male, zawziecie dyskutujace grupki. Hissune stal, 
samotny, zastanawiajac sie, kiedy wreszcie przebudzi sie z tego snu. Po chwili uswiadomil 
sobie,  ze obok niego stoi wielki, jasnowlosy Stasilane, jednoczesnie zmartwiony i 
us miechniety. 
Stasilane powiedzial cichym glosem: 
- Byc moze popelniasz pomylke, wyjezdzajac z Labiryntu w tej wlasnie chwili, 
Hissunie. 
- Byc moze, ale mialem wrazenie, ze tak wlasnie powinienem postapic. Zaryzykuje. 

- Wiec oglos  sie Koronalem, nim odjedziesz! 
- Mwisz powaznie, Stasilanie? A co bedzie, jes li Valentine zyje? 
- Jesli zyje, wiesz, jak zrobic go Pontifexem. Jes li nie zyje, musisz zajac jego miejsce, 
pki mozesz. 
- Tego nie zrobie. 
- Musisz. Inaczej po powrocie mozesz zastac na tronie Diwisa. 
Hissune us miechnal sie. 
- Z tym latwo bedzie sobie poradzic. Jesli Valentine nie zyje i Diwis go zastapi, 
dopilnuje, by Tyeveras zasnal wreszcie w spokoju. Diwis natychmiast zostanie Pontifexem i 
bedzie musial udac sie do Labiryntu, zwalniajac miejsce dla nowego Koronala... przy jednym 
tylko kandydacie. 
- Na Pania, zdumiewasz mnie! 
- Naprawde? Mnie wydalo sie to calkiem oczywiste. - Hissune mocno scisnal dlon 
starszego mezczyzny. - Dziekuje ci za poparcie, Stasilanie. Obiecuje, ze w koncu wszystko 
sie ulozy. Jesli zajme miejsce Koronala z Diwisem jako Pontifexem... niech bedzie, sadze, ze 
potrafimy ze soba wsplpracowac. Lecz teraz mdlmy sie o zycie i sukces Valentine'a i 
pozostawmy na boku te rozwazania, dobrze? 
- Alez oczywiscie - zgodzil sie Stasilane. 
Us cisneli sie krtko, po czym Hissune opus cil sale rady. W korytarzu przed drzwiami 
panowalo zamieszanie takie jak przedtem, choc teraz zebrala sie tu chyba z setka 
pomniejszych lordw; patrzyli na wychodzacego Hissune'a z niezwyklym napieciem, on 
jednak nie powiedzial zadnemu z nich ani slowa, zadnemu z nich nie spojrzal nawet w oczy, 
po prostu przecisnal sie przez tlum. Odnalazl Alsimira; przyjaciel gapil sie na niego z 
otwartymi ustami. Hissune wezwal go gestem i rozkazal mu przygotowac sie do podrzy do 
Labiryntu. 
Mlody rycerz odpowiedzial pelnym strachu spojrzeniem i slowami: 
- Powinienem ci powiedziec, panie, ze pare minut temu w tlumie pojawila sie wiesc, 
jakobys mial zostac Koronalem. Mozesz mi powiedziec, ile jest w niej z prawdy? 
- Naszym Koronalem jest Lord Valentine - odparl krtko Hissune. - A teraz idz i 
przygotuj sie do odjazdu. Zamierzam wyruszyc do Labiryntu o swicie. 
 

6 
 
Bedac jeszcze dosc daleko, kilkanascie przecznic od domu, Millilain uslyszala 
dochodzace z ulicy rytmiczne krzyki:  Ja-ta, ja-ta, bum!" czy cos takiego, jakies dzwieki bez 
znaczenia, belkot wykrzykiwany gromkim glosem, raz za razem, raz za razem, niczym przez 
tysiace szalencw naraz. Przystanela i przytulila sie w strachu do starej, zrujnowanej, 
kamiennej s ciany; czula sie jak w pulapce. Za nia, na placu, szalala banda pijanych grali z 
Wyzyny, rozbijajac wystawy w sklepach i napastujac przechodniw, gdzies na wschodzie 
Rycerze Dekkereta odbywali mityng ku czci Lorda Sempeturna, a teraz jeszcze i to 
szalenstwo. Ja-ta, ja-ta, bum". Nie miala juz gdzie uciec. Nie miala sie gdzie schronic. 
Pragnela tylko bezpiecznie dotrzec do domu i zamknac drzwi na wszystkie zamki. Swiat 
oszalal. Ja-ta, ja-ta, bum". Przypominalo to przeslanie Krla Snw, lecz z jednym 
wyjatkiem: ciagnelo sie godzinami, dzien po dniu, miesiac po miesiacu. Nawet najgorsze 
przeslanie, choc wstrzasa sama podstawa duszy, trwa niedlugo. To nigdy nie mialo sie 
skonczyc. I z czasem robilo sie jeszcze gorsze. Rozruchy i rozboje. Bez przerwy. Brak 
zywnos ci, pozostaly tylko okruchy i ochlapy, i - czasami - kawalek miesa, ktry kupowalo sie 
od grali. Grale zeszli ze swych gr z miesem zarznietych zwierzat, sprzedawali je po 
spekulacyjnych cenach, przepijali zarobione pieniadze, szaleli na ulicach, a potem wracali do 
domw. Co dzien pojawiala sie jakas  nowa kleska. Mwiono, ze smoki morskie atakuja 
kazdy statek, ktry odwazy sie wyjsc w morze; handel miedzy kontynentami skonczyl sie 
wiec definitywnie. Mwiono, ze Lord Valentine nie zyje. W Khyntor zamiast jednego bylo 
juz dwch Koronalw: Sempeturn i ten Hjort, ktry nazwal sie Lordem Stiamotem. Obaj 
zgromadzili male armie, ktre maszerowaly tam i z powrotem ulicami, wykrzykujac jakies  
slogany i wszczynajac rozrby: Rycerze Dekkereta Sempeturna i cos jak Zakon Potrjnego 
Miecza tego Hjorta. Kristofon zostal Rycerzem Dekkereta. Nie widziala go od dwch 
tygodni. Kolejny Koronal w Ni-moya i paru Pontifexw na dokladke. A teraz jeszcze i to. 
Ja-ta, ja-ta, bum". Nie miala najmniejszej ochoty sprawdzac, o co wlas ciwie chodzi. 
Najprawdopodobniej to kolejny Koronal otoczony nowym tlumem rozhisteryzowanych 
zwolennikw. Millilain rozejrzala sie wokl uwaznie, zastanawiajac sie, czy warto 
zaryzykowac przejscie ciemna alejka do ulicy Dizimaule'a, ktra doprowadzi ja do innej ulicy 
biegnacej blisko Alei Voriaxa. Alejka stanowila problem. Mwiono, ze ostatnio zaczely sie 
tam dziac dziwne rzeczy... 
Nadchodzila noc. Zaczal padac lekki deszcz, niewiele wiecej niz wilgotna mgla. 
Millilain byla plprzytomna i oszolomiona z glodu, choc powoli zaczynala sie do niego 

przyzwyczajac. Ze wschodu, z przedmiescia Goracego Khyntor, gdzie znajdowaly sie termy, 
dobiegl huk - to wybuchl punktualny jak zwykle Gejzer Confalume'a, wybijajac godzine. 
Millilain spojrzala na niego machinalnie i dostrzegla gigantyczna kolumne pary wznoszaca 
sie w gre, otoczona grzywa siarkowego, zltego dymu, przyslaniajacego polowe nieba. Cale 
zycie przezyla w poblizu gejzerw Goracego Khyntor, zawsze traktowala je jako cos  
naturalnego, lecz z jakichs  powodw akurat dzis wybuch jednego z nich przerazil ja jak nigdy 
przedtem; kilkakrotnie uczynila znak Pani, az wszystko sie skonczylo. 
Pani. Czy Pani nadal czuwa nad Majipoorem? Gdzie sie podzialy jej kojace przeslania, 
pelne tak dobrych rad, pocieszajace w trudnych chwilach. A jesli juz jestesmy przy tym, to 
gdzie podzial sie Krl Snw? Niegdys, w spokojniejszych czasach, te dwie Potegi 
utrzymywaly zycie kazdego mieszkanca Majipooru w rwnowadze, doradzajac, napominajac, 
a kiedy trzeba bylo, takze karzac. Byc moze panuja nadal, pomyslala Millilam, lecz sytuacja 
tak dalece wymknela sie spod kontroli, ze i Krl, i Pani nie potrafia juz sobie z nia poradzic, 
choc prbuja od switu do zmierzchu. System ten mial dzialac - i dzialal doskonale - w 
s wiecie, w ktrym wiekszosc obywateli rados nie stosowala sie do obowiazujacych praw. Dzis  
niemal nikt sie do niczego nie stosowal. Nie bylo praw. 
Ja-ta, ja-ta, bum! 
A z drugiej strony: 
- Lord Sempeturn. Slawcie Lorda Sempeturna! Slawcie go, slawcie, slawcie! 
Deszcz padal coraz gesciej. Ruszaj sie, powiedziala sobie Millilain. Grale na placu, 
Bogini jedna wie, jakie szalenstwo przed toba, Rycerze Dekkereta sroza sie gdzies z tylu - 
klopoty, nic tylko klopoty. Nawet jes li miedzy rycerzami byl Kristofon, nie chciala go 
widziec, nie chciala widziec jego nieprzytomnych, przepelnionych oddaniem oczu, nie chciala 
widziec dloni wzniesionej w nowej wersji znaku gwiazdy. Zaczela biec. Przez Malibor do 
Dizimaule, wzdluz Dizimaule do tej alejki laczacej ja z Malamola... czy osmieli sie wejsc w 
alejke? 
Ja-ta, ja-ta, bum! 
Nagle z ulicy Dizimaule wylonil sie pracy wprost na nia tlum. Maszerujacy szli niczym 
bezduszne maszyny - dostrzegla dziewieciu czy dziesieciu w rzedzie, podnosili i opuszczali 
rece, lewa, prawa, lewa, prawa i ten krzyk wydobywajacy sie z ich gardel w ciaglym, 
nachalnym, rwanym rytmie. Przejda po niej i nawet tego nie zauwaza! Zanurkowala z 
powrotem w alejke tylko po to, by przy jej drugim koncu zobaczyc horde mezczyzn i kobiet 
ze zloto-zielonymi opaskami na ramionach, wrzeszczacych na chwale nowego Lorda 
Stiamota. 

Jest w pulapce! Tej nocy z ukrycia wyszli wszyscy szalency! 
Millilain rozejrzala sie rozpaczliwie, po lewej stronie dostrzegla na wpl otwarte drzwi i 
natychmiast w nie wskoczyla. Znalazla sie w ciemnym korytarzu, konczacym sie sala, z 
ktrej dobiegl do niej cichy spiew i ostry zapach jakiegos  niezwyklego kadzidla. Czy to cos w 
rodzaju swiatyni? Pewnie ktrys z tych nowych kultw. Przynajmniej tu chyba nikt nie zrobi 
jej krzywdy. Moze uda sie jej pozostac wsrd jego wyznawcw, az oszalale, panujace na 
ulicach tlumy przeniosa sie w inna czesc miasta. 
Ostroznie przeszla korytarzem. Zajrzala do sali. Ciemnosc. Przyjemny zapach. Po 
jednej stronie cos w rodzaju balkonu, po ktrego obu stronach umieszczono niczym maszty 
flagowe suszone ciala dwch malych smokw morskich. Stal miedzy nimi Liimen, ponury i 
cichy, troje oczu plonelo mu jak wegielki. Millilain miala wrazenie,  ze go rozpoznaje - 
uliczny handlarz, ktry sprzedal jej raz kielbaske za piec koron. A moze to nie on? Nielatwo 
przeciez odrznic jednego Liimena od drugiego. 
Okryta plaszczem z kapturem postac, pachnaca jak Ghayrog, podeszla do niej i 
powiedziala szeptem: 
- Nadeszlas w czas zlaczenia, siostro. Witaj i niech bedzie z toba pokj krlw oceanu. 
Krlw oceanu? 
Ghayrog wzial ja delikatnie pod ramie i rwnie delikatnie popchnal w glab sali, by 
mogla zajac miejsce wsrd kleczacej, szepczacej kongregacji. Nikt na nia nie spojrzal, nikt 
nie patrzyl tu na nikogo, oczy wszystkich utkwione byly w Liimenie stojacym miedzy dwoma 
malymi, suszonymi smokami. Millilain takze patrzyla na niego. Nie chciala widziec nikogo 
sposrd otaczajacych ja ludzi - bala sie, ze moze rozpoznac przyjacil. 
- Bierzcie... pijcie... zlaczcie sie... - rozkazal Liimen. Wsrd rzedw kleczacych postaci 
krazyly czary wina. Katem oka Millilain dostrzegla,  ze kazdy, gdy przychodzi jego kolej, 
przyklada czare do ust i bierze z niej gleboki  lyk; naczynia byly bezustannie napelniane. 
Najblizsze z nich znajdowalo sie teraz trzy czy cztery rzedy przed nia. Liimen powiedzial: 
- Pijemy. Laczymy sie. Ruszamy w objecia krlw oceanu. 
Przypomniala sobie - Liimeni nazywaja smoki morskie krlami oceanu. Mwi sie, ze 
maja je za bstwa. Cz, pomyslala, moze w tym cos jest? Wszystko inne zawiodlo, wiec 
oddajmy s wiat smokom. Dostrzegla, ze czara jest od niej o dwa rzedy, lecz wedruje bardzo 
powoli. 
- Weszlis my pomiedzy krlw oceanu, polowalismy na nich, wyciagalis my ich z morza 
- mwil dalej Liimen. - Jedlismy ich cialo, pilismy ich mleko. Taki byl ich dar dla nas, taka 
byla dobrowolna ofiara, sa bowiem bogami, a bogowie powinni dawac swemu ludowi cialo i 

mleko, by go wyzywic, by wiernych uczynic bogami. A teraz przyszedl czas, w ktrym 
nadejda. Bierz. Pij. Zlacz sie. 
Czara wedrowala w rzedzie, w ktrym kleczala Millilain. 
- Sa wielkimi tego swiata - zaintonowal Liimen. - Sa jego panami. Sa jego wladcami. Sa 
jego prawdziwymi potegami, do nich nalezymy. My i caly lud Majipooru. Bierzcie. Pijcie. 
Zlaczcie sie. 
Kleczaca po jej lewej rece kobieta pila wlasnie z czary. Millilain poczula szalona 
niecierpliwosc - byla taka glodna, taka spragniona! - i zaledwie zdolala powstrzymac sie, by 
nie wyrwac czary tej kobiecie w strachu, ze dla niej nic nie zostanie. Powstrzymala sie jednak 
i czara w koncu trafila w jej rece. Spojrzala w jej glab: ciemne wino, ciezkie, ls niace. 
Wypila maly lyk. Trunek byl slodki, ostry, ciezki na jezyku; najpierw pomyslala, ze nie 
przypomina zadnego wina, ktre pila do tej pory, a potem uswiadomila sobie, ze jest w nim 
jednak cos znajomego. 
Bierzcie. Pijcie. Laczcie sie. 
Alez oczywiscie! To wino, ktrego uzywaja tlumaczki snw, kiedy lacza sie z dusza i 
tlumacza jakies trudne do zrozumienia przeslanie! Oczywiscie, to wino snw! Choc sama 
Millilain byla u tlumaczki tylko piec czy szesc razy w zyciu, a ostatnio przed laty, rozpoznala 
niezapomniany smak wina. Lecz... Jak to mozliwe? Tylko tlumaczkom wolno bylo go 
uzywac, tylko im wolno bylo w ogle je posiadac. Wino to potezny narkotyk. Mozna je pic 
tylko pod kontrola. Lecz jakims  cudem w kaplicy tej znajdowaly sie go cale kadzie, 
kongregacja pochlaniala je niczym piwo... 
Bierzcie. Pijcie. Laczcie sie. 
Nagle zdala sobie sprawe z tego, ze przetrzymuje wedrujaca wsrd ludzi czare. Obrcila 
sie z glupawym, przepraszajacym usmiechem ku kleczacemu po prawej stronie mezczyznie, 
lecz w tylko patrzyl przed siebie, nie zwracajac na nia najmniejszej uwagi, wiec wzruszyla 
ramionami, wziela gleboki lyk, a po nim kolejny, nim przekazala naczynie dalej. 
Efekt poczula niemal natychmiast. Zachwiala sie, mrugnela nieprzytomnie, cala sila 
woli powstrzymywala opadajaca na kolana glowe. To dlatego, ze wypilam na pusty zoladek, 
pomyslala. Kleczac, nisko pochylona, zaczela spiewac wraz ze wszystkimi, pomruk bez slw, 
powtarzajacy sie raz za razem, ooo-lach-wah-mah, ooo-lach-wah-mah", rwnie bezsensowny 
jak to, co inni wykrzykiwali na ulicach, lecz w jakis sposb lagodniejszy, delikatny, cichy, 
pelen tesknoty krzyk, ooo-lach-wah-mah, ooo-lach-wah-mah". Kiedy tak sie modlila, 
wydalo sie jej nagle, ze slyszy cicha, odlegla muzyke, dziwna niczym z innego swiata, jakby 
dzwiek wielu bijacych w dali dzwonw, powtarzajacych nachodzace bezustannie na siebie 

tony, ktrych nastepstwa nie sposb bylo  sledzic dluzej niz chwile, gdyz jedna melodia 
natychmiast przeksztalcala sie w nastepna, a nastepna w kolejna. Ooo-lach-wah-mah", 
zaspiewala i uslyszala dzwiek dzwonw, a potem poczula, ze gdzies  blisko, byc moze nawet 
w tym pokoju, znajduje sie cos wielkiego, cos  ogromnego, skrzydlatego, bardzo starego i 
nieprawdopodobnie madrego, cos, czego madrosc znacznie przekracza granice jej 
pojmowania, tak jak jej mzg przekracza granice pojmowania ptaka. To cos obracalo sie, 
obracalo, krazac niespiesznie po wielkiej orbicie, a za kazdym obrotem rozposcieralo 
olbrzymie skrzydla az po krance swiata, a kiedy zlozylo je po raz kolejny, otarly sie o wrota 
umyslu Millilain... musniecie najlzejsze z mozliwych, niczym dotkniecie pirka, a jednak 
poczula sie dzieki niemu przemieniona, wyniesiona, uczyniona czescia jakiegos organizmu o 
wielu umyslach, niewyobrazalnego i boskiego. Bierzcie. Pijcie. Laczcie sie. Kazde kolejne 
musniecie skrzydel wciagalo ja glebiej. Ooo-lach-wah-mah, ooo-lach-wah-mah. Zagubila sie, 
Nie byla juz Millilain. Istnial tylko krl oceanu, ktrego mowa byla dzwiekiem dzwonw, 
umysl z wielu umyslw, ktrego Millilain stala sie drobna czastka. Ooo... Lach... Wah... 
Mah... 
Bala sie. Wciagano ja az na dno morza, jej pluca wypelnily sie woda, bl byl straszny. 
Walczyla. Nie pozwoli wiecej dotknac sie tym skrzydlom. Oderwala sie, bila piesciami, z 
wysilkiem ruszyla w gre, w gre, ku powierzchni... 
Otworzyla oczy. Usiadla, oszolomiona i przerazona. Wokl niej rozlegal sie spiew: ooo-
lach-wah-mah, ooo-lach-wah-mah. Zadrzala. Gdzie jestem? Co zrobilam? Musze sie stad 
wydostac, pomys lala. W panice zerwala sie i potykajac, ruszyla do wyjs cia, roztracajac rzedy 
ludzi. Nikt nie prbowal jej zatrzymac. Umysl wciaz miala zmacony przez wino; zataczala 
sie, raz niemal przewrcila, musiala oprzec sie o sciane. Juz jest na korytarzu, biegnie 
chwiejnie przez jego wonna ciemnosc. Skrzydla nadal bija wokl niej, nadal ja otaczaja, nadal 
siegaja w jej umysl. Co ja zrobilam? Co ja zrobilam? 
Alejka, ciemnosc, deszcz. Czy nadal maszeruja - Rycerze Dekkereta, Zakon Potrjnego 
Miecza i Pani wie, kto tam jeszcze? Nic jej to nie obchodzilo. Niech nadejdzie, kto ma 
nadejsc. Biegla, nie znajac kierunku. Z dala dobiegl ja glosny huk - sluchala go z nadzieja, ze 
to tylko Gejzer Confalume'a. W glowie slyszala inny rytm. Ja-ta-bum! Ooo-lach-wah-mah. 
Czula, jak skrzydla zamykaja sie wokl niej. Biegla, potknela sie, upadla, podniosla sie i 
pobiegla dalej. 
 

7 
 
Im dalej w prowincje Metamorfw zaglebial sie Valentine, tym bardziej znajomy 
wydawal mu sie otaczajacy go swiat. 
A jednak czul rosnace przekonanie, ze popelnia straszny, potworny blad. 
Pamietal zapach tego miejsca: bogaty, ostry, zlozony z wielu pojedynczych zapachw; 
slodki aromat wzrostu i rozkladu, jedno i drugie odbywalo sie rwnie szybko w cieplym, 
ciaglym deszczu - skomplikowana mieszanka oszalamiajaca umysl z kazdym oddechem. 
Pamietal duszne, wilgotne, oblepiajace cialo powietrze, deszcze spadajace z nieba co godzine, 
bijace w galezie wynioslych drzew, sciekajace z jednego ls niacego liscia na drugi, az 
zaledwie kilka kropli docieralo do ziemi. Pamietal wspaniale bogactwo ros lin, rosnacych 
blyskawicznie jedna na drugiej, a jednak dziwnie zdyscyplinowanych, poniewaz wszystkie 
ukladaly sie w wyraznie widoczne warstwy: wysokie, delikatne drzewa pozbawione galezi az 
do trzech czwartych wysokosci, a potem strzelajace w niebo korona lisci przeplecionych 
lianami, dzikim winem i epifitami, pod nimi poziom nizszych, okraglejszych drzew lepiej 
znoszacych cien, nizej kolejny poziom gestych krzaczkw, a potem ziemia, ciemna, 
tajemnicza, niemal naga; surowa i gabczasta, sprezyscie uginajaca sie pod nogami. Pamietal 
promienie s wiatla, intensywnego, obcego, przebijajacego zaslone koron najwyzszych drzew 
w najtrudniejszych do przewidzenia momentach, rozswietlajacego ciemnosc. 
Lecz puszcza Piurifayne zajmowala tysiace mil kwadratowych w sercu Zimroelu i 
prawdopodobnie wszedzie wygladala podobnie. Gdzies  tu miesci sie stolica 
Zmiennoksztaltnych, Ilirivoyne, lecz jaki mam powd sadzic, myslal Valentine, ze jestem 
blisko niej, tylko dlatego ze dzungla wyglada, pachnie, wydaje dzwieki tak, jak moim 
zdaniem wygladala, pachniala i wydawala dzwieki przed laty. 
Kiedys, kiedy podrzowal tu z trupa zonglerw, ktrzy wpadli na szalony pomysl, by 
zarobic pare rojali, wystepujac na swiecie plonw Metamorfw, byl z nimi przynajmniej 
Deliamber, on potrafil rzucac Vroonskie czary ulatwiajace wybr sciezki na skrzyzowaniu, i 
dzielna Lisamon Hultin, znajaca dzungle od podszewki. Lecz podczas drugiej wyprawy do 
Piurifayne Valentine zdany byl na wlasne sily. 
Deliamber i Lisamon, jesli w ogle jeszcze zyli - a Valentine nie bardzo w to wierzyl, 
gdyz przez wszystkie te tygodnie nie zdolal nawiazac z nimi zadnego kontaktu, nawet we snie 
- znajdowali sie gdzies setki mil stad, po drugiej stronie Steiche. Valentine nie mial tez zadnej 
informacji od Tunigorna, ktrego wyslal na ich poszukiwanie. Podrzowal teraz wylacznie z 
Carabella, Sleetem i gwardia Skandarw. Carabelli nie brakowalo zrecznosci i odwagi, ale nie 

radzila sobie z rola tropiciela, Skandarzy byli silni i dzielni, lecz nie najbystrzejsi, Sleet zas , 
choc zwykle trzezwy i praktyczny, odczuwal paniczny strach przed Zmiennoksztaltnymi, 
zaszczepiony mu przez sen, ktry mial jako bardzo mlody mezczyzna i z ktrego efektw nie 
wyleczyly go lata. Glupota ze strony Koronala bylo tak wlczyc sie po dzungli z minimalnym 
orszakiem, lecz glupota byla najwyrazniej wsplna cecha kilku ostatnich Koronalw, mys lal 
Valentine, a zwlaszcza jego dwch poprzednikw, Malibora i Voriaxa, ktrych spotkala 
przedwczesna  smierc wlasnie podczas popelniania glupstw. Byc moze lekkomyslnosc 
wladcw to rzecz normalna. 
Mial wrazenie,  ze kolejne dni ani nie przyblizaja go do Ilirivoyne, ani od niego nie 
oddalaja; znajdowalo sie ono gdzies w dzungli, wszedzie i nigdzie; byc moze cale miasto 
ruszylo w droge tuz przed nim, zawsze tak samo dalekie, nieosiagalne. Albowiem stolica 
Metamorfw, co pamietal z poprzedniej swej podrzy, skladala sie z najprostszych, lekkich 
drewnianych domw, zaledwie kilka bylo nieco bardziej okazalych; sprawiala wrazenie 
upiora miasta, z latwoscia przenoszacego sie z miejsca na miejsce zgodnie z kaprysem jego 
mieszkancw - miasto nomadw, miasto sennego koszmaru, bledny ognik miasta. 
- Popatrz! - krzyknela Carabella. - To przeciez sciezka, Valentinie. 
- Byc moze tak - odparl. 
- A byc moze nie? 
- Slusznie, byc moze nie. 
Widzieli setki podobnych sciezek; ledwie dostrzegalne blizny w poszyciu dzungli, 
nieczytelne odciski czyjejs wczesniejszej obecnosci, pozostawione moze przed miesiacem, a 
moze w czasach Lorda Dekkereta, przed tysiacami lat. Kijek wbity w ziemie z przyczepionym 
do niego pirkiem, kawalek wstazki, rwnolegle wglebienia, jakby cos kiedys tedy wleczono; 
a czasami nic widzialnego, ulotne wrazenie, tajemniczy trop pozostawiony przez inteligencje. 
Zadna z tych sciezek jednak nigdzie nie prowadzila. Zawsze, wczes niej czy pzniej,  slad 
zacieral sie, stawal sie nieczytelny i przed nimi znw rozposcierala sie tylko dziewicza 
dzungla. 
- Rozbijemy obz, panie? - spytal Sleet. 
Ani on, ani Carabella nie protestowali przeciw tej ekspedycji, choc musiala wydawac 
sie im co najmniej lekkomys lna. Czy rozumieja, zastanawial sie czasem Valentine, jak 
niezbedne wydawalo mu sie spotkanie i rozmowa z krlowa Metamorfw? Czy moze przez 
wszystkie te tygodnie bezsensownej wlczegi po dzungli zachowywali milczenie wylacznie 
ze strachu przed gniewem krla i meza, choc z pewnoscia sadzili, ze lepiej mozna byloby 
spedzic je w cywilizowanych prowincjach, starajac sie zapobiec skutkom katastrof i 

kryzysw, z ktrymi ich obywatele z pewnos cia maja do czynienia. Lub moze - co byloby 
najgorsze - nie chcac go denerwowac, po prostu poddaja sie jego kaprysom, szalenstwu 
wedrwki po chlostanej deszczem dzungli? Nie os mielil sie spytac. Zastanawial sie tylko, jak 
dlugo on sam wytrwa w poszukiwaniach mimo rosnacej z kazdym dniem pewnosci, ze nigdy 
nie uda mu sie znalezc Ilirivoyne. 
Kiedy juz rozbili obz, zalozyl zloty diadem Pani. Po raz kolejny wszedl w trans, w 
ktrym mgl wyslac dusze, by wsrd dzungli odnalazla Deliambera i Tisane. 
Uwazal, ze ich umysly najlatwiej mu bedzie odnalezc, w koncu oni oboje lepiej znali sie 
na czarnoksiestwie snw niz ktokolwiek inny. Prbowal co noc, lecz do tej pory nie udalo mu 
sie nawiazac najslabszego kontaktu. Czyzby problemem byla odleglosc? Nigdy jeszcze nie 
prbowal polaczenia na dluzszy dystans - chyba ze z pomoca wina snw, a tu go nie mial. 
Moze Metamorfowie znali jakis sposb przechwytywania i zaklcania jego przekazw? Albo 
moze nie nawiazywal kontaktu, poniewaz ci, z ktrymi pragnal go nawiazac, nie zyli? Albo... 
Tisano... Tisano... 
Deliamberze... 
Valentine was wzywa... Valentine... Valentine... 
Valentinie... 
Tisano... 
Deliamberze... 
Cisza. 
Sprbowal wezwac Tunigorna. Tunigorn z cala pewnos cia zyl, niezaleznie od tego, 
jakie nieszczescie spotkalo wszystkich, i choc jego umysl byl praktyczny, swietnie broniony, 
zawsze istniala szansa, ze otworzy sie na wezwanie Koronala. A Lisamon Hultin? Zalzan 
Kavol? Dotknac jednego z nich, poczuc odpowiedz znajomego umyslu... 
Prbowal jeszcze przez jakis czas, a potem zdjal diadem i zamknal go w szkatule. 
Carabella spojrzala na niego pytajaco; potrzasnal glowa, wzruszyl ramionami. 
- Bardzo tu cicho - powiedzial. 
- Tak. Tylko ten deszcz. 
Krople deszczu znw spadaly z delikatnym szumem na korony najwyzszych drzew. 
Valentine wpatrywal sie w dzungle, lecz nie widzial nic; swiatla  slizgacza swiecily i mialy 
s wiecic przez cala noc, lecz poza jaskrawym kregiem ich blasku stala tylko nieprzenikniona 
s ciana mroku. Wokl obozu spokojnie mogly gromadzic sie setki Metamorfw. Pragnal, by 
tak sie stalo. Wszystko - nawet atak z zasadzki - byloby lepsze niz te tygodnie szalenczej 
wedrwki po nieznanej dziczy. 

Jak dlugo, spytal sam siebie, mam jeszcze zamiar prbowac? Jakim cudem znajde droge 
powrotna, kiedy zdecyduje sie zrezygnowac z tych absurdalnych poszukiwan? 
Wsluchiwal sie ponuro w wiecznie zmienny rytm wybijany na lis ciach przez krople 
deszczu, az wreszcie zasnal. 
I niemal od razu poczul nadchodzacy sen. 
Jego intensywnosc,  zywosc i pewnego rodzaju cieplo powiedzialy mu, ze to nie jest 
zwykly sen, lecz raczej przeslanie od Pani, pierwsze, ktre otrzymal od czasu opuszczenia 
obrzeza Gihorny; a jednak kiedy czekal na jakis wyrazny znak obecnos ci matki w swym 
umysle, poczul oszolomienie, gdyz dotad nie znalazl go, a impulsy przeszywajace mu dusze 
wydawaly sie pochodzic z innego zrdla. Krl Snw? On takze dysponowal moca otwierania 
umyslw  spiacych, lecz czy nawet w tych strasznych czasach Krl zdecydowalby sie uzyc 
swych machin przeciw Koronalowi? Jesli to nie on, to kto? Valentine, trzezwo obserwujacy 
sen, przeszukal jego granice, chcac poznac odpowiedz na to pytanie... i nie znalazl jej. 
Sen niemal pozbawiony byl tresci; skladal sie z bezksztaltnych ksztaltw i bezglosnych 
dzwiekw, sugerujac istnienie zdarzen metodami najzupelniej abstrakcyjnymi. Lecz 
stopniowo pojawily sie w nim zespoly ruchomych obrazw i plynne zmiany nastroju bedace 
metafora czegos calkiem konkretnego - wijacych sie, splatanych macek Vroona. 
- Deliamber? 
- Tu jestem, panie. 
- Gdzie? 
- Tu. Blisko. Poruszam sie w twoim kierunku. 
Przekaz ten nie mial formy mowy, umyslowej lub jakiejkolwiek innej; jego gramatyka 
byly zmieniajace sie wzory swiatla i stan umyslu o wielorakim znaczeniu. Po pewnym czasie 
sen znikl i Valentine tylko lezal nieruchomo, nie spal, lecz i nie byl calkiem przytomny, 
rozwazajac, co mu sie przydarzylo. Po raz pierwszy od wielu tygodni poczul cos na ksztalt 
nadziei. 
Rankiem, kiedy Sleet rozpoczal przygotowania do zwiniecia obozu, powiedzial: 
- Nie. Mam zamiar pozostac tu przez kilka dni. A moze nawet dluzej. 
Wyraz zwatpienia i zmieszania, choc zaraz opanowany, przez chwile wyraznie 
widoczny byl na twarzy Sleeta. Lecz tylko skinal on glowa i poszedl rozkazac Skandarom, by 
zostawili namioty w spokoju. 
- Tej nocy otrzymales jakies  wiadomosci, panie - stwierdzila Carabella. - Czytam to z 
twej twarzy. 
- Deliamber zyje. Wraz z innymi maszeruje za nami, prbuje nas doscignac. Lecz 

podrzowalis my tak kreta  sciezka, tak szybko, ze nie mogli nas dogonic. Gdy tylko nas 
namierzyli, natychmiast gdzies skrecalismy. Jesli pozostaniemy w jednym miejscu, znajda 
nas. 
 - A wiec rozmawiales z Vroonem? 
- Z jego projekcja, z cieniem. Lecz byl to prawdziwy cien, prawdziwa projekcja. 
Wkrtce tu beda. 
I rzeczywiscie, Valentine nie mial co do tego najmniejszej watpliwosci. Lecz minal 
dzien, potem drugi i kolejny. Kazdej nocy wkladal na glowe diadem, wysylal sygnal, na ktry 
nie otrzymywal odpowiedzi. Straznicy Skandarzy wyprawiali sie w dzungle jak niespokojne, 
drapiezne zwierzeta, Sleet zrobil sie drazliwy, napiety, oddalal sie samotnie na cale godziny 
mimo strachu przed Metamorfami, ktrych - jak twierdzil - wyczuwal. Carabella, zdajac sobie 
sprawe z narastajacego napiecia, zaproponowala odrobine  zonglerki - dla przypomnienia 
dawnych czasw i odrobiny rozrywki - wystarczajaco wymagajacej, by odwrcila ich uwage 
od wszystkich trosk, lecz Sleet nie mial serca do zonglerki, a Valentine, kiedy ulegl wreszcie 
jej natarczywym prosbom, byl tak niezreczny,  ze zrezygnowalby chetnie po pierwszych 
pieciu minutach, gdyby nie nalegania Carabelli. 
- Oczywiscie, ze ci nie wychodzi! - krzyczala na niego. - Czyzbys sadzil, ze nz zawsze 
bedzie ostry bez ostrzenia? Lecz dar powrci, wystarczy odrobina cwiczen. No, Valentinie, 
lap! Lap! Lap!!! 
Rzeczywiscie, miala racje. Odrobina wysilku i znw poczul te jakze znajoma pewnosc, 
ze jednosc oka i reki zdolna jest przeniesc go w rejony, w ktrych czas nie ma znaczenia, a 
przestrzen staje sie jednym nieskonczonym punktem. Skandarzy, choc z cala pewnos cia 
wiedzieli,  ze  zonglerka byla niegdys zawodem Koronala, z prawdziwym zdumieniem 
obserwowali go wyczyniajacego wszystkie te cuda, z nieukrywanym podziwem wpatrywali 
sie w Valentine'a i Carabelle rzucajacych do siebie mnstwem najzupelniej przypadkowych 
przedmiotw. 
Carabella krzyknela Hej!", a potem jeszcze raz Hej! Hej!", wprowadzajac znacznie 
bardziej skomplikowany wzr. 
Choc byl on dziecinnie prosty w porwnaniu z tym, czego dokonywala co wieczr w 
dawnych czasach, niegdys byla bowiem prawdziwa mistrzynia tego rzemiosla - a nawet on, 
ktry nigdy jej nie dorwnal, potrafil dawniej znacznie wiecej - to jednak wcale nie 
wygladalo to tak zle, pomyslal Valentine, biorac pod uwage, ze zonglerzy nie cwiczyli na 
serio niemal od dziesieciu lat. Po godzinie, choc przemoczony przez deszcz, choc tonacy we 
wlasnym pocie, Valentine czul sie lepiej niz kiedykolwiek w ciagu ostatnich miesiecy. 

Pojawil sie Sleet. Widok zonglerki najwyrazniej zmienil jego ponury, wybuchowy 
nastrj; po chwili podszedl blizej, Carabella rzucila mu nz, maczuge, maczete, a on schwycil 
je i zaczal sie nimi bawic, tworzac radosny wzr, do ktrego w chwile pzniej wlaczyl trzy 
przedmioty podane mu przez Valentine'a. Na twarzy mial wyraz napiecia, ktrego nie bylo na 
niej przed dziesieciu laty - z wyjatkiem chwil, kiedy prezentowal swa slynna zonglerke z 
zawiazanymi oczami - lecz nic innego nie s wiadczylo, by jego wielki talent znikl. Hej!" - 
krzyknal, odrzucajac maczuge i maczete Valentine'owi; nim ten zdolal je zlapac, w jego 
kierunku polecialy kolejne przedmioty. W chwile pzniej wszyscy troje zajeli sie zabawa 
calkiem powaznie, jakby znw nalezeli do wedrownej trupy, jakby przygotowywali sie do 
wystepw na dworze wladcy. 
Pokaz wielkiej zrecznosci Sleeta zainspirowal Carabelle, ktra prbowala mu 
dorwnac, co z kolei sklonilo Sleeta do sprbowania czegos jeszcze trudniejszego; wkrtce 
ich popisy dalece przekroczyly mozliwosci Valentine'a. Mimo wszystko prbowal dotrzymac 
im kroku tak dlugo, jak tylko bylo to mozliwe; nie szlo mu wcale najgorzej, upuszczal 
rzucane mu przedmioty rzadko... lecz wreszcie, bombardowany ze wszystkich stron przez 
rozesmiana Carabelle i chlodnego, skupionego Sleeta, zagubil sie calkowicie i jakby rece 
konczyly mu sie w lokciach, upus cil wszystko, co tylko mgl. 
- Ach, panie, nie tak sie to robi - zabrzmial szorstki, tak cudownie znajomy glos. 
- Zalzan Kavol! - krzyknal zdumiony, zachwycony Koronal. 
Wielki Skandar ruszyl szybko w jego kierunku, niedbale uczynil znak gwiazdy, 
pozbieral wszystko, co udalo sie upuscic Valentine'owi, i z zapalem szalenca wlaczyl to w 
popis Sleeta i Carabelli; uzywal swych czterech rak w sposb, ktry kazdego  zonglera-
czlowieka, chocby nie wiem jak zrecznego, zmuszal do najwiekszego wysilku. 
Valentine obrcil sie i dostrzegl swych ludzi wybiegajacych wsrd deszczu z dzungli. 
Lisamon Hultin, na ktrej ramieniu siedzial Vroon, Tunigorn, Tisana, Ernamar, Shanamir i 
inni wysiadali z poobijanego, ubloconego, zaparkowanego w poblizu slizgacza. Zdal sobie 
sprawe, ze sa tu wszyscy ci, ktrych pozostawil w pustce Gihorny, zebrala sie wreszcie cala 
druzyna. 
- Wyciagnijcie wino! - krzyknal. - To radosna okazja! Biegiem ruszyl im na spotkanie, 
obejmowal kazdego, wspial sie na palce, by zarzucic rece na ramiona olbrzymki, radosnie 
poklepal po plecach Shanamira, uscisnal dlon godnemu Ernamarowi, zamknal Tunigorna w 
us cisku, ktry zdlawilby kogos slabszego. 
- Panie! - krzyknela Lisamon. - Nigdy wiecej nie oddalisz mnie, nigdy, jak dlugo bede 
zyla! Z calym szacunkiem, panie! Nigdy wiecej! Nigdy! 

- Panie, gdybym tylko wiedzial - odezwal sie Zalzan Kavol - ze po tym, jak 
powiedziales , iz wyprzedzisz nas o dzien drogi, by wczesniej dotrzec nad brzeg Steiche, 
nadejdzie burza piaskowa tej sily,  ze nie zobaczymy sie przez wiele tygodni... ach panie, 
panie, za jakich nas uwazasz straznikw po tym, jak pozwolilismy ci tak uciec! A kiedy 
Tunigorn powiedzial, ze przezyles  te burze, lecz udales sie w glab Piurifayne, nawet na nas 
nie czekajac... ach panie, panie, gdybys  nie byl mym panem, mialbym ochote obrazic twj 
majestat juz w chwili spotkania, uwierz mi. 
- Czy wybaczysz mi ten wybryk? - spytal Valentine. 
- Panie... panie... 
- Wiesz, ze nie mialem zamiaru rozdzielic sie z wami na tak dlugo. Dlatego wyslalem 
Tunigorna - mial was odnalezc i poprowadzic mym sladem. Kazdej nocy usilowalem sie z 
wami skontaktowac - zakladalem diadem, cala sila umyslu prbowalem dotknac cie, 
Deliamberze, i ciebie, Tisano... 
- Odbieralismy te przekazy - powiedzial Deliamber. 
- Obieraliscie? 
- Noc w noc. Radowalismy sie, wiedzac, ze zyjesz. - I nie odpowiadaliscie? 
- Alez odpowiadalis my, panie. Co noc. Lecz wiedzielismy,  ze nie odbierasz naszych 
odpowiedzi,  ze moja moc jest za mala. Tak bardzo pragnelismy powiedziec ci, bys sie 
zatrzymal, bys pozwolil nam sie odnalezc, lecz ty pograzales  sie w dzungli coraz glebiej, nie 
mielismy sposobu, by cie powstrzymac, nie mielismy sposobu, by cie dogonic, nie potrafilem 
dotrzec do twego umyslu, panie. Nie potrafilem dotrzec do twego umyslu! 
- Lecz w koncu jakos ci sie udalo. 
- Z pomoca twej matki, Pani. Tisana przemwila do niej we s nie, otrzymala przeslanie - 
Pani zrozumiala, poniosla mnie sila swego umyslu tam, gdzie nie potrafilem dotrzec sam. W 
ten sposb udalo sie nam w koncu nawiazac z toba kontakt. Panie, mamy ci tyle do 
powiedzenia. 
- Rzeczywiscie - powiedzial Tunigorn. - Bedziesz zdumiony, Valentinie. Moge ci to 
zagwarantowac. 
- A wiec zadziwcie mnie - zaproponowal Valentine. 
- Sadze,  ze Tunigorn powiedzial ci, panie - odezwal sie Deliamber - ze odkrylismy 
szpiega Metamorfw w osobie eksperta rolnego, Y-Uulisaana? 
- Tak, oczywiscie. Jak go odkrylis cie? 
- Tego dnia, kiedy ruszyles  w strone Steiche, panie, zastalis my Y-Uulisaana w stanie 
zjednoczenia umyslw z jakas znajdujaca sie bardzo daleko istota. Czulem, jak jego umysl 

dazy do kontaktu, czulem, z jaka sila odbylo sie zjednoczenie. Natychmiast poprosilem 
Lisamon i Zalzana Kavola, by go ujeli. 
Valentine przygladal sie mu, zdziwiony. 
- Jakim cudem dysponowal taka moca? 
- To Zmiennoksztaltny, panie - wyjasnila Tisana. - Zmiennoksztaltni umieja  laczyc 
umysly, uzywajac jako nosnikw umyslw smokw morskich. 
Jak czlowiek zaatakowany jednoczes nie z dwch stron Valentine patrzyl to na Tisane, 
to na Deliambera, by po chwili znw spojrzec na stara tlumaczke snw. Bardzo staral sie 
zrozumiec to, co wlasnie mu powiedzieli, lecz w ich slowach tyle bylo nie wyjas nionego, ze 
zrazu nie pojal niemal nic. Po chwili powiedzial: 
- Zdumiewa mnie wiesc o tym, ze Metamorfowie moga rozmawiac ze soba, korzystajac 
z pomocy smokw. Kto by przypuszczal, ze potega umyslw tych stworzen jest tak wielka? 
- Nazywaja smoki krlami oceanu. Wydaje sie,  ze umysl krlw w istocie jest 
niezwykle potezny. Co sprawialo,  ze raporty szpiega bez problemu docieraly do jego 
mocodawcw. 
- Jakie raporty? - Valentine poczul niepokj. - Jakich mocodawcw? 
- Kiedy zlapalismy Y-Uulisaana w trakcie zjednoczenia - mwil dalej Deliamber - 
Lisamon i Zalzan Kavol obezwladnili go, a wwczas on natychmiast zaczal zmieniac ksztalty. 
Przesluchalibysmy go w twej obecnosci, panie, gdyby nie fakt, ze udales  sie juz w kierunku 
rzeki, no a potem zaczela sie burza i nie moglis my ruszyc w twe slady. Zdecydowalismy wiec 
sami przeprowadzic przesluchanie. Przyznal sie do szpiegostwa, panie - mial pomc ci 
kierowac polityka rzadu w odpowiedzi na atakujace nas plagi, a nastepnie natychmiast 
informowac o jej szczeglach Metamorfw, co bardzo pomagalo im w odpowiednim 
ksztaltowaniu i rozpowszechnianiu samych plag. 
Valentine az westchnal ze zdumienia. 
- A wiec to Metamorfowie... wywoluja zarazy... rozsiewaja je... 
- Tak, panie. Y-Uulisaan wyjawil wszystko. Obeszlismy sie z nim... nooo... niezbyt 
lagodnie. Przez lata cale Metamorfowie w ukrytych tu, w Piurifayne, laboratoriach hodowali 
kultury kazdej z zaraz, ktra na przestrzeni dziejw niszczyla nasze zboza. Kiedy byli gotowi, 
ruszyli w swiat w najrzniejszych postaciach - w rzeczywistosci niektrzy z nich jako agenci 
rolni nawiazali kontakty z farmerami, ofiarowujac im rzekomo nowe sposoby zwiekszenia 
plonw - po czym rozsiewali kultury w trakcie wizyt na ich polach. Inne rozproszono w 
powietrzu, poprzez uwolnione przez Metamorfw ptaki. Jeszcze inne po prostu wypuszczono, 
tak ze wedrowaly na wietrze jak chmury... Oszolomiony Valentine spojrzal na Sleeta. 

- A wiec znalezlis my sie w stanie wojny i nic nawet o tym nie wiedzielis my! 
- Teraz wiemy, panie - odrzekl Tunigorn. 
- A ja wedrowalem sobie po terytorium przeciwnika, pewny w swej glupocie,  ze 
wystarczy kilka przyjaznych slw,  ze wystarczy wyciagnac ramiona, a Danipiur us miechnie 
sie i Bogini znw nas poblogoslawi. W rzeczywistosci zas Danipiur i jej lud wypowiedzieli 
nam te straszna wojne i prowadzili ja przez caly czas, gdy... 
- Nie, panie - przerwal mu Deliamber. - Nie Danipiur. A przynajmniej ja nic o tym nie 
wiem. 
- Cos powiedzial? 
- Y-Uulisaan sluzyl Metamorfowi imieniem Faraataa, istocie pozeranej przez nienawisc, 
dzikiej, ktra nie potrafila uzyskac od Danipiur poparcia dla swego programu, wiec 
rozpoczela go wraz ze zwolennikami niezaleznie od niej. Wsrd Metamorfw istnieja dwie 
frakcje, rozumiesz, panie? Faraataa przewodzi radykalom, jastrzebiom. Ich celem jest 
zaglodzenie nas, az spoleczenstwo wpadnie w chaos i ludzie zdecyduja sie opus cic Majipoor. 
Danipiur zas nalezy do odlamu umiarkowanego, a przynajmniej mniej radykalnego. 
- A wiec musze jednak udac sie do Ilirivoyne, by z nia porozmawiac. 
- Nigdy nie znajdziesz Ilirivoyne, panie - oswiadczyl Deliamber. 
- A czemu to? 
- Rozebrali miasto. Niosa je na plecach przez dzungle. Czuje ich obecnosc, kiedy 
rzucam czary - i wwczas czuje tez ruch. Danipiur ucieka przed toba, panie. Nie chce sie z 
toba spotkac. Byc moze spotkanie to byloby dla niej zbyt ryzykowne politycznie, byc moze 
nie jest juz w stanie kontrolowac swego ludu, boi sie, ze jej zwolennicy zasila frakcje tego 
Faraatay, jesli okaze ci najmniejsza uprzejmosc. Tylko zgaduje, panie, lecz mwie ci, ze 
nigdy jej nie znajdziesz, nawet gdybys przeszukiwal dzungle przez tysiac lat. 
Valentine przytaknal mu skinieniem glowy. 
- Byc moze masz racje, Deliamberze. Z pewnoscia masz racje. - Zamknal oczy, 
prbujac rozpaczliwie opanowac zamet w glowie. Jak strasznie pomylil sie w ocenie, jak 
niewiele pojal z tego, co dzialo sie rzeczywiscie! - Ta lacznosc miedzy Metamorfami z 
udzialem smokw morskich - od jak dawna to trwa? 
- Prawdopodobnie od dluzszego czasu, panie. Smoki wydaja sie inteligentniejsze, niz 
sadzilismy... wydaje sie takze,  ze do pewnego stopnia wsplpracuja z Metamorfami, 
przynajmniej niektrymi. To bardzo niejasne. 
- A Y-Uulisaan? Co sie z nim dzieje? Powinnismy dowiedziec sie od niego czegos 
wiecej na ten temat. 

- Nie zyje, panie - oswiadczyla Lisamon Hultin. 
- Jak to? 
- Kiedy rozpoczela sie burza, doszlo do zamieszania. Prbowal uciec. Zlapalismy go, 
lecz wiatr wyrwal go z mego uscisku, a potem juz nie udalo sie nam go odnalezc. Na cialo 
natrafilis my nastepnego dnia. 
- Niewielka strata, panie - oswiadczyl Deliamber. - Nie wyciagnelibysmy z niego nic 
wiecej. 
- Mimo to chcialbym z nim porozmawiac - powiedzial Valentine. - Cz, do tego juz nie 
dojdzie. Prawdopodobnie nie zdolam sie takze skontaktowac z Danipiur. A jednak trudno mi 
bedzie zarzucic ten pomysl. Czy nie mamy zadnej nadziei znalezienia Ilirivoyne, 
Deliamberze? 
- Moim zdaniem zadnej, panie. 
- Widze w niej sojuszniczke... czy brzmi to dziwnie w waszych uszach? Krlowa 
Metamorfw i Koronal, zawiazujacy sojusz w walce z tymi, ktrzy wszczeli przeciw nam 
wojne biologiczna. To glupota, prawda, Tunigornie. Prosze, odpowiedz szczerze - wydaje ci 
sie to glupota? 
Tunigorn tylko wzruszyl ramionami. 
- Niewiele moge powiedziec na ten temat, Valentinie. Jedno wiem na pewno: Deliamber 
sie nie myli, Danipiur nie chce spotkania z toba i nie pozwoli sie znalezc. Sadze, ze marnowac 
teraz czas na jej szukanie... 
- Byloby glupota. Tak. Byloby glupota teraz, kiedy tyle mam do zrobienia gdzie 
indziej... 
Valentine umilkl. Machinalnie wzial kilka z zonglerskich narzedzi od Zalzana Kavola i 
zaczai przerzucac je z reki do reki. Plagi, gld, falszywi Koronalowie, pomyslal. Szalenstwo. 
Chaos. Wojna biologiczna. Manifestacja gniewu Bogini. A prawdziwy Koronal wlczy sie 
beztrosko po dzungli Metamorfw w beznadziejnej misji szalenca. Nie. Nie! 
- Wiesz, gdzie sie teraz znajdujemy? - spytal Deliambera. 
- Wedlug moich przyblizonych obliczen, okolo tysiaca czterystu mil na poludnie od 
Piliploku, panie. 
- Ile czasu zajelaby nam podrz? 
- Nie jechalbym do Piliploku akurat teraz - ostrzegl Tunigorn. 
Valentine zmarszczyl brwi. 
- A to czemu? 
- Z powodu niebezpieczenstwa. 

- Niebezpieczenstwa? Koronal w niebezpieczenstwie? Bylem tam przed miesiacem, 
moze dwoma i nie dostrzeglem najmniejszego zagrozenia! 
- Od tego czasu sporo sie zmienilo. Dotarla do nas wiadomosc, ze Piliplok oglosil sie 
wolna republika. Maja tam spore zapasy zywnos ci, mieszkancy obawiali sie, ze zostana one 
zarekwirowane na rzecz Khyntor i Ni-moya, oglosili wiec secesje. 
Koronalowi zakrecilo sie w glowie, jakby patrzyl w niezglebiona otchlan. 
- Secesja? Wolna republika? Te slowa nie maja zadnego znaczenia! 
- Najwyrazniej maja jednak znaczenie dla mieszkancw Piliploku. Nie wiemy, jakie 
przywitanie zgotuja ci w tej sytuacji. Mam wrazenie,  ze madrzej byloby udac sie gdzie 
indziej, pki sprawy sie nie wyjas nia - rzekl Tunigorn. 
- Nie moge pozwolic sobie na strach przed wjazdem do jednego z moich miast. Piliplok 
podda mi sie, gdy tylko tam wkrocze! - powiedzial Valentine zly i zdenerwowany. 
- Jestes pewien? - spytala Carabella. - Masz oto Piliplok, nadety egoistyczna duma; do 
miasta wkracza Koronal, ktry przyjechal poobijanym slizgaczem, ubrany w zgnile szmaty. 
Jak sadzisz, czy cie pozdrowia? Sa winni zdrady i wiedza o tym. Byc moze beda raczej woleli 
zdrade niz ryzyko poddania sie autorytetowi wladcy bez walki. Moim zdaniem mozna tam 
wejsc tylko na czele armii! 
- Racja - zgodzil sie Tunigorn. 
Zrozpaczony i zawiedziony, Valentine popatrzyl w oczy Deliambera, Sleeta, Ernamara. 
Odpowiedzieli mu jednakowym spojrzeniem: nieruchomym, smutnym, uroczystym. Zaden sie 
nie odezwal. 
- Wiec znowu zostalem pozbawiony tronu? - Pytanie to nie bylo skierowane do nikogo 
w szczeglnosci. - Znw jestem wlczega w lachmanach? Nie osmiele sie wjechac do 
Piliploku? Nie osmiele sie? Falszywi Koronalowie w Khyntor i Ni-moya zapewne maja 
armie, ja nie mam i nie osmiele sie udac takze i tam. Wiec co mam zrobic? Znw zostac 
zonglerem? - Rozes mial sie. - Nie, to nie jest chyba najlepsze wyjscie. Jestem Koronalem i 
nim zostane. Sadzilem, ze moge juz przestac pracowicie szukac sobie miejsca w s wiecie, ale 
najwyrazniej sie mylilem. Wydostan mnie z tej dzungli, Deliamberze. Znajdz droge na 
wybrzeze, do jakiegos miasta, ktre nadal sklonne jest przyjac mnie z naleznymi honorami. 
Potem wyruszymy na poszukiwanie sojusznikw i zaczniemy wszystko naprawiac, co? 
- A gdzie bedziemy szukac sojusznikw, panie? - spytal Sleet. 
- Gdzie tylko sie da - odparl Valentine. 
 

8 
 
Podrzujac z Gry Zamkowej przez doline Glayge do Labiryntu, Hissune na kazdym 
kroku spotykal oznaki ogarniajacego  swiat zametu. Choc w tej zyznej i cieszacej sie 
lagodnym klimatem czesci Alhanroelu sytuacja nie byla jeszcze tak trudna jak dalej na 
zachodzie lub na Zimroelu, wszedzie wyraznie wyczuwalo sie, niemal dostrzegalo, napiecie: 
zamkniete bramy, przerazone spojrzenia, zaciete twarze. Lecz w samym Labiryncie, 
pomyslal, nic sie wlasciwie nie zmienilo, byc moze dlatego, iz Labirynt byl zawsze miejscem 
zamknietych bram, przerazonych spojrzen i zacietych twarzy. 
Choc Labirynt rzeczywiscie mgl sie nie zmienic, zmienil sie sam Hissune i zmiana ta 
objawila mu sie w calej pelni w chwili przekraczania Bramy Wody, wspanialych, az 
przesadnie bogatych wrt, tradycyjnie uzywanych przez Potegi Majipooru, odwiedzajace 
miasto Pontifexa. Za soba zostawial cieple, mgliste popoludnie doliny Glayge, lekki wiaterek 
niosacy zapachy pl, zielone wzgrza, radosne, pulsujace promienie slonca, przed soba mial 
wieczna noc tajemniczych, hermetycznych zwojw Labiryntu, ostry blask sztucznego swiatla, 
przedziwne, martwe powietrze, ktre nigdy nie zaznalo wiatru i deszczu. Przekraczajac 
granice miedzy tymi dwoma krlestwami, Hissune przez mgnienie oka widzial oczami 
wyobrazni, jak masywne wrota zatrzaskuja sie za nim ze szczekiem, jak jakas  przerazajaca, 
nieprzenikniona bariera oddziela go teraz od wszystkiego, co na swiecie piekne, i poczul 
chld strachu. 
Zdumialo go, ze rok czy dwa lata spedzone na Grze Zamkowej zdolaly dokonac w nim 
az takiej przemiany - ze Labirynt, ktrego zapewne nigdy nie kochal, lecz w ktrym czul sie 
jak w domu, po tych kilkunastu miesiacach stanie mu sie nienawistny. I wydalo mu sie takze, 
ze dopiero w tej chwili pojal, jakim przerazeniem moze napawac on Lorda Valentine'a; teraz 
dopiero odczul cien, zaledwie musniecie strachu, ktry przesladowal Koronala, gdy przyszlo 
mu zaglebic sie w te czeluscie. 
Hissune zmienil sie takze pod innym wzgledem. Kiedy wyjezdzal z Labiryntu, byl 
nikim szczeglnym - oczywiscie, otrzymal tytul rycerza-kandydata, lecz tytul ten znaczyl 
niewiele, zwlaszcza dla mieszkancw Labiryntu, ktrym nielatwo bylo zaimponowac tego 
rodzaju swiatowa pompa. Po paru latach wracal tu juz jako ksiaze Hissune, czlonek Rady 
Regencyjnej. 
Mieszkancom Labiryntu pompa nie imponowala, lecz imponowala wladza, zwlaszcza 
gdy wladze dzierzyl czlowiek wywodzacy sie z nich. Tysiace ludzi wyleglo na ulice 
prowadzace od Bramy  Ostrzy do wewnetrznego kregu Labiryntu, widzowie stawali na 

palcach i przepychali sie, pragnac go lepiej zobaczyc, gdy jechal krlewskim slizgaczem 
pomalowanym w kolory Koronala, majac przy sobie eskorte taka, jakby sam byl Koronalem. 
Nikt nie krzyczal, nie wiwatowal, nie machal mu - nie bylo to w stylu obywateli Labiryntu. 
Obywatele Labiryntu po prostu patrzyli. Milczacy, najwyrazniej onies mieleni, 
najprawdopodobniej pelni zazdrosci, z niechetna fascynacja obserwowali go, gdy ich mijal. 
Hissune wyobrazil sobie, ze w tlumie dostrzegl swego starego przyjaciela Vanimoona, jego 
s liczna siostre, Ghisneta, Heluana i jeszcze kilkunastu towarzyszy zabaw z Dziedzinca 
Guadelooma. Byc moze sie mylil, byc moze byly to tylko igraszki wyobrazni. Zdal sobie 
jednak sprawe, iz pragnie, by tu byli, pragnie, by widzieli go w ksiazecym stroju, w wielkim 
s lizgaczu; obdarty maly Hissune z Dziedzinca Guadelooma zmieniony w ksiecia regenta 
Hissune'a, otoczony aura Gry blyszczaca wokl niego niczym drugie slonce. Nie ma nic 
zlego w odczuwaniu od czasu do czasu takiej drobnej, nic nie znaczacej dumy, prawda? - 
spytal sam siebie. I sam tez odpowiedzial: Nie, oczywis cie, ze nie. Od czasu do czasu kazdy 
moze sobie pozwolic na odrobine prznosci. Nawet s wieci musza czasami czuc sie lepsi, a 
ciebie nikt nigdy jeszcze nie oskarzyl o swietosc. Wiec poczuj sie lepszy, a potem zapomnij o 
tym uczuciu i zabierz sie do roboty. Bezustanne skladanie gratulacji samemu sobie otepia 
dusze. 
Oficjalni przedstawiciele Pontyfikatu, majacy na twarzach formalne maski, czekali na 
niego na granicy wewnetrznego kregu. Powitali Hissune'a bardzo uroczyscie, po czym 
natychmiast zaprowadzili go do windy zarezerwowanej dla Poteg i ich wyslannikw; winda 
przeniosla go blyskawicznie na najnizsze, imperialne poziomy. 
Wkrtce Hissune znajdowal sie juz w apartamencie niemal tak bogatym jak ten, ktry 
na stale przeznaczony byl dla odwiedzajacych podziemne miasto Koronalw. Alsimir, 
Stimion i inni jego doradcy otrzymali przylegajace do niego eleganckie pokoje. Kiedy 
przydzieleni mu urzednicy przekonali sie wreszcie, ze poslowi nie zbywa na wygodach, jeden 
z nich oznajmil: 
- Najwyzszy Rzecznik Hornkast bedzie zaszczycony, jesli dotrzymacie mu towarzystwa 
dzis wieczr przy kolacji, panie. 
Mimo wszystko Hissune poczul jednak dreszcz oniesmielenia. Bedzie zaszczycony". 
Pamietal jeszcze Labirynt na tyle, by traktowac Hornkasta z uwielbieniem graniczacym ze 
strachem, w koncu on byl tu prawdziwym panem, mistrzem pociagajacym za sznurki lalki-
Pontifexa. Zaszczycony, jesli dotrzymacie mu towarzystwa przy kolacji dzis  wieczorem, 
panie". Doprawdy? Hornkast? Trudno bylo wyobrazic sobie, by ktos mgl czyms  zaszczycic 
Hornkasta, pomyslal Hissune. I jeszcze to panie"! No, no, no. 

Nie mgl jednak sobie pozwolic na to, by bac sie Hornkasta, ani odrobiny, ani cienia 
strachu! Postaral sie wiec byc nie przygotowany, gdy poslancy rzecznika pojawili sie w jego 
apartamencie; kazal im czekac dziesiec minut. Kiedy wszedl do prywatnej sali jadalnej - sali 
tak wspanialej, ze nawet Pontifex uznalby pewnie jej wspanialosc za przesadna - powstrzymal 
sie przed zlozeniem poklonu, salutem, choc przez chwile to wlasnie mial zamiar zrobic. To 
Hornkast!" - powiedzial sobie i omal nie przykleknal. Ty jestes  Hissune!" - odpowiedzial 
gniewnie sam sobie i stal wyprostowany, godny, pozornie calkowicie obojetny. Powtarzal 
sobie,  ze Hornkast jest po prostu urzednikiem, on zas arystokrata, ksieciem Gry, a na 
dodatek czlonkiem Rady Regencyjnej. 
Trudno jednak bylo zachowac obojetnosc wobec krlewskiej postawy i poczucia potegi, 
jakim promieniowal rzecznik. Byl on stary - nawet bardzo stary - lecz jednoczes nie sprawial 
wrazenie energicznego, silnego, bedacego w pelni wladz umyslowych, jakby jakies czary 
odjely mu trzydziesci, moze nawet czterdziesci lat. Oczy mial sprytne, spojrzenie nie 
zdradzalo niczego, czego nie zamierzal zdradzic, mwil zas  glosem glebokim i silnym. Z 
wielka grzecznoscia poprowadzil goscia do stolu, przy ktrym poczestowal go jakims  
rzadkim, lsniacym, niemal fioletowym winem. Hissune tylko od czasu do czasu maczal usta 
w kielichu. Rozmowa, na poczatku przyjazna i bardzo oglna, zeszla w koncu na 
powazniejsze tematy, lecz Hornkast kontrolowal ja przez caly czas, czego Hissune nie mial 
zamiaru zmieniac. Omawiali najpierw niepokoje na Zimroelu i w zachodnich prowincjach 
Alhanroelu - wygladalo na to, ze Hornkast, choc wyrazal sie o tych sprawach z nalezyta 
powaga, traktowal wiesci spoza Labiryntu, jakby docieraly tu z innego swiata - a potem 
rzecznik poruszyl kwestie smierci Elidatha, proszac, by posel zlozyl nalezne kondolencje w 
jego imieniu, gdy tylko powrci na Gre; caly czas bystro obserwowal rozmwce, jakby 
chcial mu powiedziec: Wiem, ze smierc Elidatha spowodowala wielkie zmiany w porzadku 
sukcesji,  ze ty, panie, zajmujesz w tej chwili najmocniejsza pozycje i dlatego, dziecie 
Labiryntu, obserwuje cie z najwyzsza uwaga". Hissune spodziewal sie,  ze Hornkast, skoro 
utrzymywal kontakt ze swiatem zewnetrznym przynajmniej na tyle, by wiedziec o smierci 
Elidatha, spyta teraz o bezpieczenstwo Lorda Valentine'a, lecz ku jego wielkiemu zdumieniu 
poruszyl temat brakw w magazynach zbozowych Labiryntu. Niewatpliwie dla niego to 
wazny temat, pomyslal Hissune, lecz przeciez nie zdecydowalem sie na podrz, by 
dyskutowac o czyms  takim! Wykorzystujac drobna przerwe w rozmowie, zdecydowal sie 
wreszcie przejac inicjatywe. 
- Byc moze nadszedl czas - powiedzial - by porozmawiac o fakcie najistotniejszym, 
ktrym jest dla mnie znikniecie Lorda Valentine'a. 

Nareszcie na masce niewzruszonego spokoju pojawila sie rysa. Oczy Hornkasta 
zablysly, nozdrza rozdely sie, usta drgnely w wyrazie zdumienia. 
- Znikniecie?  
- Lord Valentine znajdowal sie w Piurifayne, kiedy stracilismy z nim kontakt, ktrego 
do tej pory nie udalo sie nawiazac. 
- Czy wolno mi spytac, co Koronal robil w Piurifayne? Hissune lekko wzruszyl 
ramionami. 
- Dano mi do zrozumienia, ze byla to misja wielce delikatna. Burza, ktra zabrala zycie 
Elidatha, rozdzielila Valentine'a i jego dwr. Wiecej nie wiemy. 
- Jak sadzisz, panie, czy Koronal nie zyje? 
- Nie wiem, a wszelkie przypuszczenia sa bezwartosciowe. Oczywiscie robimy 
wszystko, by przywrcic lacznosc, lecz sadze,  ze musimy wziac pod uwage mozliwosc, iz 
Lord Valentine nie zyje. Dyskutowalis my w Zamku na ten temat. Powstal plan sukcesji. 
- Ach! 
- Oczywiscie zdrowie Pontifexa jest czyms, co musimy brac pod uwage, ukladajac 
nasze plany. 
- Ach, oczywis cie. To calkowicie zrozumiale. 
- Rozumiem, ze stan Pontifexa pozostaje bez zmian? Hornkast nie odpowiedzial od 
razu. Przez dluga chwile przygladal sie Hissune'owi z uwaga, jakby rozwazal jakis  
skomplikowany plan. W koncu powiedzial: 
- Czy zechcialbys , panie, odwiedzic Jego Wysokosc? 
Nawet w najsmielszych marzeniach Hissune nie spodziewal sie, ze rzecznik udzieli mu 
wlasnie takiej, a nie innej odpowiedzi. Wizyta u Pontifexa? Cos  takiego nawet nie przyszlo 
mu do glowy! Odzyskanie spokoju i ukrycie zdumienia zajelo mu chwile. Potem, tak chlodno 
jak tylko potrafil, odrzekl: 
- Bedzie to dla mnie wielki zaszczyt. 
- A wiec chodzmy. 
- Teraz? 
- Teraz. 
Najwyzszy Rzecznik gestem wezwal sluzacych, nakazujac im sprzatnac resztki kolacji. 
W chwile pzniej Hissune siedzial juz obok niego w malym, plaskonosym  slizgaczu. 
Przejechali tunelem do miejsca, z ktrego mozna juz bylo isc wylacznie pieszo i gdzie jedne 
za drugimi drzwi z brazu przegradzaly korytarz co piecdziesiat krokw. Hornkast otwieral 
kazde z nich, dotykajac dlonia ukrytego panelu sterowniczego; w ten sam sposb otworzyl 

ostatnie, na ktrych widnial wyryty w zlocie symbol Labiryntu z naniesionym nan symbolem 
Pontifexa, prowadzace do sali tronowej. 
Serce Hissune'a bilo przerazajaco mocno. Pontifex! Stary, szalony Tyeveras! Przez cale 
zycie niemal nie wierzyl, ze postac ta w ogle istnieje. Bedac dzieckiem Labiryntu, traktowal 
Pontifexa jako postac nadludzkich wymiarw, ukrytego w trzewiach planety pana tego s wiata 
i nawet teraz, choc czul sie swobodnie w towarzystwie ksiazat i diukw, nalezal do 
domownikw Koronala i przyjaznil z samym Koronalem,  mial Pontifexa za istote spoza 
s wiata,  zyjaca w swym wlasnym krlestwie, niewidzialna, niemozliwa do poznania, 
nieprawdziwa, nie majaca nic wsplnego ze zwyklymi ludzmi. 
I oto stal przed Pontifexem! 
Wygladalo to dokladnie tak, jak glosily legendy. Kula blekitnego szkla, kable, rury, 
splecione przewody, kolorowe plyny przelewajace sie w systemie podtrzymywania zycia, w 
ktrym spoczywal bardzo stary czlowiek, siedzacy dziwnie prosto na tronie z wysokim 
oparciem, stojacym na podwyzszeniu, do ktrego prowadzily trzy niskie stopnie. Pontifex 
mial oczy otwarte, lecz czy widzialy one cokolwiek? Czy w ogle zyl? 
- Przestal mwic - oznajmil Hornkast. - To ostatnia zmiana. Lekarz, Sepulthrove, 
twierdzi jednak, ze jego umysl jest aktywny i ze cialo zyje. Panie, podejdz jeszcze krok, dwa 
kroki. Mozesz przyjrzec mu sie z bliska. Widzisz? Widzisz? Oddycha. Mruga. Zyje. Z cala 
pewnos cia zyje. 
Hissune czul sie tak, jakby jakims przypadkiem oko w oko zetknal sie z czyms z dawno 
minionej epoki, z cudownie zachowanym stworem z poczatku czasu. Tyeveras! Koronal za 
rzadw Pontifexa Osiera, ilez to pokolen temu? Czlowiek, ktry przezyl historie. Czlowiek, 
ktrego oczy widzialy Lorda Kinnikena. Byl juz stary, gdy w Zamku zasiadl Lord Malibor i 
oto nadal zyje... tak, jesli mozna to nazwac zyciem! 
- Mozesz go pozdrowic, panie - oznajmil Hornkast. Hissune znal protokl: nalezalo 
udawac, ze nie mwi sie bezposrednio do Pontifexa, nalezalo zwracac sie do jego rzecznika, 
ktry mial powtarzac slowa monarsze, choc w rzeczywistosci nie byly mu one powtarzane. 
Powiedzial: 
- Prosze zlozyc Jego Wysokosci wyrazy szacunku od jego poddanego ksiecia Hissune'a 
syna Elsinome, ktry pokornie oferuje mu swe uwielbienie i posluszenstwo. 
Pontifex nie odpowiedzial. Pontifex w zaden sposb nie zdradzil,  ze cos w ogle 
slyszal. 
- Niegdys - powiedzial Hornkast - w odpowiedzi na to, co zostalo powiedziane w tej 
sali, wydalby z siebie dzwieki, ktre nauczylem sie tlumaczyc. Teraz milczy. Od miesiecy nie 

odpowiedzial nikomu. 
- Panie, powiedz Pontifexowi - kontynuowal Hissune - ze kocha go caly swiat i ze imie 
jego wszyscy powtarzamy w modlach. 
Cisza. Pontifex siedzial nieruchomo. 
- Powiedz takze Pontifexowi, ze s wiat wedruje swa s ciezka, klopoty pojawiaja sie i 
znikaja, i tylko wielkosc Majipooru jest niezmienna. 
Cisza. Zadnej odpowiedzi. 
- Skonczyles, panie? - spytal Hornkast. 
Poprzez dlugosc sali Hissune spojrzal na tajemnicza postac zamknieta w szklanej klatce. 
Marzyl o tym, by Tyeveras wyciagnal ku niemu dlon, by wypowiedzial slowa proroctwa. 
Lecz wiedzial tez, ze to nie nastapi. 
- Tak - rzekl. - Skonczylem. 
- Wiec chodzmy. 
Najwyzszy Rzecznik wyprowadzil go z sali tronowej. Dopiero na zewnatrz Hissune 
zdal sobie sprawe, ze jego wspaniale szaty sa mokre od potu, ze drza mu kolana. Tyeveras! 
Chocbym  zyl rwnie dlugo jak on, pomyslal, nigdy nie zapomne tej twarzy, tych oczu, tej 
blekitnej szklanej kuli. 
- To nowa faza, milczenie - odezwal sie Hornkast. - Sepulthrove twierdzi, ze nadal jest 
on silny; moze ma racje, a moze to poczatek konca. Musza istniec jakies  granice, nawet przy 
tych wszystkich maszynach. 
- Czy sadzisz, panie, ze to szybko nastapi? 
 -  Modle sie o to, lecz nic nie wiem na pewno. Nie prbujemy przyspieszyc konca. 
Decyzja jest w rekach Lorda Valentine'a... lub w rekach jego nastepcy, jesli Valentine nie 
zyje. 
 - Jes li Lord Valentine nie zyje - powiedzial Hissune - nowy Koronal moze natychmiast 
wstapic na tron Pontifexa. Chyba ze zdecyduje sie nadal utrzymywac Tyeverasa przy zyciu. 
- To prawda. A jesli Lord Valentine nie zyje, to jak sadzisz, panie, kto zostanie nowym 
Koronalem? 
Wzrok Hornkasta byl bezlitosnie przeszywajacy. Hissune czul, jak roztapia sie w nim, 
jak znika wypracowany w ciezkiej szkole zycia spryt, jak znika duma z tego, czego udalo mu 
sie dokonac, i pewnosc tego, czego dokonac potrafi, jak zostaje nagi, bezbronny. Nagle 
nawiedzil go szalony obraz, w ktrym z oszalamiajaca szybkos cia gral role dwch Poteg: 
rankiem zostawal Koronalem, w poludnie wydawal rozkaz rozlaczenia maszynerii, by 
wieczorem byc juz Pontifexem. Przeciez to oczywisty absurd - powiedzial sobie w panice. Ja? 

Pontifexem? Juz? To zart! Bezsensowny zart! Walczyl, prbujac odzyskac zachwiana 
rwnowage, i po chwili mgl juz skupic uwage na planie, ktry z taka jasnos cia objawil mu 
sie na Zamku: jesli Lord Valentine nie zyje, Diwis musi zostac Koronalem, potem Tyeveras 
musi umrzec, by Koronal trafil do Labiryntu. Musi byc tak. Musi! 
Powiedzial: 
- Oczywis cie nie mozemy wybrac nastepcy, pki nie bedziemy mieli pewnosci, ze Lord 
Valentine nie zyje, a codziennie modlimy sie o jego bezpieczenstwo. Lecz jesli spotkalo go 
nieszczescie, sadze, ze ksiazeta Gry oferuja tron synowi Voriaxa. 
- Ach! 
- Jesli zdarzy sie wlasnie tak... nie zabraknie wsrd nas glosw twierdzacych,  ze 
Pontifexowi Tyeverasowi nalezaloby pozwolic na powrt do Zrdla. 
- Ach! - powtrzyl Hornkast. - Ach, tak. Wyrazasz sie jasno, bardzo jasno, panie. - Po 
raz ostatni spojrzal Hissune'owi w oczy chlodnym, przenikliwym, wszystkowiedzacym 
spojrzeniem, ktre jednak natychmiast zlagodnialo niczym przykryte welonem; nagle 
Najwyzszy Rzecznik stal sie zwyklym starym czlowiekiem u konca dlugiego, trudnego dnia. 
Odwrcil sie i wolnym krokiem ruszyl w strone oczekujacego ich slizgacza. 
- Chodzmy - powiedzial. - Robi sie pzno, ksiaze. 
Rzeczywiscie bylo pzno, lecz Hissune nie potrafil zasnac. Widzialem Pontifexa, 
powtarzal sobie raz za razem. Widzialem Pontifexa. Nie mogac zasnac, przewracal sie w 
lzku, przed oczami mial obraz starego Tyeverasa, wyryty w umysle na zawsze; obraz ten 
pozostal, gdy wreszcie nadszedl sen, we snie blyszczal nawet jeszcze jas niej: siedzacy na 
tronie wladca zamkniety w szklanej kuli. Czyzby Pontifex plakal? - zastanawial sie. A jesli 
tak, kogo oplakiwal? 
W poludnie nastepnego dnia Hissune wraz z oficjalna eskorta ruszyl z wizyta na grne 
poziomy Labiryntu, na Dziedziniec Guadelooma, by odwiedzic nedzne mieszkanko, w 
ktrym mieszkal tyle lat. 
Elsinome twierdzila,  ze nie wypada, by ja odwiedzal,  ze to powazne naruszenie 
protokolu: ksiaze Zamku odwiedza dzielnice nedzy, jaka jest Dziedziniec Guadelooma, tylko 
po to, by zobaczyc matke. Hissune nie zwrcil najmniejszej uwagi na jej zastrzezenia. 
- Nie wolno ci przyjsc do mnie, matko - powiedzial. 
Nie dostrzegl w niej zmian spowodowanych przez czas, ktry uplynal od ich ostatniego 
spotkania. Moze tylko wydawala sie mocniejsza, wyzsza, bardziej zywotna. Lecz jest w niej 
jakas  dziwna ostroznosc, pomyslal. Wyciagnal do niej rece, a ona zatrzymala sie z wahaniem, 
niepewna, jakby w ogle nie rozpoznala w nim swego syna. 

- Mamo? - spytal. - Poznajesz mnie, prawda, mamo? 
- Chcialabym miec pewnosc, ze cie poznaje. 
- Nie zmienilem sie, mamo. 
- Taka masz krlewska postawe... ten wyraz oczu... szaty... 
- Jestem Hissune. 
- Ksiaze regent Hissune. I twierdzisz, ze nic sie nie zmieniles! 
- Wszystko sie ostatnio zmienilo, mamo. Lecz pewne rzeczy pozostaly takie same. - 
Wydawalo mu sie, ze po tych slowach nieco sie uspokoila, zaakceptowala go. Podeszla i 
wziela syna w ramiona. Potem odsunela sie. 
- Co stanie sie ze swiatem, Hissunie? Slyszymy takie straszne wies ci! Cale prowincje 
gloduja. Pojawili sie samozwanczy Koronalowie. A Lord Valentine... gdzie jest Lord 
Valentine? Nie wiemy tu niemal nic o tym, co dzieje sie w szerokim swiecie. Co sie stanie, 
Hissunie? 
Hissune potrzasnal glowa. 
- Wszystko jest w rekach Bogini, mamo. Lecz powiem ci jedno: jesli istnieje sposb, by 
ocalic swiat od zaglady, ocalimy go - Zaczynam drzec, kiedy slysze my". Czasami we snie 
widze cie na Grze Zamkowej, wsrd wielkich panw, wsrd ksiazat... widze, jak na ciebie 
patrza, widze, jak prosza cie o rade. Lecz czy moze to byc prawda? Zaczynam rozumiec 
pewne rzeczy... Pani czesto odwiedza mnie we snie, wiesz?... ale mimo wszystko, tyle jeszcze 
trzeba zrozumiec... tyle przyjac... 
- Mwisz, ze Pani czesto cie odwiedza? 
- Czasami nawet dwa, trzy razy w tygodniu. To wielki zaszczyt, choc jestem takze 
zmartwiona... Pani wydaje sie taka zmeczona, czuje ciezar, pod jakim ugina sie jej dusza. 
Przychodzi, by mi pomc, wiesz, lecz czasami czuje, ze to ja powinnam pomc jej, podzielic 
sie z nia moja sila, podeprzec ja... 
- Tak bedzie, mamo. 
- Czy dobrze cie rozumiem, Hissunie? 
Nie odpowiadal jej przez dluzsza chwile. Rozejrzal sie po malym, brzydkim pokoiku - 
znajdowaly sie tu rzeczy znane mu od dziecinstwa - myslac o apartamentach, w ktrych 
spedzil noc, i o pokojach, w ktrych mieszkal na Grze Zamkowej. 
Powiedzial: 
- Nie pozostaniesz tu dlugo, mamo. 
- Gdzie wiec zamieszkam? 
Znw sie zawahal, a potem powiedzial cicho: 

- Sadze, ze chca mnie wybrac na Koronala, mamo. Kiedy nim zostane, bedziesz musiala 
wyjechac na Wyspe, przyjac na siebie nowej trudne obowiazki. Czy rozumiesz, o czym 
mwie? 
- Rozumiem doskonale. 
- A czy jestes gotowa, mamo? 
- Zrobie, co bedzie trzeba - powiedziala, usmiechnela sie i potrzasnela glowa jakby z 
niedowierzaniem. A potem wziela go w ramiona. 
 

9 
 
- A wiec oznajmijmy to swiatu - powiedzial Faraataa. 
Byla Godzina Plomienia, godzina poludnia, slonce stalo wysoko nad Piurifayne. Dzisiaj 
nie padal deszcz, nie do pomys lenia bylo, by dzisiaj spadl deszcz, gdyz nadszedl dzien 
oznajmienia tego swiatu, a swiatu nalezalo oznajmic to pod bezchmurnym niebem. 
Stal na drewnianym rusztowaniu, patrzac na wielka porebe w dzungli, ktra 
przygotowali jego zwolennicy. Padly tysiace drzew, wielka rana w piersi swiata; na tej 
wielkiej, otwartej przestrzeni stali jego ludzie, ramie w ramie, tak daleko, jak tylko siegal 
wzrok. Po obu jego stronach wzniesiono strome budowle w ksztalcie piramidy - nowe 
s wiatynie, niemal tak wyniosle jak rusztowanie. Zbudowano je z drewnianych bali, 
zwiazanych w stary sposb, a na ich szczytach powiewaly dwie flagi odkupienia: czerwona i 
zlta. Oto Nowe Velalisier, wzniesione w dzungli. Za rok o tej porze, pomyslal Faraataa, 
rytual odprawiony zostanie w prawdziwym Velalisier za morzem, nareszcie konsekrowanym 
ponownie. 
Dokonal Pieciu Zmian, lekko, z latwoscia zmieniajac formy: Czerwona Kobieta, Slepy 
Gigant, Ubiczowany, Ostatni Krl; kazda zmiane punktowal syczacy okrzyk tych, ktrzy je 
obserwowali; a kiedy zakonczyl ostatnia i stanal przed nimi jako Ksiaze, Ktry Nadejdzie, ryk 
tlumu byl wrecz ogluszajacy. Krzyczeli jego imie, coraz glosniej i glosniej: Faraataa! 
Faraataa! FARAATAA! 
- Jestem Ksieciem, Ktry Nadejdzie, jestem Krlem, Ktry Jest! - krzyknal, jak czesto 
czynil to w snach. 
Odpowiedzieli: 
- Uczcijcie Ksiecia, Ktry Nadejdzie, bedacego Krlem, Ktry Jest! 
A on rozkazal im: 
- Zlaczcie dlonie i dusze. Wezwijmy krlw oceanu! Zlaczyli dlonie i dusze; poczul, jak 
wypelnia go ich sila, wyslal wezwanie: 
- Bracia na morzu! 
Uslyszal ich muzyke. Czul, jak w glebinach poruszaja sie ciala. Odpowiedzieli wszyscy 
krlowie: Maazmoorn, Girouz, Sheitoon, Diis, Narain i inni. Przylaczyli sie, dali mu swa sile, 
uczynili z siebie traby jego glosu. 
Poniesli jego slowa do wszystkich krain, do wszystkich zdolnych slyszec. 
- Wy, ktrzy jestes cie naszymi nieprzyjacilmi, sluchajcie! Wiedzcie, ze 
wypowiedziana zostala wam wojna i ze juz zostaliscie pokonam. Nadszedl czas zemsty. Nie 

oprzecie sie nam. Nie oprzecie sie nam. Giniecie i nic was nie ocali. 
Otaczal go krzyk jego ludu: Faraataa, Faraataa, Faraataa! Skra zaczela mu swiecic. 
Oczy plonely prawdziwym blaskiem. Byl Ksieciem, Ktry Nadejdzie, byl Krlem, Ktry Jest! 
- Przez czternascie tysiecy lat swiat ten nalezal do was, a teraz go odzyskalismy. 
Opuscie go, obcy! Wsiadzcie na swoje statki, odleccie do gwiazd, z ktrych przybylis cie, 
albowiem teraz swiat ten nalezy do nas. Precz! 
- Faraataa! Faraataa! 
- Precz, lub poczujecie nasz straszny gniew. Precz, lub zepchnieci zostaniecie do morza. 
Precz, lub nie oszczedzimy zadnego z was! 
- Faraataa! 
Rozpostarl ramiona. Otworzyl sie na plomienna energie wszystkich tych dusz, ktre 
ofiarowaly mu sie, polaczone, i energie krlw oceanu, ktrzy byli jego oparciem, jego 
podpora. Wiedzial,  ze konczy sie czas wygnania, czas smutku. Swieta wojna zostala juz 
niemal wygrana. Ci, ktrzy ukradli swiat i rozpelzli sie po nim jak armia pozerajacych 
wszystko owadw, zostana zgnieceni. 
- Uslyszcie mnie, o nieprzyjaciele. Jestem Krl, Ktry Jest. Milczace glosy odkrzyknely 
ogluszajaco: 
- Uslyszcie go, o nieprzyjaciele. Oto Krl, Ktry Jest. 
- Wasz czas sie skonczyl! Wasze dni sa policzone! Wasze zbrodnie zostana ukarane, 
nikt z was nie ocaleje! Precz z naszego swiata! 
- Precz z naszego s wiata. 
- Faraataa! - krzyczeli glosno. - Faraataa! Faraataa! 
- Jestem Ksiaze, Ktry Nadejdzie! Jestem Krl, Ktry Jest! Odpowiedzieli mu: 
- Pozdrowienia dla Ksiecia, Ktry Nadejdzie, bedacego Krlem, Ktry Jest. 
 

 
 
  KSIEGA PONTIFEXA 



 
 

1 
 
- Zaiste niezwykly to dzien, panie, w ktrym Koronal jak zebrak zjawia sie przed 
obliczem Krla Snw - powiedzial Sleet, dlonia oslaniajac twarz przed upalnym wiatrem, 
wiejacym ku nim nieublaganie od strony Suvraelu. Jeszcze tylko kilka godzin i wyladuja w 
Tolaghai, najwiekszym z portw poludniowego kontynentu. 
- Nie jako zebrak, nie - wyjas nil spokojnie Valentine. - Jako towarzysz broni, szukajacy 
pomocy przeciw wsplnemu wrogowi. 
Zaskoczona Carabella obrcila sie i spojrzala mu w oczy. 
- Towarzysz broni, Valentinie? Nie slyszalam jeszcze w twych ustach tak 
wojowniczych slw. 
- Prowadzimy wojne, prawda? 
- A wiec bedziesz walczyl? Zadasz smierc wlasna reka? Valentine przyjrzal sie jej 
blizej, zastanawiajac sie, czy przypadkiem Carabella nie prbuje go sprowokowac, ale nie, 
twarz miala lagodna jak zwykle i patrzyla na niego kochajacymi oczami. 
- Wiesz, ze nigdy nie rozleje krwi. Sa inne sposoby prowadzenia wojny. Jedna juz 
wygralem, majac was przy boku. Czy wtedy musialem odebrac zycie? 
- Lecz z kim walczylismy wwczas? - wtracil niecierpliwie Sleet. - Z twymi 
najblizszymi przyjacilmi, oszukanymi przez Zmiennoksztaltnych. Elidath... Tunigorn... 
Stasilane... Mirigant... to oni chwycili za bron przeciwko tobie. Oczywiscie, byles dla nich 
lagodny. Nie chciales zabijac ludzi pokroju Elidatha czy Miriganta, wystarczylo przeciagnac 
ich na nasza strone. 
- Dominin Barjazid nie zaliczal sie do mych najblizszych przyjacil, lecz i jego 
oszczedzilem; sadze, ze teraz wszyscy jestesmy z tego zadowoleni. 
- Byl to akt wielkiej laski. Dzis  mamy jednak innego przeciwnika: okrutne, obrzydliwe 
stwory, Zmiennoksztaltnych... 
- Sleet...! 
- Tacy wlasnie sa, panie. Przysiegli zniszczyc wszystko, co stworzylis my na tym 
naszym swiecie... 
- Na ich s wiecie, Sleecie. Nie zapomnij - ten swiat nalezy do nich. 
- Nalezal, panie. Przejelismy go, sami do tego doprowadzili. Jest ich zaledwie kilka 
milionw na planecie wystarczajaco wielkiej dla... 
- Czyzbysmy po raz kolejny mieli wdac sie w te nudna dyskusje? - wybuchla Carabella, 
nie prbujac nawet ukryc irytacji. - Po co? Wystarczajaco ciezko jest oddychac rozgrzanym 

do czerwonosci powietrzem Suvraelu bez nadwerezania pluc bezsensowna rozmowa. 
- Chcialem tylko podkreslic, pani, ze wojna o odzyskanie tronu nalezala do tych, ktre 
wygrac mozna metodami pokojowymi: otwierajac ramiona, przygarniajac grzesznikw do 
piersi. Teraz mamy innego przeciwnika. Ten Faraataa to istota zzerana przez nienawisc. Nie 
spocznie, pki wszyscy nie zginiemy; czy rzeczywiscie sadzisz,  ze mozna go zwyciezyc 
milos cia? A ty, panie? 
Valentine odwrcil wzrok. 
- Uzyjemy wszelkich dostepnych  s rodkw - powiedzial - by Majipoor znw stal sie 
calos cia. 
- Jesli mwisz to szczerze, panie, musisz byc przygotowany na zniszczenie przeciwnika 
- odparl ponuro Sleet. - Nie wystarczy wygnanie go do rezerwatu w dzungli, wzorem Lorda 
Stiamota, nie... konieczna jest eksterminacja, nalezy zmiesc go z powierzchni ziemi, by na 
zawsze skonczyc z zagrozeniem naszej cywilizacji... 
- Eksterminacja? Zmiesc z powierzchni ziemi? - Valentine rozesmial sie. - Mwisz jak 
postac prehistoryczna, Sleecie! 
- Nie uzywal tych okreslen w ich doslownym znaczeniu - wtracila Carabella. 
- Alez uzywal, uzywal. Prawda, Sleecie? Sleet tylko wzruszyl ramionami. 
- Wiesz, panie, ze mej nienawisci do Metamorfw nie tylko ja jestem winien, ze 
narzucilo mi ja przeslanie - przeslanie z ladu, do ktrego wlasnie sie zblizamy. Lecz 
niezaleznie od wszystkiego sadze,  ze  zyciem powinni zaplacic za zniszczenia, ktre juz 
dokonaly sie za ich sprawa. Nie wstydze sie tego przekonania. 
- Wymordowalbys miliony istot za zbrodnie popelnione przez naszych przywdcw? 
Sleet, Sleet, ty sam jestes wiekszym zagrozeniem dla naszej cywilizacji niz dziesiec tysiecy 
Metamorfw! 
Blade policzki Sleeta zaczerwienily sie, jednak nie powiedzial nic. 
- Czujesz sie urazony - zauwazyl Valentine. - Nie mialem zamiaru cie urazic. 
- Koronal - powiedzial Sleet bardzo cicho - nie musi przepraszac  zadnego krwi 
barbarzyncy, ktry mu sluzy. 
- Nie bylo moja intencja kpic z ciebie. Po prostu nie zgadzam sie z twym twierdzeniem. 
- Wiec nie zgadzajmy sie nadal! Gdybym byl Koronalem, wybilbym ich do nogi! 
- Lecz to ja jestem Koronalem, przynajmniej czesci tego swiata. I jak dlugo nim jestem, 
bede szukal sposobw wygrania tej wojny bez eksterminacji i bez zmiatania z powierzchni 
ziemi. Czy potrafisz sie z tym pogodzic? 
- Godze sie z kazdym slowem Koronala i ty o tym wiesz, panie. Mwie tylko, co bym 

zrobil, gdybym to ja byl Koronalem. 
- Niech Bogini oszczedzi ci tego losu. - Valentine usmiechnal sie slabo. 
- A tobie, panie, koniecznosci odpowiedzenia gwaltem na gwalt, wiem bowiem, ze nie 
lezy to w twojej naturze. - Sleet usmiechnal sie rwniez, acz niemal niezauwazalnie, i 
wykonal niezmiernie formalny salut. - Wkrtce wyladujemy w Tolaghai. Czeka mnie sporo 
pracy przy rozlokowaniu twego dworu. Czy moge prosic o pozwolenie oddalenia sie? 
Sleet zszedl z pokladu. Valentine patrzyl za nim przez chwile, a potem, oslaniajac oczy 
przed oslepiajacymi promieniami slonca, obrcil twarz do wiatru wiejacego od poludniowego 
kontynentu, ktrego ciemna, potezna masa powoli wyrastala na horyzoncie. 
Suvrael! Sama nazwa wywolywala dreszcz. Nie spodziewal sie dotrzec tu 
kiedykolwiek, na ten osierocony przez Majipoor kontynent, zapomniany przez ludzi i 
zaniedbany, bedacy niemal w calosci nieurodzajna, grozna, sucha pustynia, tak niepodobny 
do reszty swiata,  ze sprawiajacy niemal wrazenie kawalka jakiejs innej planety. Choc 
zamieszkany przez miliony, gniezdzace sie w kilku miastach rozrzuconych po najmniej 
niedostepnej jego czes ci, przez wieki Suvrael utrzymywal zaledwie szczatkowe kontakty z 
dwoma glwnymi kontynentami. Kiedy wysylano tu na inspekcje urzednikw rzadowych, 
traktowali to niemal jak zaslanie. Zaledwie kilku Koronalw odwiedzilo Suvrael. Valentine 
slyszal, ze byl tu Tyeveras w trakcie jednego ze swych Wielkich Objazdw, wydawalo mu sie 
takze,  ze cos  podobnego uczynil i Lord Kinniken. Byla tez, oczywis cie, slynna wyprawa 
Dekkereta, ktry przemierzyl Pustynie Skradzionych Snw w towarzystwie zalozyciela 
dynastii Barjazidw, lecz zdarzylo sie to na dlugo przedtem, nim zostal Koronalem. 
Z Suvraelu pochodzily tylko trzy rzeczy, ktre powaznie wplynely na zycie Majipooru. 
Pierwsza byl wiatr - przez caly rok z kontynentu tego plynal prad upalnego powietrza, 
spadajacy na poludniowe brzegi Alhanroelu i Zimroelu, czyniac je niemal tak nieznosnymi 
jak on sam. Druga - mieso; po zachodniej stronie niemal w calosci pustynnego kontynentu 
mgly znad morza spowodowaly powstanie sawanny, na ktrej hodowano bydlo eksportowane 
na cala planete. Trzecim towarem eksportowym byly sny. Od tysiecy juz lat, jako Potegi 
krlestwa, Barjazidzi, zyjacy w wielkiej posiadlosci w glebi ladu, niedaleko Tolaghai, za 
pomoca urzadzenia wzmacniajacego mys li, ktrego sekretu strzegli zazdrosnie, wypelniali 
s wiat przeslaniami, powaznymi i groznymi, zapadajacymi w dusze kazdego, kto skrzywdzil 
wsplobywatela lub chocby planowal skrzywdzenie go. Na swj wlasny szorstki, nieludzki 
sposb Barjazidzi byli sumieniem Majipooru, od dawna dzierzyli bicz, dzieki ktremu 
Koronal, Pontifex i Pani na Wyspie mogli rzadzic lagodnie i dobrotliwie. 
Metamorfowie po raz pierwszy - nieskutecznie - zaatakowali na poczatku rzadw 

Valentine'a i wykorzystali potege Krla Snw. Gdy stary Simonan, glowa rodu Barjazidw, 
zachorowal, sprytnie podstawili jednego ze swoich ludzi na miejsce umierajacego, co 
doprowadzilo do uzurpacji wladzy Lorda Valentine'a przez najmlodszego syna Simonana, 
Dominina, choc nigdy nawet nie podejrzewal on, ze czlowiekiem, ktry namwil go do tego 
czynu, nie byl ojciec, lecz Zmiennoksztaltny, ktry podstepem zajal jego miejsce. 
Och, tak, pomyslal Valentine, Sleet ma racje; dziwne, ze Koronal przybywa do Krla 
Snw niczym po prosbie, wlasnie teraz, gdy jego tron zagrozony jest powtrnie. 
Zdecydowal sie na te podrz niemal przypadkowo. Wycofujac sie z Piurifayne, wraz z 
dworem podazyl wprost na poludniowy wschd, w kierunku morza, poniekad z pewnos cia 
nierozsadnie byloby kierowac sie na plnocny wschd do zbuntowanego Piliploku, a 
s rodkowa czesc wybrzeza Gihorny pozbawiona byla miast i portw. Znalezli sie w koncu na 
poludniowym cyplu wschodniego Zimroelu, w odizolowanej od swiata prowincji Bellatule, 
wilgotnej i tropikalnej ziemi wysokich traw, gestych bagien i skrzydlatych wezy. 
Bellatule zamieszkiwali przede wszystkim Hjortowie, powazni, ponurzy, o 
wylupiastych oczach i szerokich ustach wypelnionych rzedami gumiastych wypustek 
sluzacych do miazdzenia pokarmu. Wiekszosc z nich zarabiala na zycie posrednictwem w 
handlu, wymieniajac produkty z calego Majipooru za suvraelskie bydlo. Jako ze niepokoje 
ostatnich czasw spowodowaly gwaltowny spadek produkcji i niemal calkowite zalamanie 
handlu miedzy prowincjami, kupcy Bellatule nie bardzo mieli czym handlowac, ale 
przynajmniej nikt nie cierpial glodu - jesli chodzi o zywnosc, prowincja byla niemal 
samowystarczalna dzieki doskonale rozwinietemu rybolwstwu; takze rolnictwo, choc nie 
bylo go tu wiele, wydawalo sie nie dotkniete plagami szalejacymi w innych regionach 
Zimroelu. Bellatule sprawiala wrazenie cichej i spokojnej, pozostala takze lojalna w stosunku 
do rzadu centralnego. 
Valentine mial nadzieje znalezc tu jakis statek plynacy na Wyspe. Pragnal uzgodnic z 
matka strategie dzialania, lecz armatorzy Bellatule ostrzegli go przed zwiazanym z tym 
ryzykiem. 
- Od miesiecy nikt nie wyplywal od nas na plnoc - twierdzili. - To przez smoki, one 
oszalaly, niszcza kazdy statek plynacy wzdluz wybrzeza lub przez Morze Wewnetrzne w 
strone Archipelagu. Pki tak sie dzieje, wyruszyc na wschd lub na plnoc to samobjstwo. 
Twierdzili takze, ze uplynie od szesciu do osmiu miesiecy, nim ostatnie ze smoczych 
stad, oplywajacych poludniowo-wschodni cypel Zimroelu, dotra na plnocne wody i szlaki 
zeglugowe znw zostana otwarte. 
Perspektywa uwiezienia w odleglej od cywilizacji, malenkiej Bellatule przerazila 

Valentine'a. Powrt do Piurifayne wydawal sie bezsensowny, natomiast prba obejs cia 
prowincji Metamorfw w drodze na ogromne przestrzenie wnetrza Zimroelu bylaby 
czasochlonna i ryzykowna. 
Istnialo jednak inne wyjs cie z sytuacji. 
- Mozemy zabrac cie na Suvrael, Panie - powiedzial najstarszy z kapitanw. - Smoki nie 
wplynely na poludniowe wody i zegluga tam jest calkiem bezpieczna. 
Suvrael? Najpierw pomysl ten wydal sie Valentine'owi co najmniej dziwny. Lecz po 
pierwszej przyszla nastepna mysl: Dlaczego nie? Pomoc Barjazidw moglaby okazac sie 
niezwykle przydatna, a nawet jesli nie okazalaby sie przydatna, nie wolno bylo pochopnie jej 
odrzucac. Byc moze takze z poludniowego kontynentu mozna bedzie dostac sie jakos na 
Wyspe lub na Alhanroel szlakiem, ktry omijal tereny opanowane przez zbuntowane smoki. 
Zdecydowal sie wiec na Suvrael. Podrz okazala sie krtka i teraz wlasnie flota statkw 
handlarzy z Bellatule powoli zblizala sie do Suvraelu, plynac pod poludniowy wiatr; wlasnie 
zaczela wplywac do portu Tolaghai. 
Miasto pieklo sie w upale poludnia. Wygladalo przygnebiajaco, pozbawione jakiegos  
architektonicznego wyrazu parterowe i pietrowe domy z cegly w kolorze blota rozciagaly sie, 
jak okiem siegnac, wzdluz i w glab wybrzeza, ku lancuchowi niskich wzgrz, odgradzajacych 
przybrzezna rwnine od strasznej pustyni zajmujacej serce kontynentu. Gdy wraz z dworem 
eskortowani byli na brzeg, Carabella rzucila Valentine'owi pelne niepokoju spojrzenie. Gra 
Zamkowa wydawala sie oddalona nie o dziesiec tysiecy mil, lecz o dziesiec milionw. 
Lecz okazalo sie,  ze w poblizu budynku odprawy celnej czekaja na nich wspaniale 
s lizgacze, ozdobione pasami jaskrawego fioletu i zlci - kolorw Krla Snw. Przed 
s lizgaczami stali gwardzis ci w mundurach o tych samych barwach, a gdy Valentine i 
Carabella podeszli blizej, z jednego z pojazdw na ich spotkanie, lekko kulejac, wyszedl 
powoli wysoki, poteznie zbudowany mezczyzna o gestej, czarnej, lekko przyprszonej 
siwizna brodzie. 
Valentine doskonale pamietal to lekkie utykanie, poniewaz niegdys sam tak wlasnie 
utykal. Do niego nalezalo niegdys cialo czarnobrodego mezczyzny - mial przed soba 
Dominina Barjazida, przed laty uzurpatora, na ktrego rozkaz otrzymal cialo anonimowego 
zlotowlosego mezczyzny. Uzurpatora, ktry ukradl mu jego prawdziwe cialo, by jako 
Koronal rzadzic z Gry Zamkowej. Utykanie bylo juz skutkiem dzialan samego Valentine'a, 
ktry w mlodosci zmiazdzyl sobie noge w glupim wypadku, jadac z Elidathem przez 
karlowaty las kolo Amblemorn, na Grze. 
- Witaj, panie - powiedzial bardzo cieplo Dominin Barjazid. - Uczyniles nam wielki 

zaszczyt swa wizyta, na ktra czekalismy tyle lat. 
Wielce unizenie wykonal znak gwiazdy; Valentine dostrzegl, jak drzaly mu rece. Sam 
Koronal takze nie pozostal nieporuszony. Dziwnym, niepokojacym doznaniem bylo zobaczyc 
tak swe cialo, sluzace teraz innemu czlowiekowi. Po pokonaniu Dominina nie chcial zgodzic 
sie na ryzyko zwiazane z kolejna zamiana, lecz straszliwie zmieszalo go, gdy w swoich 
niegdys oczach dostrzegl przeblysk obcej mu duszy. Poruszylo go takze, gdy czlowiek, ktry 
dawno temu odebral mu tron, okazal calkowita skruche, calkowite wyrzeczenie sie zdrady 
oraz najszczersza goscinnosc. 
Byli tacy, ktrzy za zdrade chcieli skazac Dominina na s mierc, lecz Valentine nie mial 
zamiaru ich sluchac. Byc moze jakis barbarzynski krl w jakichs odleglych, prehistorycznych 
czasach skazywal swych przeciwnikw na smierc, lecz zadna zbrodnia, nawet zamach na 
zycie Koronala, nie sciagala na glowe winnego tak surowej kary tu, na Majipoorze. A poza 
tym, pokonany, Dominin wkroczyl w swiat szalenstwa; umysl pomieszal mu sie od wiedzy, 
ze jego ojciec, uchodzacy za Krla Snw, w rzeczywistosci byl podstawionym Metamorfem. 
Nie mialo sensu karanie czlowieka, ktry upadl tak nisko. Odzyskawszy tron, Valentine 
przebaczyl Domininowi i oddal go pod opieke wyslannikw reprezentujacych jego rodzine, 
tak ze mgl on powrcic na Suvrael. Stopniowo szalenstwo go opuscilo. W kilka lat pzniej 
Barjazid poprosil o pozwolenie pojawienia sie na Grze Zamkowej z blaganiem o 
wybaczenie. Wybaczylem ci juz" - odpowiedzial mu Valentine, lecz Dominin przybyl mimo 
to, w pokorze, wiedziony szczerymi intencjami kleknal przed tronem Confalume'a w dniu 
audiencji i oczys cil dusze z ciezaru zdrady. 
Teraz, pomyslal Valentine, okolicznosci znw drastycznie sie zmienily. To ja 
przybylem do Dominina i to niemal jako uchodzca. 
- Mj krlewski brat Minax wyslal mnie, panie, bym towarzyszyl ci, jako naszemu 
najdostojniejszemu gosciowi, do Palacu Barjazidw. Czy pojedziesz ze mna w pierwszym 
s lizgaczu? 
Palac znajdowal sie dosc daleko od Tologhai, w smutnej, ponurej dolinie. Valentine od 
czasu do czasu widywal go w snach: grozna, zlowroga budowla z ciemnego kamienia, 
ozdobiona na szczycie mnstwem ostrych wiezyczek o fantazyjnych ksztaltach i kanciastych 
parapetw, zaprojektowana najwyrazniej po to, by oniesmielac oko, wzbudzac strach. 
- Jaki okropny - szepnela Carabella, kiedy znalezli sie blizej. 
- Zaczekaj - odparl jej Valentine. - Tylko zaczekaj. Przejechali pod masywna, ponura i 
ciezka brama. Wewnatrz nic nie przypominalo o odpychajacym wygladzie zewnetrznym 
budowli. Chlodne dziedzince rozbrzmiewaly muzyka wielu fontann, gorzki upal pustyni 

zastapila chlodna bryza. Gdy Valentine, majac przy boku Carabelle, wysiadl z slizgacza, 
dostrzegl sluzbe czekajaca na nich z mrozonym winem i sorbetami, uslyszal muzyke 
delikatnych instrumentw; posrodku grupy witajacych go ludzi staly dwie postacie odziane w 
luzne, biale szaty. Pierwsza z nich miala blada, pulchna twarz oraz zaokraglony brzuszek, 
twarz drugiej byla szczupla i spalona niemal na czarno pustynnym sloncem. Na jej czole 
spoczywal zloty diadem, oznaka Potegi Majipooru. Valentine'owi nie trzeba bylo mwic, ze 
to Minax Barjazid, ktry zastapil swego zmarlego ojca, Krl Snw. Bledszy i grubszy 
czlowiek byl najprawdopodobniej jego bratem, Cristophem. Obaj uczynili znak gwiazdy, po 
czym Minax podszedl do Valentine'a i wlasnorecznie ofiarowal mu czare blekitnego wina. 
- Panie - powiedzial - przybyles do nas w ponurych czasach, lecz witamy cie z radoscia 
niezaleznie od tego, jak zlowrzbna jest ta chwila. Zaciagnelismy u ciebie wielki dlug. 
Wszystko, co nasze, nalezy do ciebie i oddajemy to pod twe rozkazy. 
Najwyrazniej troskliwie przygotowywal te przemowe, sam dzwiek glosu, plynnosc 
mowy  swiadczyly o dlugich prbach, lecz nagle Krl Snw pochylil sie, az jego twarde, 
blyszczace oczy znalazly sie zaledwie o kilka cali od oczu Koronala, i swym wlasnym, 
glebszym i cichszym glosem powiedzial: 
- Mozesz schronic sie u nas na tak dlugo, jak tylko sobie zyczysz, panie. 
- Nie zrozumiales, Wasza Wysokosc - odparl Valentine. - Nie przybylem tu szukac 
schronienia, lecz twej rady i pomocy w walce, ktra nas czeka. 
Krl Snw sprawial wrazenie zaskoczonego tymi slowami. 
- Udziele ci kazdej mozliwej pomocy. Czy jednak widzisz jakas nadzieje na walke 
wsrd nieszczesc, ktre nas dotknely? Bo musze ci powiedziec, panie, ze przez to - dotknal 
diademu - przyjrzalem sie swiatu bardzo dokladnie i nie widze dla nas nadziei, panie, zadnej, 
zadnej nadziei. 
 

2 
 
Na godzine przed zmrokiem w Ni-moya znw rozbrzmial krzyk; tysiace, a moze nawet 
setki tysiecy glosw krzyczaly ze straszliwa sila: Thallimon! Thallimon! Lord Thallimon! 
Thallimon!" Echo tego histerycznego, radosnego wrzasku odbilo sie od wzgrz otaczajacych 
sektor Gimbeluc, niepowstrzymana fala wtargnely do Parku Basniowych Stworzen. 
Mijal trzeci dzien od czasu, gdy zaczely sie demonstracje ku czci najnowszego z 
Koronalw, a dzis   swietowano znacznie bardziej goraczkowo niz poprzednio. 
Najprawdopodobniej zabawie towarzyszyly rabunki, rozruchy i oglne zniszczenie, lecz 
Yarmuz Khitain wcale sie tym nie przejmowal. Przezyl jeden z najbardziej przerazajacych dni 
w swej karierze kustosza parku, dokonano zamachu na wszystko, co uwazal za sluszne, 
racjonalne, normalne; co wlasciwie obchodzily go halasy, wzniecane przez miejskich 
glupcw? 
O  swicie tego dnia Yarmuza Khitaina obudzil jego bardzo mlody asystent, mwiac 
niesmialo: 
- Wrcil Vingole Nayila, prosze pana. Czeka przy wschodniej bramie. 
- I co, przywizl cos ? 
- Och, oczywis cie, prosze pana? Trzy pelne slizgacze! 
- Zaraz przyjde. 
Vingole Nayila, glwny  lowca parku, od pieciu miesiecy przebywal na objetych 
rozruchami terenach srodkowego Zimroelu. Yarmuz Khitain szczeglnie za nim nie 
przepadal, Nayila byl bowiem zarozumialy i az nazbyt zadowolony z siebie, a kiedy juz 
narazil swa cenna osobe w pogoni za jakas  rzadka bestia, dbal, by wszyscy wiedzieli, jak 
strasznym niebezpieczenstwom stawil czolo. Jednak w sprawach zawodowych nie 
dorwnywal mu nikt; byl genialnym kolekcjonerem dzikich zwierzat, niezmordowanym i 
nieustraszonym. Gdy tylko pojawily sie wiesci o tym, ze nieznane, groteskowe stworzenia 
wywoluja panike w regionach miedzy Khyntor i Dulorn, Nayila natychmiast przygotowal 
ekspedycje. 
I najwyrazniej byla to wyprawa udana. Gdy kustosz dotarl do wschodniej bramy, 
dostrzegl zoologa drepczacego tam i z powrotem wzdluz bariery silowej, uniemozliwiajacej 
ludziom wdarcie sie do parku, a zwierzetom ucieczke na ulice. Poza strefa rzowej mgielki 
Nayila dogladal wyladunku wielu drewnianych pojemnikw, z ktrych dochodzily 
brzeczenia, szczekania, mlaskania, warkoty i piski wszystkich mozliwych rodzajw. Katem 

oka dostrzegajac Khitaina, obrcil sie twarza ku niemu i krzyknal: 
- Sluchaj, nie uwierzysz, co przywiozlem! 
- Nie mam zamiaru prbowac - odpowiedzial Yarmuz Khitain. 
Akcesja najwyrazniej juz sie rozpoczela. Wszyscy pracownicy parku, ilu ich zostalo, 
pojawili sie, by wniesc zwierzeta Nayili przez brame i do budynku kontroli, gdzie miano 
umies cic je w klatkach do chwili, kiedy zbada sie je na tyle, by mozna bylo uwolnic w 
jednym z otwartych habitatw. 
- Ostroznie! - krzyknal Nayila, gdy dwaj uginajacy sie pod ciezarem jednej ze skrzyn 
mezczyzni omal nie upuscili jej na ziemie. - Jesli nasz przyjaciel wyrwie sie na wolnosc, 
wszyscy pozalujemy tego nieszczescia, ale wy bedziecie pierwsi! - A zwracajac sie do 
kustosza dodal: - Az strach pomys lec. Drapiezniki... same drapiezniki! Kly jak noze, pazury 
jak brzytwy... niech mnie diabli, jes li wiem, jak w ogle udalo mi sie wrcic. Kilka razy 
pewien bylem, ze juz po mnie, nie zostawilem nawet nagrania w Rejestrze Dusz... co by to 
byla za strata, co za strata! Ale wrcilem. Chodz, musisz je sobie dokladnie obejrzec... 
Rzeczywiscie, strach bylo nawet pomys lec. Przez caly dzien az do wczesnego wieczora 
Yarmuz Khitain obserwowal procesje niemozliwego, potwornego, nie do przyjecia; procesje 
dziwactw natury, potworw, upiornych wyjatkw od wszelkich biologicznych regul. 
- Te znalazlem biegajace sobie tuz za granicami Mazadone - wyjasnil Nayila, pokazujac 
parke malych, wsciekle warczacych stworzen o okrutnych, czerwonych slepiach i trzech 
niezwykle ostrych, dziesieciocalowych rogach wyrastajacych z czl. Po gestym, 
czerwonawym futrze Khitain rozpoznal w nich haigusy... lecz nigdy nie widzial haigusw 
rogatych i tak krwiozerczych. - Wstretni, mali mordercy - mwil dalej Nayila. - Widzialem, 
jak doskoczyly do zdziczalego blava i zabily go w piec minut, rozpruwajac mu brzuch. 
Zlapalem je, kiedy pozywialy sie w najlepsze, a wtedy to cos  pojawilo sie, by dokonczyc po 
nich uczte. - Wskazal na ciemnoskrzydlego canavonga o dziwnym, czarnym dziobie i jednym 
plonacym oku umieszczonym w srodku wypuklego czola - niewinny padlinozerca tajemniczo 
zmieniony w potwora z koszmarnego snu. - Widziales  kiedys cos az tak obrzydliwego? 
- Nie chce zobaczyc nic obrzydliwszego - odrzekl Yarmuz Khitain. 
- Zobaczysz, zobaczysz cos i obrzydliwszego, i wstretniejszego, i grozniejszego - tylko 
przyjrzyj sie temu, co zaraz wyciagniemy z tego pudla. 
Yarmuz Khitain nie mial pewnosci, czy pragnie sie temu przygladac. Cale  zycie 
przezyl, badajac zwierzeta, uczac sie ich zycia, dbajac o nie, kochajac je w najprawdziwszym 
znaczeniu tego slowa. Lecz to... to... 
- Tylko mu sie przyjrzyj. Miniaturowy dhumkar, byc moze dziesieciokrotnie mniejszy 

od normalnego, za to piecdziesiat razy szybszy. Nie zadowala sie siedzeniem w piasku i 
wysuwaniem pyska w oczekiwaniu, ze trafi mu sie obiad. Nie, ten blyskawicznie poruszajacy 
sie stwr poluje i szybciej odgryzie ci stope w kostce, niz odetchnie. A to: manculain, 
prawda? 
- Oczywiscie. Ale na Zimroelu nie ma manculaimw. 
- Ja tez tak myslalem, pki nie natknalem sie na tego stworka w Velathys, na grskiej 
drodze. Bardzo podobny do manculainw ze Stoienzar, prawda? Lecz jest miedzy nimi co 
najmniej jedna rznica. - Zoolog ukleknal przy klatce i warknal na zwierze niskim glosem. 
Manculain natychmiast odpowiedzial mu niskim warknieciem, po czym zaczal groznie 
poruszac dlugimi, ostrymi kolcami, ktre pojawily sie na calym jego ciele, jakby mial zamiar 
miotac nimi przez gesta siatke.  
Same igly mu nie wystarcza - rzekl Nayila. - Dodatkowo pokryte sa trucizna! Jedno 
drapniecie i ramie puchnie na tydzien. Wiem z doswiadczenia. Nie mam tylko pojecia, czym 
groziloby glebsze uklucie i wcale nie chce sie dowiedziec. A ty? 
Yarmuz Khitain zadrzal. Poczul mdlosci na mysl o tym, ze te straszne stwory znajda sie 
w Parku Basniowych Stworzen, ktry dawno temu powstal, by udzielic schronienia, glwnie, 
nieszkodliwym,  lagodnym gatunkom, ktre doprowadzil do zaglady rozwj cywilizacji na 
Majipoorze. Oczywiscie, park mial w swej kolekcji wiele drapieznikw i Khitain nie 
zamierzal przepraszac nikogo za ich istnienie - w koncu byly dzielem Bogini i jesli zabijaly, 
by jesc, trudno bylo oskarzac je z tego powodu o wrodzone zlo. Ale te... te... Te stwory sa zle, 
pomyslal. Powinno sie je zniszczyc. 
Ta mysl go zaskoczyla. Nigdy przedtem nie przyszlo mu do glowy nic podobnego. Zle 
zwierzeta? Jak w ogle zwierze moze byc zle. Mgl powiedziec: Sadze, ze to zwierze jest 
strasznie brzydkie". Albo: Sadze,  ze to zwierze jest niebezpieczne". Ale zle? Nie. Nie! 
Zwierzeta nie moga byc zle", nawet te zwierzeta. Zlo objawia sie gdzie indziej - w ich 
stwrcach. Nie, nawet nie w stwrcach. Oni tez maja powody, by obdarzyc nimi s wiat, a 
powody te nie wynikaja ze zlej woli, pomyslal, chyba ze bardzo sie myle. Gdzie wiec kryje 
sie zlo? Zlo - powiedzial sobie Khitain - jest wszedzie, gniezdzi sie miedzy czasteczkami 
powietrza, ktrym oddychamy. Zlo to wszechobecne zepsucie, w ktrym udzial mamy 
wszyscy. Wszyscy oprcz zwierzat. 
- Jak to mozliwe? - spytal. - Skad u Metamorfw wiedza potrzebna do stworzenia 
czegos  tak wstretnego? 
- Najwyrazniej Metamorfowie zachowali wiedze o wielu rzeczach, ktrych nie 
pofatygowalismy sie od nich nauczyc. Przez lata siedzieli sobie cicho w Piurifayne, tworzac 

te stwory, rozmnazajac je. Wyobrazasz sobie, jak wygladalo miejsce, w ktrym je hodowali? 
Koszmarne zoo, same potwory? A teraz zrobili nam uprzejmosc, dzielac sie z nami dzielami 
swej nauki. 
- Lecz czy mozesz byc pewien, ze one wszystkie pochodza z Piurifayne? 
- Bardzo dokladnie przes ledzilem wektory dystrybucji. Linie rozchodza sie od punktu 
znajdujacego sie na poludniowym zachodzie Ilirivoyne. To bez watpienia dzielo 
Metamorfw. Nie istnieje nawet najmniejsza szansa, by kilkadziesiat nowych gatunkw 
drapieznikw pojawilo sie na Zimroelu w drodze spontanicznej mutacji. Wiemy, ze 
prowadzimy wojne - a oto bron w tej wojnie, Khitainie. 
Kustosz przytaknal skinieniem glowy. 
- Sadze, ze masz racje. 
- Najgorsze zachowalem na koniec. Popatrz tylko. 
W klatce z gesto splecionej, drucianej siatki tak delikatnej, ze pozwalala zobaczyc, co 
jest w srodku, Khitain dostrzegl stado malych skrzydlatych stworzen miotajacych sie 
gniewnie, rzucajacych sie na siatke, bijacych w nia wsciekle skrzastymi skrzydlami, 
padajacych i podrywajacych sie do kolejnego ataku. Pokryte futrem potworki mialy okolo 
os miu cali dlugosci, nieproporcjonalnie wielkie paszcze i blyszczace, czerwone jak koraliki 
oczy. 
- Dhiimy - powiedzial Nayila. - Zlapalem je wsrd drzew dwikka niedaleko Borgax. 
- Dhiimy? - powtrzyl Khitain. Glos mial ochryply. 
- A tak, dhiimy. Pozywialy sie cialami kilku lesnych braciszkw, ktrych 
prawdopodobnie zabily - tak sie zajely jedzeniem, ze nie zauwazyly, kiedy sie do nich 
zblizylem. Oszolomilem je usypiajacym sprayem i zebralem. Kilka oprzytomnialo, nim 
zdolalem zapakowac je do klatki. Mam szczescie, ze dysponuje jeszcze wszystkimi palcami, 
Yarmuz. 
- Wiem, jak wygladaja dhiimy. Maja mniej wiecej dwa cale dlugosci i okolo pl cala 
szerokosci. Te z rozmiarw przypominaja raczej szczury. 
- Tak, szczury. Latajace, miesozerne szczury. Wielkie, drapiezne dhiimy, co? Dhiimy, 
ktre nie tylko podszczypuja i gryza, lecz zdolne sa zabic lesnego braciszka i objesc go do 
kos ci w dziesiec minut. Sliczne, prawda? Wyobraz sobie ich stado nad Ni-moya. Milion, dwa 
miliony... tyle, ile komarw. Spadaja z nieba. Jedza wszystko, co stanie im na drodze. Nowa 
plaga szaranczy... miesozernej szaranczy. 
Khitain zdal sobie nagle sprawe z tego, ze oto osiagnal stan doskonalego spokoju. Za 
wiele dzis widzial. Umysl odmwil przyjmowania nowych, potwornych faktw. 

- Mocno uprzykrzylyby nam zycie - oswiadczyl lagodnie. 
- A tak, tak. Uprzykrzyly. Musielibysmy zaczac ubierac sie i w zbroje. - Nayila wybuchl 
glosnym smiechem. - Dhiimy to ich arcydzielo, Khitain. Nie potrzebujesz bomb, jes li mozesz 
zaatakowac swego przeciwnika smiercionosnymi, latajacymi gryzoniami, co? Co? 
Yarmuz Khitain nie odpowiedzial. Patrzyl na klatke pelna kotlujacych sie w niej 
wscieklych dhiimw, jakby spogladal w jame siegajaca samego jadra swiata. 
Z daleka znw dobiegly ich krzyki. 
- Thallimon! Thallimon. Lord Thallimon! 
Nayila znieruchomial, nadstawil uszu, lowil dobiegajace go slowa. 
- Thallimon? Czy to wlasnie krzycza? 
- Lord Thallimon - odparl Khitain. - Nowy Koronal. Wyplynal trzy dni temu. 
Wyznawcy kazdego wieczora organizuja na jego czesc wielka demonstracje na Prospekcie 
Nissimorna. 
- Kiedys pracowal tu pewien Thallimon. Czy to jakis  jego krewny? 
- To wlas nie on. 
Vingole Nayila spojrzal na Khitaina oszolomiony. 
- Co? Szesc miesiecy temu wymiatal nawz z klatek, a teraz jest Koronalem? Czy to 
mozliwe? 
- Wyglada na to, ze dzis kazdy moze zostac Koronalem - rzekl spokojnie Yarmuz 
Khitain. - Lecz najwyrazniej tylko na tydzien, moze dwa tygodnie. Byc moze wkrtce 
nadejdzie twoja kolej, Vingole? - Zachichotal. - Albo moja. 
- Jak do tego doszlo, Yarmuz? 
Khitain wzruszyl ramionami. Wskazal s wiezo przywiezione przez lowce stworzenia: 
warczacego, trjrogiego haigusa, karlowatego dhumkara, jednookiego canavonga, dhiimy; 
wszystkie dziwaczne i przerazajace, wszystkie drzace z zadzy mordu, z wscieklosci. 
- A jak doszlo do tego? - spytal. - Jesli cos tak nieprawdopodobnego znalazlo sie w 
naszym swiecie, to dlaczego zamiatacza klatek nie uczynic Koronalem? Najpierw zonglerzy, 
potem zamiatacze, a potem... moze zoologowie? Wlas ciwie czemu nie? Jak to brzmi: 
Vingole! Lord Vingole! Niech zyje Lord Vingole!" 
- Przestan, Yarmuz. 
- Ty siedziales sobie w lasach ze swoimi dhiimami i manculainami, ja musialem 
obserwowac, co tu sie dzieje. Jestem bardzo zmeczony, Vingole. Widzialem za wiele. 
- Lord Thallimon. Do licha! 
- Lord taki i lord owaki, i lord jeszcze inny... od miesiaca gnebi nas plaga Koronalw, 

nie liczac kilku Pontifexw. Zmieniaja sie szybko. Miejmy nadzieje, ze Thallimon zostanie 
dluzej. Powinien chronic park. 
- Przed czym? 
- Pr zed atakiem tlumu. Tam, na ulicach, jest mnstwo glodnych ludzi, a my nadal 
zywimy zwierzeta. Ktos mi powiedzial,  ze po mies cie ganiaja agitatorzy nawolujacy do 
wtargniecia do parku i zaszlachtowania wszystkiego, co tu zyje. 
- Mwisz powaznie? 
- Oni najwyrazniej mwia powaznie. 
- Przeciez niektre z okazw sa bezcenne... niezastapione... 
- Wytlumacz to glodnemu czlowiekowi, Vingole - powiedzial Khitain cicho. 
Nayila gapil sie na niego bez slowa. 
- I ty naprawde sadzisz, ze Thallimon bedzie prbowal powstrzymac ludzi, jesli tlumy 
zdecyduja sie zaatakowac park? 
- Kiedys tu pracowal. Wie, jak wazne jest to, co robimy. I musi choc troche kochac 
zwierzeta, prawda? 
- Wymiatal nawz z klatek, Yarmuz. 
- Mimo wszystko... 
- On tez jest pewnie glodny, Yarmuz. 
- Sytuacja jest zla, ale nie rozpaczliwa. Jeszcze nie. I co w ogle mozna zarobic, 
zabijajac kilka chudych sigimoinw, dimilionw i zampidonw? Jeden posilek dla kilkuset 
osb, z taka szkoda dla nauki! 
- Tluszcza nie mysli - powiedzial Nayila. - I chyba nie doceniasz swojego zamiatacza - 
Koronala. Mgl nienawidzic parku... nienawidzic swej pracy, nienawidzic ciebie, nienawidzic 
nawet zwierzat. Moze takze stwierdzic, ze odniesie polityczne zwyciestwo, zapraszajac swych 
zwolennikw do parku na obiad. Wie, jak sforsowac brame, prawda? 
- No... przypuszczam... 
- Wiedza to wszyscy pracownicy. Gdzie znajduja sie skrzynki, jak zneutralizowac pole, 
wejsc do srodka... 
- Tego nie zrobi! 
- Ale moze, Yarmuz. Przygotuj sie na te ewentualnosc. Uzbrj ludzi. 
- Uzbroic ludzi? W co? Mys lisz, ze trzymamy tu bron? 
- To wyjatkowe miejsce. Gdy jakis gatunek wyginie, nie sposb go odtworzyc. Jestes za 
nie odpowiedzialny, Yarmuz. 
Daleko, ale blizej niz poprzednio, rozlegl sie okrzyk: Thallimon. Lord Thallimon!" 

- Jak myslisz, nadchodza? - spytal Nayila. 
- Tego by nie zrobil. Nie zrobil! 
- Thallimon! Lord Thallimon! 
- Wyglada mi na to, ze sie zblizaja. 
Po przeciwnej stronie wielkiej sali zaczelo sie jakies zamieszanie. Pojawil sie jeden z 
dozorcw, dyszal ciezko, w oczach plonelo mu szalenstwo. Wykrzykiwal glosno nazwisko 
Yarmuza. Kiedy go zobaczyl, wrzasnal: Setki ludzi! Tysiace! Kieruja sie w strone 
Gimbeluc!" 
Khitain poczul przyplyw panicznego strachu. Popatrzyl po ludziach z obslugi. 
- Sprawdzcie bramy! - rozkazal. - Upewnijcie sie,  ze zostaly dokladnie zamkniete. 
Potem zablokujcie wszystkie przejscia wewnetrzne. Zwierzeta znajdujace sie na terenach 
parku nalezy pedzic jak najdalej na plnoc, beda mialy szanse ukryc sie w lasach. 
- To nic nie pomoze - stwierdzil Vingole Nayila. 
- A co innego mozemy zrobic? Nie mamy broni, Vingole. Nie mam broni! 
- Ja mam. 
- O czym ty mwisz? 
- Wielokrotnie ryzykowalem zycie, by zebrac okazy dla tego parku. A juz szczeglnie 
ryzykowalem,  lapiac te, ktre przywiozlem dzis. Mam zamiar ich bronic. - Odwrcil sie od 
kustosza, krzyczac: - Hej, wy! Pomzcie mi z ta klatka. 
- Co masz zamiar zrobic, Vingole? 
- Wszystko jedno. Idz, zajmij sie bramami. - Nie czekajac na pomoc Nayila, sprbowal 
wsadzic klatke z dhiimami na maly wzek grawitacyjny, na ktrym wwieziono je do 
budynku. Dopiero teraz Khitain zrozumial, jaka bron ma na mysli Nayila. Zlapal go za ramie, 
prbowal zatrzymac, lecz mlodszy od niego lowca wyrwal sie z latwoscia, odepchnal go i nie 
zwracajac uwagi na protesty, wyprowadzil wzek z budynku. 
Tlum zmierzajacy ku nim od strony miasta, niemal nieprzerwanie ryczacy imie 
przywdcy, zblizal sie nieublaganie. Przerazony Khitain pomyslal: Zniszcza park! Mimo to... 
jesli Nayila naprawde zamierza... 
Nie, nie! Wybiegl z budynku, wpatrzyl sie w zapadajacy szybko zmrok, zobaczyl 
zoologa daleko, przy wschodniej bramie. Krzyk rozlegal sie znacznie glos niej: Thallimon! 
Thallimon!" 
Naraz dostrzegl tlumy, wylewajace sie na szeroki plac przed wschodnia brama, na 
ktrym kazdego ranka gromadzili sie ludzie czekajacy na otwarcie bram. Ta przedziwna 
postac w dziwnych czerwonych szatach z biala lamwka... tak, to Thallimon! Stoi na szczycie 

czegos  w rodzaju palankinu, dziko wymachuje ramionami, pogania ludzi. Pole energetyczne 
otaczajace park ochroni go przed kilkoma intruzami, lecz nie zaprojektowano go, by 
wytrzymalo atak oszalalej tluszczy. Do tej pory nie bylo potrzeby bronic niczego przed 
tlumem. Lecz teraz... 
- Cofnijcie sie! - krzyknal Nfayila. - Cofnijcie sie! Ostrzegam! 
- Thallimon! Thallimon! 
- Ostrzegam was, nie prbujcie wedrzec sie do parku! Nikt nie poswiecil mu 
najmniejszej uwagi. Ludzie ruszyli przed siebie jak stado oszalalych bidlakw, atakujacych i 
nie zwracajacych uwagi na to, co znajduje sie przed nimi. Przygladal sie temu z rozpacza; 
Nayila gestem nakazal jednemu ze straznikw zdezaktywowac na moment pole silowe; przez 
te chwile zoolog zdazyl wypchnac klatke na plac, wyrwac zamykajacy ja skobel i schronic sie 
za bezpieczna bariera rzowej mgielki. 
- Nie - szepnal do siebie Khitain. - Nie, nawet jesli ma to obronic park... nie... nie... 
Dhiimy wydostaly sie na wolnosc tak szybko, ze nie sposb bylo odrznic 
pojedynczych stworzen. Blyskawicznie, niczym plynaca w gre rzeka zlotego futra i czarnych 
skrzydel, wzlecialy w powietrze. 
Wzniosly sie w gre na piecdziesiat, szescdziesiat stp, a potem zawrcily, nurkujac z 
oszalamiajaca sila i nieopanowana zarlocznoscia, wbijajac sie w awangarde tluszczy, jakby 
nie jadly od miesiecy. Ci, ktrych zaatakowaly, zachowywali sie poczatkowo tak, jakby nie 
zdawali sobie sprawy z tego, co sie dzieje, oganiali sie, machali rekami, jakby zaatakowaly 
ich jakies dokuczliwe owady. Lecz dhiimy nie dawaly sie latwo odpedzic. Spadaly na ludzi z 
gry, wyrywaly kawaly miesa, wznosily sie, pozeraly je w powietrzu i atakowaly znowu. 
Nowy Lord Thallimon, krwawiac z kilkunastu ran, spadl z palankinu i lezal, plprzytomny, na 
ziemi. Dhiimy atakowaly nieprzerwanie, przede wszystkim tych z pierwszych szeregw, 
ktrzy juz byli ranni, wyrywajac im w cialach nowe rany, wgryzajac sie w nie, szarpiac 
obnazone pasma mies ni i ukryta pod skra miekka tkanke. Nie!" - powtarzal raz za razem 
Khitain, przypatrujac sie wszystkiemu z wygodnego i bezpiecznego miejsca za brama. Nie, 
nie, nie!" Okrutne, male stworzonka okazaly sie bezlitosne. Tlum rozpierzchl sie, 
wrzeszczacy ludzie uciekali we wszystkich kierunkach, zderzali sie, padali, podnosili i biegli, 
na oslep szukajac drogi prowadzacej z powrotem do Ni-moya; ci, ktrzy upadli, lezeli w 
szkarlatnych kaluzach krwi, dhiimy atakowaly, atakowaly nieprzerwanie, niektre zwloki 
obrane byly z miesa niemal do kosci, a to, co zostalo, znikalo szybko w zarlocznych 
paszczach. Khitain uslyszal szloch i dopiero po chwili zdal sobie sprawe z tego, ze to on 
szlocha. 

Nagle wszystko sie skonczylo. Na placu zapanowala dziwna cisza. Tlum znikl, ws rd 
lezacych na ziemi nie slychac juz bylo placzu, dhiimy, nazarte, fruwaly przez chwile wokolo, 
a potem odlecialy, Bogini jedna wie gdzie. 
Yarmuz Khitain, drzacy, wstrzasniety, powoli odszedl od bramy. Park ocalal. Park 
ocalal. Obrcil sie, poszukal wzrokiem Vingole'a Nayili, stojacego jak aniol zaglady z 
rozpostartymi ramionami i plonacymi oczami. 
- Nie powinienes  byl tego robic - powiedzial glosem tak zdlawionym z szoku i 
nienawis ci, ze ledwie zdolal wykrztusic te kilka slw. 
- Zniszczyliby park. 
- Tak. Park ocalal. Lecz popatrz... popatrz tylko... Nayila wzruszyl ramionami. 
- Ostrzeglem ich. Jak mglbym pozwolic, by zniszczyli wszystko, co tu budowalismy, 
dla odrobiny s wiezego miesa? 
- Mimo wszystko nie powinienes  tego robic. 
- Tak sadzisz? Niczego nie zaluje, Yarmuz. Niczego. - Zoolog umilkl na chwile. - Ach, 
moze jednego. Zaluje,  ze nie mialem czasu wyselekcjonowac kilku dhiimw dla naszej 
kolekcji. No, nie udalo sie. Teraz sa juz daleko, a ja nie mam ochoty wracac do Borgax i lapac 
ich od nowa. Nie zaluje niczego innego, Yarmuz. Nie mialem wyboru, musialem je wypus cic. 
Ocalily park. Jak moglibys my pozwolic tym szalencom, by go zniszczyli? No, jak, Yarmuz? 
Jak? 
  

3 
 
Choc swit zaledwie nadszedl, jaskrawe promienie slonca oswietlaly wijaca sie lagodnie, 
szeroka doline Glayge, gdy Hissune, ktry wstal wczesnie, wyszedl na poklad lodzi wiozacej 
go na Gre Zamkowa. Na zachodzie, gdzie rzeka skrecala lekko w kraine wielkich kanionw, 
w powietrzu wisiala mgla, zakrywajac wszystko, jakby byl to pierwszy poranek w historii 
s wiata, lecz patrzac na wschd, Hissune dostrzegal zwykle, pogodne, kryte czerwona 
dachwka dachy wielkiego miasta Pendiwane, blyszczace w promieniach porannego slonca, 
daleko zas, w grze rzeki, pojawil sie niski, wygiety ksztalt nabrzeza Makropospos. Dalej 
znajdowaly sie Apocrune, Wodospady Stangard, Nimivan i inne miasta doliny, w ktrych 
mieszkalo co najmniej piecdziesiat milionw ludzi; szczesliwe miejsca latwego zycia, teraz 
jednak nad miastami tymi wisiala aura nadchodzacego nieszczescia. Hissune doskonale 
zdawal sobie sprawe z tego, ze ludnosc doliny Glayge czeka, ze strachem myslac o tym, co 
sie stanie. Stojac tak na dziobie lodzi, pragnal wyciagnac ku nim ramiona, przytulic ich do 
piersi, krzyczec: Nie bjcie sie! Bogini jest z nami! Wszystko bedzie dobrze!" 
Lecz... czy bylaby to prawda? 
Nikt nie zna woli Bogini, pomyslal Hissune. Nie znajac jej, czlowiek musi sam 
ksztaltowac swe przeznaczenie. Jak rzezbiarze, ludzie ksztaltuja swe zycie z surowego 
kamienia przyszlosci, godzina za godzina, dzien za dniem, poslugujac sie planem, ktrzy sami 
wy myslili; jesli to dobry plan, jesli rzezbimy nasz los prawidlowo, odejmujac dluto, 
pomyslimy o dziele: jest dobre", lecz jesli nie przemyslelis my kolejnych posuniec, jesli 
postepowalis my pospiesznie i niedbale, cz - proporcje okaza sie zle, a dzielo nie wywazone. 
Cala nasza praca bedzie wadliwa - a gdy to sie zdarzy, czy wolno nam powiedziec: Taka 
byla wola Bogini?" 
Byc moze tylko zle obmyslilismy dzielo? 
Nie moge, powiedzial sobie, zle ob mys lic dziela. Jesli zrobie to wlasciwie, wszystko 
bedzie dobrze, a wtedy powiedza: Bogini nam sprzyjala". 
Podczas szybkiej podrzy rzeka, mijajac Jerrik, Ghiseldorn i Sattinor, gdzie Glayge w 
swym grnym biegu wyplywa z podnza Gry, planowal i doskonalil plan. Nim dotarl do 
Amblemorn, najbardziej wysunietego na poludniowy zachd Miasta Gry, wiedzial juz, co 
powinien zrobic i nie mial zadnych watpliwosci. 
Poza Amblemorn nie sposb bylo podrzowac rzeka, gdyz tam wlasnie Glayge rodzila 
sie z mnstwa spadajacych z Gry potokw, z ktrych zaden nie byl zeglowny. Slizgacz nisl 

go w gre: przez pierscien Miast Zboczy, Wolnych Miast i Miast Strazniczych, przez 
Morvole, gdzie urodzil sie Elidath, Normork odgrodzone cyklopowym murem ze slynna 
wielka brama, przez Hyun, gdzie liscie drzew byly szkarlatne, purpurowe, rubinowe, 
plomienne, przez Greel z jego krystalicznym czestokolem, przez Sigle Wyzsza i jej piec 
pionowych jezior, i dalej, w gre, przez Miasta Wewnetrzne: Banglecode, Bombifale, Peritole 
i reszte, wyzej, wyzej, grupa slizgaczy powoli docierala na szczyt ogromnej Gry. 
- Jest wieksza, niz sobie wyobrazalam - powiedziala Elsinome, towarzyszaca synowi w 
podrzy. Nigdy jeszcze nie oddalila sie od Labiryntu, a zaczac podrz po Majipoorze od Gry 
to nie igraszka. Patrzyla na swiat niczym dziecko, szeroko otwartymi oczami, czemu Hissune 
przygladal sie z radoscia - a zdarzaly sie jej dni tak pelne cudw, ze najwyrazniej nie 
wiedziala nawet, co powiedziec. 
- Czekaj - powtarzal jej. - Jeszcze niczego nie widzialas. Przez Przelecz Peritole dostali 
sie na Rwnine Bombifale, gdzie rozegrala sie decydujaca walka w bitwie o odzyskanie 
tronu, mineli samo Bombifale z jego cudownymi wiezami, wzniesli sie na poziom Miast 
Wysokich - grska droga wylozona ls niacymi, czerwonymi glazami piela sie z Bombifale do 
Morpin Wysokiego, a pzniej przez pola olsniewajacych kwiatw, rosnacych wzdluz Drogi 
Calintane'a prowadzila coraz wyzej i wyzej, az wreszcie ponad ich glowami pojawil sie 
grujacy ponad tym wszystkim Zamek Lorda Valentine'a, ktrego kamienne i ceglane macki 
rozposcieraly sie na okoliczne rozpadliny i szczyty. 
Kiedy ich Slizgacz zatrzymal sie na Placu Dizimaule'a, pod poludniowym skrzydlem 
Zamku Hissune ze zdziwieniem dostrzegl oczekujacy go komitet powitalny: Stasilane, 
Mirigant, Elzandir wraz z doradcami. Lecz nie bylo wsrd nich Diwisa. 
- Czy przybyli pozdrowic w tobie Koronala? - spytala Elsinome. 
Hissune us miechnal sie i potrzasnal glowa. 
- Bardzo watpie - powiedzial. 
Idac ku nim po zielonej, porcelanowej kostce, mys lal o tym, jakie zmiany mogly tu 
zajsc pod jego nieobecnosc. Czyzby Diwis oglosil sie Koronalem? Czyzby przyjaciele 
przybyli tu z rada, by uciekal, pki ma jeszcze szanse? Nie, nie, usmiechaja sie przeciez, 
podbiegaja do niego, obejmuja go radosnie. 
- Jakie macie nowiny? - spytal. 
- Lord Valentine zyje! - krzyknal Stasilane. 
- Dzieki niech beda Bogini. Gdzie jest teraz? 
- Na Suvraelu - odpowiedzial Mirigant. - Przebywa jako gosc w Palacu Barjazidw. Tak 
twierdzi Krl Snw, a dzis wlasnie otrzymalis my potwierdzenie od samego Koronala. 

- Na Suvraelu - powtrzyl zdumiony Hissune, jakby wlasnie powiedziano mu, ze 
Valentine odkryl zupelnie nieznany kontynent posrodku Wielkiego Morza lub zgola przenisl 
sie na jakis inny swiat. - Dlaczego wlasnie Suyrael? I jak sie tam dostal? 
- Wprost z Piurifayne trafil do Bellatule - odparl Stasilane. - Nieprzewidywalne 
zachowanie smokw uniemozliwilo mu podrz na plnoc, a - jak zapewne wiesz - Piliplok 
zbuntowal sie. Mieszkancy Bellatule pomogli mu wiec dotrzec na poludnie. Skorzystal z 
okazji i zawarl sojusz z Barjazidami, ktrzy maja uzyc swych mocy, by przywrcic lad na 
s wiecie. 
- Smiale posuniecie. 
- Oczywiscie. Wkrtce ma wyruszyc na Wyspe, by spotkac sie z Pania. 
- A potem? - spytal Hissune. 
- Nic nie zostalo jeszcze postanowione - odparl Stasilane, patrzac mu w oczy. -  Nie 
wiadomo, co przyniosa najblizsze miesiace. 
- Ja wiem - stwierdzil Hissune. - Gdzie Diwis? 
- Wybral sie na polowanie - powiedzial Elzandir. - Do lasw Frangiorn. 
- Przeciez to miejsce jego rodzinie przynosi pecha! Czyz nie tam wlasnie zginal jego 
ojciec, Lord Voriax? 
- Tak, wlasnie tam - przytaknal Stasilane. 
- Mam nadzieje, ze Diwis bedzie ostrozniejszy. Czeka go wiele pracy. Dziwie sie, ze go 
tu nie ma, przeciez powinien wiedziec, ze dzis wlasnie wracam z Labiryntu. - Hissune zwrcil 
sie do Alsimira. - Znajdz prosze lorda Diwisa, powiedz mu, ze zebranie Rady Regencyjnej 
musi odbyc sie natychmiast i ze go oczekuje. Panowie - zwrcil sie do reszty zgromadzonych 
- winien jestem powaznego niedopatrzenia, powodem jest radosc, ze znw was spotkalem. 
Pozwolilem bowiem, by towarzyszaca mi pani pozostala nie przedstawiona. Postapilem 
niewlas ciwie. Oto lady Elsinome, moja matka, ktra po raz pierwszy w zyciu ma okazje 
podziwiac swiat lezacy poza Labiryntem. 
- Moi panowie - powiedziala Elsinome, czerwieniac sie. Lecz niczym oprcz rumienca 
nie zdradzajac zmieszania czy zawstydzenia. 
- Oto lord Stasilane... ksiaze Mirigant... diuk Elzandir z Chorg... 
Kazdy z nich pozdrowil ja ze szczerym szacunkiem, niemal tak, jakby byla sama Pania. 
Przyjela ich pozdrowienia dostojnie i godnie; obserwujac to Hissune drzal z niewyobrazalnej 
radosci. 
- Odprowadzcie ma matke - powiedzial - do pawilonu Lady Thiin, oddajcie jej 
apartament godny wysokiej kaplanki Wyspy. Za godzine dolacze do was w sali rady. 

- Lord Diwis nie zdazy do tej pory wrcic z polowania - oznajmil obojetnie Mirigant. 
Hissune skinal glowa. 
- Oczywiscie, doskonale zdaje sobie z tego sprawe. Nie jest jednak moja wina to, ze 
Diwis akurat dzis wybral sie na polowanie, a tyle musimy zrobic i tyle spraw 
przedyskutowac, iz uwazam,  ze powinnismy spotkac sie przed jego powrotem. Lordzie 
Stasilanie, czy zgadzasz sie ze mna? 
- Oczywiscie. 
- A wiec dwaj z trzech regentw sa tego samego zdania. To wystarczy, by rozpoczac 
posiedzenie. Panowie, do zobaczenia w sali rady za godzine. 
Gdy w piecdziesiat minut pzniej Hissune pojawil sie odswiezony i przebrany, wszyscy 
juz na niego czekali. Zajal miejsce u szczytu stolu, obok Stasilane'a, rozejrzal sie po 
zebranych i powiedzial: 
- Rozmawialem z Hornkastem i na wlasne oczy widzialem Pontifexa Tyeverasa. 
Obecni poruszyli sie niespokojnie. Napiecie wyraznie wzroslo. 
- Pontifex nadal zyje - kontynuowal Hissune - lecz nie jest to takie zycie, jak my je 
pojmujemy.  Nie mwi juz, nie wydaje nawet tych skrzeczacych i wyjacych dzwiekw, z 
ktrych skladal sie ostatnio jego jezyk. Przebywa w innym, bardzo dalekim krlestwie i, jak 
sadze, jest to krlestwo lezace tuz przy Moscie Pozegnan. 
- Czy predko umrze? - spytal Nimian z Dundilmir. 
- Och, nie, niepredko - odparl Hissune. - Maja tam te czarodziejskie urzadzenia, ktrymi 
moga przez lata powstrzymywac go jeszcze przed przekroczeniem Mostu. Lecz moim 
zdaniem nie mozemy na to czekac. 
- Te decyzje musi podjac Lord Valentine - os wiadczyl diuk Halanx. 
Hissune skinal glowa. 
- Oczywis cie. Przejde do tego za chwile. - Wstal i podszedl do mapy Majipooru. Dlonia 
pokryl serce Zimroelu. - Podczas podrzy odbieralem zwykla poczte. Wiem, ze Piurivar 
Faraataa, kimkolwiek jest, wypowiedzial nam wojne. Wiem takze, ze Zmiennoksztaltni sla ku 
Zimroelowi nie tylko zarazy roslin, lecz takze stada zmodyfikowanych zwierzat, szerzacych 
zamieszanie i niepokj. Swiadom jestem glodu w dystrykcie Khyntor, deklaracji 
niezaleznosci Pidruid, rozruchw w Ni-moya. Nie wiem, co sie dzieje na zachd od Dulorn, i 
chyba nikt po tej stronie Rozpadliny tego nie wie. Zdaje sobie takze sprawe z tego, ze w 
zachodnim Alhanroelu blyskawicznie zapanuje taki zamet jak na innych kontynentach, ze 
rozruchy rozszerzaja sie na wschd, ze dosiegnely juz podnzy Gry. Jak do tej pory 
zrobilismy bardzo niewiele, by przeciwdzialac sytuacji. Rzad praktycznie nie istnieje, 

prowincjonalni diukowie zachowuja sie tak, jakby byli calkowicie niezalezni, a my zbieramy 
sie tu, na Grze Zamkowej, wysoko, ponad chmurami. 
- Co wiec proponujesz? - spytal Mirigant. 
- Mam kilka propozycji. Po pierwsze, nalezy utworzyc armie, ktra otoczy granice 
Piurifayne, efektywnie odizoluje te prowincje od reszty swiata, a nastepnie przeczesze 
dzungle w poszukiwaniu tego Faraatay i jego towarzyszy. Przyznaje, ze nie bedzie to latwe 
zadanie. 
- Kto bedzie dowodzil ta armia? - spytal diuk Halanx. 
- Pozwlcie, panie, ze wrce do tego za chwile - rzekl Hissune. - Jesli wolno: musimy 
miec druga armie, zorganizowana takze na Zimroelu, ktrej zadaniem bedzie okupacja 
Piliploku - jesli to mozliwe, metodami pokojowymi, a jesli nie, sila - i przywrcenie miastu 
zaleznosci od rzadu. Po trzecie - musimy oglosic zgromadzenie prowincjonalnych wladcw, 
ktrego zadaniem bedzie rozsadna dystrybucja zapasw zywnosci. Prowincje, nie dotkniete 
jeszcze plagami, musza podzielic sie z poszkodowanymi; przy czym, oczywiscie, oznajmimy 
jednoglos nie,  ze wymagamy wyrzeczen, lecz przeciez nie skrajnych. Prowincje, ktre nie 
podziela sie swymi zapasami - jesli takie w ogle beda - nalezy okupowac. 
- Wymaga to wielu armii - stwierdzil Mangamot - jak na spoleczenstwo nie majace 
wojskowych tradycji. 
- Kiedy armie okazywaly sie potrzebne - odparl Hissune - jakims cudem zawsze 
udawalo nam sie je sformowac. Bylo tak w czasach Lorda Stiamota, bylo tak wtedy, gdy Lord 
Valentine walczyl o odzyskanie tronu, i znw dzis tak bedzie - w kazdym razie nie mamy 
wyboru. Chcialbym jeszcze podkreslic,  ze istnieje wiele nieformalnych jednostek 
wojskowych, ktrym przewodza Koronalowie z wlasnego nadania. Mozemy zrobic z nich 
wlasciwy uzytek, z samych Koronalw zreszta tez. 
- Uczyni z nas to zdrajcw! - krzyknal diuk Halanx. 
- Uzyjemy kazdego - odparl Hissune. - Poprosimy, by do nas dolaczyli, nadamy im 
wysokie stopnie wojskowe, choc nie te, jak sadze, ktre przybrali sami, po czym jasno damy 
do zrozumienia, ze jesli nie zechca wsplpracowac, zostana zniszczeni. 
- Zniszczeni? 
- Swiadomie uzylem tego wlasnie slowa. 
- Przebaczono nawet Domininowi Barjazidowi i odeslano go do rodziny. Odebrac zycie, 
nawet zdrajcy... 
- ...nie jest decyzja latwa - dokonczyl Hissune. - Mam zamiar uzyc tych ludzi, nie zabic 
ich, lecz sadze, ze bede zmuszony ich zaglodzic, jesli okaza sie nieprzydatni. Prosze jednak, 

bys my te sprawe rozstrzygneli kiedy indziej. 
- Ty masz zamiar ich uzyc? - zdziwil sie ksiaze Nimian z Dundilmir. - Przemawiasz jak 
Koronal! 
- Nie. Przemawiam jak jeden z dwch kandydatw na to stanowisko, zreszta przez was 
mianowany. Pod nieodzalowana nieobecnosc lorda Diwisa przemwilem zapewne zbyt 
stanowczo. Jedno jednak pragne podkreslic: dlugo myslalem nad mozliwymi rozwiazaniami i 
nie widze przed nami innej drogi, jak tylko przyjac mj plan, niezaleznie od tego, kto bedzie 
rzadzil. 
- Rzadzi Lord Valentine - odezwal sie diuk Halanx. 
- Jako Koronal. Jak sadze, zgodzilis my sie jednak, ze - biorac pod uwage nature 
obecnego kryzysu - musimy miec prawdziwego Pontifexa, by nas prowadzil; sam Koronal nie 
wystarczy. Dzieki otrzymanym przez was informacjom wiem, ze Lord Valentine plynie na 
Wyspe, by spotkac sie z matka. Ja tez pragne wyruszyc na Wyspe, spotkac sie z Koronalem, 
sprbowac przekonac go, by zgodzil sie wstapic na tron Pontifexa. Jesli trafia do niego me 
argumenty, sam oglosi, kto ma zostac jego nastepca. Sadze,  ze zadaniem nowego Koronala 
bedzie pacyfikacja Piliploku i Ni-moya, a takze podporzadkowanie sobie falszywych 
Koronalw. Pozwole sobie zasugerowac, by ten drugi kandydat dowodzil armia, ktra 
wkroczy na tereny Metamorfw. Dla mnie osobis cie nie ma znaczenia, kto zostanie 
Koronalem, ja czy Diwis; najwazniejsze jest to, bysmy natychmiast wyruszyli w pole 
przywrcic porzadek, co zreszta powinnismy zrobic juz dawno. 
- Czy bedziemy rzucac moneta? - dobiegly wypowiedziane od drzwi slowa. 
Naprzeciw Hissune'a stal Diwis, spocony, nie ogolony, nadal w mysliwskim stroju. 
Hissune tylko sie usmiechnal. 
- Raduje sie znw cie widzac, lordzie Diwisie. 
-  Zaluje,  ze stracilem tyle z tak interesujacego spotkania. Formujemy dzis armie i 
mianujemy Koronala, lordzie Hissunie? 
- Lord Valentine mianuje Koronala - padla spokojna odpowiedz. - A gdy go juz 
mianuje, na ciebie i na mnie spadnie zadanie sformowania armii i dowodzenia nimi. 
Osmielam sie mniemac, iz minie sporo czasu, nim ktokolwiek z tu obecnych bedzie mial 
znw czas na rozrywki w rodzaju polowania. 
Hissune wskazal gestem stojace obok niego, puste krzeslo. 
- Zechcecie usiasc, panie? - spytal. - Przedstawilem zebranym kilka propozycji, ktre 
powtrze teraz, jesli zechcesz wysluchac. Potem trzeba bedzie podjac decyzje, cz wiec 
postanowisz, panie? Czy mnie wysluchasz? 

 

4 
 
Po raz kolejny na morzu, w powietrzu unosi sie wywolana upalem mgielka; gwaltowny, 
wiejacy od Suvraelu wiatr i szybki prad z poludniowego zachodu niosa statki ku ziemiom 
plnocy. Inne, gwaltowne prady szaleja w duszy Valentine'a. Nadal pamieta slowa, ktre z 
okazji uczty wypowiedzial Najwyzszy Rzecznik Hornkast, tak jakby wypowiedziane zostaly 
wczoraj, a nie - jak mu sie czasami wydaje - dziesiec tysiecy lat temu. 
Koronal jest wcieleniem Majipooru. Koronal to Majipoor wcielony. Jest s wiatem, a 
s wiat jest nim. 
Oczywiscie. Oczywiscie. 
Podczas nieustannych podrzy po swiecie: z Gry Zamkowej do Labiryntu, z Labiryntu 
na Wyspe, z Wyspy do Piliploku, potem do Piurifayne i Bellatule, z Bellatule na Suvrael, a 
teraz z Suvraelu znw na Wyspe, dusza Valentine'a jeszcze szerzej otworzyla sie na cierpienia 
Majipooru, umysl z wieksza jasnoscia zaczal odbierac jego bl, niepewnosc, szalenstwo, 
przerazenie, rozdzierajace te niegdys najspokojniejsza i najszczesliwsza z planet. Dzien i noc 
zalewaly go emanacje dwudziestu miliardw cierpiacych dusz. Przyjmowal je z radoscia, 
przyswajal chetnie to, co przekazywal mu Majipoor, chetnie szukal sposobu, by ulzyc mu w 
jego blu. Napiecie zaczynalo go jednak meczyc. Zbyt wiele musial przyjac; nie potrafil 
przetrawic i zrozumiec wszystkiego, czul sie nieustannie zaskakiwany, oszolomiony, lecz nie 
mgl uciec, byl bowiem Potega krlestwa, musial wykonywac swe obowiazki, nie mgl sie 
przed nimi uchylac. 
Tego dnia przez cale popoludnie stal samotny na pokladzie. Nikt nie osmielil sie do 
niego podejsc, nawet Carabella, tak nieprzenikliwa byla aura samotnosci, ktra sie otoczyl. 
Kiedy wreszcie, po wielu godzinach, Carabella mimo wszystko zblizyla sie z wahaniem, byla 
niepewna i milczaca. Valentine przytulil ja jednak z usmiechem, poczul jej biodro przy swym 
udzie, poczul jej ramie na swej piersi, lecz milczal jak ona, w tej chwili bowiem znajdowal sie 
w krlestwie nie znajacym slw, w ktrym zyskiwal spokj, w ktrym zraniona dusza mogla 
sie uleczyc. Wiedzial, ze moze jej zaufac - ze Carabella nie wtargnie w to jego krlestwo. 
Po dlugiej chwili spojrzala na zachd i westchnela glosno, zaskoczona, lecz nadal 
milczala. 
- Cz spostrzeglas, kochanie? - spytal. 
- Widze cos . Chyba smoka. Valentine milczal. 
- Czy to mozliwe? Mwiono nam, ze o tej porze roku na tych wodach nie ma smokw. 

Wiec co takiego wlasciwie dostrzeglam? 
- Smoka. 
- Powiedziano nam, ze tu nie ma smokw, a to z pewnoscia smok. Ciemny, wielki, 
plynie w tym samym kierunku co my. Valentinie, skad on sie tu wzial? 
- One sa wszedzie, Carabello. 
- A moze tylko mi sie wydaje? Moze to tylko cien na wodzie... moze to tylko dryfujace 
wodorosty... 
Valentine potrzasnal glowa. 
- Widzisz smoka. Krla smokw, jednego z tych najwiekszych. 
- Nawet na niego nie spojrzales! 
- Nie spojrzalem. Lecz on tam jest. 
- Wyczuwasz go? 
- Tak, wyczuwam. Czuje ciezar jego majestatycznej obecnosci. Sile umyslu. Potege 
inteligencji. Czulem to, nim sie jeszcze odezwalas. 
- Masz teraz niezwykle zdolnosci - powiedziala. 
- Owszem. 
Nadal patrzyl na plnoc. Ciezar duszy smoka przygniatal jego dusze. W czasie trudnych 
ostatnich miesiecy stal sie znacznie bardziej wrazliwy. Potrafil wysylac umysl daleko bez 
najmniejszego wysilku, w rzeczywistosci z trudem sie przed tym powstrzymywal.  Spiac i 
czuwajac, poznawal cala glebie duszy Majipooru. Odleglosc nie wydawala sie juz 
przeszkoda. Wyczuwal wszystko, nawet ostre, gorzkie mys li Zmiennoksztaltnych, nawet 
powolne, pulsujace emanacje smokw. 
- Czego chce? - spytala Carabella. - Czy ma zamiar zaatakowac? 
- Nie sadze. 
- Lecz nie jestes pewien? 
- Niczego nie jestem juz pewien, Carabello. 
Zwrcil sie ku wielkiemu morskiemu stworzeniu. Staral sie dotknac swym umyslem 
jego umyslu. Przez moment czul cos w rodzaju kontaktu, wrazenie otwarcia, zlaczenia, lecz 
nagle zostal odepchniety jakby potezna dlonia, choc w tym gescie nie bylo niecheci ani 
pogardy. Mial wrazenie, jakby smok chcial mu powiedziec: Nie tu, nie teraz, jeszcze nie". 
- Tak dziwnie wygladasz - przemwila Carabella. - Czy on zaatakuje? 
- Nie, nie. 
- Sprawiasz wrazenie przerazonego. 
- Nie, nie boje sie. Po prostu prbuje zrozumiec. Nie wyczuwam niebezpieczenstwa. 

Tylko swiadomosc... nadzr... ten potezny umysl obserwuje nas... 
- Moze wysyla wies ci Metamorfom? 
- To chyba mozliwe, tak. 
- Jesli smoki i Zmiennoksztaltni zjednoczyli sie przeciwko nam... 
- Podejrzewa to Deliamber, opierajac sie na zeznaniach istoty, ktrej nie sposb juz 
przesluchac. Uwazam,  ze moze to byc znacznie bardziej skomplikowane. Moim zdaniem 
niepredko zrozumiemy, na czym polega istota wiezi miedzy Zmiennoksztaltnymi i smokami. 
Lecz powtarzam ci - nie czuje niebezpieczenstwa. 
Carabella milczala przez chwile, patrzac na niego uwaznie. 
- Potrafisz czytac w umysle smoka? 
- Nie. Nie. Ja go tylko czuje. Czuje jego obecnosc. Niczego nie potrafie odczytac. Smok 
jest dla mnie calkowita tajemnica, Carabello. Im bardziej staram sie go dosiegnac, z tym 
wieksza latwoscia mnie odrzuca. 
- Odwraca sie. Odplywa! 
- Tak. Czuje, jak sie przede mna zamyka... jak sie wycofuje, jak mnie odtraca. 
- Czego on od nas chce, Valentinie? Czego sie nauczyl? 
- Bardzo chcialbym wiedziec. 
Valentine kurczowo trzymal sie relingu, drzacy i wyczerpany. Na moment Carabella 
przykryla jego dlon swoja, s cisnela ja; a potem odsunela sie i znw milczeli. 
Zdawal sobie sprawe z tego, ze nie rozumie. Ze rozumie bardzo niewiele. Wiedzial tez, 
ze najwazniejsze jest wlasnie to - zrozumiec. Byl tym, przez ktrego zaleczyc mozna rany 
zadane Majipoorowi, przez ktrego moze dokonac sie zjednoczenie - tego byl pewien. On i 
tylko on moze polaczyc sprzeczne sily, przywrcic ich harmonie. Ale jak tego dokonac? Jak? 
Kiedy przed wielu laty po nieoczekiwanej smierci brata zostal krlem, przyjal na siebie 
ten ciezar bez slowa protestu, bez reszty oddal sie obowiazkom, choc czesto wydawaly mu sie 
one rydwanem ciagnietym przez narowiste konie. Wiedzial jednak, ze ma wyksztalcenie, 
ktrego wymaga sie od wladcy. A teraz Majipoor wymagal najwyrazniej, by jego wladca stal 
sie bogiem; a wiedzy potrzebnej bogowi Valentine nie mial posiasc nigdy. 
Wyczuwal obecnosc smoka, znajdujacego sie gdzies niedaleko, lecz nie potrafil 
nawiazac z nim prawdziwego kontaktu, po pewnym czasie przestal wiec nawet prbowac. 
Pozostal na pokladzie az do zmierzchu, ze wzrokiem utkwionym w plnocny horyzont, jakby 
spodziewal sie dojrzec Wyspe Pani swiecaca w ciemnosci niczym latarnia morska. 
Lecz od Wyspy dzielilo go jeszcze kilka dni drogi. Znajdowali sie teraz na tej samej 
szerokosci geograficznej, co wielki plwysep znany pod nazwa Stoienzar. Szlak zeglugowy z 

Tolaghai na Wyspe prowadzil przez Morze Wewnetrzne niemal az na Alhanroel, praktycznie 
do wysunietego plwyspu Stoienzar, dopiero pzniej statki kierowaly sie na Archipelag 
Rodamaunt, omijaly go i przybijaly do portu Numinor. Zeglujac ta trasa, mozna bylo w pelni 
wykorzystac poludniowe wiatry oraz silny Prad Rodamaunt; znacznie szybciej plynelo sie z 
Suvraelu na Wyspe niz z Wyspy na Suvrael. 
Tego wieczora glwnym tematem rozmowy byl smok. Zima wiele pokazalo sie ich w 
tych wodach, poniewaz smoki, ktrym udalo sie uniknac mysliwych, plynely zazwyczaj 
wzdluz brzegw Stoienzar na wschd, z powrotem ku Wielkiemu Morzu. Lecz do zimy bylo 
jeszcze daleko i - jak to sam Valentine oraz jego towarzysze mieli juz szanse zaobserwowac - 
tego roku smoki wybieraly sobie najbardziej nieoczekiwane trasy, dazac do tajemniczego 
miejsca spotkan, gdzies w poblizu bieguna; kierowaly sie nawet na plnoc, wzdluz brzegu 
Wyspy. Morza byly ich pelne, a przynajmniej tak moglo sie wydawac, i nikt wlas ciwie nie 
wiedzial dlaczego. W kazdym razie ja nie wiem, pomyslal Valentine. Nie wiem nic. 
Siedzial, milczac, w gronie przyjacil, niemal sie nie odzywal, zbieral sily, tak bardzo 
mu potrzebne. 
Nocami, nie spiac, lezal u boku Carabelli i nasluchiwal glosw Majipooru. Slyszal 
placzace z glodu Khyntor i jeczace w strachu Pidruid; slyszal gniewne krzyki przebiegajacej 
brukowane ulice Velathys samozwanczej policji, slyszal podniesione glosy ulicznych 
oratorw w Alaisor. Miliony, dziesiatki milionw razy glosy powtarzaly jego imie. Slyszal 
Metamorfw w ich tropikalnej dzungli, napawajacych sie tryumfem, ktrego byli tak pewni, 
slyszal smoki, u dna oceanw nawolujace sie spokojnymi, glebokimi glosami. 
Czul takze dotkniecie chlodnej dloni matki na swym czole, slyszal glos Pani: Wkrtce 
bedziesz przy mnie, Valentinie, wkrtce ci pomoge". Od czasu do czasu pojawial sie przy nim 
takze Krl Snw, mwiac: Tej nocy przelece nad swiatem, szukajac twych wrogw, 
przyjacielu Koronalu, i jesli zdolam rzucic ich na kolana, nie zawaham sie, bo taki jest 
wlasnie mj zamiar". Czul wtedy ulge, lecz nieuchronnie pojawialy sie znw krzyki trwogi i 
gniewu, pojawial sie spiew smokw, szepty Zmiennoksztaltnych, noc zmieniala sie w ranek, 
wstawal z loza bardziej zmeczony, niz sie do niego kladl. Gdy statki ominely plwysep 
Stoienzar i znalazly sie na wodach dzielacych Alhanroel od Wyspy, slabosc ta zaczela go 
opuszczac. Bl swiata nadal w niego uderzal, lecz tu potega Pani byla juz wszechogarniajaca, 
co dzien wieksza i Valentine czul ja w swym umysle; pomagala mu, prowadzila go i 
pocieszala. Na Suvraelu, stajac twarza w twarz z pesymizmem Krla Snw, potrafil 
wymownie przedstawic swe przekonanie, ze  swiat mozna jeszcze odbudowac. Nie ma 
nadziei" - mwil i Minax Barjazid, a on odpowiadal: Jest nadzieja i musimy ja wykorzystac. 

Wiem, jak". Barjazid mwil: Nie ludzmy sie. Wszystko stracone", a on odpowiadal: Sluchaj 
mnie, a pokaze ci droge". Udalo mu sie w koncu przekonac Minaxa, zdobyc jego niechetne 
poparcie. Ta iskra nadziei, obecna na Suvraelu, zgasla w trakcie podrzy, lecz teraz wydawala 
sie blyszczec znowu. 
Wyspa byla juz bardzo blisko. Kazdego dnia wznosila sie coraz wyzej ponad horyzont, 
kazdego ranka promienie wschodzacego slonca, padajacego na jej wschodnie, kredowe 
zbocza i odbijaly sie od niego, najpierw bladorzowe, potem oszalamiajaco szkarlatne, 
nastepnie, niemal niedostrzegalnie, przechodzace w zloto, by wreszcie, gdy slonce stalo juz 
wysoko, zablysnac czysta, os lepiajaca biela; biela, unoszaca sie nad woda niczym dzwiek 
wielkich cymbalw, gleboki ton muzyki. 
W Numinorze Pani czekala juz na niego w domu o nazwie Siedem Scian. Kaplanka 
Talinod Esulde po raz kolejny zaprowadzila go do niej, do sali szmaragdowej; raz jeszcze 
Pani stala miedzy dwiema tanigalami, usmiechnieta, wyciagajac ku niemu dlonie. 
Dostrzegl,  ze w ciagu niespelna roku, ktry uplynal od jego poprzedniej wizyty na 
Wyspie, matka zmienila sie bardzo i niepokojaco. W ciemnych wlosach pojawily sie pasma 
siwizny, cieply blask oczu przygasl, az wydawaly sie niemal chlodne; czas zmienil nawet jej 
krlewska postawe - teraz garbila sie lekko, pochylona glowe chowala w ramionach. Niegdys  
wydawala mu sie boginia, teraz zas sprawiala wrazenie bogini zmieniajacej sie powoli w 
stara, niewatpliwie smiertelna kobiete. 
Padli sobie w objecia. Pani wydala mu sie tak lekka, jakby mgl ja uniesc najslabszy 
nawet wiaterek. Pili chlodne zlote wino, opowiadal jej o wedrwkach po Piurifayne, o 
podrzy na Suvrael, o spotkaniu z Domininem Barjazidem i o tym, jaka przyjemnosc sprawilo 
mu znalezienie starego wroga zdrowego na umys le, okazujacego mu nalezny szacunek. 
- A Krl Snw? - spytala. - Czy byl serdeczny? 
- Niezwykle serdeczny. Okazal mi tyle uczucia, ze az bylem zdumiony. 
- Nie sposb polubic Barjazidw. Zapewne sama natura ich zycia na tym kontynencie 
oraz straszliwe obowiazki na to nie pozwalaja. Lecz bledem jest myslec o nich jako o 
potworach, choc ludzie najczesciej za nie wlasnie ich maja. Minax jest czlowiekiem surowym 
- czuje jego dusze, kiedy spotykaja sie nasze umysly, co nie zdarza sie czesto - lecz takze 
silnym i sprawiedliwym. 
- Spoglada w przyszlosc bez nadziei, lecz obiecal swe pelne poparcie dla wszystkich 
naszych posuniec. W tej chwili chlosta  swiat najstraszliwszymi przeslaniami w nadziei 
zakonczenia tego szalenstwa. 
- Jestem swiadoma jego dzialan. Od kilku tygodni wyczuwam plynaca z Suvraelu moc 

tak wielka, jak jeszcze nigdy. Minax uzyl calej swej potegi. Ja tez, choc na swj wlasny, 
lagodny sposb. To jednak nie wystarczy. S wiat oszalal, Valentinie. Gwiazda naszych 
nieprzyjacil wschodzi, nasza gasnie, s wiatem zamiast Pontifexa i Koronala rzadzi teraz gld 
i strach. Wiesz o tym. Czujesz, jak otacza cie i ogarnia szalenstwo  s wiata, jak szalenstwo 
grozi zalaniem calego globu. 
- Czy wiec skazani jestesmy na kleske, matko? Czy to wlas nie prbujesz mi 
powiedziec? Ty, zrdlo nadziei, Pani pociechy? 
Spojrzala na niego oczami, w ktrych pojawil sie cien dawnego, stalowego blysku. 
- Nie padlo z mych ust slowo kleska". Stwierdzilam tylko, ze Krl Snw i Pani Snw 
sami nie opanuja rzeki szalenstwa. 
- Istnieje trzecia Potega, matko. A moze myslisz, ze nie jestem zdolny do prowadzenia 
wojny? 
- Jestes zdolny dokonac wszystkiego, czego zapragniesz, lecz nawet trzy Potegi to za 
malo. Chwiejna wladza nie sprosta kryzysowi takiemu jak ten. 
- Chwiejna? 
- Oparta na trzech podporach. Powinno ich byc cztery. Czas, by stary Tyeveras wreszcie 
zasnal. 
- Matko... 
- Jak dlugo jeszcze masz zamiar unikac odpowiedzialnosci? 
- Niczego nie unikam, matko! Jakiemu celowi posluzy to, ze dam sie zamknac w 
Labiryncie? 
- A wiec sadzisz, ze Pontifex jest bezuzyteczny? Najwyrazniej dziwny masz poglad na 
nasz swiat, jesli rzeczywis cie tak uwazasz. 
- Znam wartosc Pontifexa. 
- Jednak od poczatku rzadw obywasz sie bez niego. 
- Nie moja jest wina, ze gdy wstapilem na tron, Tyeveras byl juz starcem. Co mialem 
zrobic? Zasiasc w Labiryncie w dzien po zostaniu Koronalem? Nie mam Pontifexa, los 
bowiem mi go nie dal i nie pojawila sie okazja wlasciwa, bym zajal miejsce Tyeverasa. 
Mialem wiele pilniejszych zadan. Mam je nadal. 
- Jestes winien Majipoorowi Pontifexa, Valentinie. 
- Jeszcze nie. Jeszcze nie. 
- Jak dlugo bedziesz powtarzal te slowa? 
- Musze pozostac na widoku, matko. Zamierzam skontaktowac sie jakos z Danipiur, 
zdobyc jej poparcie w walce z tym Faraataa, ktry zniszczy s wiat w imie odzyskania go dla 

swego ludu. Siedzac w Labiryncie niczego... 
- Masz zamiar drugi raz udac sie do Piurifayne? 
- Ponislbym tylko kolejna kleske. Mimo wszystko negocjacje z Metamorfami uwazam 
za sprawe pierwszorzednej wagi. Danipiur musi zrozumiec,  ze nie jestem jak krlowie z 
przeszlos ci,  ze wyznaje nowe prawdy, ze uwazam, iz nie mozna nadal represjonowac 
Zmiennoksztaltnych, ze sprzeciwia sie to duchowi Majipooru, ze nalezy potraktowac ich jak 
kazda inna rase, udzielic miejsca w spoleczenstwie. 
- I zdolasz dokonac tego tylko jako Koronal. 
- Jestem o tym przekonany, matko. 
- Zbadaj wiec szczerosc swych przekonan - powiedziala pani glosem nie 
dopuszczajacym sprzeciwu. - Jesli to rzeczywiscie przekonania, a nie zwykla nienawisc do 
Labiryntu. 
- Nienawidze Labiryntu i nie kryje tego, kiedy jednak nadejdzie czas, dam sie w nim 
zamknac poslusznie, choc niechetnie. Twierdze jednak, ze czas ten jeszcze nie nadszedl. Byc 
moze zbliza sie, lecz jeszcze nie nadszedl. 
- A wiec niech nadejdzie jak najszybciej. Pozwl Tyeverasowi zasnac, Valentinie. Nie 
zalewaj. 
 

5 
 
Spotkanie z Danipiur to niewielki tryumf, lecz godny, by sie nim napawac, pomys lal 
Faraataa. Przez wiele lat wygnaniec, banita mieszkajacy w dzungli, przez wiele lat 
wykpiwany, gdy w ogle go zauwazano, teraz z wszystkimi dyplomatycznymi 
grzecznosciami zaproszony zostal na spotkanie w Domu Urzedw w Ilirivoyne. 
Najpierw czul pokuse, by odwrcic role, by kpiaco zaprosic ja do Nowego Velalisier - 
w koncu Danipiur byla tylko plemiennym urzednikiem z tytulem bez odpowiednika z czasw 
przed Wygnaniem, on zas, glosami wielu, stal sie Ksieciem, Ktry Nadejdzie i Krlem, Ktry 
Jest; to on codziennie rozmawia ze smokami i cieszy sie poparciem wiekszym, niz Danipiur 
kiedykolwiek miala. W koncu zrezygnowal jednak z tego pomyslu. O ilez lepiej bedzie, 
pomyslal, wmaszerowac do Ilirivoyne na czele setek zwolennikw, pokazac Danipiur i jej 
zausznikom, jaka ma moc. Niechze tak bedzie, zdecydowal. I zgodzil sie przybyc do 
Ilirivoyne. 
Wzniesiona w nowym miejscu stolica ciagle sprawiala wrazenie nedznej, nie 
ukonczonej. Jak zwykle wybrano na nia lesna polane, przez ktra przeplywal obfity w wode 
strumien. Ulice nadal jednak byly tylko niewyraznymi  sciezkami, domy o plecionych 
s cianach nie mialy  zadnych ozdb, dachy wydawaly sie plecione pospiesznie, a plac przed 
Domem Urzedw oczyszczony byl tylko czesciowo; pnacza nadal jeszcze rosly niemal 
wszedzie. 
Sam dom byl jedyna nicia laczaca nowe Ilirivoyne ze star ym. Zgodnie ze zwyczajem 
niesiono go ze soba wszedzie, wznoszono pos rodku kazdego miejsca postoju; growal nad 
wszystkim: pietrowy, oparty na balach lsniacego bannikopu z fasada z polerowanego 
bagiennego mahoniu, w porwnaniu z nedznymi szalasami wydawal sie palacem. Gdy 
przekroczymy morze, wrcimy do Velalisier, pomys lal Faraataa, wybudujemy tam 
prawdziwy palac z marmuru i kamienia, nowy cud swiata, udekorujemy go bogactwami 
zabranymi jako wojenne lupy z Zamku Lorda Valentine'a, a wtedy Danipiur ukorzy sie przede 
mna. 
Teraz jednak zamierzal w pelni stosowac sie do protokolu. Pojawil sie przed Domem 
Urzedw i wykonal piec Zmian Poddania: Wiatr, Piach, Ostrze, Strumien, Plomien. Zachowal 
te ostatnia postac, pki nie pojawila sie Danipiur. Liczba towarzyszacych mu zwolennikw - 
wypelnili plac, nie miescili sie w granicach miasta - zaskoczyla ja i przez chwile zdumienie to 
bylo wyraznie dostrzegalne, lecz potem opanowala sie i odpowiedziala mu trzema Zmianami 
Dostrzezenia: Gwiazda, Ksiezycem i Kometa. Przy ostatniej Faraataa wrcil do swej postaci i 

wszedl za nia do budynku. Nigdy przedtem nie byl jeszcze w Domu Urzedw. 
Danipiur zachowywala sie chlodno, obojetnie, uprzejmie. Faraataa poczul strach, gdyz 
dzierzyla swe stanowisko przez cale jego zycie, lecz natychmiast sie opanowal. Jej wyniosle 
zachowanie, jej wspaniale opanowanie, byly - o czym doskonale wiedzial - jedyna bronia, 
jaka miala przeciwko niemu. 
Kiedy formalnosciom stalo sie zadosc, Danipiur powiedziala szorstko: 
- Nie kocham Niezmiennych bardziej od ciebie, Faraatao, lecz cel, ktry przed soba 
postawiles , jest nieosiagalny. 
- Jakiz to cel? 
- Pozbyc sie ich z tego swiata. 
- Uwazasz,  ze to nieosiagalne? - spytal, nadajac glosowi ton najdelikatniejszego 
zdumienia. - A to czemu? 
- Jest ich dwadzies cia miliardw. Dokad maja sie udac? 
- Czyzby we Wszechswiecie nie bylo innych swiatw? Z nich przybyli, niech na nie 
wrca. 
Palcami dotknela brody - gest przeczenia, pelen lekcewazacego rozbawienia jego 
slowami. Faraataa nie dal wyprowadzic sie z rwnowagi. 
- Kiedy przybyli - prbowala tlumaczyc - rzeczywiscie bylo ich niewielu. To sie 
zmienilo, a ostatnimi czasy komunikacja miedzy Majipoorem a innymi swiatami niemal nie 
istnieje. Czy rozumiesz, ile trwalaby ewakuacja dwudziestu miliardw ludzi? Gdyby co 
godzine Majipoor opuszczal statek z dziesiecioma tysiacami na pokladzie, nie znikliby nigdy 
- mnozyliby sie szybciej, niz ladowano by statki! 
- Wiec niech zostana, a my nadal prowadzic bedziemy wojne. Zaczna zabijac sie sami z 
glodu, potem w ogle nie bedzie juz zywnosci i wszyscy umra, a w ich miastach zamieszkaja 
duchy. Pozbedziemy sie ich na zawsze. 
Palce Danipiur znw powedrowaly ku brodzie. 
- Dwadziescia miliardw trupw? Faraatao, Faraatao, okaz odrobine rozsadku! Czy 
zdajesz sobie w ogle sprawe z tego, co to oznacza? W samym Ni-moya mieszka wiecej ludzi 
niz w Piurifayne... a ile jeszcze maja miast? Pomysl o smrodzie tych cial. Pomysl o 
chorobach, o zarazach, ktre wywola tyle gnijacego miesa. 
- Miesa wcale nie bedzie tak wiele, przeciez wygina z glodu! Nie obawiam sie 
zgnilizny. 
- Zachowujesz sie niegodnie i niepowaznie, Faraatao. 
- Doprawdy. Zgoda, slowa me nie byly powazne. Na swj niepowazny sposb 

wstrzasnalem ciemiezycielem, pod ktrego butem wilismy sie przez czternas cie tysiecy lat. 
Na swj niepowazny sposb zmienilem jego swiat w chaos. Bardzo... 
- Faraatao... 
- ...wiele osiagnalem na swj niepowazny sposb, Danipiur. I nie tylko bez zadnej 
pomocy z twej strony, lecz wlasciwie wbrew twym jawnym sprzeciwom. Teraz zas... 
- Wysluchaj mnie, Faraatao. Wyzwoliles  potezne sily, tak, i wstrzasnales Niezmiennymi 
w stopniu, ktrego nigdy nie uwazalam za mozliwy do osiagniecia. Jednak nadszedl czas, bys 
przerwal i zastanowil sie nad konsekwencjami swych czynw. 
- Dzieki mnie odzyskamy s wiat! 
- Byc moze, lecz jaka zaplacimy zan cene? Po ich ziemiach rozprzestrzeniles zarazy... 
jak sadzisz, czy latwo je bedzie opanowac? Stworzyles potworne, przerazajace zwierzeta i 
wypusciles na wolnosc, a teraz jeszcze chcesz zadlawic swiat smrodem gnijacych dwudziestu 
miliardw trupw. Chcesz ocalic nasz swiat czy go zniszczyc, Faraatao? 
- Zarazy znikna razem ze zbozami, na ktrych zeruja, a z ktrych my nie mamy 
praktycznie zadnych korzysci. Nowych zwierzat jest niewiele, swiat jest wielki, naukowcy 
zas upewniaja mnie, ze sa one niezdolne do rozmnazania, tak wiec latwo pozbedziemy sie ich, 
gdy wykonaja juz swe zadanie. W odrznieniu od ciebie nie boje sie gnijacych cial. 
Padlinozercy pozywia sie jak nigdy dotad, a my wzniesiemy swiatynie z gr kosci, ktre po 
nich pozostana. Zwyciestwo nalezy do nas, Danipiur. Odzyskalismy nasz swiat! 
- Jestes zbyt pewny siebie. Nie odpowiedzieli jeszcze na nasz atak... co zrobimy, kiedy 
sami zaatakuja? Prosze, bys przypomnial sobie, co uczynil z nami Lord Stiamot. 
- Lord Stiamot potrzebowal na to trzydziestu lat. 
- Tak - przyznala Danipiur - lecz mial niewielkie armie. Teraz Niezmienni sa znacznie 
potezniejsi. 
- My zas wiemy, jak wysylac przeciw nim zarazy i potwory, czego nie wiedzielismy w 
czasach Lorda Stiamota. Sama ich liczebnosc pracuje przeciw nim, teraz gdy koncza sie im 
zapasy  zywnos ci. Jak zdolaja walczyc z nami przez trzydziesci dni, nie mwiac juz o 
trzydziestu latach, skoro z glodu ich swiat rozpada sie na strzepy? 
- Glodni wojownicy walcza lepiej niz tlusci. Faraataa rozesmial sie. 
- Wojownicy? Jacy wojownicy! Mwisz glupstwa, Danipiur. Ci ludzie sa miekcy! 
- W czasach Lorda Stiamota... 
- Czasy Lorda Stiamota minely osiem tysiecy lat temu. Od tej pory zylo im sie dobrze, 
stali sie rasa glupcw i tchrzy, a najwiekszym glupcem jest ten ich Lord Valentine, swiety 
duren cnotliwie nienawidzacy przemocy. Nie ma sie czego lekac ze strony wladcy, ktry nie 

znosi rzezi! 
- Zgoda, nie musimy sie go bac. Mozemy go jednak uzyc, Faraatao. I to wlasnie mam 
zamiar uczynic. 
- Jak? 
- Wiesz, ze marzy o tym, by zawrzec z nami sojusz? 
- Wiem, ze w swej glupocie wkroczyl do Piurifayne, pragnac rozpoczac negocjacje, i ze 
ty w swej madrosci do tego nie dopuscilas. 
- Tak, wyciagnal reke do zgody, ale nie dopuscilam do spotkania. Przed rozmowami 
musialam poznac jego intencje. 
- Teraz juz je znasz. 
- Znam. I chce, bys zaprzestal rozsiewania plag i udzielil mi poparcia, kiedy spotkam 
sie z Koronalem. Swymi dzialaniami zagrazasz sukcesowi mych planw. 
- Jakich planw? 
- Lord Valentine rzni sie od Koronatw, ktrych znalam. 
Jak powiedziales, jest swietym glupcem, czlowiekiem lagodnym, nie znoszacym rzezi, 
co czyni go chwiejnym i podatnym na manipulacje. Zamierzam wykorzystac to, zmuszajac go 
do ustepstw, na ktre nie zgodzilby sie  zaden inny Koronal. Prawo osiedlania sie na 
Alhanroelu, zwrot swietego miasta Velalisier... udzial w rzadach... krtko mwiac calkowita 
rwnosc w ramach spolecznosci Majipooru. 
- Lepiej zniszczyc te spolecznosc. Osiedlac sie, gdzie chcemy, bez pytania o zgode! 
- Musisz pojac, ze to niemozliwe. Nie wygonisz dwudziestu miliardw istot ani ich nie 
zgladzisz. Mozemy tylko zawrzec z nimi pokj. Valentine to nasza szansa na pokj, Faraatao. 
- Pokj. Co za wstretne, klamliwe slowo! Pokj! Nie, nie Danipiur, ja nie pragne 
pokoju, nie interesuje mnie pokj, lecz zwyciestwo! A zwyciestwo nalezy do nas. 
- Zwyciestwo, o ktre walczysz, oznacza nasza zaglade - odpowiedziala Danipiur. 
- Nie sadze. Uwazam,  ze negocjacje z Koronalem nie doprowadza do niczego. Jesli 
zgodzi sie na ustepstwa, ktrych zazadasz, obala go jego ksiazeta i diukowie, i wybiora na 
Koronala czlowieka twardszego. Co wtedy? Nie, Danipiur, musze kontynuowac wojne, pki 
Niezmienni nie znikna z naszego swiata. Wszystko inne oznacza dalsza niewole. 
- Zabraniam ci! 
- Zabraniasz? 
- Jestem Danipiur! 
- Tak. I co z tego? Jam jest Krl, Ktry Jest, o mnie mwia proroctwa. Jak mozesz mi 
czegos  zabronic? Zniszcze ich, Danipiur. A jesli mi sie przeciwstawisz, zniszcze takze i 

ciebie. - Faraataa wstal i machnieciem reki przewrcil swj nie tkniety kielich, wylewajac na 
stl jego zawartosc. W drzwiach zatrzymal sie i na mgnienie oka przyjal postac Rzeki, oznake 
sprzeciwu, pogardy, po czym powrcil do swej wlasnej formy. - Wojna bedzie trwala nadal - 
oznajmil. - Na pewien czas pozostawiam cie na twym stanowisku, lecz ostrzegam: strzez sie 
zdradzieckich kontaktw z wrogiem! A jesli chodzi o swietego Lorda Valentine'a, jego zycie 
nalezy do mnie. Jego krew oczysci Stl Bogw w dniu rekonsekracji Velalisier. Strzez sie, 
Danipiur, twej krwi moge uzyc w tym samym celu! 
 

6 
 
- Koronal Lord Valentine wraz ze swa matka, Pania, przebywa w S wiatyni 
Wewnetrznej - oznajmila kaplanka Talinot Esulde. - Prosi, bys spedzil noc w domu wladcw 
w Numinorze, ksiaze, a jutro wyruszyl na spotkanie z nim. 
- Spelnie zyczenie Koronala - odrzekl Hissune. 
Ponad ramieniem kaplanki przygladal sie gigantycznej, bialej  scianie Pierwszego 
Zbocza, grujacej nad Numinorem. Jas niala niemal bolesnie; mial wrazenie, ze spoglada w 
drugie slonce. Gdy przed kilku dniami, po dlugiej podrzy z Alhanroelu, po raz pierwszy 
dostrzegli Wyspe, patrzac na jej Zbocza musial ocieniac oczy dlonia, choc i to pomagalo 
niewiele, stojaca zas obok niego Elsinome odwrcila sie do niej plecami i krzyknela, 
przerazona: Nigdy nie widzialam takiego blasku! Czy moze nas oslepic?" Lecz teraz, z 
bliska, biala kamienna sciana nie przerazala juz; jej blask wydawal sie czysty, przyjazny, 
raczej niczym swiatlo ksiezyca niz slonca. 
Od morza wial swiezy, lagodny wiatr, ten sam, ktry tak szybko - lecz nie dosc szybko, 
by przytlumic niecierpliwosc, ktrej z kazdym dniem gromadzilo sie coraz wiecej - przenisl 
go tu z Alaisor. Niecierpliwosc ta nie opuscila go, gdy postawil stope na ladzie nalezacym do 
Pani, choc wiedzial, ze teraz nie wolno mu sobie na nia pozwolic,  ze musi zyc tym 
niespiesznym rytmem co wszyscy, lacznie z wladczynia, lub nie osiagnie tego, po co tu 
przybyl. 
I rzeczywiscie - czul, jak niemal natychmiast dostosowuje sie do powolnego rytmu. 
Kaplanka prowadzila go uliczkami malego, sennego miasteczka portowego do domu zwanego 
Siedem Scian. Czar Wyspy, pomys lal Hissune, jest nieodparty; to miejsce pokoju, lagodnosci 
i ciszy, oddajace hold wszechmocnej obecnos ci Pani. O szerzacych sie na Majipoorze 
niepokojach tutaj jakby nie slyszano. 
Mimo wszystko noca Hissune nie mgl zasnac. Lezal we wspanialej komnacie o 
s cianach okrytych cudownym, ciemnym materialem utkanym przed wiekami, w komnacie, w 
ktrej rwnie dobrze spac mgl kiedys wielki Lord Confalume lub Prestimion, lub nawet sam 
Stiamot i wydawalo mu sie, ze czuje wokl siebie obecnosc tych wladcw, rozmawiajacych 
ze soba szeptem, szeptem kpiacych sobie z niego: uzurpator, wies niak, bufon". To tylko 
szum fal rozbijajacych sie o nabrzeze, powtarzal sobie gniewnie, lecz sen nie nadchodzil; im 
bardziej Hissune go pragnal, tym dalej sie odsuwal. Wstal wiec i spacerowal po salach, 
wyszedl nawet na dziedziniec, szukajac sluzacego, ktry mglby dac mu wina, lecz nie 
znalazl nikogo, wrcil wiec do sypialni i znw zamknal oczy. Tym razem zdawalo mu sie, ze 

gdy tylko sie polozyl, Pani lekko dotknela jego duszy; nie, nie przypominalo to przeslania, 
tylko delikatne obmywajace westchnienie, ciche Hissune, Hissune, Hissune, dzieki ktremu 
nieco uspokoil sie i zasnal, najpierw plytko, a potem tak gleboko,  ze znalazl sie poza 
zasiegiem snw. 
Rankiem smukla, dostojna kaplanka Talinot Esulde przyszla po niego i po Elsinome. 
Poprowadzila ich do stp wzgrza, gdzie czekaly juz napedzane grawitacyjnie male slizgacze, 
majace zabrac ich na najwyzsze tarasy Wyspy. 
Wjazd po pionowej scianie Pierwszego Progu wydawal sie niemal przerazajacy; 
wspinali sie coraz wyzej, coraz wyzej, niczym we s nie. Hissune nie odwazyl sie otworzyc 
oczu, pki pojazd nie spoczal na ladowisku. Dopiero wtedy obejrzal sie i dostrzegl oswietlona 
slonecznym blaskiem bezgraniczna przestrzen oceanu ciagnaca sie az ku dalekiemu 
Alhanroelowi i blizniacze, wybiegajace wen lukiem falochrony portu w Numinorze. Poprzez 
geste, porastajace taras lasy slizgacz zawizl ich do podstawy Drugiego Progu, wyrastajacego 
w gre tak stromo, iz wydawal sie wypelniac niebo. Noc spedzili wlasnie tam, w domu na 
Tarasie Zwierciadel, zawdzieczajacym swa nazwe poteznym blokom polerowanego czarnego 
kamienia wyrastajacym z ziemi niczym posagi dawno zapomnianych bstw. 
Stamtad podobnym malym slizgaczem znw ruszyli w gre na najwyzszy i najswietszy 
Prg, wzniesiony tysiace stp nad poziomem morza, gdzie znajdowalo sie sanktuarium Pani. 
Na szczycie Trzeciego Progu powietrze bylo krystalicznie czyste, rzeczy oddalone o wiele mil 
wydawaly sie bliskie, niczym obserwowane przez szklo powiekszajace. Olbrzymie ptaki z 
gatunku Hissune'owi nie znanego, o tlustych czerwonych cialach i wielkich, czarnych 
skrzydlach zataczaly w powietrzu leniwe kregi. Znw wraz z Elsinome ruszyli w podrz po 
plaskim szczycie zbocza, mijali taras za tarasem, az wreszcie dotarli na miejsce, gdzie staly 
proste, biale budynki pozornie przypadkowo rozrzucone wsrd ogrodw niezwyklej 
pieknosci. 
- To Taras Adoracji - wyjasnila Talinot Esulde. - Wrota do Swiatyni Wewnetrznej. 
Te noc przespali w cichym, oddalonym od innych budynku; ladnym, zwyczajnym, 
wyposazonym we wlasny basen i niewielki prywatny ogrd odgrodzony od swiata pnaczami, 
ktrych grube pnie tworzyly nieprzenikniona sciane. Rankiem sluzba przyniosla im mrozone 
owoce i smazona rybe; wkrtce po sniadaniu pojawila sie sama Talinot Esulde wraz z inna 
kaplanka, dostojna siwowlosa kobieta o przenikliwym spojrzeniu, ktra oddala kazdemu 
nalezne mu honory. Hissune'a powitala wiec salutem naleznym ksieciu Gry, dziwnie jednak 
nieformalnym, niemal niedbalym, ujela dlonie Elsinome, przytrzymala je w uscisku przez 
dluzsza chwile, patrzac jej w oczy serdecznie, choc badawczo. 

W koncu pus cila je i powiedziala: 
- Witam was oboje na Trzecim Zboczu. Nazywam sie Lorivade. Pani i jej syn oczekuja 
was. 
 Poranek byl chlodny i mglisty; slonce dopiero mialo przedrzec sie przez wiszace nisko 
chmury. Ruszyli gesiego - Lorivade szla pierwsza, Talinot Esulde ostatnia, nikt nie odezwal 
sie nawet slowem - przeszli przez ogrd; na lisciach roslin lsnila rosa poranka, przekroczyli 
bialy most o lukach tak delikatnych, ze sprawialy wrazenie, jakby roztrzaskac je moglo 
najlzejsze nawet stapniecie, i znalezli sie na wielkiej lace, po ktrej przeciwnej stronie stala 
S wiatynia Wewnetrzna. 
Hissune nigdy w zyciu nie widzial piekniejszego budynku. Swiatynia zbudowana byla z 
tego samego przezroczystego kamienia co most. Jej serce stanowila niska rotunda o plaskim 
dachu, z ktrej rozchodzilo sie promienis cie osiem dlugich, delikatnych skrzydel, nadajacych 
calos ci wrazenie promieniujacej blaskiem gwiazdy. Nie zastosowano zadnego ornamentu; 
architektura Swiatyni byla prosta, precyzyjna, czysta i doskonala. 
Pos rodku rotundy, w osmiobocznej sali, w ktrej centrum znajdowal sie osmioboczny 
basen, czekali na nich Lord Valentine i kobieta - z cala pewnoscia jego matka. 
Hissune zatrzymal sie na progu; zamarl, ogarniety nieopisanym zdumieniem. Patrzyl to 
na Pania, to na jej syna, zmieszany, nie wiedzac, ktrej z Poteg powinien oddac czesc 
pierwszej. Zdecydowal, ze zaszczyt ten nalezy sie Pani... ale jak ma ja pozdrowic? Czy Pania 
wita sie podobnie jak Koronala znakiem gwiazdy? A moze popelni w ten sposb straszliwy 
nietakt? Nie mial pojecia. Nauczono go wiele, ale nie wiedzial, jak powitac Pania Wyspy! 
Mimo wszystko obrcil sie ku niej. Wydawala sie starsza, niz oczekiwal, twarz miala 
pomarszczona, wlosy przyprszone siwizna, wokl oczu ciagnela sie siec delikatnych 
zmarszczek. Lecz jej us miech... radosny, promienny, cieply jak poludniowe slonce mwil 
wyraznie o kryjacej sie w ciele sile; w tym zdumiewajacym blasku wszystkie jego 
watpliwosci, caly strach, natychmiast znikly. 
Uklaklby przed nia, lecz najwyrazniej wyczula, co ma zamiar zrobic, nim jeszcze 
przygial kolano, i powstrzymala go, ledwie widocznie krecac glowa, po czym wyciagnela 
reke. Hissune jakims cudem zrozumial, co winien uczynic, i czubkami palcw dotknal jej 
dloni. W tej samej chwili poczul przeplyw energii tak gwaltowny, ze gdyby nie kontrolowal 
sie cala sila woli, z pewnoscia by odskoczyl. Lecz energia Pani napelnila go tylko nowym 
poczuciem pewnosci siebie, sily, godnosci. 
Odwrcil sie ku Koronalowi. 
- Panie - szepnal. 

Zaskoczyly go, niemal przerazily zmiany, ktre zaszly w twarzy i sylwetce Lorda 
Valentine'a od chwili, gdy widzieli sie po raz ostatni, tak strasznie dawno temu, w Labiryncie, 
na poczatku rozpoczetego pod zla gwiazda Wielkiego Objazdu. Valentine byl wtedy tak 
straszliwie zmeczony, lecz mimo to jego rysy rozjasnilo wewnetrzne  s wiatlo, rodzaj 
niezwyciezonej wesolosci, ktrej zadne zmeczenie nie bylo w stanie stlumic. To wlas nie sie 
zmienilo. Brutalne slonce Suvraelu przyciemnilo skre Koronala, nadajac mu nieoczekiwanie 
gwaltowny, niemal barbarzynski wyglad. Oczy mial zapadniete, ukryte pod ciezkimi 
powiekami, wlosy splowiale, pobruzdzona twarz wydawala sie chudsza - nie pozostal w niej 
nawet slad tej pogody ducha, ktra byla tak dla niego charakterystyczna. Sprawial wrazenie 
czlowieka obcego: napietego, ponurego, obojetnego. 
Hissune podnisl dlon w znaku gwiazdy, lecz Lord Valentine tylko machnal 
niecierpliwie reka, wyciagnal ja i uscisnal mocno dlon Hissune'a. To takze go zaniepokoilo - 
nie sciska sie dloni Koronala. I w tym wypadku poczul przeplyw energii, lecz w odrznieniu 
od energii, ktra wypelnila go Pani, ta pozostawila go niespokojnego, wstrzasnietego, 
poruszonego. 
Kiedy Koronal rozluznil uscisk, Hissune cofnal sie o krok i skinal na Elsinome, stojaca 
nieruchomo na progu, jakby obecnosc dwch Poteg Majipooru w tej samej sali zmienila ja w 
kamien. Schrypnietym, nieswoim glosem przedstawil ja: 
- Panie... Pani... prosze, powitajcie ma matke, lady Elsinome. 
- Godna matka godnego syna - powiedziala Pani; byly to jej pierwsze slowa, a glos, 
ktrym je wypowiedziala, wydal mu sie najpiekniejszym, jaki kiedykolwiek slyszal - byl 
dzwieczny, melodyjny, spokojny. - Podejdz blizej, Elsinome. 
Niczym wyrwana z transu, Elsinome uczynila kilka krokw po gladkiej, marmurowej 
posadzce. Pani wyszla jej na spotkanie, stanely twarza w twarz przy osmiobocznym basenie. 
Tam wlasnie Pani na Wyspie wziela Elsinome w objecia i przytulila serdecznie, a kiedy 
kobiety odsunely sie od siebie, Hissune dostrzegl, iz jego matka sprawia wrazenie kogos, kto 
przez dlugi czas zyl w ciemnosci, a teraz wyszedl wreszcie w pelny blask dnia. Oczy jej 
lsnily, twarz miala zarumieniona, w jej postawie nie pozostal nawet slad zaleknienia czy 
niesmialosci. 
Spojrzala na Lorda Valentine'a, chciala uczcic go znakiem gwiazdy, lecz Koronal 
przeszkodzil jej tak, jak przeszkodzil samemu Hissune'owi - przytrzymal jej dlon ze slowami: 
- To nie jest konieczne, lady Elsinome. 
- Panie, spelniam swj obowiazek - odparla pewnym glosem. 
- Nie. Juz nie. - Koronal usmiechnal sie, po raz pierwszy tego ranka. - Gesty, uklony... 

wymagaja ich uroczystosci publiczne. Miedzy nami pompa nie jest potrzebna. - Do Hissune'a 
rzekl: - Chyba bym cie nie rozpoznal, gdybym nie wiedzial, z kim sie dzis  spotykam. 
Rozstalismy sie na tak dlugo,  ze stalis my sie sobie obcy; takie przynajmniej odnosze 
wrazenie. 
- Minelo kilka lat, panie, a nie byly to lata latwe. Czas zawsze cos zmienia, lata takie jak 
te zmieniaja wszystko. 
- To prawda. - Lord Valentine pochylil sie, przygladajac mu sie tak intensywnie, ze 
Hissune poczul niepokj. Po dluzszej chwili Koronal odezwal sie znowu. - Niegdys sadzilem, 
ze znam cie dobrze, lecz chlopiec, ktrego znalem, pokrywal niesmialosc sprytem. Dzis stoi 
przede mna mezczyzna, prawdziwy ksiaze, w ktrym nie pozostalo niemal nic z niesmialosci, 
a spryt zmienil sie w cos glebszego, byc moze zrecznosc lub nawet madrosc meza stanu, 
przynajmniej jesli raporty, ktre otrzymywalem, mwia prawde, a nie mam powodu w to 
watpic. Sadze jednak, ze gdzies gleboko nadal dostrzegam chlopca, ktrym byles. Ale 
nielatwo jest go rozpoznac. 
- A mnie, panie, trudno jest dzis dostrzec w tobie czlowieka, ktry niegdys wynajal 
mnie jako przewodnika po Labiryncie. 
- Czyzbym zmienil sie az tak, Hissunie? 
- Zmieniles sie, panie. Obawiam sie o ciebie. 
- Jesli musisz sie dreczyc, obawiaj sie o Majipoor, nie o mnie. 
- Obawiam sie o Majipoor, panie. Bardzo sie boje. Lecz jak mozesz zadac ode mnie, 
bym nie martwil sie o ciebie? Jestes moim dobroczynca, panie. Wszystko, co mam, 
zawdzieczam tobie, wiec kiedy widze cie tak smutnego, niespokojnego... 
- To burzliwe czasy, Hissunie. Wydarzenia wyciskaja pietno na mej twarzy, lecz moze 
czeka nas jeszcze nowa wiosna. A teraz powiedz: jakie nowiny przynosisz z Gry Zamkowej? 
Wiem, ze panowie i ksiazeta snuli wielkie plany. 
- Slusznie, panie. 
- Wiec mw! 
- Rozumiesz, panie, ze plany te zostaja ci przedstawione do akceptacji, ze Rada 
Regencyjna nigdy nie zamierzala... 
- Rozumiem. Powiedz mi wiec, co proponuje rada. Hissune gleboko zaczerpnal 
oddechu. 
- Po pierwsze, sformowana przez nas armia powinna otoczyc Piurifayne, by 
uniemozliwic Metamorfom slanie kolejnych plag i innych przerazajacych wynalazkw... 
- Chodzi o otoczenie Piurifayne czy inwazje? 

- Glwnie otoczenie, panie. 
- Glwnie? 
- Po odcieciu Piurifayne wojska powinny wkroczyc do prowincji w poszukiwaniu tego 
Faraatay i jego zwolennikw. 
- Och! Zlapac Faraatae i jego zwolennikw. A gdy juz ich schwytamy, co dalej? Choc 
to malo prawdopodobne, o czym swiadcza moje doswiadczenia z dzungli. 
- Zostana odizolowani. 
- Tylko? Zadnych egzekucji przywdcw? 
- Panie, nie jestesmy dzikusami! 
- Oczywiscie, oczywis cie. Celem inwazji jest wiec wylacznie schwytanie Faraatay? 
- Wylacznie, panie. 
- Nie bedziemy prbowali obalic Danipiur? Nie przeprowadzimy calkowitej 
eksterminacji Metamorfw? 
- Nikt nie osmielil sie nawet zasugerowac niczego podobnego. 
- Rozumiem - rzekl Koronal glosem opanowanym, niemal kpiacym; Hissune nigdy 
jeszcze nie slyszal go mwiacego w ten sposb. 
- I co jeszcze proponuje rada? 
- Sformowanie armii okupujacej Piliplok, bez rozlewu krwi, jes li tylko da sie tego 
uniknac, a takze kontrolujacej inne miasta i prowincje, ktre wypowiedzialy posluszenstwo 
rzadowi. Jej celem byloby rwniez zneutralizowanie rozmaitych prywatnych oddzialw, 
pozostajacych w dyspozycji falszywych Koronalw - istnieje ich kilka - a takze, jesli to 
mozliwe, uzycie ich dla dobra rzadu. Po trzecie, postanowilismy okupowac prowincje, ktre 
nie godza sie na program podzialu zapasw i nie chca dostarczyc nakazanych ilosci zywnosci 
terenom dotknietym zarazami. 
- Bardzo wszechstronny plan - stwierdzil Valentine tym samym, niemal obojetnym 
tonem. - Kto ma dowodzic tymi wszystkimi armiami? 
- Rada zdecydowala podzielic dowodzenie pomiedzy lorda Tunigorna, lorda Diwisa i 
mnie - odparl Hissune. 
- A ja? 
- Ty, panie, bedziesz najwyzszym dowdca calosci naszych sil. 
- Oczywiscie. Oczywiscie. - Valentine wydawal sie wpatrywac w glebie swej duszy; 
przez dluga chwile, w calkowitym milczeniu rozwazal slowa Hissune'a. Bylo cos  
niepokojacego w spokoju, obojetnosci, z jakimi Koronal zadawal mu pytania. Wydawalo sie, 
ze wie rwnie dobrze jak on sam, dokad prowadzi ta rozmowa; Hissune nagle przerazil sie w 

chwili, w ktrej wypowiedziec bedzie musial ostatnie slowa. Lecz naraz uswiadomil sobie, ze 
moment ten wlasnie nadszedl. Oczy Koronala rozblysly nagle dziwnym s wiatlem, jego uwaga 
raz jeszcze zwrcila sie ku rozmwcy. - Czy Rada Regencyjna ma jeszcze jakies propozycje, 
ksiaze? 
- Tylko jedna. 
- Jaka? 
- Dowdca armii okupujacej Piliplok i inne zbuntowane miasta powinien nosic tytul 
Koronala. 
- Przed chwila powiedziales  mi, ze Koronal zostanie najwyzszym dowdca wszystkich 
armii! 
- Nie, panie. Pontifex musi byc najwyzszym dowdca wszystkich armii. 
Zapadla po tym oswiadczeniu cisza wydawala sie trwac tysiac lat. Lord Valentine 
zamarl, nieruchomy, mglby niemal uchodzic za posag, gdyby nie drganie powiek i - od 
czasu do czasu - mies nia na policzku. Hissune czekal, napiety, nie smial otworzyc ust. Teraz, 
gdy wreszcie tego dokonal, zdumiewala go wlasna  smialosc - postawil Koronalowi 
ultimatum! Lecz nie bylo odwrotu. Nie sposb wycofac raz wypowiedzianych slw. Jesli w 
swym gniewie Koronal zechce pozbawic go tytulw i godnos ci, jesli zechce uczynic go na 
powrt zebrakiem w Labiryncie, niech i tak bedzie - raz wypowiedzianych slw nie sposb 
wycofac. 
I nagle Koronal sie rozesmial. 
Smiech ten zaczal sie gdzies w samym jadrze jego istoty i niczym gejzer wystrzelil 
przez gardlo i usta; dzwieczny, huczacy smiech, ktrego mozna byloby sie spodziewac raczej 
po gigantach w rodzaju Lisamon Hultin czy Zalzana Kavola niz po lagodnym Lordzie 
Valentinie. Smiech ten trwal i trwal, az Hissune zaczai sie obawiac, ze Koronal mgl oszalec; 
lecz wlasnie wtedy ustal, nagle i w jednej chwili, i nic nie pozostalo po tym zdumiewajacym 
wybuchu wesolos ci, tylko dziwnie radosny usmiech. 
-  Swietnie! - krzyknal Koronal. - Ach, doskonale zrobione, Hissunie, doskonale 
zrobione. 
- Panie? 
- Powiedz mi teraz, kto ma byc tym nowym Koronalem? 
- Panie, musisz zrozumiec, ze to tylko propozycje... zlozone, by zwiekszyc skutecznosc 
rzadw w tej jakze ciezkiej dla nas chwili... 
- Tak, tak, oczywiscie. Pytam raz jeszcze, kto ma zostac tym jakze skutecznym 
Koronalem? 

- Panie, rzadzacy Koronal sam wybiera swego nastepce. 
- Prawda. Lecz kandydaci... czy nie proponuja ich doradcy i ksiazeta? Za mego nastepce 
uwazalo sie powszechnie Elidatha... lecz Elidath, czego z pewnoscia jestes swiadomy, nie 
zyje. A wiec... kogo proponuje rada? 
- Wymieniano kilka osb, panie - powiedzial cicho Hissune. Nie potrafil zdobyc sie na 
to, by spojrzec Valentine'owi w oczy. - Jesli uwazasz to za obrazliwe, panie... 
- Tak, oczywiscie, kilka osb. Jakie to byly osoby? 
- Przede wszystkim lord Stasilane, ale on natychmiast oznajmil, ze nie zamierza zostac 
Koronalem. Takze lord Diwis... 
- Diwis nie moze zostac Koronalem! - stwierdzil ostro Valentine, obrzucajac matke 
szybkim spojrzeniem. - Ma wszystkie wady mego brata, a zadnej z jego zalet. Oprcz, byc 
moze, odwagi i czegos w rodzaju sily przebicia. Co z pewnoscia nie wystarczy do 
sprawowania wladzy. 
- Wspomniano jeszcze kogos , panie. 
- Ciebie, Hissunie? 
- Tak, panie - przytaknal Hissune, lecz z gardla wydostal mu sie tylko zdlawiony szept. 
- Mnie. 
Lord Valentine usmiechnal sie. 
- Czy zechcesz sluzyc? 
- Jesli tylko bede mial moznosc, panie, tak. 
Koronal patrzyl mu w oczy plonacym wzrokiem, lecz Hissune nie ugial sie. 
- Ach, cz, czyli nie ma problemu. Matka chce zobaczyc we mnie Pontifexa. Rada 
Regencyjna chce zobaczyc we mnie Pontifexa. Stary Tyeveras z pewnoscia bardzo chce 
zobaczyc we mnie Pontifexa. 
- Valentinie... - Pani zmarszczyla brwi. 
- Nie, wszystko bedzie dobrze, matko. Wiem, co trzeba zrobic. Nie moge wahac sie 
dluzej, prawda? Przyjmuje wiec me przeznaczenie. Wyslemy Hornkastowi wiesc o tym, ze 
staremu Tyeverasowi wolno jest wreszcie przekroczyc Most Pozegnan. Ty, matko, bedziesz 
mogla zlozyc ciezar, o czym, jak wiem, marzysz, i pedzic wreszcie latwe zycie bylej Pani 
Snw. Elsinome, dla ciebie trudy dopiero sie zaczynaja. I dla ciebie tez, Hissune. Widzisz, 
zalatwione. Wszystko zdarzylo sie tak, jak zaplanowalem, moze tylko nieco wczesniej, niz sie 
spodziewalem. 
Hissune, z niepokojem i zdumieniem obserwujacy Koronala, dostrzegl, jak zmienia sie 
wyraz jego twarzy. Surowosc, niezwykla gwaltownosc znikly, w oczach zablysly cieplo i 

lagodnosc dawnego Valentine'a, a dziwny, nienaturalnie wesoly usmiech sprawiajacy niemal 
wrazenie szalenczego ustapil miejsca usmiechowi dawnego Valentine'a - lagodnemu, 
czulemu, kochajacemu. 
- Skonczone - powiedzial cicho Valentine, podnisl dlonie, wyciagnal je w znaku 
gwiazdy i krzyknal: Niech zyje Koronal! Niech zyje Lord Hissune!" 
 

7 
 
Troje sposrd pieciorga wielkich ministrw Pontyfikatu znajdowalo sie juz w sali rady, 
gdy wszedl do niej Hornkast. Pos rodku, jak zwykle, siedzial Ghayrog Shinaam, minister 
spraw zewnetrznych; rozwidlony jezyk drzal mu nerwowo, jakby Shinaam sadzil, ze wyrok 
s mierci ma zostac wydany nie na starca, ktremu sluzyl tak dlugo, lecz na niego. Obok stalo 
puste krzeslo lekarza Sepulthrove, po prawej zas  zajal miejsce Dilifon, przygiety brzemieniem 
starosci, poruszajacy sie z wielkim trudem czlowieczek, skulony na swym ozdobnym niczym 
tron siedzisku, opierajacy sie o porecz; tylko jego oczy ozywial plomien, ktrego Hornkast 
nie widzial w nich od lat. Pod przeciwlegla sciana usiadla tlumaczka snw Narrameer; bil od 
niej mroczny strach, jej stuletnie cialo w swym absurdalnym, czarodziejskim pieknie budzilo 
przerazenie. Jak dlugo, pomyslal, cala ta trjka czekala na ten wlasnie dzien? Jakie przysiegi 
zlozyli w duchu, by przyspieszyc jego nadejscie? 
- Gdzie Sepulthrove? - spytal. 
- Z Pontifexem - odparl Dilifon. - Przed godzina wezwano go do sali tronowej. 
Powiedziano nam, ze Pontifex znw zaczal mwic. 
- Dziwne, ze mnie o tym nie poinformowano. 
- Wiedzielismy, ze odbierasz wiadomosc od Koronala - wyjasnil Shinaam. - Uznalismy, 
ze najlepiej bedzie ci nie przeszkadzac. 
- Nadszedl wreszcie ten dzien, prawda? - Narrameer pochylila sie w fotelu, spieta; 
palcami bezustannie przeczesywala wspaniale, geste i blyszczace czarne wlosy. 
Hornkast skinal glowa. 
- Nadszedl wreszcie ten dzien - przytaknal. 
- Az trudno uwierzyc - stwierdzil Dilifon. - Ta farsa trwala tak dlugo, jakby miala sie 
nigdy nie skonczyc. 
- Dzis nadszedl jej kres. Oto dekret. Musze przyznac,  ze sformulowano go bardzo 
elegancko. 
Shinaam rozes mial sie cienkim, przerywanym s miechem. 
- Chcialbym wiedziec, jakich to eleganckich slw uzywa sie, skazujac na smierc 
rzadzacego Pontifexa. Mam wrazenie,  ze przyszle pokolenia wiele czasu pos wieca 
studiowaniu tego dokumentu. 
- Dekret nie skazuje na smierc nikogo - wyjasnil Hornkast. - Nie daje nikomu zadnych 
instrukcji. Jest po prostu listem kondolencyjnym Koronala Lorda Valentine'a, wyrazem zalu z 
powodu smierci jego ojca i ojca nas wszystkich, wielkiego Pontifexa Tyeverasa. 

- Ach! Valentine okazal sie sprytniejszy, niz sadzilem - zachichotal Dilifon. - Jego rece 
pozostaja czyste. 
- I zawsze byly - stwierdzila Narrameer. - Powiedz mi, Hornkascie, kto ma zostac 
nowym Koronalem? 
- Wybrano Hissune'a, syna Elsinome. 
- Mlodego ksiecia pochodzacego z Labiryntu? 
- Wlasnie jego. 
- Zdumiewajace. Bedzie wiec takze nowa Pani? 
- Elsinome - oznajmil Hornkast. 
- Przeciez to rewolucja! - krzyknal Shinaam. - Jednym ruchem dloni Valentine 
przewrcil Gre do gry nogami. Az trudno uwierzyc! Lord Hissune! To nieprawdopodobne. 
Jak to przyjeli ksiazeta Gry? 
- Moim zdaniem nie mieli wielkiego wyboru - rzekl Hornkast. - Nie powinnismy sie 
jednak przejmowac reakcja ksiazat. Mamy do spelnienia pewne obowiazki. To nasz ostatni 
dzien u wladzy. 
- I dzieki Bogini - westchnal Dilifon. Ghayrog spojrzal na niego ponuro. 
- Mwisz tylko za siebie! 
- Moze. A moze takze za Pontifexa Tyeverasa. 
- Ktry najwyrazniej znw zaczal mwic za siebie, prawda? - powiedzial Hornkast. 
Spojrzal na trzymany w rekach dokument. - Istnieje kilka problemw, na ktre chcialbym 
zwrcic wasza uwage. Na przyklad: moim ludziom nie udalo sie do tej pory odnalezc 
wiarogodnego opisu procedury oznajmienia o smierci starego Pontifexa i wstapieniu na tron 
nowego. Tyle czasu minelo od poprzedniej takiej zmiany! 
- Najprawdopodobniej nikt zywy jej nie pamieta - doszedl do wniosku Dilifon. - Z 
wyjatkiem samego Pontifexa Tyeverasa. 
- Ktry w tej sprawie nie udzieli nam chyba zadnej pomocy. W tej chwili 
przeszukujemy archiwa, szukajac opisu uroczystosci towarzyszacych  smierci Ossiera i 
wstapieniu na tron samego Tyeverasa. Jes li go nie znajdziemy, bedziemy musieli wymys lic 
wlasna ceremonie. 
Siedzaca z zamknietymi oczami Narrameer odezwala sie pelnym namyslu, gluchym 
glosem: 
- Zapomniales  o czyms. Istnieje czlowiek, ktry byl przy Tyeverasie w chwili, gdy 
wstepowal on na tron. 
Hornkast spojrzal na nia, zdumiony. Byla stara, o tym wiedzieli wszyscy, lecz nikt nie 

zdawal sobie sprawy, jak stara; wiedziano tylko, ze pelnila przy Pontifeksie funkcje tlumaczki 
snw od samego poczatku, jak daleko siegano pamiecia. Lecz jesli rzeczywiscie pamietala 
czasy rzadw Tyeverasa jako Koronala... przekraczalo to granice wyobrazni; poczul dreszcz, 
choc uwazal, ze w jego wieku nic nie zdola go juz zdziwic. 
- Wiec pamietasz? - spytal. 
- Jak przez mgle. Oznajmia sie to najpierw na Dziedzincu Kolumn, potem na 
Dziedzincu Kul, potem na Placu Masek, potem w Sali Wiatrw i na Dziedzincu Piramid, a 
wreszcie przy Paszczy Ostrzy. Kiedy nowy Pontifex przybedzie do Labiryntu, musi wkroczyc 
przez Paszcze Ostrzy i przebyc wszystkie poziomy pieszo. To dobrze pamietam - z 
niezwyciezona energia Tyeveras kroczy wsrd tlumw wykrzykujacych jego imie; szedl tak 
szybko, ze nikt nie mgl za nim nadazyc, i nie zatrzymal sie, pki nie doszedl na najnizszy 
poziom. Ciekawe, czy Pontifex Valentine wykaze sie podobna zywotnoscia? 
- I tu mamy kolejna dziwna sprawe - odezwal sie Hornkast. - Pontifex Valentine nie 
zamierza natychmiast zamieszkac w Labiryncie. 
- Co? - wykrztusil Dilifon. 
- W tej chwili przebywa na Wyspie, z poprzednia Pania, Koronalem i nowa Pania. 
Poinformowal mnie, ze ma zamiar udac sie na Zimroel, by objac kontrole nad zbuntowanymi 
prowincjami. Spodziewa sie, ze zadanie to moze pochlonac wiele czasu, i prosi, by wstrzymac 
sie z ceremonia wstapienia na tron. 
- Na jak dlugo? - zainteresowal sie Shinaam. 
- Tego nie pisze, ale kto wie, jak dlugo trwac bedzie ten kryzys? A pki sie nie skonczy, 
Valentine zamierza pozostac na widoku. 
- W takim wypadku - zauwazyla Narrameer - mozemy sie spodziewac, ze kryzys nie 
skonczy sie za zycia Valentine'a. 
Hornkast spojrzal na nia z usmiechem. 
- Doskonale go rozumiesz. Nie znosi Labiryntu i moim zdaniem wykorzysta kazdy 
pretekst, by uniknac zamieszkania w nim. 
Dilifon powoli potrzasnal glowa. 
- Lecz jak to mozliwe? Pontifex musi mieszkac w Labiryncie. Tak nakazuje tradycja. 
Przez dziesiec tysiecy lat nie zdarzylo sie, by tu nie zamieszkal! 
- Ale Pontifexem nigdy nie byl Valentine. Sadze, ze za jego rzadw moze zajsc wiele 
zmian - jesli tylko swiat ocaleje z wojny, ktra wypowiedzieli mu Zmiennoksztaltni. Powiem 
wam jedno: niewiele mnie obchodzi, czy zamieszka w Labiryncie, czy na Suvraelu, czy na 
Grze Zamkowej. Mj czas minal, jak i twj, mj dobry Dilifonie, i twj, Shinaamie, a byc 

moze nawet twj, pani. Zmiany, ktre moga zajsc teraz, juz mnie nie interesuja. 
- Przeciez Pontifex musi zamieszkac w Labiryncie - powtrzyl Dilifon. - Jakim cudem 
Koronal ma objac rzady, jesli Pontifexa beda mogli ogladac obywatele s wiata? 
- Byc moze taki wlasnie jest plan Valentine'a - zauwazyl Shinaam. - Objal urzad 
Pontifexa, bo nie mgl juz dluzej czekac, lecz pozostajac na swiecie, gra de facto role 
Koronala, a Lord Hissune pozostaje pod jego pelna kontrola. Na Pania, nie spodziewalem sie 
po nim takiej zrecznosci! 
- Ja takze - oznajmil Dilifon. Hornkast tylko wzruszyl ramionami. 
- Nie mamy pojecia, jaki przyswieca mu cel. Wiemy tylko, ze pki trwa wojna, 
Valentine nie zamieszka w Labiryncie. A kiedy przybedzie, bedzie mu towarzyszyl jego 
dwr; w chwili formalnego przejecia tronu wszyscy zostaniemy zwolnieni z zajmowanych do 
tej pory stanowisk. - Rozejrzal sie po sali. - Chcialbym, byscie uswiadomili sobie, ze 
mwilis my tu o Valentinie jako o Pontifeksie, podczas gdy w rzeczywistosci nie zasiadl on 
jeszcze na tronie. Naszym ostatnim obowiazkiem jest przeprowadzenie sukcesji. 
- Naszym? - spytal ponuro Shinaam. 
- Chcesz uniknac odpowiedzialnosci? Wiec dobrze, odejdz, starcze, a my wykonamy 
swoje zadanie bez ciebie. Musimy teraz udac sie do sali tronowej i do konca postepowac tak, 
jak nakazuja zwyczaje. Dilifon? Narrameer? 
- Pjde z wami - oznajmil Shinaam rwnie ponuro. 
Hornkast szedl pierwszy - powolna parada, procesja starcw. Musieli zatrzymywac sie 
kilkakrotnie, gdyz Dilifon, wspierajacy sie na ramionach dwch poteznych doradcw, 
przystawal, by zaczerpnac oddechu. W koncu dotarli jednak przed wielkie, prowadzace do 
sali tronowej wrota. Po raz ostatni Hornkast wsunal dlon w rekawice, dotknal sensorycznego 
zamka; tego gestu nie mial powtrzyc juz nigdy. 
Przed oplatana przewodami kula systemu podtrzymywania zycia, w ktrej tkwil 
Tyeveras, stal Sepulthrove. 
- Bardzo to dziwne - powiedzial. - Po tak dlugim milczeniu przemwil znowu. 
Posluchajcie, znw zaczyna. 
Z kuli blekitnego  swiatla dobieglo gulgotanie i gwizdy - glos Tyeverasa - a potem, 
czysto i wyraznie jak niegdys, doszly wypowiedziane przez niego slowa: Juz. Wstan. Idz". 
- Powtarza to, co mwil ostatnio - zauwazyl Sepulthrove. 
- Zycie. Bl. S mierc! 
- Sadze, ze wie - stwierdzil Hornkast. - Musi wiedziec. Sepulthrove zmarszczyl br wi. 
- O czym wiedziec? Hornkast pokazal mu edykt. 

- Lord Valentine wyraza zal z powodu smierci wielkiego wladcy Majipooru. 
- Rozumiem. - Jastrzebia twarz lekarza poczerwieniala od naplywajacej do niej krwi. - 
W koncu musimy to uczynic. 
- Musimy. 
- Teraz? - Zawieszone nad konsoleta dlonie Sepulthrove'a drzaly. 
Pontifex wyrzucil z siebie ostatnie slowa: 
- Zycie. Majestat. S mierc. Valentine Pontifex Majipoor! Zapadla straszna cisza. 
- Teraz - rozkazal Hornkast. 
 

8 
 
Bezustannie, bez przerwy, zeglowali tam i z powrotem; a teraz ktrys juz raz wracali z 
Wyspy na Zimroel. Valentine'owi zaczynalo sie powoli zdawac,  ze w ktryms ze swych 
poprzednich wcielen byl legendarnym kapitanem Sinnaborem Lavonem z pradawnej 
przeszlos ci, ktry postanowil pierwszy przeplynac Morze Wielkie, lecz zawrcil z drogi w 
piatym roku podrzy i za to zapewne skazany zostal na odradzanie sie i zeglowanie bez konca 
i odpoczynku na ladzie. Lecz on sam nie czul koniecznosci odpoczynku, nie mial takze 
ochoty zrezygnowac z zycia wedrowca, na ktre sie skazal. W pewien sposb, dziwny co 
prawda i nieoczekiwany, nadal odbywal przeciez Wielki Objazd. 
Flota, pedzona na zachd sprzyjajacym wiatrem, zblizala sie do Piliploku. Tym razem 
nie pojawily sie smoki, grozace zaglada statkw lub opznieniem podrzy, zeglowali wiec 
szybko. 
Sztandary na masztach wskazywaly wprost na lezacy przed nimi Zimroel... i nie byly to 
juz zielonozlote sztandary Koronala; pod nimi zeglowal Lord Hissune, udajacy sie na Zimroel 
oddzielnie. Statki Valentine'a nosily czerwono-czarne proporce Pontifexa, na ktrych 
przedstawiony byl symbol Labiryntu. 
Valentine nie przyzwyczail sie jeszcze do tych barw, do symbolu i najnowszych zmian. 
Kiedy zblizal sie do ludzi, nie witali go juz znakiem gwiazdy. No i dobrze, zawsze uwazal te 
saluty za niemadre. Podczas rozmowy nie zwracano sie juz do niego panie", lecz Wasza 
Wysokosc" - jak przystoi zwracac sie do Pontifexa. Nie robilo mu to specjalnej rznicy, tyle 
ze przyzwyczail sie slyszec to bezustannie powtarzane panie" jako swego rodzaju akcent, 
wyrznik melodii zdania, i dziwnie mu tego brakowalo. W ogle mial trudnos ci ze 
sklonieniem innych, by z nim rozmawiali, wszyscy bowiem byli s wiadomi pradawnej tradycji 
nakazujacej zwracac sie do rzecznika Pontyfikatu, nigdy zas do samego Pontifexa, chocby 
nawet Pontifex stal tuz obok i cieszyl sie jeszcze doskonalym sluchem. Odpowiadac musial 
podobnie, przez rzecznika. Ten zwyczaj Valentine obalil pierwszy, tylko nielatwo bylo 
sklonic otoczenie do akceptacji zmian. Swym rzecznikiem mianowal Sleeta - wydawalo sie to 
czyms najzupelniej naturalnym - lecz jednoczesnie zakazal mu odgrywania roli 
pontyfikalnych uszu, gdyz jego zdaniem tradycja ta byla glupia. 
A w dodatku nikt nie rozumial, jak Pontifex moze znajdowac sie na pokladzie statku, 
wystawiony na rzeski wiatr i cieplo promieni slonecznych. Pontifex winien byc wladca 
tajemniczym, winien kryc sie w ciemnosci. Pontifex, o czym wiedza nawet dzieci, winien 
zamieszkac w Labiryncie! 

Nie zamieszkam w Labiryncie, myslal Valentine. Oddalem korone i teraz ktos inny ma 
prawo dodawac przed imieniem slowo Lord". Zamek jest teraz Zamkiem Lorda Hissune'a, 
jesli los pozwoli mu tam wrcic. Ja jednak nie dam pochowac sie zywcem. 
Carabella wlasnie pojawila sie na pokladzie. 
- Asenhart prosil, bym powtrzyla ci, panie, ze za dwanascie godzin powinnismy 
dostrzec Piliplok. Jes li utrzyma sie sprzyjajacy wiatr. 
- Nie panie" - przypomnial jej Valentine. Usmiechnela sie. 
- Trudno mi o tym pamietac, Wasza Wysokosc. 
- Mnie tez. A jednak wszystko sie zmienilo. 
- Czy pomimo to nie wolno mi zwracac sie do ciebie mj panie", kiedy jestesmy sami? 
Dla mnie zawsze bedziesz wlasnie nim, moim panem. 
- Doprawdy? Czy rozkazuje ci to i rozkazuje ci tamto, czy kaze ci nalewac mi wino, 
przynosic kapcie... jak sludze? 
- Przeciez wiesz, co chcialam powiedziec, Valentinie. 
- Wiec zwracaj sie do mnie tym imieniem, a nie slowami mj panie". Bylem twym 
krlem, teraz jestem cesarzem, ale nigdy nie bede twym panem. Sadzilem, ze w tej sprawie 
doskonale sie rozumiemy. 
- Zgadzam sie z toba calkowicie... Wasza Wysokosc. Rozesmiala sie, a on odpowiedzial 
jej s miechem, wyciagnal ramiona i przytulil ja mocno do piersi. 
- Lubilem ci powtarzac - powiedzial po chwili - ze czasami czuje zal, winie sie nawet za 
pozbawienie cie wolnego zycia cyrkwki, za obciazenie cie obowiazkami wynikajacymi z 
zycia na Zamku. A ty mwilas  wwczas: Nie, nie, nie przesadzaj, nie ma czego zalowac, 
sama zdecydowalam, ze spedze zycie przy twym boku". 
- Bo to prawda, mj panie. 
- Teraz jestem Pontifexem - na Pania, wymawiam te slowa, nie rozumiejac ich, jakby 
pochodzily z jakiegos  obcego jezyka! - jestem Pontifexem, naprawde jestem Pontifexem i 
znw czuje, ze bede musial pozbawic cie radosci zycia. 
- A to czemu, Valentinie? Czyzby Pontifexowi nie wolno bylo miec  zony? Nie 
slyszalam o tym zwyczaju. 
- Pontifex musi mieszkac w Labiryncie, Carabello. 
- Znw wracasz do tego tematu! 
- Bo bezustannie o nim mysle. Bo jesli ja mam mieszkac w Labiryncie, ty rwniez 
bedziesz musiala w nim zamieszkac, a jak moge cie do tego zmusic? 
- Zmusic? 

- Wiesz, ze nie chcialbym rozstania. 
- Ja rwniez, panie. Lecz na razie nie jestesmy jeszcze w Labiryncie i o ile wiem, nie 
masz zamiaru udac sie tam w bliskiej przyszlos ci. 
- A jesli bede musial, Carabello? 
- Kto moze zmusic do czegos Pontifexa? Valentine potrzasnal glowa. 
- Jesli jednak bede musial? Wiesz rwnie dobrze jak ja, ze nie przepadam za 
Labiryntem, lecz jesli bede musial w nim zamieszkac, jesli dla dobra Majipooru bedzie to 
absolutnie konieczne, choc modle sie do Bogini, by nie bylo, lecz jesli nadejdzie czas, kiedy 
logika rzadw zmusi mnie do zejs cia w Labirynt... 
- Alez, panie, bede wtedy u twojego boku. 
- Zrezygnujesz z podmuchw wiatru, z widoku slonca, morza, lasw i gr... 
- Z pewnoscia znajdziesz pretekst, by od czasu do czasu wyjsc na powierzchnie. 
- A jesli nie znajde? 
- Panie, rozwazasz ten problem w szczeglach, ktre umykaja mej uwadze. Swiat jest 
zagrozony, musimy dokonac dziela wielkiego, nikt nie zmusi cie do zamieszkania w 
Labiryncie, pki go nie skonczymy. Mamy jeszcze czas, by martwic sie, gdzie bedziemy zyc i 
jak sie nam to spodoba. Czyzbym sie mylila, panie? 
Valentine tylko skinal glowa. 
- Masz racje. Takimi myslami tylko zatruwam swa dusze. 
- Jeszcze jedno ci powiem i na tym skonczymy rozmowe: jes li znajdziesz jakis  
honorowy sposb, by na zawsze uniknac Labiryntu, bede sie cieszyla, lecz jesli nie, 
zamieszkam tam i z pewnoscia nie bede  zalowac tej decyzji. Jak sadzisz, czy gdy jako 
Koronal brales mnie za zone, nie zdawalam sobie sprawy, ze Koronal Lord Valentine zostanie 
pewnego dnia Valentine'em Pontifexem? Kiedy powiedzialam ci tak", powiedzialam takze 
tak" Labiryntowi Tak samo ty, panie, zaakceptowales Labirynt, akceptujac korone po bracie. 
Nie mamy o czym mwic, panie. 
- Wasza Wysokosc - poprawil ja Valentine, znw otoczyl ramieniem i zlozyl na jej 
wargach delikatny pocalunek. - Obiecuje, ze nie bede cie wiecej meczyl rozwazaniami na 
temat Labiryntu, jesli przyrzekniesz, ze bedziesz zwracac sie do mnie poprawnie. 
- Oczywiscie, Wasza Wysokosc... Wasza Wysokosc... Wasza Wysokosc! - Carabella 
wykonala cudownie szarmancki salut, wymachujac ramionami w przesadnej parodii symbolu 
Labiryntu. Po chwili zeszla pod poklad. Valentine pozostal na miejscu, badajac horyzont 
przez lunete. 
Jakie powitanie, myslal, czeka mnie w wolnej republice Pihplok? 

Niemal wszyscy sprzeciwiali sie jego decyzji, by wyladowac wlasnie tam. Sleet, 
Tunigorn, Carabella, Hissune mwili tylko o ryzyku, o niepewnosci. W swym szalenstwie 
mieszkancy Piliploku sa zdolni do wszystkiego, moga go nawet ujac i uczynic z niego 
zakladnika swej niezawislosci. 
- Ktos, kto zechce wkroczyc do Piliploku - argumentowala Carabella, jak kilka miesiecy 
wczesniej w Piurifayne - musi stac na czele armii, a ty nie masz armii, panie. 
Jej argument powtrzyl Hissune. 
- Panowie Gry zgodzili sie, ze po zorganizowaniu armii to Koronal poprowadzi ja na 
Piliplok. Pontifex dyktowac bedzie strategie z bezpiecznego miejsca. 
- Nie widze powodu, by prowadzic armie na Piliplok - rzekl Valentine. 
- Wasza Wy sokosc? 
- Podczas wojny o odzyskanie tronu nabralem doswiadczenia w poskramianiu 
zbuntowanych poddanych bez rozlewu krwi. Gdybys  to ty udal sie do Piliploku - nowy 
Koronal, nieznany, nie wyprbowany, maszerujacy na czele wojska - z pewnoscia skloniloby 
ich to do zbrojnego oporu, lecz jesli pojawi sie sam Pontifex... a kto pamieta czasy, kiedy 
Pontifex odwiedzil Piliplok?... przestraszy ich to i onies mieli, i nie odwaza sie podniesc na 
mnie reki, nawet gdybym pojawil sie w ich miescie sam. 
Choc Hissune nie przestal sprzeciwiac sie jego planowi, Valentine postawil na swoim. 
Innego wyjs cia, z czego doskonale zdawal sobie sprawe, byc nie moglo. U poczatku wladzy, 
dopiero co przekazawszy rzeczywiste rzady mlodemu Koronalowi, nie mgl pozwolic, by 
uczyniono z niego figuranta, jakim Pontifex bywal czesto. Wlasnie odkryl,  ze wladzy nie 
oddaje sie chetnie, nie oddaja jej chetnie nawet ludzie, ktrych nigdy specjalnie nie 
fascynowala, lecz zdawal sobie takze sprawe, ze nie jest to wylacznie kwestia przekazania 
wladzy. Przede wszystkim chodzilo o niedopuszczenie do niepotrzebnego rozlewu krwi. 
Hissune najwyrazniej nie wierzyl, by Piliplok dal sie opanowac bez walki, Valentine mial 
zamiar udowodnic mu, ze popelnia blad. Mozna nazwac to praktycznym ksztalceniem 
mlodzika w sztuce rzadzenia, pomyslal. A jesli mi sie nie uda? Cz, pomyslal jeszcze, po 
prostu taki jestem. 
Rankiem, kiedy na horyzoncie pojawil sie grujacy nad szeroka delta poteznego Zimru 
Piliplok, Valentine nakazal, by flota uformowala sie w szyk w ksztalcie odwrconej litery V; 
jego statek, Lady Thiin", zajmowal w nim pozycje centralna, on zas stanal na dziobie w 
pelnym, ceremonialnym, czerwono-czarnym stroju Pontifexa - kazal go uszyc jeszcze przed 
opuszczeniem Wyspy - widoczny w nim dla calego miasta. 
- I znw wysylaja do nas statki lowcw smokw - zauwazyl Sleet. 

Tak. Poprzednio, gdy jako Koronal rozpoczynajacy Wielki Objazd po Zimroelu 
przyplynal do Piliploku, powitala go flota statkw lowcw. Lecz wtedy na ich olinowaniu 
powiewaly jaskrawe proporce w kolorach Koronala - zielonym i zlotym - jego zas witano 
wesolymi dzwiekami trabek i bebnw. Teraz, co wlasnie dostrzegl, statki ukazywaly inna 
flage,  zlta ze szkarlatna prega, ponura i troche niesamowita, jak one same. Byla to z 
pewnos cia flaga wolnej republiki, za ktra mialo sie teraz miasto; a flota najwyrazniej nie 
zachowywala sie przyjaznie. 
Wielki Admiral Asenhart spojrzal niepewnie na Valentine'a. Wskazal na trzymana w 
reku tube. 
- Czy mam nakazac im, by sie poddali i odeskortowali nas do portu? - spytal. 
Pontifex us miechnal sie w odpowiedzi i gestem nakazal wszystkim spokj. 
Najwieksza z cumujacych w Piliploku jednostka - potwr z przerazajacymi  lbami o 
sterczacych klach na dziobie i dziwacznie zdobnych, trzyrejowych masztach - wysunela sie z 
linii nadplywajacych statkw i zajela pozycje tuz obok Lady Thiin". Valentine rozpoznal w 
niej statek starej Guidrag, seniora wsrd kapitanw... tak, ona sama stala na pokladzie; 
brutalna, wiekowa Skandarka, wolajac na nich przez tube: 
- W imie wolnej republiki Piliplok macie natychmiast zatrzymac statek i przedstawic 
sie! 
 - Daj mi tube - rozkazal Asenhartowi Valentine; a kiedy juz ja dostal, krzyknal: - To 
Lady Thiin", ja zas jestem Valentine. Wejdz na poklad i porozmawiaj ze mna, Guidrag! 
- Tego mi nie wolno, panie. 
- Nie przedstawilem sie jako Lord Valentine, lecz jako Valentine. Czy mnie rozumiesz? 
Cz, jesli nie chcesz przyjsc do mnie, ja udam sie do ciebie. Przygotuj sie do przyjecia mnie 
na pokladzie. 
- Wasza Wy sokosc! - krzyknal przerazony Sleet. 
- Przygotuj kosz - rozkazal Asenhartowi Valentine. - Sleet, jestes Najwyzszym 
Rzecznikiem, udasz sie ze mna. I ty, Deliamberze. 
- Panie, blagam... - wtracila Carabella. 
- Jesli maja zamiar nas ujac, zrobia to niezaleznie od tego, czy jestem na pokladzie 
swojego czy ich statku. Na jeden nasz przypada dwadziescia ich, na dodatek doskonale 
uzbrojonych. Gotowi? Sleet, Deliamber... 
- Panie - rzekla stanowczo Lisamon Hultin - nie wolno ci udac sie do nich beze mnie! 
- Doskonale, Lisamon! - Valentine usmiechal sie. - Wydajesz rozkazy Pontifexowi? 
Podziwiam twa  smialosc, lecz nie, tym razem nie bede mial przy boku strazniczki; nie 

potrzeba mi broni i ochrony innej niz ta szata. Kosz gotowy, admirale? 
Kosz wisial przymocowany do grotmasztu. Valentine wszedl do niego, skinal na 
Deliambera i ponurego, milczacego Sleeta. Spojrzal na towarzyszy stojacych na pokladzie 
statku. Carabella. Tunigorn, Asenhart, Zalzan Kavol, Lisamon, Shanamir... wszyscy patrzyli 
na niego tak, jakby nagle postradal zmysly. 
- Powinniscie juz znac mnie lepiej - szepnal i rozkazal spus cic kosz. 
Kosz, napedzany jak slizgacz, dryfowal swobodnie ponad woda. Wspial sie wzdluz 
burty statku Guidrag; za pomoca haka wciagnieto go na poklad. W chwile pzniej na 
pociemnialych od smoczej krwi deskach stanal Valentine. Naprzeciw siebie mial kilkunastu 
wielkich Skandarw; najmniejszy z nich byl o polowe wiekszy od niego, przed nimi zas stala 
Guidrag, jeszcze bardziej szczerbata niz niegdys , o jeszcze bardziej splowialym skoltunionym 
futrze. Oczy lsnily jej poczuciem sily i wladzy, lecz w twarzy Skandarki Valentine dostrzegl 
odrobine niepewnosci. 
- Co sie stalo, Guidrag, ze witasz mnie tak nieuprzejmie? - spytal. 
- Panie, nie mialam pojecia, ze do nas wracasz. 
- A jednak to ja. Wrcilem. Czy nie przywitasz mnie z wieksza radoscia? 
- Panie... tu wiele sie zmienilo. - Glos Skandarki nieco sie zalamal. 
- Zmienilo? Wolna republika? - Valentine rozejrzal sie po pokladzie i po innych, 
stojacych wokl, jak okiem siegnac, statkach lowcw. - Co to takiego ta wolna republika, 
Guidrag? Nie wydaje mi sie, bym spotkal sie kiedys z tym okresleniem. Pytam: co to znaczy? 
- Jestem tylko kapitanem statku, panie. Polityka... nie mnie o tym sadzic... 
- Wiec prosze cie o wybaczenie. Lecz powiedz mi przynajmniej tyle: dlaczego was tu 
wyslano, jesli nie po to, by mnie powitac i wprowadzic do portu? 
- Nie chciano cie powitac, panie, lecz zawrcic - oznajmila Guidrag. - Choc, 
powtarzam, nie mielismy pojecia,  ze jestes na pokladzie jednego z tych statkw, panie... 
wiedzielis my tylko, ze flota imperialna... 
- Czy flota wladcw nie jest juz przyjmowana w Piliploku? Odpowiedziala mu cisza. 
- Nie, panie - odrzekla wreszcie Skandarka. - Nie jest przyjmowana. My... jak to 
powiedziec... odlaczylis my sie od imperium, panie. Na tym polega wolna republika. Wolna 
republika to ta, ktra rzadzi sie sama, od srodka, a nie jest rzadzona z zewnatrz. 
Valentine nieznacznie unisl brew. 
- Ach! A skad ten pomysl? Czyzby rzad centralny byl dla miasta az tak dokuczliwy? Jak 
sadzisz? 
- Igrasz ze mna, panie. Ja nie znam sie na tych sprawach. Wiem tylko, ze czasy sa 

ciezkie, ze wiele sie zmienilo, ze Piliplok postanowil, iz bedzie decydowac sam o sobie. 
- Poniewaz Piliplok nadal ma zywnosc, a inne miasta nie, a zywienie glodujacych jest 
dla was zbyt ciezkie? Czy nie tak, Guidrag? 
- Panie... 
- Nie powinnas juz zwracac sie do mnie panie". Teraz nalezy mi sie tytul Wasza 
Wysokosc". 
Jeszcze bardziej zmieszana Skandarka spytala: 
- Lecz czyz nie jestes Koronalem, panie... Wasza Wysokosc... 
- Wiele zmienilo sie, nie tylko w Piliploku - wyjasnil jej Valentine. - Pokaze ci te 
zmiany, Guidrag. Potem powrce na swj statek, a ty wprowadzisz go do portu, gdzie 
porozmawiam z wladca tej twojej wolnej republiki i on wszystko dokladnie mi wyjasni. 
Dobrze, Guidrag? Pozwl, ze pokaze ci, kim jestem. 
W jedna reke ujal dlon Sleeta, w druga macke Deliambera i gladko, latwo wszedl w sen 
na jawie, trans umozliwiajacy jego umyslowi bezpos rednie osiagniecie innego umyslu, jak 
przy przeslaniu. Z jego duszy do duszy Guidrag przeplynal tak intensywny strumien energii 
zyciowej i mocy, ze az powietrze miedzy nimi zaczelo swiecic; Valentine siegnal bowiem nie 
tylko po te zasoby energii, ktre gromadzil w sobie przez caly czas zamieszania, czas prby, 
lecz takze zaczerpnal ja od Sleeta i Vroona, i od towarzyszy na pokladzie Lady Thiin", i od 
Lorda Hissune'a i jego matki, Pani, i od bylej Pani, swej matki, i od tych wszystkich, ktrzy 
kochali Majipoor, jakim byl, i chcieli, by znw stal sie taki. Siegnal nia ku duszy Guidrag, ku 
duszy kapitanw - Skandarw, stojacych przy jej boku, ku duszom zalg innych statkw, az 
wreszcie ku duszom wszystkich obywateli wolnej republiki Piliplok. Przeslanie ku nim slal 
proste: Przybylem wybaczyc wam winy i odebrac od was przysiege na rzecz naszej wsplnej 
planety, wsplnego dobra, Majipooru". Powiedzial im takze, ze Majipoor jest niezwyciezony, 
lecz silni musza pomc slabym lub zgina wszyscy - i silni, i slabi - swiat bowiem stoi na 
krawedzi zaglady i nic go nie ocali oprcz wielkiego zbiorowego wysilku. I w koncu 
powiedzial im takze,  ze oto koncza sie rzady chaosu, gdyz Pontifex, Koronal, Pani i Krl 
Snw wsplnie beda z nim walczyc, ze swiat znowu stanie sie caloscia... jesli tylko uwierza w 
sprawiedliwosc Bogini, w ktrej imieniu on sam sprawuje teraz urzad najwyzszego wladcy. 
Valentine otworzyl oczy. Dostrzegl, jak Guidrag slania sie, oszolomiona, jak opada na 
kolana, jak stojacy obok Skandarzy ida za jej przykladem. Nagle Guidrag zaslonila oczy 
dlonmi, jakby chciala ochronic je przed oslepiajacym  swiatlem. Cichym, zdumionym i 
przerazonym glosem powtarzala: Panie... Wasza Wysokosc... Wasza Wysokosc..." 
Ktos stojacy gdzies dalej krzyknal nagle Valentine Pontifex!" Marynarze podejmowali 

ten okrzyk: Valentine Pontifex! Valentine Pontifex!", az dobiegal on juz z kazdego statku, az 
fale odbijaly jego echo, az nisl sie nawet z dalekiego nabrzeza portu Piliplok. 
Valentine! Valentine Pontifex! Valentine Pontifex! 

 
 
 
KSIEGA ZJEDNOCZENIA 

 

1 
 
Gdy krlewskie sily ekspedycyjne mialy jeszcze do Ni-moya kilka godzin drogi rzeka, 
Lord Hissune wezwal do siebie Alsimira i powiedzial: 
- Dowiedz sie, czy wielki dom znany jako Prospekt Nissimorna jeszcze stoi. Jesli tak, 
zajme go na kwatere na czas pobytu w miescie. 
Hissune pamietal ten dom. Pamietal Ni-moya blyszczacych wiez i lsniacych arkad tak 
wyraznie, jakby mieszkal tu od urodzenia. Przed ta podrza nigdy jednak nie byl na Zimroelu, 
a miasto ogladal cudzymi oczami Wlasnie teraz myslal o czasach dziecinstwa, kiedy w 
sekrecie odczytywal nagrania z Rejestru Dusz, znajdujacego sie na samym dnie Labiryntu. 
Jak nazywala sie ta dziewczyna, ta sklepikarka z Velathys, ktra poslubila ksiazecego brata i 
odziedziczyla po nim Prospekt Nissimorna? Przypomnial sobie. Inyanna. Inyanna Forlana, 
zlodziejka z Wielkiego Bazaru do chwili, kiedy jej los zmienil sie tak dramatycznie. Zdarzylo 
sie to pod koniec rzadw Lorda Malibora, jakies dwadzies cia, moze dwadziescia piec lat 
temu. Najprawdopodobniej Inyanna Forlana nadal zyje, myslal Hissune. I nadal mieszka w 
cudownym domu z widokiem na rzeke. Pojawie sie u niej i powiem: Znam cie, Inyanno 
Forlano. Rozumiem cie rwnie dobrze jak samego siebie. Nalezymy do tego samego gatunku 
ludzi - jestes my szczesciarzami i wiemy, ze prawdziwymi szczesciarzami sa ci, ktrzy 
wiedza, jak poradzic sobie z wlasnym szczes ciem". 
Prospekt Nissimorna znajdowal sie tam, gdzie zawsze, ze skalistego przyladka growal 
nad portem; delikatne balkony i portyki wznosily sie majestatycznie w blyszczacym sloncem 
powietrzu. Lecz nie bylo w nim Inyanny Forlany. Jej dom zajmowala terafe sklcona banda 
dzikich lokatorw mieszkajacych po pieciu i szes ciu w jednym pokoju, mazacych swe 
nazwiska na szklanej scianie Sali Okien, palacych kopcace ogniska na werandach i 
zostawiajacych brudne odciski palcw na blyszczacych biela murach. Kiedy wojska Koronala 
przekroczyly brame, wiekszosc z nich znikla jak mgla o poranku, lecz niektrzy zostali, 
gapiac sie na Hissune'a nieprzyjaznie, jakby byl przybyszem z innego swiata. 
- Mam wyrzucic stad reszte tego smiecia, panie? - spytal Stimion. 
Hissune przytaknal skinieniem glowy, po czym dodal: 
- Najpierw dajcie im jednak cos do jedzenia i picia i oznajmijcie, ze Koronal z zalem 
pozbawia ich miejsca do spania. Zapytajcie tez, czy wiedza cos o Inyannie Forlanie, do ktrej 
nalezal niegdys ten dom. 
Wedrowal ponury po pokojach, porwnujac to, co zastal, z promienna wizja pamietana 
z Rejestru Snw. Przygnebiajace wrazenie. Nie ocalalo nic, kazdy, najmniejszy nawet 

fragment domu byl zniszczony, brudny, zrujnowany, obrabowany. Trzeba byloby armii 
rzemieslnikw i wielu lat, by przywr cic mu dawna swietnosc, pomyslal Hissune. 
Ni-moya do zludzenia przypominalo Prospekt Nissimorna. Niepocieszony Hissune 
szedl Galeria Okien o szklanej scianie, widzac przez nia tylko przerazajace ruiny. A przeciez 
bylo to najbogatsze, najwspanialsze miasto Zimroelu, mogace rwnac sie tylko z miastami 
Gry Zamkowej. Biale wieze, niegdys dom trzydziestu milionw ludzi, poczerniale teraz byly 
od dymw kilku wielkich pozarw. Z palacu ksiecia pozostaly tylko ruiny na wspanialym 
fundamencie. Galeria Pajecza - niemal milowy, skonstruowany z pltna ciag handlowy 
wiszacy w powietrzu, mieszczacy niegdys najpiekniejsze sklepy miasta - na jednym koncu 
zostala odcieta od podpr i lezala teraz czesciowo na ciagnacej sie ponizej alei jak porzucony 
w pospiechu plaszcz. Szklane kopuly Muzeum Swiatw potrzaskano; Hissune nie chcial 
nawet myslec o tym, co stalo sie z jego skarbami. Ruchome swiatla Bulwaru Krysztalowego 
nie s wiecily. Spojrzal na port i dostrzegl resztki tego, co musialo byc niegdys plywajacymi 
restauracjami, w ktrych zjesc mozna bylo najwymys lniejsze przysmaki kuchni Narabal, Stee, 
Pidruid i innych dalekich miast... zniszczone, unoszace sie na wodzie dnem do gry. 
Czul sie oszukany. Tak dlugo marzyl o zobaczeniu Ni-moya, teraz wreszcie przybyl i 
widzial je... zrujnowane, prawdopodobnie nie do naprawienia. 
Zastanawial sie, co tu zaszlo. Dlaczego obywatele miasta, glodni, szaleni, w panice 
zniszczyli swj dom? Czy tak wyglada takze serce Zimroelu; piekno tworzone przez 
pokolenia unicestwione w krtkim napadzie bezrozumnego szalu? Myslal o tym, ze za 
stulecia dumnego zachwytu dla wlasnych osiagniec obywatelom Majipooru przyszlo zaplacic 
bardzo wysoka cene. 
Stimion wrcil z wiadomosciami o Inyannie Forlanie, ktre uzyskal od jednego z 
wlczegw. Uciekla z Ni-moya przeszlo rok temu, kiedy ktrys z falszywych Koronalw 
zazyczyl sobie jej domu na palac. Dokad sie udala i czy jeszcze zyje, nie wiedzial nikt. Ksiaze 
Ni-moya i jego rodzina takze zbiegli, jeszcze wczesniej, jak rwniez niemal wszyscy 
pomniejsi arystokraci. 
- A falszywi Koronalowie? - spytal Hissune. 
- Po nich wszystkich takze nie zostal nawet slad, panie. Mwie po nich wszystkich", 
bo pod koniec bylo ich juz kilkunastu, klcacych sie miedzy soba. Uciekli jednak jak 
wystraszone bilantoony, kiedy do miasta dotarl w zeszlym tygodniu Pontifex Valentine. W 
Ni-moya jest dzis  tylko jeden wladca - ty, panie. 
Koronal usmiechnal sie slabo. 
- A wiec to mj Wielki Objazd? Gdzie muzycy, co z paradami? Skad te ruiny, to 

zniszczenie? Nie sadzilem,  ze tak wygladac bedzie moja pierwsza wizyta w Ni-moya, 
Stimionie. 
- Powrcisz tu w szczesliwszych czasach, panie, kiedy wszystko bedzie tak jak niegdys. 
- Tak sadzisz? Naprawde tak sadzisz? Ach, modle sie, bys mial racje, pr zyjacielu. 
Pojawil sie Alsimir. 
- Panie, burmistrz przysyla wyrazy szacunku i prosi o audiencje dzis po poludniu. 
- Powiedz mu, by przybyl wieczorem. Mamy do zalatwienia pilniejsze sprawy niz 
spotkanie z panem burmistrzem. 
- Powtrze mu to, panie. Zdaje sie, ze niepokoi go troche liczebnosc armii, ktra masz 
zamiar tu zakwaterowac. Wspominal cos o trudnosciach z dostarczeniem zywnos ci i 
problemach z oczyszczaniem... 
- Dostaniemy, czego sobie zazyczymy, Alsimirze, albo zazyczymy sobie zdolniejszego 
burmistrza. To takze mozesz mu powtrzyc. Mozesz mu rwniez oznajmic,  ze wkrtce 
pojawi sie tu lord Diwis z armia niemal rwnie wielka jak moja, a moze nawet wieksza, po 
nim zas przybedzie lord Tunigorn, w zwiazku z czym ma potraktowac to, co zrobi dla nas, 
jako zwykla prbe przed prawdziwie trudnymi zadaniami, ktre wkrtce przed nim stana. 
Powiedz mu takze, ze zapotrzebowanie Ni-moya na zywnosc zmniejszy sie nieco wraz z 
naszym odejsciem, zamierzam bowiem wcielic kilka milionw obywateli miasta do armii 
majacej okupowac Piurifayne; spytaj, jaka proponuje metode wyszukania ochotnikw. A jesli 
czemukolwiek sie sprzeciwi, uswiadom mu, Alsimirze, ze przybylismy tu nie po .to, by go 
niepokoic, lecz by ocalic prowincje przed zagrazajacym jej chaosem, choc znacznie bardziej 
wolelibys my igrac sobie teraz na szczycie Gry Zamkowej. Jesli juz po wszystkim ocenisz 
jego nastawienie jako nieodpowiednie, zakuj go w lancuchy i wybadaj, czy wiceburmistrz nie 
bylby sklonniejszy do wsplpracy, a jes li nie, znajdz kogos odpowiedniego. - Hissune 
us miechnal sie. - To tyle, jesli chodzi o burmistrza Ni-moya. Czy sa jakies wiesci od lorda 
Diwisa? 
- Jest ich wiele, panie. Opus cil Piliplok i maszeruje ku nam tak szybko, jak to tylko 
mozliwe, zbierajac po drodze zolnierzy. Przysylal nam wiadomosci z Port Saikforge, 
Stenwamp, Orgeliuse, Impemonde i doliny Obliron; ostatnia pozwala przypuszczac, ze zbliza 
sie do Larnimisculus. 
- Czyli, osmiele sie zauwazyc, ciagle jest jeszcze kilka tysiecy mil na wschd stad, 
prawda? Bedziemy wiec musieli chwilke na niego zaczekac. Cz, dotrze do nas, kiedy mu sie 
uda, nie da sie tego przyspieszyc, nie sadze tez, by madrze bylo wyruszyc ku granicom 
Piurifayne przed spotkaniem z nim. - Hissune usmiechnal sie smutno. - Nasze zadanie byloby 

trzykrotnie latwiejsze, gdyby swiat byl o polowe mniejszy. Alsimirze, wys lij od nas lordowi 
Diwisowi do Larnimisculus wyrazy szacunku; moze takze do Belka, Clarischanz i kilku 
innych miast na jego drodze, wraz z oznajmieniem, jak bardzo pragne szybko sie z nim 
zobaczyc. 
- A pragniesz, panie? - spytal Alsimir. Hissune spojrzal mu wprost w oczy. 
- Bardzo - powiedzial z naciskiem. - I mwie to zupelnie szczerze. 
Na swoja kwatere wybral wielki gabinet na drugim pietrze budynku. Dawno temu, gdy 
mieszkal tu Calain, brat ksiecia Ni-moya - Hissune wiedzial to ze wspomnien wyniesionych z 
Rejestru Dusz - ta gigantyczna sala byla biblioteka starozytnych ksiazek, oprawionych w 
skry nie znanych na Majipoorze zwierzat. Lecz ksiazki znikly, sala byla pusta z wyjatkiem 
stojacego w rogu porysowanego biurka. Na nim rozlozyl mapy, rozwazajac, co go czeka. 
Hissune nie byl zadowolony z tego, ze zostawiono go na Wyspie Snu, podczas gdy 
Valentine pozeglowal do Piliploku. Zamierzal sila zdobyc miasto, lecz Valentine byl innego 
zdania i to jego zdanie przewazylo. Moze i on sam rzeczywiscie jest Koronalem, lecz juz 
przyjmujac tytul, zdawal sobie sprawe, ze na jakis czas sytuacja daleko odbiegnie od normy, 
poniewaz bedzie musial konkurowac z pelnym wigoru, zywotnym i pozostajacym stale na 
widoku publicznym Pontifexem, nie majacym najmniejszego zamiaru ukryc sie w Labiryncie. 
Studia historyczne, ktrym sie oddal, nie znalazly precedensu dla podobnej sytuacji. Nawet 
najsilniejsi, najambitniejsi Koronalowie: Lord Confalume, Lord Prestimion, Lord Dekkeret, 
Lord Kinniken porzucali dawne zycie i gdy konczyl sie przeznaczony im czas rzadw na 
Zamku, potulnie udawali sie pod ziemie, lecz ten Koronal musial sie takze zgodzic z tym, ze 
wszystko, co dzieje sie na Majipoorze, nie ma precedensu, nie mgl rwniez zaprzeczyc, iz 
podrz Valentine'a do Piliploku, ktra uwazal za najgorsze z mozliwych szalenstw, okazala 
sie wspanialym strategicznym zwyciestwem. Prosze to sobie tylko wyobrazic - zbuntowane 
miasto potulnie opuszcza sztandary i bez szemrania poddaje sie Pontifexowi, dokladnie tak 
jak przewidzial to Valentine! Jaka magia dysponuje ten czlowiek, zastanawial sie Hissune, ze 
potrafi przeprowadzic tak niebezpieczny plan z taka pewnoscia siebie? Lecz przeciez Pontifex 
jako Koronal wygral wojne o odzyskanie tronu, stosujac niemal identyczna taktyke, prawda? 
Jego  lagodnosc, jego dobroc ukrywaly nieprawdopodobnie silny charakter. A jednak 
lagodnosc ta nie byla plaszczem wkladanym, kiedy okazja tego wymagala - stanowila jadro 
charakteru Valentine'a, byla jego najglebsza i najprawdziwsza cecha. Niezwykla to postac, 
wielki wladca... na swj wlasny, dziwny sposb. 
A teraz Pontifex ze swym malenkim dworem podrzuje na zachd wzdluz Zimru, 
odwiedza jedna oszalala prowincje po drugiej i kazda z nich lagodnie doprowadza do 

przytomnos ci. Z Piliploku wyruszyl do Ni-moya, docierajac na miejsce kilka tygodni przed 
Hissune'em. Falszywi Koronalowie uciekli na wiesc o jego nadejsciu, bandyci i wandale 
zaniechali napadw, a wedlug raportw miliony oszolomionych, zrujnowanych obywateli 
miasta wyszlo na ulice, by entuzjastycznie powitac nowego Pontifexa, jakby byl on zdolny 
jednym gestem doprowadzic s wiat do poprzedniego stanu. Co oczywiscie ulatwialo  zycie 
samemu Hissune'owi, wedrujacemu  sladami Valentine'a; nie musial tracic czasu i sil na 
podbijanie miasta, znalazl je spokojne i w granicach rozsadku sklonne do wsplpracy. 
Hissune przesunal palcem po mapie. Valentine udal sie do Khyntor. Trudne 
przedsiewziecie - Khyntor to twierdza falszywego Koronala Sempeturna i jego prywatnej 
armii, Rycerzy Dekkereta. Niepokoil sie nawet o zycie Pontifexa, me mgl jednak zrobic nic, 
by go chronic. Valentine nie chcial nawet o tym slyszec. Nie powiode armii na miasta 
Majipooru" - powiedzial, kiedy dyskutowali na ten temat podczas pobytu na Wyspie. Koronal 
nie mial wyboru, musial zgodzic sie z postanowieniami Pontifexa. Pontifex zawsze byl 
najwyzszym wladca. 
Dokad Valentine ruszy z Khyntor? Najprawdopodobniej do miast Rozpadliny, pomys lal 
Hissune. A stamtad zapewne na wybrzeze: Pidruid, Tilomon, Narabal. Nikt nie wiedzial, co 
sie tam dzieje, a przeciez w portach schronily sie tlumy uciekinierw z serca Zimroelu. 
Oczami wyobrazni Hissune widzial juz Pontifexa, jak niezmordowanie maszeruje coraz dalej 
i dalej, przeksztalcajac chaos w porzadek sama sila ducha. Byl to jakby przedziwny objazd 
Pontifexa. Ale przeciez to nie Pontifex, pomyslal niespokojnie, powinien prowadzic Wielki 
Objazd. 
Zamiast o Valentinie, zaczai myslec o swych problemach. Najpierw musi poczekac na 
przybycie Diwisa. A kiedy Diwis juz bedzie na miejscu... delikatna sprawa. Hissune zdawal 
sobie sprawe, ze sukces jego przyszlych rzadw zalezec bedzie od tego, jak poradzi sobie z 
tym ponurym, zazdrosnym czlowiekiem. Trzeba dac mu wladze, tak, niech zrozumie, ze 
wsrd generalw ustepuje tylko samemu Koronalowi, lecz jednoczesnie nie wolno go spus cic 
z oka, dac mu wolnej reki. Ciekawe, czy cos  takiego w ogle jest wykonalne? 
Szybkimi ruchami poczal kreslic linie na mapie. Jedna armia, pod dowdztwem Diwisa, 
pomaszeruje na zachd az do Khyntor i Mazadone, by sprawdzic, czy Valentine'owi 
rzeczywiscie udalo sie zaprowadzic tam porzadek i by zaciagnac nowych zolnierzy, a potem 
skreci na poludniowy wschd i zajmie pozycje przy granicach prowincji Metamorfw. Druga 
armia, pod dowdztwem samego Koronala, wyjdzie z Ni-moya i wzdluz Steiche dotrze do 
wschodnich granic Piurifayne. Taktyka kleszczy: skrzydla zaczna sie zamykac, az wreszcie 
buntownicy z pewnos cia dostana sie w ich rece. 

A co beda jesc  zolnierze na terenach dotknietych kleska glodu? Czy wielomilionowa 
armie mozna wyzywic korzonkami, jagodami i ziolami? Hissune tylko potrzasnal glowa. Jesli 
nie znajdziemy niczego innego, bedziemy jedli korzonki, jagody i ziola, pomyslal. Bedziemy 
jedli bloto i kamienie. Bedziemy jedli potworne, zabjcze stwory, ktre wypuszcza na nas 
Metamorfowie. Jesli zajdzie taka koniecznosc, bedziemy jedli nawet naszych zmarlych. 
Zwyciezymy i wtedy skonczy sie to szalenstwo. 
Wstal, podszedl do okna, spojrzal na ruiny Ni-moya, piekniejsze teraz, gdy mrok ukryl 
najbardziej widoczne blizny. W szkle dostrzegl swe odbicie. Zlozyl mu kpiacy uklon. Dobry 
wieczr, panie. Bogini niech bedzie z toba, panie". Lord Hissune, jak dziwnie brzmia te 
slowa. Tak, panie, nie, panie, slucham, panie". Witano go znakiem gwiazdy. Cofano sie 
przed nim w strachu. Wszyscy ludzie traktowali go tak, jakby naprawde byl Koronalem. Byc 
moze juz niedlugo przestanie zwracac na to uwage. W koncu nie powinien sie niczemu 
dziwic... a jednak wszystko to nadal wydawalo mu sie nierzeczywiste. Byc moze dlatego, ze 
po objeciu urzedu podrzowal tylko po Zimroelu, bez zadnych zwyklych przy podrzach 
Koronala formalnos ci. By wreszcie uwierzyc, musze powrcic na Gre Zamkowa, 
zdecydowal, do Zamku Lorda Hissune'a, i zajac sie podpisywaniem dekretw, audiencjami i 
przewodniczeniem podczas waznych uroczystos ci, co, jak mi sie wydaje, zajmuje Koronala w 
czasach pokoju. Lecz czy nadejdzie kiedys ten dzien? Tylko wzruszyl ramionami. Jak 
wiekszosc pytan, i to wydawalo sie glupie. Dzien ten przyjdzie o wlasciwej porze, a 
tymczasem trzeba dzialac! Wrcil do biurka i przez nastepna godzine studiowal mapy. Potem 
pojawil sie Alsimir. 
- Rozmawialem z burmistrzem, panie - oznajmil. - Obiecal pelna wsplprace. Czeka na 
dole z nadzieja, ze pozwolisz mu opowiedziec, jak bardzo pragnie nam pomc. 
Hissune us miechnal sie. 
- Wprowadz go - rozkazal. 
 

2 
 
Gdy wreszcie dotarli do Khyntor, Valentine nakazal Asenhartowi zacumowac nie przy 
nabrzezu miasta, lecz po drugiej stronie rzeki, tam gdzie znajdowalo sie przedmies cie 
zawdzieczajace swa nazwe - Gorace Khyntor - geotermicznym cudom: gejzerom, fumarolom, 
goracym jeziorom. Chcial wkroczyc do miasta godnie, bez zbednego pospiechu, tak by 
rzadzacy nim Koronal" mgl w pelni przygotowac sie na jego przybycie. Lecz nawet gdyby 
mu na tym zalezalo, nie zdolalby zaskoczyc samozwanczego Lorda Sempeturna. Podrzujac 
w gre Zimru z Ni-moya, nie kryl ani swej tozsamosci, ani celu podrzy. Zatrzymywal sie po 
drodze we wszystkich wiekszych miastach, spotykajac sie z rezydujacymi w nich 
przedstawicielami wladzy, jesli w ogle jacys ocaleli, i przyjmujac obietnice pomocy dla 
armii, formowanej do walki z Metamorfami. Wzdluz rzeki, nawet w miasteczkach, w ktrych 
sie nie zatrzymywal, stali ludzie obserwujacy jego flote i krzyczacy: Valentine Pontifex! 
Valentine Pontifex!" 
Byla to ponura podrz. Nawet z pokladu statku widac bylo doskonale, ze miasta i 
miasteczka, niegdys kwitnace, sa teraz wylacznie cieniami samych siebie: nabrzezne 
magazyny puste i pozbawione okien, bazary wyludnione, bulwary zarosniete chwastami. 
Kiedy zas schodzil na lad, widzial,  ze krzyczacy i machajacy mu ludzie, mimo pozorw 
radosci, pozbawieni sa nadziei - wzrok maja tepy, nie podnosza oczu, chodza pochyleni, a w 
ich twarzach nie odbijaja sie zadne uczucia. 
Kiedy jednak wyladowal w niezwyklym miejscu huczacych gejzerw, bulgoczacych 
goracych jezior i chmur bladozielonego gazu, jakim bylo Gorace Khyntor, w twarzach tlumu 
Valentine dostrzegl ciekawosc, napiecie, radosc oczekiwania... niczym przed wielkim 
wydarzeniem sportowym. 
Wiedzial, ze tlum czeka, by zobaczyc przyjecie zgotowane Pontifexowi przez Lorda 
Sempeturna. 
- Za kilka minut bedziemy gotowi, Wasza Wysokosc - krzyknal Shanamir. - Slizgacze 
wlasnie zjezdzaja z rampy. 
- Zadnych slizgaczy - oznajmil Valentine. - Wkroczymy do Khyntor pieszo. 
Odpowiedzialo mu znajome, przerazone westchnienie. Dostrzegl rwnie znajomy wyraz 
twarzy Sleeta, Lisamon Hultin poczerwieniala z gniewu, Zalzan Kavol zmarszczyl sie ponuro, 
nawet Carabella byla zaniepokojona, zadne z nich nie s mialo mu sie jednak sprzeciwic. Juz 
od dluzszego czasu nikt mu sie nie sprzeciwial. Nie chodzi o to, ze jestem Pontifexem, 

pomyslal, zmiana jednego dostojnego tytulu na drugi nie jest znowu taka wazna. Bylo raczej 
tak, jakby bliscy i przyjaciele uwazali, ze z dnia na dzien pograza sie glebiej w krlestwie, do 
ktrego oni sami nie maja wstepu. Po prostu przestawali go rozumiec. On zas czul sie tak, 
jakby byl poza zasiegiem przyziemnej troski o wlasne bezpieczenstwo - nietykalny, 
niezwyciezony. 
- Ktrym mostem przekroczymy rzeke, Wasza Wysokosc? - spytal Deliamber. 
Przed soba widzieli cztery: jeden ceglany, jeden o lukach z kamienia, jeden delikatny, 
lsniacy, niemal przezroczysty, jakby zrobiony ze szkla i jeden, najblizszy, zawieszony na 
cienkich, kolyszacych sie kablach. Valentine przyjrzal sie wszystkim; spojrzal na dalekie 
wieze Khyntor o plaskich dachach, widoczne po przeciwnej stronie rzeki. Zauwazyl, ze most 
kamienny wydaje sie uszkodzony posrodku. Jedno wiecej zadanie dla Pontifexa, pomys lal, 
pamietajac,  ze bardzo dawno temu przyslugujacy mu dzis tytul oznaczal doslownie 
budowniczego mostw". 
- Znalem kiedys nazwy ich wszystkich, mj dobry Deliamberze - powiedzial - ale juz je 
zapomnialem. Prosze, przypomnij mi je. 
- Po prawej mamy Most Snw, Wasza Wysokosc. Najblizej nas jest Most Pontifexa, a 
obok niego Most Khyntor, ktry chyba nie nadaje sie do uzytku. Ten w grze rzeki to Most 
Koronala. 
- A wiec powinnis my uzyc Mostu Pontifexa! 
Pierwszy szedl Zalzan Kavol z grupa swych Skandarw. Za nimi maszerowala Lisamon 
Hultin, potem - powoli, niespiesznie - Valentine, majacy u boku Carabelle, tuz za nimi 
kroczyli Sleet, Deliamber i Tisana. Gestniejacy tlum towarzyszyl im, zachowujac jednak 
bezpieczny dystans. 
Valentine niemal wchodzil juz na most, gdy chuda, ciemnowlosa kobieta w splowialym 
pomaranczowym plaszczu wyskoczyla sposrd gapiw i pobiegla w jego kierunku krzyczac: 
Wasza Wysokosc! Wasza Wysokosc!" Byla zaledwie kilka jardw od niego, gdy zatrzymala 
ja Lisamon Hultin; zlapala kobiete za reke i okrecila nia niczym lalka, poderwala w 
powietrze. 
- Nie, zaczekaj... - wykrztusila kobieta, gdy Lisamon juz zamierzala odrzucic ja 
brutalnie. - Nie chce niczyjej krzywdy, mam dar dla Pontifexa... 
- Postaw ja na ziemi, Lisamon - rozkazal spokojnie Valentine. 
Lisamon, nastawiona dosc podejrzliwie, zmarszczyla czolo. Uwolnila wprawdzie 
nieznajoma, lecz stanela tuz za Pontifexem, najwyrazniej gotowa zareagowac natychmiast, 
gdyby tylko cos  sie stalo. Kobieta drzala tak mocno, ze ledwie trzymala sie na nogach, jej usta 

poruszaly sie, ale przez chwile nie byla zdolna wypowiedziec slowa. Potem spytala: 
- Czy ty naprawde jestes Lordem Valentine'em? 
- Naprawde bylem Lordem Valentine'em. Teraz jestem Valentine'em Pontifexem. 
- Oczywiscie. Oczywiscie. Wiedzialam. Mwili, ze nie zyjesz, ale ja w to nie 
uwierzylam. Nigdy! - Sklonila sie. - Wasza Wysokosc... - Nadal drzala. Wydawala sie dosc 
mloda, choc trudno bylo to stwierdzic, gdyz gld i trudy wyryly glebokie bruzdy na jej 
twarzy, skre zas miala bledsza nawet niz Sleet. Wyciagnela reke. - Jestem Millilain - 
powiedziala. - Panie, chcialam dac ci... to! 
Na jej dloni lezalo cos przypominajacego kosciany sztylet - dlugi, cienki, zwezajacy sie 
w ostry czubek. 
- Zamach! - ryknela Lisamon i zamierzyla sie do uderzenia. Valentine wstrzymal ja 
gestem dloni. 
- Zaczekaj - rozkazal. - Co to takiego, Millilain? 
- Kiel. S wiety kiel. Kiel krla oceanu Maazmorna... - Ach! 
- Niech cie strzeze. Prowadzi. On jest najwiekszym z krlw. Jego zab jest bardzo 
cenny. - Millilain trzesla sie nieopanowanie. - Najpierw mys lalam, ze to grzech ich ubstwiac, 
ze to swietokradztwo, przestepstwo, ale potem wrcilam i sluchalam, uczylam sie. Oni, 
krlowie oceanu, nie sa  zli, Wasza Wysokosc. Sa prawdziwymi wladcami. Nalezymy do 
nich... my i wszyscy mieszkancy Majipooru. Przynioslam ci kiel Maazmoorna, Wasza 
Wysokosc, najwiekszego z nich, prawdziwej Potegi... 
- Valentinie, chyba powinnismy ruszac - wtracila cicho Carabella. 
- Oczywiscie. - Valentine delikatnie wyjal kiel z dloni kobiety. Mial on okolo dziesieciu 
cali dlugos ci, w dotyku wydawal sie dziwnie chlodny, lecz plonal jakby wewnetrznym 
ogniem. Kiedy zacisnal na nim palce, wydawalo mu sie przez chwile, ze dociera do niego 
odlegle bicie dzwonw lub cos podobnego, choc dzwiek ten nie przypominal niczego, co 
zdarzylo mu sie slyszec kiedykolwiek. 
- Dziekuje ci, Millilain - powiedzial powaznie. - Bardzo cenie sobie twj dar. 
- Wasza Wysokosc... - Potykajac sie, kobieta odeszla i znikla wsrd tlumu, oni zas 
powoli ruszyli przez most do Khyntor. 
Przejs cie na drugi brzeg zabralo im godzine, moze nawet wiecej. Na dlugo przedtem 
Valentine widzial ludzi tam zgromadzonych, czekajacych na niego; i widzial tez, ze nie jest to 
zwykly tlum, poniewaz mezczyzni stojacy w pierwszym szeregu ubrani byli identycznie, w 
zielono-zlote mundury - barwy Koronala. Oto armia, armia Lorda Sempeturna. 
Zalzan Kavol obejrzal sie. Nie sprawial wrazenia zachwyconego. 

- Wasza Wy sokosc...? 
- Nie zatrzymuj sie. Kiedy staniesz przed pierwszym szeregiem, odsun sie i daj mi 
przejsc. Zostan przy mym boku. 
Poczul, jak dlon Carabelli zaciska mu sie na nadgarstku. 
- Czy pamietasz - powiedzial jej - jak na samym poczatku wojny o odzyskanie tronu 
przybylis my do Pendywine, zastalismy dziesieciotysieczny oddzial milicji czekajacy na nas 
przy bramie, a nas bylo tylko kilkoro? 
- To nie Pendywine. Pendywine nie zbuntowalo sie przeciw tobie. W bramie nie czekal 
na ciebie falszywy Koronal, tylko tlusty i przerazony burmistrz. 
- Nie ma zadnej rznicy - oswiadczyl Valentine. 
Byli juz na drugim brzegu. Droge zagradzali im zolnierze w zieleni i zlocie. Stojacy w 
pierwszym rzedzie oficer o oczach blyszczacych strachem krzyknal ochryple: 
- Kim jestes, ze os mielasz sie wkroczyc do Khyntor bez pozwolenia Lorda Sempeturna? 
- Jestem Valentine Pontifex i nie potrzebuje niczyjego pozwolenia, by wejsc do miasta 
na Majipoorze. 
- Koronal Lord Sempeturn zakazuje ci kolejnego kroku, obcy czlowieku! 
Valentine tylko sie us miechnal. 
- Jak Koronal, jesli w ogle jest on Koronalem, moze zakazac czegokolwiek 
Pontifexowi? Daj spokj, przyjacielu, zejdz mi z drogi. 
- Tego nie uczynie. Taki z ciebie Pontifex jak i ze mnie! 
- Zarzucasz mi klamstwo? Sadze,  ze twj Koronal powinien to sam powiedziec - 
powiedzial cicho Valentine i ruszyl przed siebie, majac u boku Zalzana Kavola i Lisamon 
Hultin. Oficer, ktry zastapil im droge, spojrzal niepewnie na swych zolnierzy, wyprostowal 
sie, a oni powtrzyli jego ruch; ich dlonie ostentacyjnie spoczely na broni. Valentine szedl 
przed siebie. Zolnierze cofneli sie o pl kroku, potem jeszcze o pl, choc przez caly czas 
patrzyli na niego groznie. Valentine nie zamierzal sie zatrzymywac. Pierwsza linia armii 
Lorda Sempeturna zalamala sie, on zas szedl nadal, niespiesznie, spokojnie. 
Nagle wojsko rozstapilo sie i do przodu wystapil niski, gruby mezczyzna o czerwonych 
policzkach, stajac twarza w twarz z Valentine'em. Ubrany byl w strj Koronala: biala szate na 
zlotym kubraku. Na glowe, pokryta zmierzwionymi czarnymi wlosami, zalozyl korone znaku 
gwiazdy, a przynajmniej jej w miare wierna kopie. 
Wyciagnal przed siebie obie dlonie z rozczapierzonymi palcami. 
- Dosc! - krzyknal. - Nie zblizaj sie, oszuscie! 
- W czyim imieniu wydajesz mi ten rozkaz? - spytal Valentine. 

- W swym wlasnym, jestem bowiem Koronalem Lordem Sempeturnem! 
- A wiec ty jestes Koronalem, ja zas  oszustem? Teraz zrozumialem. Z czyjej wiec woli 
jestes  Koronalem, Lordzie Sempeturnie? 
- Z woli Bogini, ktra oddala rzady w me rece, gdy na Grze Zamkowej zabraklo 
wladcy. 
- Aha. Lecz na Grze Zamkowej nigdy nie brakowalo wladcy. Mamy Koronala, nazywa 
sie Lord Hissune; zostal mianowany w majestacie prawa. 
- Falszywy Koronal nie moze mianowac nikogo w majestacie prawa! - odparl 
Sempeturn. 
- Lecz ja jestem Valentine, ktry byl Koronalem, a teraz jest Pontifexem - z woli 
Bogini, jak sadzi wiekszosc. 
Sempeturn usmiechnal sie ponuro. 
- Oszustwem zostales Koronalem i nadal jestes oszustem. 
- Czy to mozliwe? A wiec udalo mi sie oszukac wszystkich ksiazat i panw Gry, 
Pontifexa Tyeverasa, niech spoczywa u Zrdla, i ma matke, Pania? 
- Twierdze,  ze oszukales  ich wszystkich, czego najlepszym dowodem sciagnieta na 
Majipoor klatwa. Albowiem Valentine, ktry zostal Koronalem, byl s niady i ciemnowlosy... a 
twe wlosy sa jasne jak zloto! 
Valentine rozesmial sie glosno. 
- Przeciez to stara i bardzo znana opowiesc, przyjacielu! Z pewnos cia wiesz o czarach, 
ktre pozbawily mnie mego ciala, dajac mi w zamian to, ktre nosze teraz. 
- Ty tak twierdzisz. 
- I zgodzily sie ze mna Potegi krlestwa. 
- A wiec jestes mistrzem przewrotnosci - oswiadczyl Sempeturn. - Nie bede wiecej 
marnowal na ciebie czasu, czekaja mnie wazne sprawy. Odejdz, wrc do Goracego Khyntor, 
wsiadz na statek i ruszaj w dl rzeki. Jesli jutro o tej porze bedziesz sie jeszcze znajdowal na 
terenie prowincji, pozalujesz. 
- Oddale sie stad bardzo szybko, Lordzie Sempeturnie, lecz najpierw musze zazadac 
czegos  od ciebie. Ci twoi zolnierze... - nazywasz ich Rycerzami Dekkereta, prawda? - 
...potrzebujemy ich na wschodzie, na granicach z Piurifayne. Lord Hissune gromadzi tam 
wielka armie. Udaj sie do niego, Lordzie Sempeturnie. Oddaj mu sie pod komende. Czyn to, 
co ci kaze. Zdajemy sobie sprawe z tego, czego dokonales, formujac wojsko, i nie pozbawimy 
cie wladzy nad twymi ludzmi; musza jednak stac sie czescia naszej wsplnej armii. 
- Oszalales - orzekl Sempeturn. 

- Jestem innego zdania. 
- Mam zostawic me miasto bez ochrony? Maszerowac tysiace mil, by oddac sie pod 
komende uzurpatora? 
- Jest to konieczne, Lordzie Sempeturnie. 
- W Khyntor ja decyduje, co jest konieczne! 
- I to wlasnie musi sie zmienic. - Valentine z wielka latwoscia wszedl w trans, wyslal ku 
Sempeturnowi najmniejsze pasemko swych mysli, igral z nim; na czerwonej twarzy wladcy 
Khyntor pojawila sie niepewnosc. Przeslal mu obraz Dominina Barjazida, ktrego cialo bylo 
niegdys jego cialem. - Rozpoznajesz tego czlowieka, Lordzie Sempeturnie? - spytal. 
- To... to... poprzedni Lord Valentine! 
- Nie -Tym razem uderzyl falszywego Koronala pelna sila. Sempeturn zatoczyl sie, 
omal nie upadl, oparl sie o otaczajacych go mezczyzn; policzki poczerwienialy mu jeszcze 
bardziej, przybraly kolor przejrzalych winogron. - Kim jest ten czlowiek? 
- Bratem Krla Snw - szepnal Sempeturn. 
- Dlaczego nosi cialo poprzedniego Lorda Valentine'a? - Bo... bo... 
- Mw! 
Sempeturn zgarbil sie, kolana mial przygiete, dlonmi niemal dotykal ziemi. 
- Bo ukradl cialo Koronala, bral udzial w uzurpacji... dos wiadczyl laski przebaczenia z 
reki czlowieka, ktrego stracil z tronu i... 
- Ach! Kim wiec jestem? 
- Jestes Lordem Valentine'em - przyznal nieszczesliwy Sempeturn. 
- Zle. Kim jestem, Sempeturnie! 
- Jestes Valentine... Pontifex... Pontifex Majipooru... 
- Rzeczywiscie. No, wreszcie. A jesli jestem Pontifexem, kto jest Koronalem? 
- Ten, kogo mianowales, Wasza Wysokosc. 
- Mianowalem nim Lor da Hissune'a, ktry czeka na ciebie w Ni-moya, Sempeturnie. 
Idz, zgromadz swych rycerzy, poprowadz ich na wschd, sluz swemu Koronalowi, spelniajac 
jego rozkazy. Idz, Sempeturnie. Idz! 
Po raz ostatni uderzyl Sempeturna sila swego umyslu; maly czlowieczek zachwial sie, 
zatoczyl, zadrzal i wreszcie opadl na kolana ze slowami: 
- Wasza Wy sokosc, wybacz, wybacz... 
- Spedze noc, moze dwie noce, w Khyntor; chce sprawdzic, czy wszystko tu jest w 
porzadku. Potem rusze dalej na zachd, gdzie mam jeszcze wiele do zrobienia. - Valentine 
odwrcil sie i dostrzegl,  ze Carabella patrzy na niego, jakby nagle wyrosly mu skrzydla lub 

rogi. Usmiechnal sie, przeslal jej calusa i pomyslal: Po czyms takim zawsze chce mi sie pic. 
Najwyzsza pora na kielich, moze dwa kielichy wina, jesli jakies zostalo w Khyntor, prawda? 
Spojrzal na smoczy kiel, ktrego przez caly czas nie wypuscil z dloni, lekko przesunal 
po nim palcem i znw uslyszal dalekie dzwony, wydawalo mu sie takze, ze na dusze padl mu 
cien wielkich skrzydel. Ostroznie owinal go kawalkiem kolorowego jedwabiu i wreczyl 
Carabelli ze slowami: 
- Pilnuj go dobrze, pani, pki cie o niego nie poprosze. Mam wrazenie,  ze z jego 
pomoca dokonam kiedys czegos wielkiego. - Spojrzal w tlum i dostrzegl te kobiete, Millilain; 
patrzyla mu wprost w oczy, spojrzenie jej plonelo niemal przerazajaco, jakby w zdumieniu i 
strachu spogladala na jakas boska istote. 
 

3 
 
Tuz przed drzwiami jego sypialni toczyla sie najwyrazniej jakas kltnia, z czego nagle 
zdal sobie sprawe. Hissune usiadl w lzku, skrzywil sie, zamrugal nieprzytomnie. Przez 
wielkie okno po lewej do sali wlewal sie czerwony blask poranka, wschodzace slonce wisialo 
nisko nad horyzontem. Hissune nie spal niemal cala noc, przygotowywal sie na powitanie 
Diwisa, ktry mial dzis przybyc do miasta, i nie radowalo go bynajmniej to, iz zostal 
obudzony tuz po wschodzie slonca. 
- Co sie dzieje? - warknal. - Na milosc Bogini, co to za ws ciekle wrzaski! 
- Panie, musze sie z toba zobaczyc! - Bez watpienia byl to glos Alsimira. - Straz 
twierdzi, ze nie wolno cie budzic, ale ja po prostu musze ci cos powiedziec! 
- Jestem calkiem pewien, ze juz mnie obudziles - westchnal Hissune. - Wiec rwnie 
dobrze mozesz wejsc. 
Rozlegl sie stuk odblokowywanego zamka. W drzwiach pojawil sie Alsimir, sprawial 
wrazenie zaniepokojonego. 
- Panie... 
- Co sie dzieje? 
- Miasto zostalo zaatakowane, panie. Hissune przebudzil sie nagle i calkowicie. 
- Zaatakowane? Przez kogo? 
- Przez dziwne, potworne ptaki. Maja skrzydla jak smoki, dzioby jak brzytwy i 
ociekajace trucizna pazury. 
- Takie ptaki nie istnieja! 
- Wiec to kolejne stworzone przez Zmiennoksztaltnych potwory. Nadlecialy nad miasto 
z poludnia, o swicie, stado jest wielkie, setki, moze tysiace sztuk. Zginelo juz jakies  
piecdziesiat osb, moze wiecej, a bedzie jeszcze gorzej. - Alsimir podszedl do okna. - Spjrz, 
panie, niektre kraza wlasnie nad dawnym palacem ksiecia... 
Hissune spojrzal w okno. Na tle pogodnego, porannego nieba dostrzegl upiorne 
ksztalty: ptaszyska wielkie, wieksze od gihorn, wieksze nawet od miluft i znacznie od nich 
przerazliwsze. Skrzydla mialy nie ptasie, sprawialy one raczej wrazenie skrzastych, 
rozpietych na szkielecie delikatnych kos ci; rzeczywiscie, zupelnie jak u smokw. Dzioby 
zlowrogie, zakrzywione i ostre byly jaskrawoczerwone, natomiast wielkie szpony 
jaskrawozielone. Stworzenia te nurkowaly zawziecie w poszukiwaniu ofiar, spadaly na 
miasto, wznosily sie i spadaly znowu, a znajdujacy sie na ulicach ludzie biegali rozpaczliwie, 

szukajac schronienia. Hissune dostrzegl nieostroznego, dziesiecio-, moze dwunastoletniego 
chlopca, niosacego pod pacha ksiazki, najpewniej podreczniki, wychodzil wlasnie z budynku 
wprost pod dzib jednego z tych stworw. Ptak obnizyl lot, az znalazl sie dziewiec, moze 
dziesiec stp ponad ulica i szponami zadal jeden potezny cios, ktry rozdarl ubranie i wyrwal 
z ciala kawalek miesa. Dzieciak upadl i wil sie w konwulsjach, bijac dlonmi o chodnik, ptak 
zas poderwal sie. Cialo chlopca znieruchomialo nagle; a z nieba spadlo na nie kilka stworw, 
bez watpienia wyjatkowo glodnych. Hissune zaklal cicho. 
- Bardzo dobrze, ze mnie obudziles. Czy podjeto juz jakies srodki zaradcze? 
- Na dachy zmierza wlasnie okolo pieciuset lucznikw, panie. Sciagamy dalekosiezne 
miotacze tak szybko, jak tylko potrafimy. 
- To nie wystarczy. To z pewnoscia nie wystarczy. Musimy zapobiec panice w mies cie. 
Ani sie obejrzymy, jak dwadziescia milionw cywilw biegac bedzie po ulicach, zadeptujac 
sie w tlumie na smierc. Najwazniejsze to pokazac im, ze potrafimy natychmiast przejac 
kontrole nad sytuacja. Wyslij na dachy piec tysiecy lucznikw. Dziesiec tysiecy, jesli mamy 
ich tylu. Chce, zeby kazdy, kto tylko potrafi naciagnac cieciwe, walczyl z tym zagrozeniem. 
W calym mies cie... pamietaj, musza byc widoczni, tylko w ten sposb dodadza ludziom 
odwagi. 
- Tak, panie. 
- Podaj do oglnej wiadomosci, ze cywile maja pozostac w domach az do otrzymania 
nowych rozkazw. Dopki nad miastem lataja te ptaszyska, nikomu nie wolno wychodzic na 
ulice niezaleznie od tego, jak wazne sprawy ma do zalatwienia. A takze kaz Stimionowi 
wyslac wiadomosc do Diwisa, ze mamy tu maly problem i zeby uwazal na siebie, jesli 
rzeczywiscie ma zamiar wkroczyc do Ni-moya dzis rano. Wyslij takze po tego dziadka, 
prowadzacego za miastem zoo z rzadkimi zwierzetami, tego, z ktrym rozmawialem w 
zeszlym tygodniu, nazywa sie Ghitain, Khitain... no, cos takiego. Jesli jeszcze nie wie, niech 
mu opowiedza, co sie tutaj dzieje. Doprowadzcie go do mnie pod szczeglna ochrona. I niech 
ktos pozbiera kilka tych zabitych ptakw i tez je tu przyniesie. - Hissune spojrzal za okno. 
Oczy mu plonely. Cialo chlopca zakryte bylo przez kilka, moze nawet kilkanascie bestii, 
pozywiajacych sie nim lakomie. Rozrzucone ksiazki lezaly na chodniku, zalosne plamki 
czerni. - Zmiennoksztaltni - powiedzial gorzko. - Wysylaja te potwory, walcza z dziecmi. 
Och, kazemy drogo im za to zaplacic, Alsimirze. Oddamy tego Faraatae na pozarcie jego 
wlasnym stworom. No dobrze, idz, musimy zabierac sie do roboty. 
Podczas jedzonego w pospiechu  sniadania Hissune odbieral kolejne wies ci. Atak z 
powietrza spowodowal juz ponad sto ofiar; ich liczba rosla gwaltownie. Co najmniej dwa 

kolejne stada ptakw pojawily sie nad miastem; bylo ich, jesli szacunki okaza sie prawidlowe, 
okolo tysiaca pieciuset. 
Kontratak lucznikw zaczal jednak przynosic rezultaty. Ptaki, wielkie, a wiec powolne i 
niezdarne, okazaly sie doskonalym celem dla strzelcw, ktrych najwyrazniej w ogle sie nie 
baly. Byly wiec dla nich latwym lupem; wyeliminowanie ich wydawalo sie przede wszystkim 
kwestia czasu, nawet jes li kolejne stada nadleca jeszcze znad Piurifayne. Ulice miasta 
praktycznie udalo sie oczyscic z cywilw; informacja o ataku i wydane przez Koronala 
polecenie pozostania w domach dotarly juz do najdalszych przedmiesc. Ptaki krazyly ponuro 
nad cichym, opustoszalym Ni- moya. 
W poludnie Hissune dowiedzial sie,  ze Yarmuz Khitain, kustosz Parku Basniowych 
Stworzen, doprowadzony zostal do Prospektu Nissimorna i rozpoczal wlasnie sekcje jednego 
z martwych potworkw. Koronal spotkal sie z nim przed kilkoma dniami, w miescie roilo sie 
bowiem od dziwnych, smiertelnie niebezpiecznych stworzen, dziel zbuntowanych 
Metamorfw, kustosz zas  potrafil udzielic rzetelnych rad ulatwiajacych walke. Po zejsciu na 
dl zobaczyl, jak Khitain, watlej budowy mezczyzna, ktry przekroczyl wiek s redni, o 
ponurym spojrzeniu, pochyla sie nad cialem ptaszyska tak wielkiego, ze na pierwszy rzut oka 
wydawalo sie, iz na chodniku spoczywaja szczatki kilku okazw. 
- Widzial pan juz kiedys  cos  podobnego? 
Khitain podnisl wzrok na Koronala. Byl blady, napiety. Drzal. 
- Nigdy, panie. To stworzenie z koszmarnych snw. 
- Koszmarnych snw Metamorfw, prawda? 
- Bez watpienia, panie. Z pewnos cia nie jest to istota powstala w sposb naturalny. 
- Ma pan na mysli, ze jest sztuczna7
- Nie. - Khitain potrzasnal glowa. - Mysle,  ze wytworzono je z istniejacych ptakw 
dzieki manipulacjom genetycznym. Podstawowy ksztalt wzieto z milufty, to oczywiste... 
wiesz o tym, panie? Milufta to najwiekszy latajacy padlinozerca Majipooru. Powiekszono ja i 
zmieniono w drapieznika. Gruczoly jadowe u podstawy szponw... nie ma ich zaden ptak 
Majipooru, lecz w Piurifayne zyje gad o nazwie ammazoar, tak wlasnie uzbrojony. 
Metamorfowie wykorzystali ten pomysl. 
- A skrzydla? Zapozyczone od smoka morskiego? 
- Budowa jest bardzo podobna. To znaczy, nie sa to typowe skrzydla ptasie, lecz raczej 
rozwinieta blona miedzypalczasta, ktra maja czasami ssaki - na przyklad dhiimy, nietoperze 
lub chocby wlasnie smoki. Smoki to wlasnie ssaki, wiesz o tym, panie? 
- Wiem - przytaknal sucho Hissune. - Lecz przeciez nie uzywaja skrzydel do latania! 

Czy moze mi pan wyjasnic, jakiemu celowi sluzylo wyposazenie tych ptakw w smocze 
skrzydla? 
Khitain wzruszyl ramionami. 
- Z pewnoscia nie ulatwiaja im lotu. Moze po prostu chodzilo o to, by wydawaly sie 
bardziej przerazajace? Kiedy tworzy sie zwierzeta majace byc bronia w walce... 
- Tak, tak. A wiec nie ma pan zadnych watpliwosci,  ze ptaki te to kolejna bron z 
arsenalu Zmiennoksztaltnych? 
- Zadnych, panie. Jak powiedzialem, nie sa one naturalna forma zycia, nie spotka sie ich 
na wolnosci. Stworzenia tak wielkie i niebezpieczne nie mogly zachowac sie nie zbadane 
przez czternascie tysiecy lat. 
- A wiec mamy kolejna zbrodnie do zapisania na koncie Zmiennoksztaltnych. Ktz 
mglby przypuszczac, Khitainie, ze sa oni tak twrczymi naukowcami? 
- To bardzo stara rasa, panie. Moga miec wiele podobnych sekretw. 
Hissune zadrzal. 
- Miejmy nadzieje, ze nie zaatakuja nas juz grozniejsza bronia. 
Wczesnym popoludniem atak jakby sie zalamal. Zabito setki ptakw. Ich zebrane ciala 
rzucono na wielki, smierdzacy stos na placu przed glwnym wejsciem na Wielki Bazar, te 
zas, ktre ocalaly, zrozumialy wreszcie, ze w Ni-moya nie znajda nic oprcz strzal lucznikw, 
i polecialy w strone wzgrz na plnocy; nad miastem pozostaly tylko niedobitki. W walce, jak 
dowiedzial sie ku swemu rozczarowaniu Koronal, zginelo pieciu  lucznikw, wszyscy 
zaatakowani od tylu w momencie, gdy przepatrywali niebo w poszukiwaniu 
niebezpieczenstwa. Koronal uznal, ze zaplacono wysoka cene, lecz jego zdaniem nalezalo ja 
zaplacic - najwieksze miasto Majipooru nie powinno dac sie sterroryzowac stadu ptakw. 
Przez przeszlo godzine Hissune jezdzil slizgaczem po ulicach, upewniajac sie, ze sa 
calkowicie bezpieczne, po czym uchylil zakaz wychodzenia z domu. Kiedy wreszcie wrcil 
do Prospektu Nissimorna, dowiedzial sie od Stimiona, ze armia Diwisa schodzi wlasnie na lad 
w dokach Strand Vista. 
Przez caly czas - a od chwili gdy Valentine obdarzyl go korona, minely cale miesiace - 
Hissune z niepokojem oczekiwal spotkania z czlowiekiem, ktrego pokonal w walce o 
wladze. Wiedzial,  ze gdyby zdarzylo mu sie okazac najmniejsza oznake slabosci, Diwis 
odebralby to niewatpliwie jako zachete do dokonania zaraz po zakonczeniu wojny zamachu, 
w celu przejecia tronu, ktrego tak pozadal. Choc nowy Koronal nie mial  zadnego 
wymiernego dowodu planowanej zdrady, nie uwazal za sluszne zaufac dobrej woli rywala. 
Kiedy jednak szykowal sie do wyjazdu na Strand Vista i powitania Diwisa, poczul 

ogarniajacy go spokj. W koncu zostal Koronalem z woli czlowieka, ktry zajal tron 
Pontifexa, jego wybr jest w pelni prawomocny; chocby nawet nie chcial, Diwis musi to 
zaakceptowac... i zaakceptuje. 
Dotarlszy na miejsce, Hissune poczul przede wszystkim zaskoczenie ogromem armady, 
ktra udalo sie zgromadzic 
Diwisowi. Najwyrazniej zasekwestrowal kazda, najmniejsza nawet ldke, jaka znalazl 
miedzy Piliplokiem i Ni-moya. Jak okiem siegnac, Zimr zapchany byl wrecz lodziami, flota 
zajmowala nie tylko sama rzeke, lecz takze gigantyczne slodkowodne morze - miejsce, w 
ktrym z Zimru wyplywala na poludnie Steiche. 
Do nabrzeza przybil tylko jeden statek, wyjasnil mu po drodze Stimion, a mianowicie 
okret flagowy Diwisa. On sam czekal na Koronala na jego pokladzie. 
- Czy mam mu powiedziec, by wyszedl na lad i tu cie przywital, panie? - spytal 
Stimion. 
Hissune us miechnal sie. 
- Ja pjde do niego - oznajmil, wysiadl z slizgacza i ruszyl dostojnie ku lukowi wyjs cia 
z dworca pasazerskiego, prowadzacego wprost na nabrzeze. Mial na sobie kompletny, 
uroczysty strj, jego doradcy takze byli ubrani w najbardziej formalne stroje, podobnie jak 
gwardia, a takze dwunastu lucznikw po obu stronach, majacych bronic go na wypadek, 
gdyby ptaki wybraly sobie te wlasnie chwile na powrt do miasta. Choc zdecydowal, ze to on 
uda sie do Diwisa, co bylo byc moze sprzeczne z etykieta, Hissune zdawal sobie sprawe, ze 
wyglada po krlewsku, ze sprawia wrazenie wladcy wyswiadczajacego niezwykly zaszczyt 
swemu lojalnemu poddanemu. 
Diwis stal przy prowadzacym na okret trapie. On takze wygladal majestatycznie. Mimo 
upalu wlozyl wspanialy czarny plaszcz z lusek hagiusa i lsniacy helm wygladajacy niemal jak 
korona. Kiedy Koronal wchodzil na poklad, growal nad nim niby gigant. 
Wreszcie staneli oko w oko i chodz Diwis byl od niego znacznie wyzszy, Hissune 
spojrzal mu w oczy tak chlodno i spokojnie, ze samo jego spojrzenie niemal wyrwnalo 
rznice wzrostu. Przez dluga chwile obaj milczeli. 
W koncu Diwis wykonal gest, ktrego nalezalo oczekiwac; gdyby go nie wykonal, 
oznaczaloby to bunt. Zasalutowal Koronalowi znakiem gwiazdy, oddajac zas ten hold, 
przykleknal na jedno kolano. 
- Hissune! Lord Hissune! Niech zyje Lord Hissune! - krzyknal. 
- I tobie zycze dlugiego zycia, Diwisie. Bedziemy potrzebowali twego mestwa w walce, 
ktra nas czeka. Wstan, czlowieku. Wstan! 

Diwis wstal. Spojrzal wprost w oczy Hissune'a, a po jego twarzy przemknely uczucia - 
tak szybko, ze niemal nie sposb bylo ich odczytac. Z pewnoscia byla jednak wsrd nich 
zazdrosc, zlosc i gorycz, lecz takze pewna doza szacunku, a nawet niechetnego podziwu, a 
byc moze rwniez odrobina rozbawienia, jakby ksiaze nie potrafil powstrzymac usmiechu na 
mysl o dziwnych kolejach losu, ktry kazal im tu sie spotkac. Kazdy z nich mial nowa role do 
odegrania. Machnal reka w strone rzeki i spytal: 
- Czy wystarczy ci ta armia, panie? 
- Jest imponujaca, to prawda. Wykazales sie wielka energia, gromadzac ja. Lecz czy 
wystarczy? Diwisie, bedziemy walczyc z duchami. Zmiennoksztaltni przygotowali dla nas 
wiele nieprzyjemnych niespodzianek. 
Diwis rozesmial sie. 
- Panie, slyszalem o ptaszkach, ktre pojawily sie tu dzis rano. 
- Nie ma sie z czego smiac. Byly to potworne i przerazajace stwory, zabijaly ludzi na 
ulicach, rozrywaly cieple jeszcze ciala. Z okna sypialni widzialem, co zrobily z dzieckiem. 
Sadze jednak, ze zabilismy wszystkie... lub prawie wszystkie. W odpowiednim czasie to samo 
czeka ich twrcw. 
- Jestem zdziwiony, widzac, ze dyszysz zadza zemsty, panie. 
- Czyzby? - zdumial sie Hissune. - Cz, jesli ty to mwisz, masz zapewne racje. Czas 
spedzony tu, na ruinach miasta, kazdego mglby napelnic  zadza zemsty. Widok 
monstrualnych zwierzat, ktre z woli naszych wrogw atakuja niewinnych ludzi, napelnia 
zadza zemsty. Piurifayne jest jak wrzacy kociol, z ktrego na caly  swiat wylewaja sie 
s miertelne trucizny. Mam zamiar przebic ten kociol, zneutralizowac jego zawartosc. Jedno ci 
powiem, Diwisie - z twoja pomoca zemszcze sie straszliwie na istotach, ktre wszczely te 
wojne. 
- Kiedy w ten sposb mwisz o zems cie, mwisz zupelnie inaczej niz Lord Valentine, 
panie. Nie wydaje mi sie, bym kiedys w ogle slyszal z jego ust slowo zemsta". 
- A czy istnieje powd, bym mwil jak Lord Valentine, Diwisie? Jestem Hissune. 
- Wybrany przez niego na Koronala. 
- Wybrany na Koronala na jego miejsce i to on podjal te decyzje. Byc moze sposb, w 
jaki zamierzam rozprawic sie z wrogiem, nie bedzie lezal w charakterze Lorda Valentine'a. 
- Musisz mi wiec powiedziec, co to za sposb. 
- Sadze, ze juz go znasz. Ja rusze na Piurifayne wzdluz Steiche, ty zas zaatakujesz je od 
zachodu. Buntownicy znajda sie miedzy naszymi wojskami. Ujmiemy Faraatae, 
powstrzymamy go przed wysylaniem przeciw nam zwierzat i chorb roslin. Juz po wszystkim 

Pontifex bedzie mgl wezwac przed swe oblicze niedobitki Metamorfw, by na swj lagodny 
i pelen milosci sposb rozstrzygnac te sluszne skargi, ktre zdecyduja sie mu przedlozyc. 
Lecz najpierw musimy okazac sile. Jesli bedziemy zmuszeni przelac krew tych, ktrzy z nami 
postapili tak samo, zrobimy to. Co powiesz na to, Diwisie? 
- Powiem, ze tak sensownych slw nie slyszalem z ust Koronala od czasu, gdy na tronie 
tym zasiadal mj ojciec. Lecz sadze, ze Pontifex powiedzialby co innego, gdyby uslyszal te 
bezwzgledne slowa. Czy jest on swiadom twych planw, panie? 
- Nie rozwazalismy jeszcze szczeglw mojego planu. 
- Czy je rozwazycie? 
- Pontifex przebywa obecnie w Khyntor lub na zachd od Khyntor. Przez dluzszy czas 
bedzie bardzo zajety, potem czeka go jeszcze powrt na wschd, a przez ten czas ja znajde sie 
juz najpewniej w glebi Piurifayne. Nie bedziemy mieli okazji do dluzszych dyskusji. 
W oczach Diwisa pojawil sie szelmowski blysk. 
- Ach, teraz rozumiem, jak radzisz sobie ze swym problemem, panie! 
- Tak? A cz to za problem? 
- Jestes Koronalem, podczas gdy Pontifex podrzuje sobie po swiecie na oczach swych 
obywateli, zamiast uczciwie zaszyc sie w mrokach Labiryntu. Uwazam to za niezwykle 
klopotliwe dla mlodego wladcy i nie chcialbym znalezc sie w podobnej sytuacji. Lecz jesli 
zadbasz o to, by od Pontifexa dzielil cie dystans jak najwiekszy, jesli wina za rznice w 
postepowaniu obciazysz dzielaca was odleglosc... cz, wwczas uda ci sie rzadzic niemal tak, 
jakbys mial wolna reke. Prawda, panie? 
- Sadze, ze wkroczylismy na niebezpieczny grunt. 
- Doprawdy? 
- Bo i wkroczylis my. Przeceniasz takze rznice w naszym podejsciu do problemu. 
Wszyscy dobrze wiemy, ze Valentine nie jest czlowiekiem wojny i moze wlasnie dlatego 
ustapil z tronu Confalume'a. Sadze, ze miedzy mna i Pontifexem istnieje zrozumienie... i nie 
pragne dyskutowac szerzej na ten temat. Chodzmy, Diwisie; sadze, iz wypada, bys zaprosil 
mnie do swej kajuty na kielich wina, potem ja zapraszam cie do Prospektu Nissimorna na 
kolejny. A pzniej usiadziemy i zaplanujemy, jak poprowadzic te wojne. Co o tym sadzisz, 
ksiaze? Jakie jest twoje zdanie? 
 

4 
 
Znw padalo, deszcz rozmyl zarysy mapy, ktra Faraataa nakreslil w blocie nad 
brzegiem rzeki. Nie robilo mu to jednak zadnej rznicy. Rysowal, scieral i rysowal te mape 
przez caly dzien, a wcale nie musial, w najdrobniejszych szczeglach bowiem wyryla sie ona 
w jego mzgu. Tu jest Ilirivoyne, tu Avendroyne, tu zas Nowe Velalisier. A tu zajmuja 
pozycje dwie nacierajace armie... 
Tu zajmuja pozycje dwie nacierajace armie... 
Tego nie przewidzial. Jedynym wielkim bledem jego planu bylo to, iz nie przewidzial, 
ze Niezmienni zaatakuja Piurifayne. Tchrzliwy, slaby Lord Valentine nigdy by tego nie 
uczynil, Valentine czolgalby sie raczej u stp Danipiur, pokornie blagajac o uklad o przyjazni. 
Lecz Valentine nie byl juz wladca... a raczej stal sie tym drugim wladca, wyzszym ranga, lecz 
slabszym. Kto zrozumie szalenstwo Niezmiennych? Pojawil sie nowy wladca, mlody wladca, 
Lord Hissune, najwyrazniej czlowiek zupelnie inny... 
- Aarisiim! - krzyknal Faraataa. - Czy sa jakies wiesci? 
- Nie wiemy niemal nic nowego, o Krlu, Ktry Jest. Czekamy na raporty z 
zachodniego frontu, lecz one nie nadejda tak szybko. 
- A bitwa nad Steiche? 
- Powiedziano mi, ze les ni braciszkowie nie okazali entuzjazmu, kiedy zwrcilismy sie 
do nich o pomoc, lecz udalo sie nam wreszcie sklonic ich do wsplpracy przy kladzeniu zapr 
z pnaczy ptasich. 
- Doskonale, doskonale. Lecz czy uda sie polozyc je na czas, by zahamowac marsz 
Lorda Hissune'a? 
- Bardzo prawdopodobne, o Krlu, Ktry Jest! 
- Mwisz tak, bo to prawda, czy dlatego, ze wiesz, co pragne uslyszec? 
Aarisiim spojrzal na niego zaskoczony, usta mial szeroko otwarte; w zawstydzeniu 
poczal zmieniac ksztalt, przez chwile byl watla konstrukcja z lian powiewajacych na wietrze, 
potem czyms z wydluzonych, sztywnych, o grubszych po obu koncach pretw, a pzniej 
wrcil do swej prawdziwej postaci. 
- Traktujesz mnie bardzo niesprawiedliwie, Faraatao! 
- Byc moze. 
- Nie klamie ci. 
- Jes li jest to prawda, jest nia wszystko, a ja uslucham tego, co nia jest - powiedzial 

Faraataa glosem bez wyrazu. Deszcz padal coraz wiekszy, bil w liscie rosnacych wokl 
drzew. - Idz i wrc, gdy bedziesz mial wies ci z zachodu. 
Aarisiim znikl w panujacym w dzungli mroku. Marszczac czolo, niespokojny Faraataa 
znw zaczal rysowac mape. Tu jest armia zachodu, niezliczone miliony Niezmiennych, 
dowodzonych przez lorda z wlosami na twarzy, Diwisa, syna poprzedniego Koronala, Lorda 
Voriaxa. Zabilis my twego ojca, gdy polowal w lesie, czy wiesz o tym, Diwisie? Mysliwy, 
ktry wystrzelil te strzale, byl Zmiennoksztaltnym, ktry przybral postac jednego z panw 
Gry. Widzisz, nedzny Zmiennoksztaltny moze zabic Koronala. Zginiesz i ty, jes li bedziesz 
tak nieostrozny jak twj ojciec. 
Lecz Diwis, ktry z pewnoscia nie mial pojecia, jak zginal jego ojciec (wsrd ludu 
Piuriyarw nie bylo lepiej strzezonego sekretu), nie jest czlowiekiem nieostroznym, pomys lal 
ponuro Faraataa. Jego kwatery bronia oddani rycerze, zaden zabjca nie sforsowalby tej linii 
obrony, nawet w najlepszym, najsprytniejszym przebraniu. Gniewnymi dzgnieciami ostrego 
sztyletu z polerowanego drewna Faraataa rysowal w blocie linie marszu tej armii. Z Khyntor 
ciagnela sie wzdluz wewnetrznych zboczy wielkiego lancucha gr zachodu, pokonujac trase, 
ktra od poczatku swiata byla nie pokonana, zmiatajac wszystko, co stanelo jej na drodze, 
wypelnila Piurifayne swymi niezliczonymi zolnierzami, zdobywala coraz to nowe tereny, 
zanieczyszczala swiete strumienie, deptala swiete zagajniki... 
Z ta horda Faraataa zmuszony byl walczyc pilligrigormami. Zalowal tego, byly to 
bowiem jedne z najstraszniejszych stworw w jego biologicznym arsenale. Chcial uzyc ich 
przeciw Ni-moya lub Khyntor, w pzniejszej fazie wojny. Byly to ladowe skorupiaki 
wielkosci czubka palca, o pancerzach tak twardych, ze nie zmiazdzyloby ich nawet uderzenie 
mlota, i mnstwie ruchliwych nzek, ktre jego artysci genetyki uczynili ostrymi jak brzytwy. 
Ich apetyt byl nienasycony - zjadaly dziennie ilosc miesa piecdziesieciokrotnie 
przewyzszajaca mase ciala - zywily sie, drazac cialo kazdego cieplokrwistego stworzenia, by 
potem wyjesc sobie droge na zewnatrz. 
Piecdziesiat tysiecy pilligrigormw, pomyslal Faraataa, w piec dni doprowadziloby 
miasto wielkosci Khyntor do nieopanowanej paniki. Teraz jednak, kiedy Niezmienni 
zaatakowali Piurifayne, trzeba bylo uwolnic je nie w miescie, lecz na wlasnej ziemi, w 
nadziei,  ze wprowadza zamieszanie w szeregi zolnierzy Diwisa i zmusza jego armie do 
odwrotu. Zadne raporty nie potwierdzily jeszcze skutecznosci tej taktyki. 
Z drugiej strony dzungli Koronal Lord Hissune prowadzil swa armie na poludnie 
kolejna nieprawdopodobna droga, wzdluz brzegw Steiche; Faraataa planowal na dlugosci 
setek mil zagrodzic mu droge nieprzebyta platanina z pnaczy ptasich; chcial zmusic go, by 

obchodzil przeszkody coraz to wiekszym lukiem, i wreszcie beznadziejnie zabladzil. Jedynym 
problemem bylo to, ze lesni braciszkowie, wstretne, doprowadzajace go do furii malpy, 
jedyne istoty zdolne skutecznie poslugiwac sie pnaczem, w ich pocie znajdowal sie bowiem 
enzym niwelujacy jego lepkosc, nie kochaly Piurivarw, od tysiacleci polujacych na nie dla 
smacznego miesa. Sklonienie ich do pomocy najwyrazniej okazywalo sie nielatwe. 
Faraataa poczul, jak rodzi sie w nim i gotuje ws cieklosc. 
A z poczatku wszystko szlo tak dobrze! Zarazy i choroby roslin na terenach 
rolniczych... sparalizowanie rolnictwa na tak wielkim obszarze... gld, panika, masowa 
migracja... tak, wszystko toczylo sie zgodnie z planem. Uwolnienie specjalnie wyhodowanych 
zwierzat takze przynioslo oczekiwane skutki, choc na mniejsza skale; ludzie bali sie ich, zycie 
w miastach stalo sie jeszcze trudniejsze... 
Lecz sila tego ciosu byla mniejsza, niz sie spodziewal. Wydawalo mu sie,  ze 
krwiozercze milufty powinny sparalizowac Ni-moya, i tak juz opanowane przez chaos. Nie 
spodziewal sie,  ze w chwili ataku bedzie tam armia Lorda Hissune'a, ze  lucznicy poradza 
sobie z nimi tak latwo. Teraz nie mial ich juz, a wyhodowanie nowych w wystarczajacej ilosci 
zabraloby piec lat... 
Lecz zostaly mu jeszcze pilligrigormy, w zbiornikach mial miliony gannigogw, 
gotowych do wypuszczenia na wolnosc. Mial quexy, vriigi, zambinaxe, malamolale. Mial 
plagi: chmura czerwonego pylu, ktry mgl przeleciec noca nad miastem, na cale tygodnie 
zatruwajac zbiorniki wody, fioletowy grzyb, z ktrego wykluwal sie robak atakujacy 
zwierzeta trawozerne, i nie tylko. Faraataa nie chcial nawet stosowac niektrych z nich, 
poniewaz naukowcy powiedzieli mu, ze po zagladzie Niezmiennych nielatwo byloby je 
kontrolowac. Lecz jes li jego lud zacznie przegrywac, jes li sytuacja stanie sie beznadziejna... 
on, Faraataa, nie zawaha sie uzyc wszystkich srodkw mogacych zaszkodzic przeciwnikowi, 
niezaleznie da konsekwencji. 
Wrcil Aarisiim, zblizajac sie niesmialo. 
- Przynosze wies ci, o Krlu, Ktry Jest. 
- Z ktrego frontu? 
- Z obu, o Krlu. 
Faraataa patrzyl na niego nieruchomym wzrokiem. 
- Jak zle sa te wiesci? - spytal. Aarisiim wahal sie przez chwile. 
- Na zachodzie niszcza pilligrigormy. Maja ogien wyrzucany z metalowych rur, topiacy 
ich skorupy. Nieprzyjaciel blyskawicznie pokonuje teren, na ktrym je wypuscilismy. 
- A na wschodzie? 

- Przebili sie przez las, nie zdazylismy postawic zapr na czas. Zwiadowcy donosza, ze 
nieprzyjaciel poszukuje Hirivoyne. 
- Szukaja Danipiur. Chca zawrzec z nia sojusz przeciw nam. - Oczy Faraatay plonely. - 
Jest  zle Aarisiimie, ale to jeszcze nie koniec. Wezwij Benuuiaba i Siimii, i innych. Sami 
wyruszymy do Ilirivoyne, ujmiemy Danipiur, nim oni do niej dotra. Jes li trzeba bedzie, 
zabijemy ja, a wtedy z kim zawra przymierze? Szukaja Piurivara dysponujacego wladza, a 
znajda tylko Faraatae, ja zas  nie podpisze traktatu z Niezmiennymi. 
- Porwac Danipiur? - powtrzyl Aarisiim z powatpiewaniem. - Zabic Danipiur? 
- Jesli bede musial, zabije caly ten swiat, lecz go im nie oddam! 
 

5 
 
Wczesnym wieczorem zatrzymali sie po wschodniej stronie Rozpadliny w miejscu 
znanym jako Dolina Prestimiona; z tego, co wiedzial Valentine, byl to niegdys wazny osrodek 
rolniczy. Podczas podrzy po Zimroelu widywal juz sceny nieopisanie ponure: porzucone 
farmy, wyludnione miasta, znaki przerazajacej walki o przetrwanie... lecz owa Dolina 
Prestimiona wygladala najbardziej przygnebiajaco z nich wszystkich. 
Pola tu byly popalone, czarne, ludzie milczacy, spokojni, jakby oszolomieni. 
- Uprawialismy lusayender i ryz - opowiadal gospodarz Valentine'a, farmer imieniem 
Nitikkimal, pelniacy najwyrazniej funkcje zarzadzajacego sektorem. - Potem przyszla s niec 
lusavenderowa, ros liny wyginely, a my musielismy spalic pola. Mina jeszcze co najmniej dwa 
lata, nim znw bedziemy mogli je uprawiac. Pozostalismy jednak. Nikt z nas, mieszkancw 
Doliny, nie uciekl, Wasza Wysokosc. Brakowalo  zywnos ci. Nam, Ghayrogom, niewiele 
potrzeba, rozumiesz, panie, a jednak jedzenia nie starczalo dla wszystkich. Nie mamy nic do 
roboty, przez co ludzie sa niespokojni, smutno takze patrzec na ziemie zmieniona w popioly, 
lecz to nasza ziemia, wiec zostalismy. Czy kiedys jeszcze bedziemy ja uprawiac, Wasza 
Wysokosc? 
- Wiem, ze bedziecie - odpowiedzial Valentine zastanawiajac sie, czy nie ludzi go 
falszywa nadzieja. 
Dom Nitikkimala stal u wejscia do Doliny i wydawal sie niemal palacem, smukle belki 
z drewna ghannimor podpieraly wysokie sufity, dach kryty byl zielona dachwka. Wewnatrz 
czulo sie jednak wilgoc i przeciagi, jakby plantator stracil serce i nie troszczyl sie juz o 
dokonywanie napraw koniecznych w tym wilgotnym, cieplym klimacie. 
Tego popoludnia Valentine, calkowicie sam, odpoczywal w ogromnym apartamencie, 
ktry Nitikkimal oddal mu do dyspozycji. Wieczorem mial udac sie do ratusza na spotkanie z 
miejscowymi obywatelami. Dotarla tu do niego wielka paka meldunkw, z ktrych 
dowiedzial sie, ze Hissune wkroczyl daleko w glab terytoriw Metamorfw gdzies w poblizu 
rzeki Steiche, szukajac Nowego Velalisier, jak nazywano stolice buntownikw. Ciekawe, czy 
bedzie mial wiecej szczes cia niz on sam, gdy wedrowal dzungla w poszukiwaniu Ilirivoyne? 
A Diwis zgromadzil rwnie wielka lub nawet wieksza armie do ataku na Piurifayne z drugiej 
strony. Kiedy myslal o czlowieku wojny, jakim byl jego bratanek, Valentine czul niepokj. 
Nie tak to planowalem, powtarzal sobie, nie chodzilo mi o wysylanie armii do Piurifayne. 
Wlasnie tego pragnalem uniknac! Lecz wiedzial, ze bylo to nie do unikniecia. W tych czasach 
s wiat potrzebowal Hissune'w i Diwisw, nie Valentine'w. On musi tylko odegrac swa role, 

oni odegraja swoje, a potem, jesli taka jest wola Bogini, rany kiedys zaczna sie goic. 
Przejrzal i inne meldunki. Wiadomosc z Gry Zamkowej: Stasilane jest teraz regentem i 
zmaga sie z rutynowymi pracami rzadu. Wsplczul mu: Stasilane wspanialy, Stasilane atleta 
siedzi za biurkiem i podpisuje kawalki papieru. Jak strasznie zmienia nas czas! - pomys lal 
Valentine. My, ktrzy uzywalis my zycia na Grze Zamkowej, oddawalis my sie rozrywkom, 
polowaniom i zabawie, uginamy sie teraz pod ciezarem obowiazkw, dzwigajac na barkach 
brzemie naszego biednego, sypiacego sie swiata. Jak daleki jest teraz Zamek, jak dalekie sa 
radosci  zycia z czasw, gdy s wiat wydawal sie rzadzic sam, a przez caly rok panowala 
wiosna! 
Meldunek od Tunigorna: wedruje przez Zimroel tuz za Valentine'em, zalatwia rutynowe 
sprawy: pochwek umarlych, dystrybucja zywnosci, zachowanie istniejacych srodkw i inne 
metody bezposredniej walki z glodem i plagami. Tunigorn lucznik, Tunigorn, slynny 
mysliwy, nadaje teraz sens - my wszyscy nadajemy im teraz sens - naszym chlopiecym latom, 
spedzonym w komforcie i na rozrywkach. 
Odsunal od siebie meldunki. Ze szkatulki wyjal smoczy kiel, ktry w Khyntor, w 
dziwnych doprawdy okolicznosciach, dala mu ta kobieta, Millilain. W chwili, w ktrej po raz 
pierwszy wzial go do reki, wiedzial juz, ze to nie zwykly kawalek kosci, amulet fanatycznie 
przesadnych prostaczkw. Mijaly dni, a z kazdym dniem Valentine lepiej rozumial, co on 
oznacza i jak go uzywac... w tajemnicy, zawsze w tajemnicy, bez wiedzy Carabelli. Juz 
niemal wiedzial, co dala mu Millilain. 
Dotknal go palcem. Kiel byl cienki, kruchy, niemal przejrzysty, twardy jednak niczym 
najtwardszy kamien, krawedzie zas mial ostre jak najostrzejsza stal. Wydawal sie chlodny, a 
jednak sprawial przy tym wrazenie takie, jakby plonal w nim ogien. 
Uslyszal nie istniejaca muzyke dzwonw. Bily powoli, uroczyscie, w niemal 
pogrzebowym rytmie, potem rozlegla sie dzwieczna kaskada tonw, szybka, przechodzaca w 
zapierajaca, dech w piersiach mieszanine melodii, tak blyskawiczna,  ze tony poprzedniej 
zacierala juz nastepna, a potem wszystkie one zlaly sie w jedna oszalamiajaca symfonie 
zmian; tak, znal juz te muzyke, rozumial, czym jest, to krl oceanu Maazamoorn, stworzenie, 
ktre istoty ladowe znaly pod nazwa smoka Lorda Kinnikena, najpotezniejszy mieszkaniec 
wielkiego Majipooru. 
Valentine dlugo nie pojmowal, ze muzyke Mazamoorna slyszal, nim jeszcze talizman 
ten trafil w jego rece. Lezac we snie na pokladzie Lady Thiin", kiedy po raz pierwszy - ilez 
to podrzy temu! - plynal z Alhanroelu na Wyspe Snu, snil o pielgrzymce; ubrani w biale 
stroje ludzie s pieszyli ku morzu, byl wsrd nich i on, a z morza wylonil sie wielki smok Lorda 

Kinnikena, otworzyl paszcze tak szeroko, ze zmiescilyby sie w niej zmierzajace ku niemu 
rzesze. A kiedy zblizyl sie i wypelzl na brzeg, dobywal sie z niego wlasnie dzwiek dzwonw, 
tak potezny i straszny, ze wydawal sie kruszyc samo powietrze. 
Podobny dzwiek dobywal sie takze i z kla. Majac go za przewodnika, Valentine 
mglby, gdyby skupil sie w jadrze swej duszy, a potem siegnal calym soba poprzez swiat, 
skontaktowac sie z przerazajacym potega umyslem krla oceanu Maazmoorna, ktrego 
ignoranci nazywali smokiem Lorda Kinnikena. Taki oto dar dala mu Millilain. Skad 
wiedziala, jaki uzytek moze z niego zrobic on... i tylko on? A moze nie wiedziala? Byc moze 
dala mu go tylko dlatego, iz dla niej byl swiety... byc moze nie miala najmniejszego pojecia, 
ze on i tylko on uzyc go moze w ten wlas nie sposb, jako jadra koncentracji... 
Maazmoornie... Maazmoornie... 
Prbowal, szukal, wzywal. Z dnia na dzien coraz blizszy byl nawiazania prawdziwego 
kontaktu z krlem oceanu, prawdziwej z nim rozmowy, zetkniecia dwch osobnych 
tozsamos ci. Juz prawie dochodzil do celu. Byc moze uda mu sie juz dzis, a moze dopiero 
jutro lub pojutrze... 
Odpowiedz mi, Maazmoornie. To ja cie wzywam, ja, Valentine Pontifex... 
Nie bal sie juz przerazajacego umyslu smoka. W tych sekretnych wyprawach duszy 
nauczyl sie, do jakiego stopnia istoty z ladu nie rozumieja wladcw oceanu. Krlowie oceanu 
budzili strach, to prawda, lecz nie trzeba bylo sie ich bac. 
Maazmoornie... Maazmoornie... 
Juz prawie, pomyslal. 
- Valentine? - Za drzwiami stala Carabella. Zaskoczony, Valentine drgnal wychodzac z 
transu tak nagle, ze omal nie spadl z fotela. Odzyskal jednak kontrole nad soba, schowal kiel 
do szkatulki, uspokoil sie i podszedl do zony. 
- Powinnismy juz byc w ratuszu - powiedziala. 
- Oczywiscie. Tak, oczywiscie. 
W glebi duszy nadal slyszal dzwiek owych tajemniczych dzwonw. Teraz jednak 
nadszedl czas na inne obowiazki. Kiel Maazmoorna bedzie musial jeszcze troche poczekac. 
Godzine pzniej, w wielkiej sali ratusza, Valentine zasiadl na podwyzszeniu, a przed 
nim przechodzili powoli farmerzy, oddajac mu hold i przynoszac do poblogoslawienia 
narzedzia pracy: sierpy, motyki, najprostsze, prymitywne narzedzia rolnika, zupelnie jakby 
Pontifex przez sam akt zlozenia dloni mgl przywrcic dobrobyt, ktrym cieszyla sie niegdys 
ta nieszczesliwa dolina. Zastanawial sie nawet, czy nie reguluje tego jakas pradawna tradycja 
wiejskiego ludu, prawie samych Ghayrogw. Najpewniej nie - zdecydowal - zaden rzadzacy 

Pontifex nie odwiedzil nigdy Doliny Prestimiona i w ogle Zimroelu, nie bylo tez powodu, by 
sie takich odwiedzin spodziewac. Byc moze tak oto, wynaleziona przez ten lud na potrzeby 
chwili, narodzila sie tradycja, stworzona, gdy mieszkancy doliny dowiedzieli sie o nadejsciu 
Pontifexa. 
Nie martwilo go to. Przynosili mu narzedzia pracy, wiec dotykal raczki jednego, ostrza 
drugiego, lemiesza trzeciego, i usmiechal sie swym najcieplejszym us miechem, i mwil im 
slowa nadziei plynacej z serca, w odpowiedzi ich twarze plonely nowym blaskiem. 
Pod koniec wieczoru w sali powstalo zamieszanie. Valentine podnisl wzrok i dostrzegl 
zmierzajaca w jego kierunku dziwna procesje. Dwie mlode Ghayrozki, idace przejsciem w 
jego kierunku, prowadzily pod rece starsza, ktra, sadzac po bezbarwnej lusce i 
zwieszajacych sie wokl twarzy wezach wlosw, musiala byc rzeczywiscie bardzo stara. 
Sprawiala wrazenie slepej i slabej, lecz trzymala sie prosto i szla przed siebie, jakby z kazdym 
krokiem rozbijala mur. 
- To Aximaan Threysz - szepnal Nitikkimal. - Czy slyszales o niej, Wasza Wysokosc? 
- Niestety nie. 
- Jest najslynniejsza gospodynia w okolicy, znana ze swego lusavenderu, zrdlem 
madrosci, ceniona ze wzgledu na swa wiedze. Mwia o niej, ze czeka tylko na smierc, a 
jednak pragnela sie dzis z toba zobaczyc. 
- Lord Valentine! - czystym, dzwiecznym glosem krzyknela Aximaan Threysz. 
- Nie jestem juz Lordem Valentine'em, lecz Pontifexem Valentine'em. Czynisz mi 
wielki zaszczyt, przychodzac tu, Aximaan Threysz. Twa slawa cie wyprzedzila. 
- Valentine... Pontifex... 
- Podejdz i podaj mi reke. 
Ujal jej chuda, wyschnieta dlon, uscisnal ja mocno. Patrzyli sobie w oczy; widzac jej 
wielkie, czyste teczwki, zorientowal sie, ze Threysz jest slepa. 
- Twierdzili, ze jestes uzurpatorem - powiedziala. - Przybyl tu nieduzy, rumiany 
mezczyzna, powiedzial nam, ze nie jestes prawdziwym Koronalem. Nie chcialam go sluchac, 
odeszlam. Nie wiedzialam, czy jestes  prawdziwym wladca, czy uzurpatorem, ale pomyslalam, 
ze nie jemu o tym wyrokowac, temu niskiemu, rumianemu mezczyznie. 
- Ach, Sempeturn. Spotkalismy sie. Teraz i on wierzy, ze bylem prawdziwym 
Koronalem, a teraz jestem prawdziwym Pontifexem. 
- Czy scalisz s wiat, prawdziwy Pontifeksie? - spytala Aximaan Threysz glosem pelnym 
zdumiewajacej zywotnosci, mlodzienczej czystosci. 
- Wszyscy to uczcimy, Aximaan Threysz. 

- Nie. Nie ja, Pontifeksie Valentinie. Ja umre, w przyszlym tygodniu, za tydzien, za 
dwa, i z pewnoscia nie przedwczesnie. 
Chce tylko, bys mi obiecal, ze s wiat bedzie taki, jaki byl: dla mych dzieci i dzieci mych 
dzieci. Jesli mi to obiecasz, popelzne ku tobie na kolanach, a jes li bedzie to obietnica 
falszywa, niech Bogini pokara cie tak, jak my tu, w Dolinie, zostalismy pokarani, Pontifeksie 
Valentinie. 
- Obiecuje ci, o Aximaan Threysz, ze swiat zostanie odtworzony w swej pierwotnej 
postaci, ze bedzie piekniejszy, niz byl, obiecuje ci takze, ze nie jest to falszywa obietnica. Nie 
pozwole ci jednak pelznac ku mnie na kolanach. 
- Obiecalam, ze zrobie to, i zrobie. - Nieslychane, lecz Aximaan Threysz odepchnela 
obie mlodsze kobiety, jakby byly ledwie pirkami. Padla na kolana - obraz najglebszej pokory 
- choc jej cialo wydawalo sie tak sztywne jak plat skry przez wiek wystawiany na slonce. 
Valentine wyciagnal reke, by pomc jej powstac, a wtedy jedna z kobiet - jej crka, to mogla 
byc tylko jej crka! - chwycila go za reke i odtracila ja, a potem spojrzala na swa dlon z 
przestrachem, jakby przerazilo ja to, iz dotknela Pontifexa. Aximaan Threysz powstala 
powoli, bez zadnej pomocy. 
- Czy wiesz, jaka jestem stara? - spytala. - Urodzilam sie, gdy Pontifexem byl Ossier. 
Sadze, ze jestem najstarsza istota na tym swiecie. Umre za rzadw Pontifexa Valentine'a, a ty 
scalisz nasz swiat! 
Ta kobieta sadzi, ze wypowiada proroctwo, pomys lal Valentine. Wiec czemu jej slowa 
brzmia jak rozkaz? 
- Tak tez bedzie, o Aximaan Threysz - powiedzial glos no. - A ty dozyjesz chwili, w 
ktrej dojrzysz spelnienie tej obietnicy! 
- Nie. Nie. Prorokowac mozesz tylko wtedy, kiedy nie dostrzegasz juz rzeczywistosci. 
Me zycie konczy sie, lecz twoje widze jasno. Ocalisz nas, dokonujac tego, co uwazasz za 
niemozliwe do dokonania. A potem potwierdzisz swj uczynek, czyniac to, czego nie 
chcialbys uczynic nawet w najgorszych koszmarach. Lecz choc najpierw dokonasz 
niemozliwego, potem zas nienawistnego, bedziesz wiedzial,  ze postapiles wlasciwie, i 
bedziesz radowal sie swym postepkiem, o Pontifeksie Valentinie. A teraz odejdz, Pontifeksie i 
uzdrw nas. - Rozwidlony jezyk zadrzal z wielka sila i wielka energia. - Uzdrw nas, 
Pontifeksie Valentinie. Uzdrw nas! 
Aximaan Threysz odwrcila sie powoli. Ruszyla droga, ktra ku niemu przyszla, 
odtracajac pomoc towarzyszacych jej kobiet. 
Minela jeszcze godzina, nim Valentine uwolnil sie do obecnosci ludu Doliny 

Prestimiona; ludzie i nie tylko ludzie tloczyli sie wokl niego z rozpaczliwa nadzieja, jakby 
sam czar jego pontyfikalnej obecnosci mial sile zmienic ich zycie, jakby za jego sprawa 
powrcic mogli do czasw sprzed nadejscia plag - lecz w koncu Carabella, uzywajac jego 
zmeczenia jako pretekstu, zdolala zakonczyc audiencje. Podczas powrotu do posiadlosci 
Nittikimala, Valentine mys lal wylacznie o Aximaan Threysz. W uszach nadal slyszal jej 
suchy, syczacy glos. Ocalisz nas dokonujac tego, co uwazasz za niemozliwe do dokonania. 
A potem potwierdzisz swj uczynek, czyniac to, czego nie chcialbys uczynic nawet w 
najgorszych koszmarach. A teraz odejdz, Pontifeksie i uzdrw nas". Tak, tak. Uzdrw nas, 
Pontifeksie. Uzdrw nas,  Valentinie! Uzdrw nas!" 
W jego duszy brzmiala muzyka krla oceanu Maazmoorna. Tak bliski byl przelomu 
tego dnia, tak bliski byl prawdziwego kontaktu z wielkim stworzeniem oceanu. Dzis... noca... 
Carabella takze nie spala tej nocy. Stara Ghayrozka przesladowala i ja, niemal 
obsesyjnie wracala ku jej talentowi proroczeniu, ku zdumiewajacej jasnosci widzenia s lepoty, 
ku sekretom proroctwa. Wreszcie lekko pocalowala Valentine'a w usta, pogrzebala sie w 
niewyobrazalnym mroku ich loza i zasnela. 
Czekal przez nieskonczone chwile. A potem ujal w dlonie kiel smoka morskiego 
Maazmoorna. 
Maazmoornie? 
Sciskal kiel tak mocno, ze niemal wzarl sie on w skre jego dloni. Zapragnal 
skoncentrowac cala sile umyslu na przekroczeniu granicy tysiecy mil, dzielacych Doline 
Prestimiona i krlw oceanu, przebywajacych... gdzie? Na biegunie? Gdzie sie kryja? 
Maazmoomie? 
Slysze cie, o ladowy bracie, Valentinie, wladco bracie... 
Nareszcie! 
Wiesz, kim jestem ? 
Znam cie. Znalem twego ojca. Znalem wielu przed toba... 
Rozmawiales z nimi? 
Nie. Jestes pierwszy. Ale znalem ich. Nie znali mnie, ale ja znalem ich. Zylem przez 
wiele okrazen oceanu, bracie Valentinie. I obserwowalem wszystko, co dzieje sie na ladzie... 
Wiec wiesz, co sie dzieje? 
Wiem. 
Giniemy. A wy przyczyniacie sie do naszej zguby. 
Nie! 
Prowadzicie buntownikw sposrd Zmiennoksztaltnych. O tym wiemy. Czcza was jak 

bogw, a wy uczycie ich, jak nas zniszczyc. 
Nie, Valentinie - bracie. 
Wiem, ze czcza was jak bogw. 
Oczywiscie, przeciez jestes my bogami. Nie popieramy ich buntu, dajemy tylko to, co 
dalibys my kazdemu, kto przyszedlby do nas po nowe zycie. Nie pragniemy, by wyparto was z 
naszego swiata. 
Lecz na pewno nas nienawidzicie! 
Nie, bracie Valentinie. 
Polujemy na was... zabijamy... Jemy wasze cialo i pijemy krew, i wyrabiamy z kosci 
tanie blyskotki. 
Tak, to prawda. Lecz dlaczego mielibysmy was za to nienawidzic, bracie Valentinie? 
Dlaczego? 
Valentine nie odpowiedzial mu od razu. Lezal zimny, drzacy, przy boku spiacej 
Carabelli, zastanawiajac sie nad tym, co uslyszal, nad tym cierpliwym wyznaniem, ze 
krlowie oceanu sa bogami - co niby mialo to oznaczac? - i ze nie uczestnicza w buncie. 
Dowiedzial sie czegos calkowicie nowego i nieoczekiwanego, oto smoki nie zywia do 
mieszkancw Majipooru zalu, mimo nieszczesc, jakich z ich reki doswiadczaly. Za wiele 
zdarzylo sie naraz. Ogrom niepojetej wiedzy tam, gdzie niegdys byl dzwiek dzwonw i 
poczucie wszechogarniajacej obecnosci. 
Czyzbys  nie byl zdolny do gniewu, Maazmoornie? 
Wiemy, co to gniew. 
Lecz czy go czujecie? 
Gniew nie liczy sie i nie o nim mowa, bracie Valentinie. To, co czynia wasi mysliwi, 
jest zupelnie naturalne. Jest czescia zycia, aspektem Tego, Co Jest. Tak jak ja. Tak jak ty. 
Czcimy To, Co Jest we wszystkich jego przejawach. Zabijacie nas, kiedy przeplywamy 
wzdluz wybrzeza kontynentu, ktry nazywacie Zimroelem, uzywacie naszych cial, my zas  
czasami zatapiamy wasze statki, jesli wydaje sie, ze to wlasnie uczynic nalezy w tej chwili, i 
uzywamy waszych cial, a wszystko jest Tym, Czym Jest. Pewnego razu Piurivarzy zabili 
kilku z nas w swym kamiennym miescie, ktre teraz jest martwe, mysleli,  ze popelnili 
straszliwa zbrodnie, i w ramach zadoscuczynienia zniszczyli je. Nie sadzili, nikt z ladowych 
dzieci nie rozumie. Wszystko jest tylko Tym, Czym Jest. 
A jesli bedziemy sie opierac teraz, kiedy Piurivarzy sieja wsrd nas chaos? Czy to zle 
stawiac opr? Czy musimy zaakceptowac nasz los, poniewaz jest on Tym, Czym Jest? 
Wasz opr takze jest Tym, Czym Jest. 

A wiec twoja filozofia nie ma dla mnie sensu, Maazmoornie. 
Nie musi, bracie Valentinie. To takze jest Tym, Czym Jest. 
Valentine umilkl na chwile, dluzsza nawet niz poprzednio, lecz bardzo starannie 
podtrzymywal kontakt. W koncu powiedzial: 
Chce,  zeby skonczyl sie czas niszczenia. Chce zachowac to, co my na Majipoorze 
rozumiemy jako To, Co Jest. 
Oczywiscie, ze tego wlas nie chcesz. 
I chce, zebys cie mi pomogli. 

6 
 
- Ujelismy Zmiennoksztaltnego, panie - oznajmil Alsimir - twierdzi, ze przynosi wazne 
wiesci, lecz chce rozmawiac z toba, panie, i tylko z toba. 
Hissune zmarszczyl brwi. 
- Mys lisz, ze to szpieg? 
- Bardzo prawdopodobne, panie. 
- Lub nawet zabjca? 
- Te mozliwosc nalezy miec zawsze na uwadze, panie, lecz nie sadze, by przybyl tu cie 
zamordowac. Wiem jednak, ze jest Zmiennoksztaltnym, panie, i ze nasze sady o nich zawsze 
moga byc bledne, ale... bylem wsrd tych, ktrzy go przesluchiwali, i mam wrazenie, ze jest 
szczery. Wrazenie, panie. 
- Szczerosc Zmiennoksztaltnych. - Hissune rozes mial sie. - Ich szpieg podrzowal w 
najblizszym otoczeniu Lorda Valentine'a, prawda? 
- Tak powiadano. Wiec co mam z nim uczynic, panie? 
- Powinienes  chyba przyprowadzic go do mnie, prawda? 
- A jesli zechce sprbowac jakiejs z tych ich sztuczek? 
- Po prostu bedziemy musieli ruszac sie szybciej niz on, Alsimirze. Mimo wszystko 
przyprowadz go. 
Ryzykowali i Hissune doskonale zdawal sobie z tego sprawe. Nie sposb jednak nie 
spotkac sie z kims, kto oznajmia, ze jest wyslannikiem wroga, lub skazac go na smierc od 
razu, tylko podejrzewajac zdrade. Sam przed soba przyznawal takze, ze interesujaca odmiana 
bedzie zobaczyc wreszcie Metamorfa na wlasne oczy - po tylu tygodniach marszu przez 
wilgotna dzungle! Przez caly ten czas ani razu nie widzieli wrogw. Ani razu! 
Obz rozbili na skraju zagajnika wielkich drzew dwikka, gdzies przy wschodniej 
granicy Piurifayne, niedaleko rzeki Steiche. Dwikka rzeczywiscie robily wrazenie. 
Zdumiewajaco wielkie, mialy galezie siegajace tak daleko, ze spokojnie przykrylyby duzy 
dom, kora ich byla czerwona, z glebokimi peknieciami, liscie zas tak gigantyczne, ze w 
trakcie ulewnego deszczu pod kazdym z nich mogloby znalezc schronienie ze dwudziestu 
mezczyzn. Owoce o szorstkiej skrze mialy rozmiary slizgacza, miazsz ich dzialal 
oszalamiajaco. Lecz botaniczne cuda nie byly wystarczajaca rekompensata za meczaca 
wyprawe w glab prowincji Metamorfw. Deszcz padal bez przerwy, plesnialo i gnilo 
wszystko, lacznie - jak czasami wydawalo sie Hissune'owi - z mzgiem, i choc armia stala na 
linii dlugosci przekraczajacej sto mil, choc wazne miasto tubylcw, Avendroyne, znajdowalo 

sie podobno gdzies pos rodku tej linii, nie widzieli jeszcze ani miasta, ani sladu po miescie, ani 
s ladu drg ucieczki, ani w ogle Metamorfw. Wydawalo sie, ze sa istotami mitycznymi i w 
rzeczywistosci dzungla jest nie zamieszkana. 
Hissune wiedzial,  ze maszerujacy z przeciwnej strony Diwis ma podobne klopoty. 
Metamorfw bylo niewielu, a ich miasta musialy byc skladane. Przenosili sie z miejsca na 
miejsce jak latajace noca owady o przezroczystych skrzydlach. A moze przybierali postac 
drzew i krzakw, i stojac nieruchomo, duszac sie z powstrzymywanego smiechu, czekali na 
przejs cie armii Koronala. Z tego, co wiedzial, Metamorfami, ich zwiadowcami, mogly byc 
nawet wielkie drzewa dwikka, przy ktrych obozowali. Najlepiej bedzie porozmawiac z 
poslancem, szpiegiem, morderca czy kim tam jest, byc moze powie cos interesujacego, a w 
najgorszym razie dostarczy przynajmniej jakiejs rozrywki. 
Alsimir wrcil po chwili z wiezniem, strzezonym przez kilku straznikw. Podobnie jak 
ci nieliczni Piurivarzy, ktrych Hissune spotkal osobiscie, i ten samym swym wygladem 
budzil niepokj. Byl bardzo wysoki, delikatnie, niemal krucho zbudowany, nagi z wyjatkiem 
pasa skry okreconego wokl bioder. Skra i wlosy niczym z gumy mialy dziwny, 
bladozielonkawy odcien, twarz zas wydawala sie gladka: usta zastepowala cienka szczelina, 
skosne oczy niemal zawsze byly przykryte powiekami. 
Metamorf nie wydawal sie pewny siebie, nie sprawial groznego wrazenia. Mimo 
wszystko Hissune zalowal,  ze nie ma przy sobie kogos umiejacego czytac w umyslach: 
Deliambera, Tisany lub samego Valentine'a, dla ktrego sekrety obcych ludzi bardzo czesto 
nie stanowily tajemnicy. Ten Zmiennoksztaltny moze ciagle snuc niebezpieczne plany. 
- Kim jestes? - spytal go Hissune. 
- Nazywam sie Aarisiim. Sluze Krlowi, Ktry Jest, znacie go pod imieniem Faraataa. 
- Czy on cie do mnie przyslal? 
- Nie, Lordzie Hissunie. Nie wie, ze tu jestem. - Aarisiim zadrzal nagle dziwnie, niczym 
w konwulsjach, na jedna chwile jego cialo wydalo sie rozmywac, tracic ostrosc ksztaltu. 
Straznicy Koronala natychmiast zrobili krok w przd, stajac miedzy jencem a swym wladca, 
gotowi oslonic go wlasnymi cialem gdyby nagla zmiana zachowania zwiastowala atak, lecz 
Zmiennoksztaltny blyskawicznie odzyskal kontrole nad cialem. - Przybylem tu, by zdradzic 
Faraatae - powiedzial cicho. Hissune spojrzal na niego, zdumiony. 
- Czy to znaczy, ze poprowadzisz nas do jego kryjwki? 
- Poprowadze. 
To zbyt dobre, by moglo byc prawdziwe, pomyslal Koronal, patrzac na doradcw: 
Alsimira, Stimiona i innych. Najwyrazniej wszyscy podzielali jego poglad: byli nastawieni 

sceptycznie, ostrozni, wrodzy. 
- Dlaczego chcesz to uczynic? 
- Faraataa przekroczyl granice slusznosci. 
- Dopiero teraz przyszlo ci to do glowy? Jego bunt ciagnie sie od... 
- Slusznosci wedlug naszych przekonan, panie. Nie waszych. 
- Ach! Co takiego zrobil? 
- Zaatakowal Dirivoyne, ujal Danipiur i zamierza ja zamordowac. Nie mozna wiezic 
osoby Danipiur. Nie mozna pozbawiac jej zycia. Faraataa nie chcial sluchac doradcw. 
Podnisl reke na Danipiur. O wstydzie, i ja bylem wsrd tych, ktrzy poszli z nim! Myslalem, 
ze chce ja tylko uwiezic, zeby nie mogla zawrzec ukladu z wami, o Niezmienni, a przeciw 
nam. Tak wlas nie mwil - nie zabije jej, pki nie nabierze przekonania, ze wojna jest 
nieodwolalnie przegrana. 
- Czy teraz tak wlas nie sadzi? 
- Nie, Lordzie Hissunie. Nie uwaza wojny za przegrana, ma zamiar wypuscic na was 
nowe stwory, nowe zarazy, sadzi, ze stoi u progu zwyciestwa. 
- Wiec po co zabijac Danipiur? 
- By zapewnic sobie zwyciestwo. 
- Co za szalenstwo! 
- I ja tak sadze, panie. - Aarisiim szeroko otworzyl oczy, plonace teraz dziwnym, 
groznym blaskiem. - Oczywiscie, widzi w niej powazna rywalke, osobe sklaniajaca sie raczej 
ku pokojowi niz wojnie. Jes li ja usunie, zagrozenie jego potegi zniknie. Lecz jest cos  wiecej. 
On chce zlozyc ja w ofierze na oltarzu - chce dac jej krew w darze krlom oceanu, by 
zapewnic sobie ich dalsza pomoc. Zbudowal swiatynie podobna do tej, jaka stala w Starym 
Velalisier, sam zlozy ja na kamieniu, zabije ja wlasnymi rekami. 
- Kiedy ma sie to zdarzyc? 
- Dzisiejszej nocy, panie. O Godzinie Hagiusa. 
- Dzis w nocy! 
- Tak, panie. Szedlem, jak potrafilem najszybciej, ale twa armia jest tak wielka... i 
balem sie, ze zgine z reki prostego zolnierza, szukalem twej gwardii... przybylbym wczoraj 
lub nawet przedwczoraj, lecz nie bylo to mozliwe, nie potrafilem... 
- A ile dni drogi dzieli nas od Nowego Velalisier? 
- Byc moze cztery. Lub trzy, jesli bedziemy maszerowac bardzo szybko. 
- A wiec Danipiur zginie! - krzyknal Hissune, ws ciekly i bezradny. 
- Jesli nie poswieci jej tej nocy... 

- Powiedziales , ze odbedzie sie to wlasnie dzis! 
- Tak, ksiezyce zajmuja wlasciwe pozycje, gwiazdy zajmuja wlasciwe pozycje... ale 
jesli sie zawaha, jesli w ostatniej chwili zmieni zamiar... 
- A czy Faraataa czesto sie waha? 
- Nigdy, panie. 
- Nie ma wiec sposobu, bysmy dotarli na czas. 
- Nie ma, panie - przytaknal ponuro Aarisiim. 
Ze zmarszczonym czolem Hissune wpatrywal sie intensywnie w drzewa dwikka. 
Danipiur martwa? Wraz z nia zginelaby jakakolwiek nadzieja na porozumienie ze 
Zmiennoksztaltnymi. Z tego, co wiedzial, tylko ona zdolna byla zlagodzic furie buntownikw 
i posredniczyc w zawarciu jakiegos  kompromisu. Bez niej walka toczyc sie bedzie bez konca. 
- Gdzie dzis przebywa Pontifex? - spytal Alsimira. 
- Jest na zachd od Khyntor, byc moze az w Dulorn, z pewnoscia gdzies na terenach 
Rozpadliny. 
- Czy mozemy wyslac mu wiadomosc? 
- Kanaly komunikacyjne laczace nas z tym regionem sa bardzo niepewne, panie. 
- Przeciez wiem. Chce, by dotarlo do niego to, czego dowiedzielismy sie od Aarisiima, i 
to w ciagu dwch najblizszych godzin. Prbujcie wszystkiego; co ma jakis sens. Proscie o 
pomoc czarodziejw, mdlcie sie, wyslijcie wiesc do Pani, niech sprbuje przeslania. 
Prbujcie wszystkiego; Alsimirze, czy dobrze mnie zrozumiales? Pontifex musi wiedziec, ze 
Faraataa zamierza dzis w nocy zamordowac Danipiur. Przeslijcie mu te informacje. Jakims  
cudem. I powiedzcie mu tez, ze tylko on moze ja ocalic. Jakims cudem. 
 

7 
 
Do tego, pomys lal Valentine, potrzebowac bede nie tylko kla Maazmoorna, lecz takze 
diademu Pani. Nie moze byc zadnej przerwy w transmisji, zadnego przeklamania przekazu; 
uzyje wszelkich dostepnych mi srodkw. 
- Stan tuz obok mnie - powiedzial do Carabelli. I do Deliambera, Sleeta, Tisany. - 
Otoczcie mnie. Kiedy wyciagne rece, chwyccie je. Nie mwcie nic. Tylko je sciskajcie. 
Dzien byl czysty, sloneczny, powietrze poranka wydawalo sie rzeskie, swieze, slodkie 
jak nektar z alabandyny. Lecz w Piurifayne, daleko na wschodzie, zapadal zmrok. 
Zalozyl diadem. Chwycil kiel krla oceanu. Wzial gleboki oddech, nabierajac w pluca 
slodkiego, czystego powietrza tak gleboko, ze niemal go oszolomilo. 
Maazmoornie? 
Wezwal go tak poteznie,  ze az porazil stojacych obok ludzi. Sleet drgnal, Carabella 
przylozyla dlonie do uszu, macki Deliambera zafalowaly gwaltownie. 
Maazmoornie? Maazmoornie? 
Dzwiek dzwonw. Powolne, ciezkie obroty gigantycznego ciala spoczywajacego w 
chlodnych glebiach oceanu, gdzies na plnocy. Slabe poruszenie wielkich, czarnych skrzydel. 
Slysze cie, Valentinie-bracie. 
Pomz mi, Maazmoornie. 
Pomz? Jak moge ci pomc? 
Pozwl, ze wraz z twa dusza ulece ponad s wiat. 
Wiec chodz do mnie, krlu-bracie, Valentinie-bracie. 
Okazalo sie to cudownie latwe. Poczul, jak robi sie coraz lzejszy, jak unosi sie w 
powietrze, wzlatuje, leci. Ponizej widzial wielki, wygiety luk planety, ginacy w mroku daleko 
na wschodzie. Krl oceanu nisl go bez wysilku, radosnie, jak gigant niosacy na dloni 
kociaka. Dalej, dalej, wokl s wiata, otwierajacego sie przed jego lecaca wysoko dusza. Czul, 
ze on i Majipoor staja sie jednoscia. Stal sie dwudziestoma miliardami mieszkancw planety - 
ludzi i Skandarw, Hjortw, Metamorfw i wszystkich innych ras - byli niczym czasteczki 
jego krwi. Znajdowal sie wszedzie, byl wszystkimi smutkami swiata, cala radoscia s wiata, 
wszystkimi jego pragnieniami, wszystkimi potrzebami. Byl wszystkim. Byl wrzacym 
wszechswiatem sprzecznosci i konfliktw. Czul upal pustyni, cieply deszcz tropikw, chld 
wynioslych grskich szczytw. Smial sie i plakal, umieral i kochal sie, jadl i pil, tanczyl, 
galopowal dziko przez nie znane sobie wzgrza, trudzil sie na polach, wycinal  sciezke w 
s cianie dzikiej dzungli. W oceanie jego duszy wielki smok wyskoczyl na powierzchnie wody, 

wydal z siebie monstrualny, zdlawiony ryk i zanurkowal w przepastne glebie. Valentine 
opus cil wzrok, dostrzegajac strzaskane miejsca s wiata, rany i blizny tam, gdzie ziemia 
wznosila sie, gdzie zderzaly sie jej fale, zobaczyl, jak mozna je uleczyc, jak s wiat moze 
odzyskac harmonie, znw stac sie jednoscia. Wszystko bowiem dazy ku harmonii. Wszystko 
laczy sie w To, Co Jest. Wszystko jest czescia wielkiej, niezmiennej harmonii. 
Lecz z harmonii tej wylamywal sie jeden element. Skrzeczal, piszczal, zgrzytal, wyl. 
Cial materie  swiata jak nz, pozostawiajac za soba krwawa blizne. Calosc rozdzieral na 
czes ci. Nawet on - i Valentine nie mial co do tego najmniejszych watpliwosci - byl aspektem 
Tego, Co Jest. Lecz krzyczac, miotajac sie, szalejac w obledzie, ten jeden aspekt Tego, Co 
Jest nie chcial zaakceptowac Tego, Co Jest. Sila ta glosno krzyczala wszystkiemu, co poza 
nia. Buntowala sie przeciw tym, tworzyli harmonie, naprawiali materie swiata, pragneli calosc 
uczynic caloscia. 
Faraatao. 
Kim jestes? 
Jestem Valentine Pontifex. 
Valentine glupek. Valentine dziecko. 
Nie, Faraatao. Valentine Pontifex. 
To nic nie znaczy. Jam jest Krl, Ktry Jest! 
Valentine rozesmial sie; jego smiech spadl na swiat deszczem kropli zlocistego miodu. 
Lecac na skrzydlach wielkiego krla smokw, wznisl sie niemal do granic niebios, mgl stad 
patrzyc w ciemnosc, widzial czubek Gry Zamkowej, wbijajacy sie w niebiosa po przeciwnej 
stronie swiata. Rozes mial sie znowu i patrzyl, jak wsciekly Faraataa wije sie, jak walczy z 
pradem jego smiechu. 
Faraatao? 
Czego chcesz ? 
Mozesz jej nie zabijac, Faraatao. 
Kim jestes, ze mwisz mi, co moge zrobic, a czego nie moge? 
Jestem Majipoorem. 
Jestes glupcem, Valentinie, jam zas Krl, Ktry Jest! 
Nie, Faraatao. 
Nie? 
Widze w twym umysle blysk tej starej opowiesci. Ksiaze, Ktry Nadejdzie, Krl, Ktry 
Jest... jak mozesz oglaszac sie ktrymi z nich ? Nie jestes tym Ksieciem. Nigdy nie bedziesz 
Krlem. 

Macisz mi umysl glupstwami. Odejdz lub cie wygnam. 
Valentine poczul uderzenie, nacisk. Odepchnal je. 
Ksiaze, Ktry Nadejdzie to istota calkowicie pozbawiona nienawisci. Czy mozesz temu 
zaprzeczyc, Faraatao? To fragment legendy twego ludu. Ksiaze nie pozada zemsty. Nie 
pragnie niszczyc. Ty zas nie jestes niczym oprcz nienawisci,  zadzy zemsty, pragnienia 
niszczenia, Faraatao. Gdyby usunac z ciebie te cechy, bylbys pusta skorupa, trupem. 
Glupiec. 
Nieslusznie roscisz sobie pretensje do wladzy. 
Glupiec. 
Pozwl, ze pozbawie cie gniewu i nienawisci, Faraatao. Daj mi swa dusze, a ulecze ja. 
Glupcze, mwisz niestworzone rzeczy. 
Chodz, Faraatao. Uwolnij Danipiur. Daj mi swa dusze, a ulecze ja. 
Danipiur zginie za godzine. 
Nie, Faraatao. 
Spjrz! 
Splecione korony drzew rozdzielily sie. Valentine dostrzegl Nowe Velalisier, 
os wietlone blaskiem pochodni. Swiatynia z polaczonych ze soba w skomplikowany wzr 
drewnianych bali, sztandary, oltarz, plonacy juz stos. Kobieta rasy Metamorfw, milczaca, 
godna, przykuta do wielkiego glazu. Otaczajace ja puste, obce twarze. Noc, drzewa, dzwieki, 
zapachy. Muzyka. Spiew. 
Uwolnij ja, Faraatao. A potem przyjdzcie do mnie, ty i ona, a ustanowimy porzadek, 
ktry musi zostac ustalony. 
Nigdy. Osobis cie poswiece ja bogu. Ofiara ta zadoscuczyni  Swietokradztwu, kiedy 
zabilismy naszych bogw i pokarani zostalismy waszym przybyciem. 
Mylisz sie nawet co do tego, Faraatao. 
Co? 
Tego dnia w Velalisier bogowie oddali sie wam dobrowolnie. Tej ich ofiary nie 
zrozumieliscie. Wymysliliscie mit Swietokradztwa, lecz to falszywy mit. Faraatao, popelniasz 
blad. Mylicie sie calkowicie. Krl oceanu Niznorn i krl oceanu Domsitor oddali sie wam na 
ofiare tego dnia, przed wiekami, dokladnie tak jak smoki dobrowolnie oddaja sie na ofiare 
naszym mys liwym, plynac wzdluz brzegu Zimroelu. Nic nie pojmujesz. 
Glupota. Szalenstwo. 
Uwolnij ja, Faraatao. Poswiec swa nienawisc, jak krlowie oceanu poswiecili zycie. 
Zabije ja teraz wlasnorecznie. 

Nie musisz tego robic, Faraatao. Uwolnij ja.  
Nie!!! 
To jedno slowo wybuchlo z wielka, nieoczekiwana sila. Niczym fala oceanu w 
najstraszliwszej furii powstalo i natarlo na Valentine'a, i uderzylo go, zachwialo nim, na jedna 
krtka chwilke wciagnelo w chaos. A kiedy walczyl ze soba, usilujac odzyskac rwnowage, 
Faraataa uderzyl po raz drugi, i trzeci, i czwarty, z ta sama nieopisana sila. I nagle Valentine 
poczul, jak moc smoka wzmacnia jego moc, zlapal oddech, odzyskal panowanie nad soba, 
odkryl swa potege. 
Siegnal ku przywdcy rebelii. 
Pamietal te chwile sprzed wielu, wielu lat, kiedy w ostatniej godzinie wojny o 
odzyskanie tronu poszedl samotnie do sali sadw i znalazl w niej opetanego furia Dominina 
Barjazida. Wyslal mu milosc, przyjazn i smutek z powodu tego, co ich rozdzielilo. Barjazid 
odpowiedzial na to sprzeciwem, nienawiscia, gniewem, pogarda, kpina i wypowiedzeniem nie 
konczacej sie nigdy wojny. Doskonale pamietal te walke, a teraz musial ja powtrzyc: 
dyszacy nienawiscia przeciwnik, gwaltowny opr, gorzka pewnosc, ze istnieje tylko sciezka 
zniszczenia i smierci, nienawis ci, potwornosci, pogardy i niecheci. 
Nie spodziewal sie, by Faraataa zareagowal inaczej niz Dominin Barjazid, lecz ciagle 
byl Valentine'em i nadal wierzyl, ze milosc moze zwyciezyc. 
Faraatao? 
Jestes dzieckiem, Valentinie. 
Oddaj mi sie w pokoju. Odlz na bok nienawisc, jes li chcesz byc tym, kim sie glosisz. 
Zostaw mnie, Valentinie. 
Dotykam cie. 
Nie, nie, nie, nie... 
Tym razem Valentine przygotowany byl na fale sprzeciwu, toczaca sie ku niemu jak 
lawina. Przyjal nienawisc Faraatay i wchlonal ja, i zastapil miloscia, zaufaniem, wiara, a w 
odpowiedzi otrzymal wiecej nienawisci; niezmiennej, ciezkiej, wielkiej. 
Nie zostawiasz mi wyboru, Faraatao. 
Faraataa tylko wzruszyl ramionami, kierujac sie w strone oltarza, do ktrego przykuto 
krlowa Metamorfw. Podnisl dlon; trzymal w niej sztylet z polerowanego drewna. 
- Deliamber? - powiedzial Valentine. - Carabella? Tisana? Sleet? 
Zlapali go za dlonie, za ramiona. Czul, jak wnika w niego ich sila, lecz bylo jej za malo. 
Zawolal przez swiat, na Wyspie znalazl Pania, nowa Pania, matke Hissune'a, i przyjal jej sile 
oraz sile dawnej Pani, swej matki. Tego takze nie wystarczylo, lecz on byl juz gdzie indziej. 

Tunigornie! Stasilanie! Pomzcie! 
Przylaczyli sie do niego. Znalazl Zalzana Kavola. Znalazl Asenharta. Znalazl Ernamara. 
Znalazl Lisamon. Za malo, ciagle za malo. Jeszcze jeden... 
Hissunie? Przybadz, Hissunie! Daj mi swa sile, swa smialosc. 
Tu jestem, Wasza Wysokosc. 
Tak, tak, teraz jest to juz mozliwe. Znw uslyszal slowa starej Aximaan Threysz: 
Ocalisz nas, robiac to, co uwazasz za niemozliwe do zrobienia". 
Teraz bylo to juz mozliwe. 
Faraatao! 
Jeden cios niczym nuta zagrana na wielkiej trabce powedrowal przez swiat do 
Piurifayne; podrz ta niemal nie zabrala mu czasu. Odnalazl cel, ktrym byl nie tyle Faraataa, 
ile raczej nienawisc w jego sercu, slepa, ws ciekla, nieugieta pasja zemsty, destrukcji, zaglady. 
Znalazl ja i zniszczyl, wyssal z duszy Faraatay jednym poteznym haustem. Te plonaca 
nienawisc Valentine wessal w siebie, przyjal, pozbawil mocy i odrzucil. 
A Faraataa pozostal przny. 
Jeszcze przez chwile stal tak z reka wzniesiona nad glowe, z nadal napietymi, gotowymi 
do akcji mies niami, ze sztyletem wymierzonym w serce Danipiur. Potem wydal niemy krzyk, 
pozbawiony substancji, pusty, przny. I stal wyprostowany, nieruchomy, skamienialy. Lecz 
byl pusty - skorupa, luska. Sztylet wypadl mu z palcw. 
Odejdz - powiedzial Valentine. - W imie Bogini, odejdz Odejdz. 
Faraataa upadl i nie poruszyl sie juz. 
Swiat zamarl w ciszy. Byla to straszna cisza. Ocalisz nas - powiedziala Aximaan 
Threysz - robiac to, co uwazasz za niemozliwe do zrobienia". A on sie nie zawahal. 
Z dala dobiegl do niego glos krla oceanu Maazmoorna. 
Czy zakonczyles podrz, bracie Valentinie? 
Tak. Zakonczylem podrz. 
Valentine otworzyl oczy. Odlozyl kiel, zdjal z czola diadem. Rozejrzal sie wokl i 
dostrzegl dziwnie blade twarze, przerazone oczy. Sleet, Carabella, Deliamber, Tisana. 
- Skonczone - powiedzial cicho. - Danipiur nie zostanie zamordowana. Nie zaatakuja 
nas juz zadne nowe monstra. 
- Valentinie... Spojrzal na Carabelle. 
- Tak, kochanie? 
- Czy nic ci nie jest? 
- Nie. Nic mi nie jest. - Czul sie dziwnie i byl bardzo zmeczony, lecz rzeczywiscie nic 

mu nie bylo. Zrobil to, co musialo zostac zrobione. Nie mial wyboru. Juz po wszystkim. 
- Skonczylismy nasz pobyt w tym miejscu - powiedzial Sleetowi. - Pozegnaj ode mnie 
Nitikkimala i innych, i powiedz im, ze wszystko bedzie dobrze, ze najuroczysciej im to 
obiecuje. Potem ruszymy w droge? 
- Do Dulornu? - spytal Sleet. 
Pontifex us miechnal sie i potrzasnal glowa. 
- Nie. Pojedziemy na wschd. Najpierw do Piurifayne, by spotkac sie z Danipiur i 
Lordem Hissune'em, i zaprowadzic na swiecie nowy porzadek, teraz gdy nienawisc znikla. A 
potem udamy sie do domu, Sleecie. Nareszcie udamy sie do domu! 
 

8 
 
Ceremonia koronacji odbywala sie pod golym niebem, na wielkim trawniku dziedzinca 
Kruzganku Vildivara, z ktrego piekny widok rozciagal sie na Dziewiecdziesiat Dziewiec 
Schodw i najwyzsze zabudowania Zamku. Nigdy jeszcze nie odbywano jej nigdzie oprcz 
sali koronacyjnej Confalume'a, lecz od dawna nie zwracano juz uwagi na tradycje, a Pontifex 
Valentine nalegal, by ceremonia odbyla sie na dworze. Kto os mielilby sie sprzeciwic 
wyraznemu zyczeniu Pontifexa? 
Zgodnie z jego wyraznym  zyczeniem wszyscy zgromadzili sie wiec pod slodkim 
wiosennym niebem Gry Zamkowej. Dziedziniec udekorowano mnstwem kwiatw. 
Ogrodnicy przyniesli tu kwitnace drzewa halatinga, jakims cudem osadzajac je w donicach 
bez naruszenia pakw; staly dookola, promieniujac zlotoszkarlatnym blaskiem. Nie 
brakowalo tanigali i alabandyn, caramangw i sefitongali, sosninek, nikt nie wyliczylby nazw 
wszystkich odmian, z ktrych kazda kwitla. Valentine zazyczyl sobie wielu kwitnacych 
ros lin, wiec bylo ich mnstwo. 
Podczas ceremonii koronacji, zgodnie ze zwyczajem, Potegi Majipooru ustawialy sie w 
romb, jesli tylko wszystkie cztery mogly w niej uczestniczyc: Koronal posrodku, Pontifex 
naprzeciwko Koronala, Pani na Wyspie z jednej strony, Krl Snw z drugiej. Lecz ta 
koronacja nie przypominala  zadnej z poprzednich, gdyz w tej uczestniczylo piec Poteg i 
trzeba bylo wymyslic nowe ich ustawienie zamiast tradycyjnego. 
A wiec wymyslono. Pontifex i Koronal stali obok siebie. Po prawej rece Koronala 
Lorda Hissune'a, w pewnej od niego odleglosci, stanela jego matka Elsinome, Pani na 
Wyspie, po lewej zas rece Pontifexa, w tej samej od niego odleglosci, Minax Barjazid, Krl 
Snw. Na samym koncu grupy, twarza do tej czwrki, ustawiono Danipiur z Piurifayne, piata 
i najmlodsza Potege Majipooru. 
Wladcom towarzyszyli doradcy; Pontifexowi Najwyzszy Rzecznik Sleet i Carabella, 
Koronalowi Alsimir i Stimion, Pani - kaplanki, ws rd ktrych byly Lorivade i Talinot Esulde. 
Krl Snw mial przy boku braci, Cristopha i Dominina, Danipiur zas otaczalo kilkunastu 
Piurivarw w lsniacych jedwabnych szatach. Piurivarowie trzymali sie osobno, w ciasnej 
grupce, jakby nadal nie potrafili do konca uwierzyc,  ze sa honorowymi czlonkami 
uroczystosci odbywajacej sie na szczycie Gry Zamkowej. 
Dalej stali takze ksiazeta i diukowie: Tunigorn, Stasilane, Diwis, Mirigant, Elzandir i 
reszta, i poslowie z dalekich ziem, z Alaisor, Stoien, Piliploku, Ni-moya i Pidruid. Znalazlo 
sie takze miejsce dla specjalnych gosci: Nitikkimala z Doliny Prestimiona, Millilain z 

Khyntor i im podobnych; ludzi, ktrych zycie splotlo sie z zyciem Pontifexa podczas jego 
podrzy przez swiat; zaproszono nawet malego, rumianego Sempeturna, ktremu wybaczono 
zdrade, okazal bowiem mestwo w Piurifayne; Sempeturn rozgladal sie wokl z przestrachem i 
podziwem, raz po raz obdarowujac Hissune'a znakiem gwiazdy i Pontifexa jego symbolem, 
najwyrazniej nad soba nie panujac. Obecni byli takze obywatele Labiryntu, przyjaciele z 
dziecinstwa nowego Koronala: Vanimoon, ktry byl mu niemal bratem, i jego smukla, 
migdalowooka siostra Shulaire, i Heluan, i jego trzej bracia, i nie tylko oni; wszyscy stali 
sztywno i podziwiali Zamek z otwartymi ustami. 
Jak zwykle nie brakowalo wina. Jak zwykle odmwiono modlitwy, odspiewano hymny, 
wygloszono mowy, lecz ceremonia nie odbyla sie nawet w polowie, gdy Pontifex podnisl 
dlon, oznajmiajac, ze pragnie przemwic. 
- Przyjaciele - zaczal. 
Natychmiast rozlegly sie zdziwione szepty. Pontifex zwracajacy sie do innych - nawet 
Poteg! - slowem przyjaciele". Jakie to dziwne, jakie charakterystyczne dla Valentine'a! 
- Przyjaciele - powtrzyl Valentine - pozwlcie, ze powiem teraz tylko kilka slw, a 
potem rzadko juz bedziecie mnie slyszeli, nadszedl bowiem czas Lorda Hissune'a, jestesmy w 
Zamku Lorda Hissune'a i jutro juz mnie tu nie bedzie. Chce wam tylko podziekowac - znw 
szepty, czy Pontifex powinien dziekowac? - i prosic, byscie sie radowali, nie tylko dzis , lecz 
takze przez cala ere pojednania, w ktra teraz wkraczamy. Dzis  bowiem koronujemy 
Koronala, ktry rzadzic bedzie wami madrze i lagodnie przez wiele lat, nadzorujac odbudowe 
naszego swiata, witamy takze jako Potege krlestwa wladczynie, ktra niedawno jeszcze byla 
nam wrogiem, lecz juz nim nie jest; z laski Bogini ona i jej lud zajmuja nalezne im miejsce w 
glwnym nurcie zycia Majipooru i sa teraz rwnymi nam partnerami. Dobra wola obu stron 
pomoze naprawic krzywdy, zacznie sie czas pojednania. 
Przerwal i wzial kielich wypelniony zlotym winem, unoszac go wysoko. 
- Juz niemal skonczylem. Pozostaje nam tylko blagac Boginie, by poblogoslawila te 
uroczystosc, powinnis my takze poprosic o blogoslawienstwo naszych wielkich braci w 
oceanie, z ktrymi dzielimy Majipoor i z ktrych laski zapewne zamieszkujemy jego 
niewielka czesc, z ktrymi wreszcie nawiazalismy kontakt. Okazali sie naszym zbawieniem, 
gdy zawarlismy pokj, zaczelis my leczyc rany; miejmy nadzieje, iz w przyszlosci stana sie 
naszymi przewodnikami. 
Teraz, przyjaciele, zblizamy sie do chwili koronacji, kiedy to rozpoczynajacy rzady 
Koronal wklada na czolo korone ze znakiem gwiazdy i zasiada na tronie Confalume'a. Lecz 
oczywiscie nie jestes my jeszcze w sali tronowej. Na moja pros be, z mojego rozkazu, chcialem 

bowiem tego popoludnia jeszcze raz odetchnac dobrym powietrzem Gry Zamkowej, poczuc 
na skrze cieplo slonca. Wraz z ma pania Carabella i tymi oto towarzyszami, ktrzy stali przy 
mym boku przez lata wypelnione najdziwniejszymi przygodami, opuscimy dzis Zamek, 
udamy sie do Labiryntu, ktry bedzie naszym nowym domem. Madra, stara, niezyjaca juz 
kobieta, ktra spotkalem w Dolinie Prestimiona, powiedziala mi, ze bede musial zrobic cos, 
co uwazam za niemozliwe, jesli  swiat ma zostac ocalony, i uczynilem to, gdyz musialem to 
uczynic, i powiedziala jeszcze, ze potem bede mu sial zrobic cos  mi nienawistnego. A co jest 
mi nienawistne? Cz, zapewne opuszczenie tego miejsca i przeniesienie sie do Labiryntu, w 
ktrym mieszkac musi Pontifex. Lecz przeniose sie pod ziemie. Bez goryczy, bez gniewu. 
Zrobie to rados nie, jestem bowiem Pontifexem i nie jest to juz mj Zamek; opuszcze go tak, 
jak wymaga od nas Bogini. 
Pontifex usmiechnal sie, unisl kielich ku Koronalowi, ku Pani, ku Krlowi Snw i ku 
Danipiur. Wypil lyk wina, lyk wina z tego kielicha wypila takze Carabella. 
- A teraz przejdziemy Dziewiecdziesiat Dziewiec Schodw. Za nimi znajduje sie 
najswietsze sanktuarium Zamku, gdzie dokonczymy dzisiejszy rytual, potem odbedzie sie 
uczta, a pzniej wraz z moimi ludzmi odjade, poniewaz podrz do Labiryntu trwa dlugo, a ja 
chcialbym wreszcie znalezc sie w domu. Lordzie Hissunie, czy poprowadzisz nas do sali 
Confalume'a? Czy poprowadzisz nas tam, Lordzie Hissunie? 
 
 
 KONIEC 